Aby kupić książkę 450 stron kliknij na link

http://fraktalla.com/artykul/Patrycja-Gryciuk/450-stron,D32AECA8AB

 

Zesztywniała masa uderzyła o gładkie kamienie na brzegu rzeki Hudson. Na jednym z nich szarawa mewa

dygotała z zimna, strosząc piórka powiewające na wietrze. Tego roku nowojorski listopad przerażał

swoją zawziętością. Ptak zerwał się i podfrunął dwa metry dalej, znoszony przez wicher w kierunku

zamarzniętego, dryfującego przy brzegu ciała. Twarz zdeformowana od grymasu walczącego o ostatni

oddech człowieka przerażała otwartymi szeroko ustami, które w pośpiechu opuszczał wodny pająk. Ptak

zapolował na niego, jednak dał się zdekoncentrować zbliżającemu się znienacka przechodniowi. Teraz

jedynym łatwym kąskiem okazało się otwarte oko denata, które mimo utraconego już blasku wyglądało

bardzo smakowicie, połyskując na tle matowej twarzy z siną skórą. Korzystając z ostatniej szansy, ostry

dziób momentalnie zanurzył się w nieznanym przysmaku, wyzwalając dźwięk wilgotnego mlaśnięcia. Po

dwóch nieudanych próbach ptaszysko zrezygnowało jednak z uczty. Spłoszone przez gapiącego się na

kuriozalną scenę mężczyznę, wzbiło się ku poszarzałemu niebu, głośno trzepocząc skrzydłami. Chwilę

później blask lampy fotograficznej odbijał się w nieruchomych poszarzałych trupich źrenicach, niczym

błyski piorunów w brudnej tafli wzburzonej rzeki.

Popołudniowa burza zaskoczyła mieszkańców Manhattanu i zepsuła humor detektyw Ortedze, która

z niezadowoloną miną wychodziła właśnie z policyjnego auta, zatrzymanego nieopodal grupki ludzi.

Policjantka niedbale przejechała błyszczykiem po swoich pulchnych wargach i udała się w kierunku

zebranego tłumu. Jej wąskie szpilki zatopiły się w mokrym mule. Wielkie krople deszczu dudniły w jej

służbowy parasol, kiedy zbliżała się do gapiów. Smród ciała dopadł ją wreszcie, gdy z grymasem

niezadowolenia syknęła do jednego z policjantów:

– Zabierzcie ich stąd. Niech zrobią mi miejsce do pracy!

===LUIgTCVLIA5tAm9PfU17TXtCYgVkBnQdeBR1WzxdLlQtQzBbOnoNfVMjTw==

2.

Tak nie można zacząć książki, pomyślała Wiktoria i podniosła wzrok znad laptopa. Zbyt oklepane, zbyt

oczywiste. Zbyt „od razu”. Nigdy nie utrzyma czytelnika przy takim początku, nie ma mocnych. Napięcie

ma rosnąć, a nie spadać. Nikt tego nie kupi. W dodatku za dużo przymiotników. A jeszcze gdy to Ira

przeczyta, to już w ogóle lepiej nie myśleć… Może choć raz nie zaczynać od trupów…? Zdjęła okulary

i zaczęła nerwowo stukać nimi w policzek, przybierając przy tym zamyślony wyraz twarzy. Mężczyzna,

który na początku lotu zniknął gdzieś za kotarą, oddzielającą pasażerów od załogi samolotu, stanął

właśnie nad nią i rzucając wymowne spojrzenie w stronę jej stóp wygodnie rozłożonych na jego fotelu,

zapytał:

– Można?

– Przepraszam – odpowiedziała lekko speszona i pospiesznie zabrała nogi, spoglądając na niego

ukradkiem. Był całkiem przystojny i już wiedziała, że będzie jej jeszcze trudniej się skupić. W ogóle co

to za pomysł: zaczynać nową książkę w samolocie?! Z drugiej strony spędzała w nich tyle czasu, że była

wręcz zmuszona do pracy w polowych warunkach. W przeciwnym razie nie miałaby szans na

wywiązywanie się z obietnic złożonych w kontrakcie z wydawcą. Ale istniały też dobre strony – na

pokładzie panował spokój. Telefon nie dzwonił. Brak dostępu do Internetu pozwalał uwolnić się od emaili,

którymi stale zasypywał ją Ira. Mogła się wreszcie wyciszyć. Skupienie stało się jednak zupełnie

nieosiągalne, kiedy okazało się, że interesujący sąsiad trzyma w ręku jej książkę. Teraz już nie było

mowy o pisaniu. Nie pierwszy raz Wiktoria zobaczyła nieznaną osobę czytającą jej debiut, ale nigdy nie

był to tak atrakcyjny mężczyzna, i to w dodatku siedzący tuż obok! Cholera. Zerknęła na niego ukradkiem,

żeby sprawdzić jego reakcję na lekturę. Ani drgnął. Był pochłonięty książką do reszty. W pewnym

momencie oparł głowę na zagłówku fotela i zaczął coś mamrotać z zamkniętymi oczami.

Skóra – na tę myśl Wiktorię przeszył przyjemny dreszczyk. Uśmiechnęła się mimowolnie, myśląc o tych

wszystkich bzdurach, jakie tam amatorsko wypisywała… Teraz już całkowicie porzuciła pracę nad

tekstem wyświetlonym na laptopie i z zaciekawieniem obserwowała mężczyznę. Która to może być

strona? Wpatrywała się w książkę, próbując przypomnieć sobie rozkład tekstu w znanym jej na pamięć

sześćsetstronicowym tomie. Mężczyzna nagle otworzył oczy i skierował wzrok na Wiktorię. Szybko

powróciła do ekranu komputera, ale było już za późno.

– Praca… – rzucił, widząc jej zmieszany wyraz twarzy, i wskazał na książkę.

– Praca? – powtórzyła Wiki.

– Muszę się z tym zapoznać do jutra – wyjaśnił i pomachał jej lekturą przed oczami. Wiktoria nie

zrozumiała, o co chodzi mężczyźnie. Zauważył jej konsternację i uśmiechnął się, nie spuszczając z niej

oczu.

Wtem wszystko się zatrzęsło i oboje zaczęli rozglądać się dookoła z niepokojem. Samolot poruszał się

gwałtownie, w dziwny sposób, wywołując nagłą panikę w sercu Wiktorii. Jej dłoń pospiesznie chwyciła

się podłokietnika, na którym ręka sąsiada była już mocno zaciśnięta, po czym odsunęła się energicznie,

jakby poraził ją prąd. Facet wydawał się tego nie zauważyć. Samolot trząsł się na wszystkie strony,

powodując nieznośne zachowanie żołądka Wiki, a kabinę wypełniły nerwowe głosy wystraszonych

pasażerów. Ze strachem rozejrzała się dookoła, w ostatnim momencie łapiąc ześlizgującego się z jej

kolan laptopa, ale nie zauważyła żadnej stewardesy. Niestety, nikogo oprócz innych pasażerów nie było

teraz w pobliżu.

– W porządku – wycedził przystojniak, zerkając na odsuwającą się w pośpiechu rękę Wiktorii.

Nagle wszystko się uspokoiło.

– Cholerne turbulencje. Logan Flytland – dodał i wyciągnął do niej dłoń z nieskazitelnym manikiurem.

Nieśmiało podała mu swoją. Mocny uścisk.

Logan Flytland! Jak można nie rozpoznać Logana Flytlanda?! Jak można zrobić z siebie idiotkę przed

światowej sławy aktorem?! Tym samym, który ma zagrać główną rolę w ekranizacji jej własnej książki!

No jak?! Zaciskając powieki, powoli, niemal ostrożnie wypuściła powietrze z płuc. Cholera, kurwa,

cholera! Wielkie piwne oczy bożyszcza kobiet wpatrywały się w nią z zaciekawieniem, a chwila, która

jej pozostała na wymyślenie zgrabnej odpowiedzi, właśnie minęła.

– Wiktoria Moreau. – Dzielnie pokonała zaschnięte gardło.

Pan Przystojny zmrużył oczy, po czym uśmiechnął się niewinnie, podnosząc książkę po raz drugi.

– Niemożliwe…

– A jednak… Tak mi przykro – odpowiedziała grobowym tonem.

– Przykro?

Że pana nie rozpoznałam. Pana twarz wydała mi się znajoma, ale…

– Wzajemnie. Co za zbieg okoliczności – rzucił pospiesznie mężczyzna i odwrócił książkę na tył

okładki. Zerknął na małe zdjęcie Wiktorii, pod którym można było przeczytać krótką notatkę o niej,

stworzoną przez amerykańskiego wydawcę. Notkę, znaną Wiktorii na pamięć i w której nienawidziła

dwóch słów: „polskiego pochodzenia”. Miała wrażenie, że za pomocą tego niewinnego sformułowania

została skutecznie wynarodowiona.

„Wiktoria Moreau, pisarka polskiego pochodzenia, autorka bestsellerowych powieści, europejska

królowa kryminału. Skóra, jej literacki debiut, przez 16 miesięcy nie opuścił listy bestsellerów »New

York Timesa« i poruszył serca czytelników na całym świecie. Wszystko przez ciebie i Uciekaj!

potwierdziły talent autorki, która zdobyła liczne nagrody literackie i tym samym utrwaliła swoją silną

pozycję w świecie fikcji. Jej kolejne propozycje cechuje lekkie pióro i genialna intryga, która za każdym

razem wywołuje zachwyt zarówno czytelników, jak i krytyków literackich. Moreau jest mrocznie

doskonała!”

Wiktoria była Polką i tylko Polką, ale dziwnym trafem nikt jej za taką nie uważał. Fakt, że przez siedem

lat była żoną Francuza i od lat mieszkała w Stanach, wydawał się odbierać jej narodowość w oczach

całego świata. A szczególnie w oczach Iry, jej amerykańskiego agenta, autora notatki, pracującego dla

niej w Little Black Book, nowojorskim wydawnictwie, z którym Moreau podpisała kontrakt trzy lata

wcześniej. Dla Iry Wiki była française[1]… No bo te buty na cienkim obcasie! Te zwiewne sukienki,

znajomość win i zamiłowanie do owoców morza… Rodowita paryżanka, chciałoby się rzec. No i jeszcze

to francuskie nazwisko, które zdecydowała się zatrzymać po rozwodzie, żeby nie robić przykrości

Jacques’owi, a które dobiło ostatni gwóźdź do jej trumny niepolskości. Putain![2]

Jej czwarta z kolei książka nosiła tytuł Na dnie. Miała się ukazać za dwa miesiące, ale już wskoczyła

z lekkością na pierwsze miejsce w rankingu przedsprzedaży literackiej.

Logan Flytland siedział teraz obok niej, trzymał w ręku jej debiutancki prywatny manifest wolności

i gapił się na nią, czekając pewnie, aż coś powie. Wiktoria postanowiła nawiązać do pracy, jaka czekała

na nich w Los Angeles, ale nie wiedziała jak. Pani Wygadana o wewnętrznie niewyparzonym języku

nagle nie mogła sobie przypomnieć, czy Logan Flytland został już zatrudniony do roli Rolanda, czy leciał

dopiero na casting? Hmm… Rozczarowana wstydliwym początkiem ich znajomości, za który brała

całkowitą odpowiedzialność (jak można nie rozpoznać Flytlanda?!), nie chciała popełnić kolejnej gafy.

Starała się więc odnaleźć w myślach tę niefortunnie zagubioną, ale jak się okazało ważną informację.

Widząc jej dezorientację, aktor przemówił wreszcie, najwyraźniej jak i ona speszony całą sytuacją:

– Fajne zdjęcie.

Wiktoria otworzyła szerzej oczy i bezskutecznie próbowała się uśmiechnąć, co jeszcze bardziej zbiło

z tropu jej rozmówcę:

– To znaczy, chciałem powiedzieć – fajna książka. Dobra… – dukał.

– Dziękuję. Film też – rzuciła bez zastanowienia kobieta, na co aktor od razu zareagował,

niespodziewanie odzyskując całkowitą pewność siebie:

– Który?

Cholera!

– Ten, w którym pan grał…

– Tak, ale który konkretnie ma pani na myśli? Trochę ich już było… – powtórzył z zaciekawieniem

przystojniak, wpatrując się w poruszające się coraz szybciej gałki oczne Wiktorii, próbującej

przypomnieć sobie choć jeden tytuł filmu z Flytlandem. Było ich kilkanaście. Jako wierna fanka jego

talentu i urody widziała je wszystkie, ale za skarby świata nie przypominała sobie żadnego tytułu. Słowa

nieubłaganie pozostawały zagadką w jej skołowanym umyśle. Chyba powinna poważnie zacząć myśleć

o ćwiczeniu pamięci, bo ta najwyraźniej droczyła się z nią coraz częściej. Pieprzone tytuły…

– No ten… Ten, w którym grał pan… Tego, no… Nie pamiętam… – poddała się wreszcie,

przewracając oczami.

– Wszystko dla ciebie – przywołał nazwę swojej ostatniej produkcji, nie kryjąc dumy.

– Wszystko dla ciebie! No właśnie! Bardzo dobry! Bardzo mi się podobał…

– Cieszę się… – oznajmił Logan i najprawdopodobniej z braku pomysłu na dalszy dialog powrócił do

czytania książki, wertując jej strony w poszukiwaniu miejsca, gdzie skończył. Zapadła niewygodna cisza,

którą na szczęście przerwał piskliwy głos stewardesy wydobywający się z głośników. Zbliżali się do

lotniska w Los Angeles. Wreszcie trochę lata w środku zimy!

[1] française (franc.) – Francuzka

[2] Putain! (franc.) – Kurwa!

===LUIgTCVLIA5tAm9PfU17TXtCYgVkBnQdeBR1WzxdLlQtQzBbOnoNfVMjTw==

3.

Wiktoria lubiła Kalifornię i jej słońce. Wcześniej mieszkała przez pięć lat w San Francisco, gdy była

żoną Jacques’a Moreau, ówczesnego konsula Francji w Stanach. Z Jakiem poznali się w Polsce, na jednej

z nudnych imprez organizowanych przez ambasadę Francji w Warszawie. Młodziutką studentkę

dziennikarstwa zauroczył starszy mężczyzna z falującymi włosami i kolorowym fularem, zabawnie

komentujący scenę polityczną w kraju nad Wisłą. Po dwóch latach spędzonych na wspólnym odwiedzaniu

się to w Wilnie, to w Warszawie, kiedy Jacques’owi skończył się jego mandat na Litwie, a Wiktoria

ukończyła studia dziennikarskie w Polsce, pojechali do San Francisco, nowego miejsca pracy Francuza.

Tam wzięli ślub i zamieszkali w wielkim domu z widokiem na Golden Gate Bridge, w Pacific Heights,

eleganckiej dzielnicy miasta.

Jacques był mężczyzną, którego pasjonowała polityka i długie o niej rozmowy przy winie. Lubił

podróże, książki oraz haute cuisine[3]. Dobiegał sześćdziesiątki i był dwukrotnym rozwodnikiem. Jego

pierwsza żona, Maria, Hiszpanka z pochodzenia, porzuciła go zaledwie po czterech miesiącach

małżeństwa, uciekając któregoś ranka z ich wspólnego domu w Grenoble z właścicielem małego baru na

przedmieściach. Z drugiego małżeństwa, z Christine, piękną aktorką Comédie-Française, Jacques miał

dziewiętnastoletniego syna, Georges’a. Ku rozpaczy swego ojca Georges zaczynał studia aktorskie

w stolicy Francji, najwyraźniej zamierzając pójść w ślady matki. Jacques widywał go dosyć często,

podczas regularnych wizyt w kraju, jak również zapraszając go do domu, w którym razem z Wiktorią

wiedli spokojne i nudnawe życie.

Małżeństwo Wiki i Jacques’a było dość specyficzne. Jedno i drugie lubiło własną prywatność, ceniło

swego rodzaju niezależność, traktując ten związek jako przyjemną umowę, gdzie przy minimalnym

wkładzie własnym można było sporo zyskać. Wiktoria wnosiła do życia męża powiew świeżości

i młodości, a Jacques był dla żony portem, do którego zawsze mogła bezpiecznie wracać i liczyć na pełne

wsparcie męża. Taki układ zapewniał przywileje, ale też i obowiązki. Byli ze sobą blisko, ufali sobie,

ale nie stanowili typowego małżeństwa spędzającego cały czas razem i wspólnie wybierającego meble

do salonu. W tym związku każdy miał swoją rolę i swoje powinności. I tak Jacques był odpowiedzialny

za finanse i dokumenty oraz zatrudnianie sprzątaczki. Wiktoria starała się utrzymać męża na zaleconej

przez lekarzy diecie, organizować wakacje i urządzać wykwintne kolacje dla przyjaciół w ich domu przy

alei Presidio. Jacques rzadko bywał w tej ogromnej willi, gustownie urządzonej przez zatrudnionego

jeszcze przez poprzedniego właściciela dekoratora wnętrz. Był człowiekiem niezmiernie zajętym,

w ciągłych rozjazdach i na spotkaniach związanych z pełnioną funkcją. Wiktoria imała się przeróżnych

zajęć, mniej lub bardziej interesujących, w celu rozwijania swoich pasji, nauki, szukania odpowiedzi na

dręczące ją pytania, poznania jak największej liczby ludzi, w tym siebie, nazywając to wszystko zgrabnie

i modnie: rozwojem osobistym. Do owych „czynności” należało między innymi tworzenie ankiet dla

Klubu Polskich Matek w San Francisco, kursy gotowania i pieczenia we wszystkich możliwych kuchniach

świata, spisywanie wspomnień weteranów wojennych z Klubu Weteranów Wojennych, poszukiwania

wolontariuszy jako kadry pedagogicznej w Polskiej Szkole Sobotniej, udzielanie się w Polskim Klubie

Książki Seniora, pisanie nieczytanych przez nikogo artykułów do lokalnej darmowej prasy, uzyskiwanie

kolejnych do niczego niepotrzebnych dyplomów, zaliczanie kursów wieczorowych, weekendowych,

korespondencyjnych i internetowych różnej maści, organizowanie akcji społecznościowych na rzecz

miasta, uchodźców z Ugandy i bezpańskich psów.

Pracowała w kilku miejscach, na różnych stanowiskach, najczęściej jako szefowa zamieszania:

w bibliotece, w gazecie, w biurze adwokackim i w agencji artystycznej. W domu kultury, w polskiej

ambasadzie, schronisku dla zwierząt i zakładzie pogrzebowym. Żadna z tych prac nie dawała jej ani

satysfakcji, ani dużych pieniędzy. Kolejne etapy stawały się tylko dodatkowym szczebelkiem w drabinie

poszukiwań czegoś lepszego, czegoś interesującego, co odpowiadałoby jej temperamentowi

i zainteresowaniom. Na próżno. Wszystko było za zwyczajne, za proste, za krótkie lub za długie, złe

i niefajne. Wiktoria nudziła się ciągle i nieprzerwanie, pomimo natłoku zajęć, które wypełniały jej dni

i noce.

Ostatni rok małżeństwa państwa Moreau był istnym piekłem. Wszystko przez tragiczny wypadek, który

na zawsze zmienił jej męża i ich wspólne życie. Georges, syn Jacques’a, świeżo upieczony student szkoły

teatralnej, odebrał sobie życie. Powiesił się w sali balowej podparyskiego pałacyku, w której wcześniej

imprezował z grupką znajomych. Poczekał, aż wszyscy biesiadnicy opuszczą miejsce zabawy, a potem

w ciszy i alkoholowym upojeniu dał upust swojej desperacji spowodowanej niespełnioną miłością.

Lilly, dziewczyna, którą nieszczęśliwie kochał, skończyła w zamkniętym ośrodku dla uzależnionych,

zawieziona tam w stanie zupełnej nieświadomości przez swoją matkę, cztery miesiące po śmierci

Georges’a. Dołączyła do młodzieńca sześć tygodni później, po ucieczce z zakładu i przedawkowaniu

narkotyków.

Po śmierci syna Jacques nie mógł dojść do siebie. Zmienił się nie do poznania. Odmawiał jedzenia,

robienia czegokolwiek: pracy, wyjść, spotkań. Całymi dniami zamykał się w sypialni przy alei Presidio,

gdzie patrząc na ocean, płakał w samotności. Wył. Łkał. Cichł i słabł. Wiktoria próbowała wszystkiego,

ale Jacques nie miał już na nic ochoty. Nic go nie cieszyło, nic nie interesowało, jakby nic już nie miało

sensu. Nie chciało mu się żyć. Stał się wrakiem człowieka, cichym, zgorzkniałym starcem, którego oczy

ślepo patrzyły w martwy punkt na ścianie, a dłonie bezwiednie opierały się na podłokietnikach

ulubionego fotela. Czasami starał się dla Wiktorii i udawał, że jest głodny, a ona udawała, że się na to

nabiera. Nie opuszczał domu, spał w dzień, czuwał w nocy. Stał się kimś innym. Po roku zrezygnował ze

stanowiska konsula i postanowił wrócić do Paryża. Wiktoria wtedy poprosiła o rozwód, na który zgodził

się bez mrugnięcia okiem. To była trudna decyzja, ale nie potrafiła dalej tego tak ciągnąć. Nie wiedziała

jak. Rozstali się na koniec roku, w zgodzie, prawie bez emocji, jak para znajomych, którym skończyły się

tematy do rozmowy. Od tego czasu ich kontakty były sporadyczne i sprowadzały się do rzadkich

telefonów na linii Paryż – Nowy Jork, zawsze dla jednego z nich w środku nocy, kiedy było już tak źle, że

nie wiadomo było, do kogo się odezwać i co zrobić, żeby dotrwać do rana.

[3] haute cuisine (franc.) – wielka, wspaniała kuchnia. Gra słów oparta na francuskiej nazwie haute couture, którym nazywa się najlepsze,

luksusowe krawiectwo francuskich projektantów mody.

===LUIgTCVLIA5tAm9PfU17TXtCYgVkBnQdeBR1WzxdLlQtQzBbOnoNfVMjTw==

4.

Po rozwodzie Wiktoria przeprowadziła się do Nowego Jorku, gdzie wynajęła małe mieszkanie na

Brooklynie i zaczęła pracować jako sekretarka w jednym z początkujących wydawnictw, które

specjalizowało się w książkach z dziedziny medycyny i farmakologii. Siedziała przy ogromnym biurku

w recepcji i odbierała telefony, odpowiadała na e-maile, roznosiła pocztę i robiła kawę.

Mieszkanie na Brooklynie było maleńkie, ale przytulne. Mieściło się w jednym z tych starych domów

z czerwonej cegły, uwielbianych przez Wiki, które nowi właściciele dzielili na mniejsze lokale

i wynajmowali. Żadne luksusy, ale też nie wielka bieda. Poza tym tylko na takie było ją stać po tym, jak

pieniądze, które dostała od Jacques’a po rozwodzie, przewidziane przez intercyzę, ulokowała na koncie

w banku, przeczuwając, że mogą się przydać później, na coś ważnego.

Mieszkanie składało się z salonu, kuchni, łazienki i sypialni, skąd wychodziło się na mały balkonik od

podwórka, na którym lokatorka zagościła raz, latem, żeby sprawdzić widok dookoła. Kilka starych,

używanych mebli kupionych w sklepie z antykami przy Bowery stanowiło skromny wystrój czterech

kątów, nadając im w oczach właścicielki bardzo osobisty wygląd. I tak poza nią nikt tu nie przychodził,

Wiktoria nawet nie znała swoich sąsiadów. Stojący na kuchennym stole nowiutki ekspres do kawy

mielący ziarna oraz laptop Wiktorii, który leżał najczęściej na podłodze koło łóżka, stanowiły najbardziej

ekskluzywne sprzęty tego lokum.

W wydawnictwie Med Publishing pracowało szesnaście osób. Dyrektorem i założycielem firmy był

profesor William Troy, wykładający niegdyś chemię na wydziale farmakologii molekularnej Uniwersytetu

Nowojorskiego. Szefostwo i współpracownicy szybko zaszufladkowali Wiktorię jako byłą żonę konsula

i wyniosłą samotniczkę, niebędącą w stanie zapamiętać ich imion. To prawda, Moreau miała wielki

problem z zapamiętywaniem nazwisk, tytułów i innych szczegółowych informacji, jak na przykład

numerów telefonów. Nie robiła tego specjalnie, taka po prostu była – zapominalska. Do tego stopnia, że

w pewnym momencie nawet przestała się starać i każdy mężczyzna stał się Steve’em, a kobieta Kasią.

„Hej, ty!” było na porządku dziennym i logicznie rzecz biorąc, spotykało się z brakiem sympatii innych,

którzy błędnie odczytywali słabą pamięć kobiety jako przejaw prostackiego wywyższania się.

W tej pracy, jak we wszystkich wcześniejszych, nie wymagano od niej dużo. Robienie kawy

i odpowiadanie na liczne telefony nie były intelektualnym wyzwaniem dla Wiktorii, a że nie nawiązała

żadnej bliższej znajomości z kimkolwiek pracującym w firmie, szybko zaczęła się nudzić. Jedyną

ciekawą stroną tego, co robiła, były rękopisy przysyłane do wydawnictwa przez debiutujących pisarzy.

Problem w tym, że Med Publishing zajmowało się publikowaniem tylko prac naukowych. Żadne

powieści, kryminalne czy romanse, nie wchodziły w grę i szefostwo kazało wyrzucać je od razu do kosza.

Jednak raz na jakiś czas Wiktoria znajdowała w poczcie rękopis kogoś, kto zapewniał, że główny wątek

zahacza o farmakologię lub że fabuła dzieje się w kręgu medycznym. To bawiło Wiktorię i jednocześnie

ciekawiło. Na stronie internetowej czarno na białym widniało ostrzeżenie, że wydawca nie publikuje

literatury innej niż naukowa. Najwyraźniej nie zniechęcało to najgorliwszych debiutantów. Ich

determinacja była godna podziwu. Wiktoria sporządziła więc standardową notkę, którą wysyłała

w odpowiedzi, ale rękopisy dziwnym trafem napływały systematycznie do redakcji i zamiast w koszu,

lądowały coraz częściej w jej torebce.

Wieczorami, w zaciszu własnej sypialni Wiki pożerała wszystkie nadesłane dzieła z wielką

ciekawością i swego rodzaju satysfakcją, że może jako pierwszej jest jej dane poznanie następnej książki

– bestsellera… Nadsyłane teksty były bardzo różne. Jedne czytało się bardzo szybko, inne ciągnęły się

w nieskończoność. Wiktoria jednak zawsze tkwiła w lekturze do końca. Chociaż tyle im się należało,

myślała, wiedząc, że i tak wylądują w koszu na śmieci. Starała się ich nie oceniać, ale szybko stało się to

niemożliwe, ponieważ niektóre z nadesłanych historii wydawały jej się bardzo dobre, podczas gdy inne

były po prostu złe i męczyła się, żeby dobrnąć do końca.

Jednym z najciekawszych był rękopis zatytułowany Pod ich mikroskopem, opowiadający historię

rozgrywającą się w laboratorium testującym leki dla dzieci. Autor przesłał do wydawnictwa tylko

pierwsze czterdzieści stron, które zaledwie rozpoczynały fabułę, ale w tak wspaniały sposób porywając

czytelnika, że Wiktoria umierała z ciekawości na myśl, co będzie dalej. Do tego stopnia, że aż chciała

napisać do autora, iż jego rękopis został wstępnie zatwierdzony i prosi się go o dosłanie reszty.

Zastanawiała się parę dni, aż w końcu stwierdziła, że byłoby to nie fair wobec początkującego pisarza,

niejakiego Stewarta Gilsona, któremu taka odpowiedź dałaby pewnie tylko złudne nadzieje. Postanowiła

jednak dopisać jedno, nieprzepisowe zdanie do swojej szablonowej notatki odmowy, wysyłanej autorom

powieściowych rękopisów:

„Szanowny Panie, z wielkim żalem muszę odrzucić Pana wspaniale zapowiadającą się powieść, nie

ukrywając zaciekawienia, jakie wzbudził we mnie fragment, który Pan do nas przesłał”.

Gilson nie odpowiedział na jej wiadomość i nigdy nie usłyszała już jego nazwiska. Miała jednak cichą

nadzieję, że któregoś dnia książka zostanie wydana i będzie mogła przeczytać ją do końca, odkrywając

losy bohaterów, którzy zdołali ją zaintrygować przez zaledwie czterdzieści stron.

===LUIgTCVLIA5tAm9PfU17TXtCYgVkBnQdeBR1WzxdLlQtQzBbOnoNfVMjTw==

5.

I wtedy Wiktoria zaczęła pisać. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo dlaczego, po co i dla kogo.

Prawdopodobnie z nudów. To było jak miłość od pierwszego wejrzenia, jak strzał w dziesiątkę, jak

nieoczekiwane, nagłe objawienie. Jej powołanie, jej azyl, miłość i cały świat. Nie mogła się oderwać od

swojego nowego obiektu pożądania: pisania. Obojętnie, ile czasu nań przeznaczała, zawsze było go za

mało. Wreszcie znalazła coś, co kochała i w czym była sobą, co pochłaniało ją w całości, wtapiało ją

w swoją przestrzeń i zamykało tam na klucz. Czas przestawał się liczyć. Pisała szybko, niemal niedbale

bębniąc w klawiaturę komputera, wyrzucając z siebie treści, dusząc się nimi i jednocześnie od nich

uwalniając. Planowała z chorobliwą dokładnością lub pisała na ślepo. Tworzyła. Zapisywała litery na

lśniącym ekranie, układając je w linijki czarnych, równiutkich znaków, niczym zgrabne i przemyślane nuty

na pięciolinii. Była wirtuozem zatracającym się w melodii słów, a jej długie palce zgrabnie stukały

w czarne klawisze fortepianu – magicznego instrumentu do pisania muzyki zdań, akapitów i rozdziałów.

Pauzy, staccata, puenty, wielokropki, odstępy. Za pomocą podświetlanej klawiatury płynnie tworzyła

następujące po sobie utwory. Rozdziały gładko przechodzące jeden w drugi, obrazy smutne i wesołe,

spokojne i pełne wartkiej akcji… Wiktoria zapisywała pełnię koncertu na orkiestrę, idealną całość

drobnymi nutami, literkami z haczykami, kropkami, ogonkami i przecinkami. Pisała książkę. Jej książkę,

którą potem mieli przeczytać inni. Inni znajomi i inni nieznajomi. Wszyscy inni. Ale teraz nikt nie zadawał

żadnych pytań, nikt nie mówił jej, co ma robić i jak. Przymykana przez tę manię w mieszkaniu, niby trochę

na siłę, ale chyba bardziej z własnej woli, była panią swego losu, nie po raz pierwszy, ale za to pełną

gębą. W końcu czuła się spełniona. Nie potrzebowała niczego więcej. Była szczęśliwa. Po pracy

zamykała się w swoim klaustrofobicznym pokoju, siadała do komputera i po prostu pisała jakieś zdanie

lub dwa i potem wymyślała następne. Te składały się w logiczną całość, aż do powstania historii, której

autorka nie planowała. Książka jakby pisała się sama… Powieść o miłości, o czymś, o czym ona sama

nie miała zielonego pojęcia.

Miała tyle pomysłów, że musiała wybierać. Postaci, wątki, intrygi nie opuszczały już jej głowy, dwoiły

się, troiły, mnożyły się w nieskończoność, dając poczucie urozmaiconego wyboru. Składała puzzle,

wymyślała zagadki, które potem z przyjemnością rozwiązywała. Zakochała się w słowach, w ich

znaczeniu i brzmieniu. Odkrywała je na nowo. Bawiła się nimi, uwodziła je. Analizowała sposoby

myślenia bohaterów, ich wady, zalety, przeszłość i przyszłość. Tworzyła ich od początku, kochała, nie

mogła o nich zapomnieć. Żyła razem z nimi. Historia i jej postaci powoli stawały się częścią jej życia

i chwilami nie wiedziała już, co jest prawdą, a co wytworem jej wyobraźni. Były momenty, kiedy fikcja

brała górę nad rzeczywistością. Skrycie uwielbiała ten stan rzeczy.

Pracowała nad tekstem osiem miesięcy, o mało nie tracąc przez to pracy. Zupełnie straciła kontakt ze

światem zewnętrznym, stając się w firmie robotem. Nie pozostały jej nawet resztki i tak z trudem

zyskanej sympatii innych. Jednak rachunki trzeba było płacić, musiała więc zastosować swego rodzaju

samodyscyplinę, zabraniając sobie otwierania pliku z tekstem w biurze i śpiąc przynajmniej cztery

godziny na dobę, co w niektórych, bardzo twórczych tygodniach bywało prawdziwym wyzwaniem.

Pisała, chodziła do pracy, jadła, i znów pisała. W pracy myślała o fabule. To było piekło i raj

jednocześnie. To był jej żywioł. Kiedy postawiła ostatnią kropkę, płakała jak dziecko. Nie chciała

skończyć tej książki, nie chciała się z nią rozstawać. Ona była jej częścią, jakby drugą skórą Wiktorii.

Tak też postanowiła ją zatytułować: Skóra, choć nie miało to wiele wspólnego z treścią powieści.

Skończyła i czekała. Czekała, aż książka z niej wyjdzie, opuści ją i da jej wreszcie spokój. Aż którejś

nocy, bez dłuższego zastanowienia wysłała skończony tekst jednym naciśnięciem klawisza do Jacques’a,

z którym nie miała kontaktu od prawie sześciu miesięcy. Nie była do końca pewna, dlaczego to zrobiła

i dlaczego właśnie do niego. Może dlatego, że mimo wszystko to on był jej najbliższy i znał ją

najlepiej… A może był jedyną osobą, której krytykę Wiktoria była w stanie znieść? Odpowiedź nie

przyszła szybko, dopiero po paru tygodniach, kiedy w sumie zdążyła już zapomnieć i pisała coś zupełnie

nowego. Któregoś dnia Jacques zadzwonił, gdy Wiki była w pracy, i zostawił wiadomość na

automatycznej sekretarce:

„Cześć. To ja. Powinnaś to wydać. To najlepsza powieść, jaką czytałem od lat… Dziękuję. Dzięki niej

udało mi się na chwilę zapomnieć. Trzymaj się”.

Po tym telefonie Wiktoria po raz pierwszy wzięła pod uwagę wydanie swojej twórczości, którą bała się

jeszcze nazwać powieściopisarstwem. Dzięki pracy miała coraz większe pojęcie o świecie

wydawniczym i od razu wiedziała, że nie ma szans ani odwagi kroczyć tradycyjną drogą. To było nie dla

niej. Już pierwszy etap – wysyłanie rękopisu do wydawców – wydał jej się nie do przejścia, zważywszy

na to, co sama robiła w pracy. Pomyśleć, że ktoś, za jakimś biurkiem między jednym a drugim

ziewnięciem, w deszczowy śpiący poranek, marząc o przedwcześnie opuszczonym ciepłym łóżku, zacznie

mechanicznie, z przymusu, bez żadnego podniecenia czytać jej książkę! Wyjście na kawę może stać się

cudownie wyczekaną przerwą od lektury, osądzonej przez kogoś jako nudna i ciągnąca się jak flaki

z olejem. Kto wie, może nawet nie doczyta do końca pierwszego rozdziału… Ta wizja wywołała

u Wiktorii dreszcz przerażenia i utwierdzała w przekonaniu, że musi znaleźć inne rozwiązanie. Rzekomo

cierpliwość popłaca, ale nie wszyscy są na nią gotowi. Niektórym życie ucieka tak szybko, jak droga

spod kół rozpędzonego na autostradzie auta. Nie chcą tracić ani minuty więcej… Wiktoria postanowiła

wydać swoją debiutancką powieść sama, pozbywając się większości pieniędzy, jakie dostała od

Jacques’a i tak przezornie trzymała na koncie od dłuższego czasu. Zrobiła to po swojemu…

===LUIgTCVLIA5tAm9PfU17TXtCYgVkBnQdeBR1WzxdLlQtQzBbOnoNfVMjTw==

6.

Przy pisaniu czas biegnie szybciej. Dzień, noc, dzień, noc, tygodnie, miesiące… W końcu nadszedł

grudzień i pierwsze samotne święta Bożego Narodzenia. Wiktoria nie czuła ich atmosfery tak jak

wcześniej, kiedy mieszkała jeszcze w Polsce, z rodzicami, czy nawet później, spędzając je z Jakiem

w najdziwniejszych miejscach i okolicznościach na świecie. Te miały być specjalne, bo pierwsze

samotne. To ją cieszyło i przerażało jednocześnie. Starała się o tym nie myśleć, jednak wychowanie robi

swoje. Kilkakrotnie odrzuciła pomysł wyjazdu do Polski, żeby nie narazić się na te wszystkie rodzinne

nasiadówy z lawiną nieznośnych pytań: „Dlaczego się z nim rozwiodłaś?”, „Jesteś pewna, że to był dobry

pomysł?”, „Co ty w ogóle masz zamiar ze sobą zrobić, dziewczyno?”. I apogeum pytań nie do

wytrzymania: „A kiedy masz zamiar mieć dzieci?”. Nie zniosłaby tego. Lepiej już było siedzieć

w samotności w Nowym Jorku. Zamknąć się w domu, zgasić światło i udawać, że się nie istnieje. Albo

przynajmniej, że nie ma świąt. I pisać. W spokoju.

Po dłuższym zastanowieniu Wiktoria podjęła decyzję o zakupieniu na tę okoliczność telewizora. Sprzęt,

który wcześniej wydawał się jej bezużyteczny, teraz okazał się niezbędny. Odbiornik grający w jej

salonie, emitujący kolorowe obrazy i jednostajnie szumiący, nagle stał się obowiązkowym elementem

samotnie spędzanych świąt w Nowym Jorku. Towarzysz niezawodny, nie do zajechania, pomrukujący

w rytm stukających klawiszy jej komputera. Takie wierne, oddane tło. W końcu udało jej się przynieść

z komisu mikroskopijnego grata, któremu postanowiła podarować drugie życie. Dumnie postawiła kupę

złomu na półce pod oknem i po dwugodzinnej walce z kablami, anteną i całym światem poddała się

i z drinkiem w ręce wpatrywała się w zimowy, prószący monotonnie tym samym śniegiem, obraz. Dupa.

Trudno. W sumie nawet pasowało. Święta, zima, śnieg na wizji… Nastrój, jak trzeba. Nawet rozstrojony

szum posiadał swój urok.

Przygoda telewizyjna znalazła swój nieoczekiwany koniec w Paryżu, po tym jak Jacques cierpliwie

wysłuchawszy przez telefon rozterek pijanej Wiktorii, namówił ją na wizytę u siebie. Tak naprawdę nie

wiedziała, po co tam leci. Podczas podróży kilkakrotnie żałowała tej decyzji. Niczym wściekły furman,

tak jak tylko ona potrafiła, przeklinała siebie, Jacques’a i samolot. Żaden szanujący się margines

społeczny nie powstydziłby się tak ciętego języka. Ale z samolotu nie dało się wysiąść, więc w końcu

przybyła na miejsce.

Paryż przywitał ją szarym niebem, topniejącym, rozciapanym wszędzie brudnym śniegiem i obrażonym

personelem lotniska. Francja… Na szczęście Jacques w swoim długim czarnym płaszczu czekał na nią

przy wyjściu z terminalu. Schudł jeszcze bardziej i postarzał się. Pomarszczona twarz pozostawała

jednak urokliwa, mimo pogniecionej, przesuszonej skóry, z której gdzieniegdzie przebijały zalążki siwego

zarostu. Uśmiechnęła się na jego widok, a całe napięcie, jakie rosło w niej od momentu, kiedy zgodziła

się na tę podróż, spłynęło z niej teraz, kiedy wyciągnął do niej swoją wielką dłoń i lekko przytulił,

mówiąc czule do ucha:

– Cześć, Wiwi. Dobrze, że jesteś.

Cholerne łzy spłynęły po policzkach i zrobiło jej się głupio na myśl, że Jacques je zobaczy. On też się

wzruszył, jednak zdołał wydobyć z siebie coś w rodzaju uśmiechu. Wziął energicznie od Wiktorii

walizkę, chwycił ją za rękę i zaprowadził do auta. Ciepło jego dłoni niespodziewanie przywołało miłe

wspomnienia. Może ta podróż nie była jednak najgorszym pomysłem.

– Jak lot? – zapytał.

– Zwyczajnie. Cholernie długi, nudny i męczący.

W samochodzie Wiktoria obserwowała Jacques’a, który klnąc po francusku na kierowców, jechał

z szaleńczą szybkością środkiem drogi, trąbiąc na wszystko i wszystkich dookoła.

– To co tam porabiasz na tym Brooklynie? – zadał pytanie, nie odwracając oczu od drogi.

– Piszę – odpowiedziała, wzdychając.

Rzucił jej szybkie spojrzenie.

– Co piszesz?

– Takie tam… – Odwróciła twarz do okna, żeby uniknąć jego wzroku.

– Takie, jak te, co mi przysłałaś wtedy?

– Ta…

– To dobrze. Nie przestawaj w takim razie. Dobrze ci idzie.

Mieszkanie Jacques’a mieściło się w szesnastej dzielnicy, przy burżujskiej alei Focha, jednej

z najbardziej znanych w Paryżu, i pachniało starym meblami à la były konsul. Ciemna zieleń kanap

pomieszana z brązem ręcznie tkanych dywanów i brudnym beżem na ścianach nie dawały szansy światłu.

Przestrzenny korytarz z drewnianą podłogą, kryształowe żyrandole, no i ten kurz ciągle wyczuwalny

w powietrzu. Wypisz wymaluj meta starego pryka, pomyślała, śmiejąc się w duchu Wiki, gdy

przechodziła przez próg kuchni z matową mozaiką biało-czarnych kafelków na podłodze. Jacques

zauważył jej minę i bąknął pod nosem, spuszczając wzrok:

– Wiem, wiem. Nic nie mów.

Po wypiciu butelki czerwonego wina przy kominku Wiktoria i Jacques niespodziewanie wylądowali

w swych ramionach, próbując odnaleźć cielesną zażyłość, jaka łączyła ich przez długi czas, ale już jej

między nimi nie było. Nie byli małżeństwem, nie byli już kochankami. Okazało się, że stali się tylko

przyjaciółmi. Aż czy tylko? Oboje stwierdzili, że „aż”, i to wydawało się pasować im najbardziej.

To były ostatnie dobre święta bez świąt. Spędzili je, chodząc po mieście, unikali udekorowanych

witryn sklepowych, a najczęściej przesiadywali w kawiarniach, restauracjach i barach, skubiąc

zamawiane potrawy i popijając je pysznymi winami, udając, że nie słyszą świątecznych piosenek

wygrywanych przez radio. Kiedy z braku laku trafił im się stolik przy oknie, niechętnie obserwowali

świąteczny pośpiech, zaaferowane dzieci, przechodniów z torbami pełnymi prezentów. Nie dotyczyło to

ich. Byli zupełnie odcięci od bożonarodzeniowego szału, którym żyło całe miasto. Trwali razem,

odseparowani od wszystkich pozostałych, i było im tak dobrze.

W wigilijny wieczór Wiktoria drżącą ręką i z bijącym mocno sercem podarowała Jacques’owi

pierwsze wydanie, które otrzymała dwa dni przed wylotem do Paryża. Mężczyzna długo obracał książkę

w dłoniach, sprawdzając gładkość papieru okładki i przyglądając się jej uważnie. Delikatny naskórek na

opuszkach jego palców jeździł po powierzchni książki Wiktorii, odciskając na niej swe zawiłe linie

papilarne.

– Jesteś niesamowita, wiesz… – szepnął w końcu z podziwem.

– Dlaczego? – zapytała ciepło, tuląc się do niego na miękkiej kanapie, kiedy wertował białe kartki.

– Odważna… – odpowiedział. – Ja niczego dla ciebie nie mam – dodał po chwili.

Niczego nie chciała. Przytuliła się do niego jeszcze bardziej, a on pocałował ją w czoło, i siedzieli tak

razem do późnego wieczora, wspominając dawne dzieje. Szczęśliwi na swój sposób, pierwszy raz od

dawna.

Nazajutrz rano Jacques obudził Wiktorię i zapytał, czy chce wyjść z domu. Skrzywiła się. Co, na litość,

kurwa, boską, nie może poczekać w sobotę o 8.30 rano w zasypanym śniegiem Paryżu?

– Chodź ze mną. Sama się przekonasz.

Jeszcze tego brakowało – dobrowolnie ugrząźć w lodowatym puchu, gdzieś w połowie chodnika

i drogi! Nie ma mowy. Pierzyna bezapelacyjnie wygrała ten nierówny pojedynek.

– Umieram z ciekawości, co jest tak bardzo ważne, żeby wyciągnąć cię z domu o tej porze w taki ziąb!

Ale jakoś chyba nie ulegnę pokusie i zostanę – oświadczyła Wiki.

– Chodź i nie marudź – zawołał.

Zwariował na starość, pomyślała, i niechętnie zebrała się do wyjścia. Po chwili oboje opatuleni

w palta i grube szaliki stanęli w progu drzwi kamienicy. Świeży śnieg przykrył ulice, trawniki

i samochody. Wiktoria pierwszy raz widziała tak biały Paryż. Mróz zaszczypał w policzki, a na

nieoczekiwanie niebieskim niebie zaświeciło słońce. Przeszli zaledwie dwa domy dalej, rozglądając się

dookoła i podziwiając symetryczny widok nieskazitelnie białych powierzchni wygładzonych przez

świeżutki puch, kiedy Jacques zatrzymał się przed imponującą furtką. Nacisnął guzik dzwonka, po czym

nie czekając, otworzył ją i ruchem ręki zaprosił Wiktorię do środka. Mała alejka prowadziła do

niewielkiego starego domu, którego drzwi zdobił zielono-czerwony wieniec ze świerku z okazałymi

bombkami złotego koloru. „Znowu i ciągle święta, do wyrzygania…” żachnęła się w myślach.

Z kuchennego okna wyglądała na nich okrągła buzia małego chłopca, niecierpliwie machającego ręką.

Wiktoria pokręciła głową. Gdzie są i kim jest to dziecko? Jacques zabierał się właśnie za stukanie do

drzwi, kiedy te otworzyły się same i w progu pojawiła się sylwetka młodej kobiety, z zapadniętymi

policzkami i zmęczonym uśmiechem na twarzy.

– Czeka na pana już od pół godziny. Mówiłam mu, że będzie pan, jak zawsze. Ale bał się, że może,

skoro są święta, mógł pan zapomnieć.

– Gdzie tam! To przecież moja cotygodniowa rozrywka. Jak mógłbym zapomnieć? – zapytał Jacques,

po czym odwracając się w kierunku Wiktorii, która stała tuż za nim, dodał: – A to jest Wiktoria, moja

była żona. Z wizytą. Na pewno o niej wspominałem…

– Tak, oczywiście, bardzo mi miło. Teresa Petit.

– Witam – wycedziła tylko Wiktoria, zastanawiając się, po co tam przyszli. Od śmierci

Georges’a Jacques nie był zbyt towarzyski. I nigdy wcześniej nie słyszała o żadnej pani Petit… Nie

wspominając już o tym, że nie przepadała za dziećmi, o czym Jacques doskonale wiedział. W tym

momencie mały chłopiec wysunął się zza wątłej sylwetki swojej matki i z nieśmiałym uśmiechem

przywitał Jacques’a dystyngowanie:

– Dzień dobry, panie Moreau, jak się pan dziś czuje?

– Całkiem dobrze, mały. To co? Idziemy?

Chłopiec wyglądał na najwyżej pięć lat, ale w sumie Wiktoria nie umiała zgadywać wieku dzieci.

Odwrócił się pospiesznie do matki, która sprawdziła jeszcze, czy czapka dokładnie zakrywa jego małe,

okrągłe uszy, po czym dając mu buziaka w kartoflany nosek, powiedziała na pożegnanie:

– Tylko bądź grzeczny i nie zagadaj pana Moreau na śmierć.

Maluch uśmiechnął się i zeskoczył ze schodów, o mało się nie przewracając i wpadając prosto na buty

Wiki. Cholerne bachory, zaklęła w myślach i otrzepała obuwie ze śniegu. Odwróciła wzrok od

wystraszonego jej miną, przepraszającego dziecka.

– Nic się nie stało – odpowiedział Jacques za Wiktorię, która teraz patrzyła z kamiennym wyrazem

twarzy na panią Petit.

– Uwielbiam śnieg! – oznajmił mały, po czym stanął naprzeciwko mężczyzny i spojrzał na niego

wyczekująco. Ten zdjął powoli rękawiczkę i podał ciepłą rękę chłopcu. Ruszyli chodnikiem przed siebie.

Malutka rączka zatopiła się w wielkiej dłoni starszego pana. Szli powoli. Jacques spoglądał chwilami na

swego kompana, kłaniając się rzadko spotykanym przechodniom, a mały obserwował wszystko dookoła,

szurgając butami w śniegu. Nikt nic nie mówił. Wiktoria szła dwa kroki za nimi, w osłupieniu

podziwiając ten zdumiewający spektakl i zastanawiając się, kim jest chłopiec i dlaczego Jacques

spaceruje z nim ręka w rękę po swojej dzielnicy bez słowa.

Po pół godzinie, połowie odmrożonego ciała i wysłuchaniu kilku zaledwie słów wymienionych między

Jakiem i podrostkiem, dziecko zostało odprowadzone do domu i oddane matce z tak samo

minimalistycznym dialogiem, jak przy powitaniu. Kiedy tylko minęli ich furtkę, Wiktoria zapytała

z ogromnym zdziwieniem:

– Co to miało być?! Kto to w ogóle jest, co?

– Léonard.

– Léonard?

– Léonard, towarzysz niedoli.

– Możesz wyrażać się jaśniej? Po co tam chodzisz? Wyprowadzasz go na dwór jak psa, czy jak?

– Nie. To on mnie wyprowadza, Wiwi… – Usta Wiktorii rozchyliły się w niezrozumieniu. – Jego ojciec

rzadko tu bywa, a dzieciak potrzebuje czuć męską dłoń, rozumiesz? Żeby nie zapomniał, jak to jest. To

bardzo ważne – odpowiedział.

Ręka w ręce. Mała w dużej. No tak. Jeżeli istnieje coś takiego jak magia świąt, to w życiu Wiktorii

pojawiła się ona właśnie teraz. Spojrzała na Jacques’a, zastanawiając się, kto tu tak naprawdę

potrzebował ręki. Uśmiechnęła się do niego i wsuwając swoją dłoń w jego, powiedziała:

– Ja też czasami potrzebuję wiedzieć, że jesteś. Mógłbyś dzwonić częściej, staruszku…

===LUIgTCVLIA5tAm9PfU17TXtCYgVkBnQdeBR1WzxdLlQtQzBbOnoNfVMjTw==

7.

„Ocknął się, ale jego zdziwiony wzrok pozostawał ciągle wbity w to samo miejsce. Widok własnych

rąk zaciśniętych na jej wątłej szyi zaskakiwał tak samo, jak siedem minut wcześniej. Prawie już cały

zdrętwiał. Poczuł mrowienie w dłoniach, pod którymi jej niegdyś gładka, biała skóra była teraz sina.

Podniósł oczy w stronę jej nieruchomej twarzy i ponownie zastygł w bezruchu. Mój Boże, ona nadal

jest piękna, pomyślał. Nagle łapczywie zaczerpnął powietrza, orientując się, że od dłuższego czasu

wstrzymywał oddech. Płuca wypełniły się tlenem – zaciągnął się nim głęboko, jakby za nich oboje. Do

końca, do pełnej rozpiętości klatki piersiowej, która naprężyła się niespodziewanie. Jakby z dumy. Po

chwili powietrze uszło z niego powoli, spokojnie, a płynący z jego rozchylonych warg podmuch

rozwiał delikatnie kosmyk jej włosów. Zobaczył to i zamarł ponownie”.

L. Washington, Trupy w rzece Hudson

Marvin westchnął głośno. Spojrzał na ekrany komputerów z czarno-białym, statycznym obrazem

korytarzy. Na klawiaturze aparatury wcisnął pauzę, po czym pospiesznie wyszedł z pokoju. Wsiadł do

windy i pojechał na czternaste piętro. Tam szybkim krokiem udał się do pokoju, który otworzył ściskanym

w wilgotnej dłoni kluczem. Zaledwie po chwili zamknął za sobą drzwi gabinetu Ruby w pośpiechu,

najciszej jak potrafił. Rozejrzał się po korytarzu i upewniwszy się, że nikt go nie widział, zgrabnie

wsunął się z powrotem do windy. Nierówny oddech nie chciał się już uspokoić. Schowana pod koszulą

kartka papieru kleiła się do jego spoconego torsu. Praktycznie nie musiał jej już przytrzymywać ręką.

Stres sprawił, że był cały mokry. Zjechał na dół, wrócił pewnym krokiem do swego biurka i wykonał

standardowe czynności: nacisnął recording, rzucił okiem na trzy ekrany, monitorujące najważniejsze

miejsca budynku Helxona, po czym udał się do toalety. To było jedyne miejsce bez kamer. Wreszcie mógł

zaspokoić swoją ciekawość i zobaczyć, co tak bardzo od kilku dni ekscytowało Ruby. Rozwinął złożoną

na pół kartkę, którą przed chwilą zwinął z jej szuflady. Zmarszczył czoło i ze skupieniem zanurzył się

w rzece imion i nazwisk.

===LUIgTCVLIA5tAm9PfU17TXtCYgVkBnQdeBR1WzxdLlQtQzBbOnoNfVMjTw==

8.

W Los Angeles Wiktoria spędziła cztery pracowite dni. Spotkania z wytwórnią filmową, producentem

i reżyserką Oliwią Thor zabrały jej większość czasu. Były też przesłuchania aktorów, w tym Logana

Flytlanda, na którego widok Wiki miała ochotę zapaść się pod ziemię. Ten jednak zachował się po

dżentelmeńsku i nikomu nie wspomniał o ich pierwszym, kłopotliwym spotkaniu w samolocie. Posłał za

to Wiki zniewalający uśmiech i sprawił, że miała później trudności z zaśnięciem. Przystojniak! Rolę

Rolanda dostał bezapelacyjnie, uzyskawszy stuprocentowe poparcie głosującego grona, składającego się

w większości z kobiet. Tego samego wieczora Logan zadzwonił do niej, żeby za to podziękować. Jego

męski głos uwodził Wiktorię, płynąc miękko ze słuchawki telefonu niczym zaczarowana melodia.

Stwierdzili, że muszą się lepiej poznać. Flytland obiecał, że odwiedzi Wiki w trakcie najbliższej

obecności w Nowym Jorku, kiedy zaczną kręcić Skórę. W jego głosie była taka niespotykana lekkość

i pewność siebie! W ostatni wieczór, wychodząc razem ze studia, poszli na drinka w grupie znajomych

z ekipy filmowej. Przez cały wieczór Wiktoria miała wrażenie, że Logan chce się do niej zbliżyć, ale nie

wie jak albo coś go onieśmiela. Zniecierpliwiona, po pięćdziesiątym piątym hollywoodzkim uśmiechu

i siedemdziesiątym zabójczym spojrzeniu, opuściła pospiesznie lokal i wskoczyła do taksówki, która

zawiozła ją pod hotel. Nie nadaję się do tego – pomyślała i ciężko padła na fotel w pokoju. Dziecinada!

Takie uwodzenie nie było już dla niej. Poczuła się staro i pomyślała, że jej codzienne życie wygląda teraz

znacznie spokojniej, dlatego od paru dni czuje się przemęczona. Tyle emocji, tyle wrażeń! Jeszcze chwila

i zasnęłaby w tym fotelu, ubrana, z makijażem… Jak nastolatka. Podniosła się jednak ostatkiem sił

i wysunęła z torby telefon. Zaplanowała, że sprawdzi tylko skrzynkę, a potem pójdzie do łazienki. Po

chwili jej oczy otworzyły się szerzej, kiedy rozwinęła link przesłany prze Irę. Od czterech dni

wydawnictwo prowadziło na swojej stronie internetowej przedsprzedaż jej nowej powieści pod tytułem

Na dnie, która miała ukazać się w sklepach równo za dwa miesiące. Ponad milion zamówionych

egzemplarzy w ciągu niecałych stu godzin przedsprzedaży! Plecy Wiki oblał gorący pot. Opadła

na kanapę. Zamknęła oczy i głośno wypuściła powietrze ustami.

– To jakiś kosmiczny, kurwa, rekord! – szepnęła do siebie. W tym momencie usłyszała dźwięk

nadchodzącej wiadomości. Ira wysłał jej esemesa ze zdjęciem, na którym widniały dwa stukające się

kieliszki wypełnione szampanem, z dopiskiem: „Gratulacje!”. Uśmiechnęła się. Wstała i wystukała numer

hotelowej recepcji: – Czy ktoś mógłby przynieść dwa kieliszki szampana do mojego pokoju?

Po chwili stała już na balkonie swojego apartamentu hotelowego, z widokiem na skąpane w światłach

świątecznych neonów Los Angeles, z dwoma kieliszkami zimnego, tryskającego bąbelkami trunku.

Uderzyła jednym o drugi i powiedziała z satysfakcją:

– Gratulacje, pani Moreau.

Po czym wypiła duszkiem ich zawartość i z szerokim uśmiechem poszła spać. Z makijażem i w ubraniu.

Nazajutrz rano wracała już do siebie. Grudniowe niebo Nowego Jorku zaciągnęło się szarymi chmurami.

Ira przyjechał po nią na lotnisko, próbując wykorzystać drogę do domu na rozmowę o najnowszym

sukcesie. Jechali powoli autostradą, z uchylonymi mimo mrozu oknami samochodu, bo Ira palił papierosa

za papierosem.

– To przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Tym razem naprawdę nas zaskoczyłaś. Oby tak dalej

pogratulował jej, wypuszczając dym.

– Chyba ludzie od marketingu cię zaskoczyli, nie ja… A zresztą, co to za różnica. Mam wrażenie, że to

jakiś sen. Milion sprzedanych egzemplarzy książki, która jeszcze się nie ukazała? Zaczynam czuć presję

wyrecytowała, nie patrząc na niego.

– Ty, królowa literackich rankingów, odczuwasz presję? Nie żartuj – powiedział z niedowierzaniem

i rzucił jej powłóczyste spojrzenie.

Zerknęła na niego z niezadowoloną miną. Nie lubiła, kiedy tak ją nazywał. Ale grymas złości tylko

dodawał jej wdzięku.

Ira wiedział, że nic nigdy między nimi nie będzie, ale jakoś trudno było mu się z tym pogodzić. Wiktoria

nie była perfekcyjna, jednak miała w sobie to coś. Przyciągała go mieszanką intelektu i kobiecej urody

w stylu lat sześćdziesiątych. Zaokrąglenia tam gdzie trzeba, gładka cera i długie falujące blond włosy.

Była uparta jak osioł i Ira o tym wiedział aż za dobrze. Ale jej uśmiech i sukces, który osiągnęła, czyniły

ją bardzo atrakcyjną w jego oczach. Podobała mu się.

– Serio. Zaczynam się stresować – przerwała jego zamyślenie. – Zdajesz sobie sprawę, że ci ludzie

kupili produkt, którego nie znają? Tak w ciemno? Zainwestowali w kota w worku! To niesamowite!

– Zainwestowali w twoje nazwisko, a nie w żadnego kota. Jesteś już marką. Dla nich nie ma ryzyka, bo

twój talent jest gwarancją dobrego produktu. To podstawowe prawo rynkowego sukcesu. Nic nowego.

Wiktoria spojrzała kpiąco na kierowcę, który posłał jej uwodzicielski uśmiech.

– Jestem marką. Dzięki! Całe życie o tym marzyłam! – rzuciła teatralnie, z ironią w głosie.

– Nic na to nie poradzisz. Teraz już będzie tylko gorzej… – odpowiedział i zaśmiał się tak, jak śmieją

się czarne charaktery w bajkach dla dzieci.

Wiktoria spoważniała i wbiła wzrok w uciekającą spod kół drogę, zastanawiając się, co to wszystko

dla niej oznacza. A tak niedawno była nowa w tym świecie. Zaledwie cztery lata wcześniej była nikomu

nieznaną debiutantką, która postanowiła sama wydać swoje pierwsze dzieło.

===LUIgTCVLIA5tAm9PfU17TXtCYgVkBnQdeBR1WzxdLlQtQzBbOnoNfVMjTw==

9.

Samodzielne wydanie książki było istnym koszmarem, niemającym nic wspólnego z samowyzwoleniem

czy w ogóle z jakkolwiek pojmowaną wolnością. Firma drukująca, z jaką Wiktoria podpisała pierwszą

umowę, zapewniała korektę językową, łamanie i złożenie tekstu, oprawę graficzną oraz druk. Ni mniej, ni

więcej. Szybko jednak okazało się, że nikt tam nie miał pojęcia o promocji ani dystrybucji jej dzieła, bez

których, ku wielkiemu zdziwieniu Wiktorii, książka nie miała szans zaistnienia na rynku wydawniczym.

Wiki czuła się oszukana. A jedynym, marnym pocieszeniem było przekonanie, że przynajmniej wydała tę

książkę tak, jak chciała. To był jej tekst, nikt się go nie czepiał, nikt nie przerabiał, nie sugerował… Jej

fabuła, jej pomysły, jej bohaterowie. Nawet jej okładka i tytuł. Z nikim nie trzeba było się przekomarzać,

użerać, nikogo przekonywać. I to było dobre. Skóra miała na okładce zdjęcie z plaży, zrobione przez

Wiktorię w San Francisco, w pochmurny dzień, kiedy czuła się tam wolna i szczęśliwa.

Jednak jak sprzedać książkę, której nie ma w sklepach? Od początku Skóra nie schodziła dobrze. Po

wykupieniu stu pierwszych egzemplarzy przez rodzinę i znajomych Wiktorii, sprzedaż zwolniła, żeby

w końcu stanąć zupełnie i pogrążyć Wiktorię w katastroficznym nastroju niemocy. Zainwestowane

pieniądze zostały po prostu wyrzucone w błoto, a autorka z podwiniętym ogonem parzyła kolejne kawy

pracownikom Med Publishing. Pisała nadal. Dużo i z taką samą werwą jak wcześniej, ale już bez planów

publikacji. Pisała dla siebie, co po pewnym czasie zaczęło sprawiać jej taką samą przyjemność, jak

pisanie w celach wydawniczych. Dni mijały szablonowo. Wiktoria wiodła spokojne życie w Nowym

Jorku, utrzymując minimalny kontakt z Jakiem i najbliższą rodziną z Polski. Nie miała przyjaciół, prawie

w ogóle znajomych, i nie czuła się tym przygnębiona. Odkryła nawet, że lubi samotność i dobrze jej we

własnym towarzystwie, na luzie. Nie zastanawiała się więc specjalnie nad przyczyną czy skutkiem

takiego stanu rzeczy. Czasami wychodziła na miasto, żeby zabić monotonię codzienności, zobaczyć jakiś

film, porozmawiać z kimś w barze. Lubiła tę niezależność, spotkania bez zobowiązań i ciągu dalszego.

Spotykała w ten sposób wiele osób, w większości mężczyzn, niepozostających obojętnymi na jej kobiece

wdzięki. Lubiła skupiać na sobie wzrok, dlatego też ubierała się seksownie i przywiązywała dużą wagę

do detali, miała zawsze perfekcyjny manikiur, delikatny makijaż i fantazyjną biżuterię kupowaną

najczęściej na pchlim targu. Takie spotkania rzadko kończyły się wspólną nocą ze śniadaniem, jednak

kiedy do nich dochodziło, nigdy nie odbywało się to w jej domu i zawsze wymuszała na swoim partnerze

przysięgę nieubiegania się o kontynuację. Nie chciała się angażować, była wolnym strzelcem i czuła się

z tym dobrze.

Któregoś dnia ktoś w pracy zasugerował Wiktorii elektroniczne wydanie jej powieści. To fakt, już

wcześniej o tym myślała, zniechęcona jednak wynikami sprzedaży papierowego wydania, odłożyła ten

pomysł na później. Później było teraz. Niewielkim nakładem pieniężnym postanowiła opublikować Skórę

w formie e-booka i zacząć sprzedaż elektronicznej książki w Internecie. Wtedy, niespodziewanie,

nastąpił przełom. W kilka miesięcy jej powieść została hitem, tematem numer jeden na forach

internetowych, portalach społecznościowych i w całej blogosferze. W krótkim czasie, ku wielkiemu

zdziwieniu Wiktorii, Skóra stała się bestsellerem. Świat stanął na głowie. Nagle spłynęły propozycje

wykupienia praw autorskich od najlepszych wydawców, poczytne pisma literackie ustawiały się

w kolejce po wywiad z autorką, była wszędzie zapraszana, wszyscy mówili tylko o niej. Ona i jej książka

stały się tematem numer jeden literackiego świata. Nie mogła w to uwierzyć. Była rozpoznawalna,

podpisała z Little Black Book, nowojorskim wydawcą specjalizującym się w wydawaniu kryminałów,

bardzo lukratywny kontrakt na następne książki, który pozwolił jej na rezygnację z nudnej posady w Med

Publishing i skupienie się tylko na pisaniu.

Ira i Wiki znali się od tamtego właśnie momentu. Wysoki, potężny mężczyzna z zaczesanymi gładko do

tyłu włosami, w długim płaszczu i z papierosem w ręku przypominał filmowych detektywów. Miał

mroczne spojrzenie i nic z literackiego agenta, którym był. Po tym, jak Skóra zyskała światową sławę,

Little Black Book wyznaczyło Irę, najlepszego w swojej domenie, na głównego przedstawiciela Wiktorii

w świecie wydawniczym. Ich pierwsze spotkanie utkwiło w pamięci kobiety jako wyjątkowo niemiłe.

Spotkali się w jego ogromnym biurze, na jednym z najwyższych pięter nowojorskiego Chrysler Building.

Od razu było widać, że dobrze się im powodzi. Wiktoria nie mogła oderwać wzroku od zapierającego

dech widoku za oknem, jednak dobre wychowanie nakazywało jej skupić się na rozmówcy.

– Kości. – Mężczyzna zaczął pewnie rozmowę, odpalając papierosa i nie pytając nawet, czy jej to

czasem nie przeszkadza. Nie był specjalnie urodziwy, wyglądał na nieprzystępnego. Tylko duże,

orzechowe oczy zdawały się temu przeczyć.

– Słucham? – zapytała grzecznie Wiktoria, nie będąc pewna, o czym mówi jej interlokutor.

– Kości, twoja pierwsza publikacja – wyjaśnił, widząc jej osłupienie.

– Mój debiut nie nazywa się Kości.

– Włosy? – próbował z niepewnym uśmiechem.

Nie wiedziała już, czy ma się śmiać, czy płakać. Kto go tu przysłał? To miał być ten wielki agent

gwiazd pióra?! To chyba jakaś kpina!

– Skóra – odpowiedziała lekko poirytowana Wiki. – Rozumiem, że pan nie czytał.

– Jakoś mnie nie ciągnie do babskiej literatury. Ale to nie oznacza, że nie zamierzam. I mów mi na ty.

Uśmiechnął się ponownie, sprawdzając jej reakcję.

Myślała, że go zabije.

– Jak mamy współpracować, skoro nie dość, że nic o mnie nie wiesz, to jeszcze nie czytasz tego, co

piszę?

– No właśnie próbuję się czegoś o tobie dowiedzieć, królowo… No to jak pisze się bestseller?

– Bestseller? Nie wiem – odpowiedziała, kierując na niego swój wzrok, który zdradzał poważnie

nadszarpnięty już budżet cierpliwości.

– Jak to nie wiesz, przecież napisałaś bestseller. Powinnaś wiedzieć! Sam się chyba nie napisał…

Otworzyła szeroko oczy i gapiła się teraz na niego w osłupieniu. No tak. Miał w sumie rację. Tak to

trzeba było zacząć nazywać. BESTSELLER. Taka sterta słów, którą napisała i którą inni przeczytali

i polubili. Bardzo nieoczekiwanie zresztą… Ciągle jeszcze nie mogła się do tego przyzwyczaić.

– No to co? Jak to jest z tym twoim pisaniem?

– Czy ja wiem… Napisałam kryminał z historią miłosną w tle, to wszystko.

– Kryminał, który podoba się milionom kobiet na świecie. Nie udawaj nowicjuszki.

Wkurzał ją. Naprawdę ją wkurzał.

– Nie mam sposobu na bestseller – westchnęła, ciężko wstając z kanapy i podchodząc do okna, co nie

spodobało się Panu Agentowi Numer Jeden. Nie chciała tej presji. A co będzie, jak już nic dobrego nie

napisze? Nie mam genetycznie wpisanego sposobu na sukces, pomyślała.

– Mam nadzieję, że masz, kochanie, bo mój szef ma zamiar zainwestować miliony dolarów w twoją

promocję, więc lepiej zaciśnij tyłek i wymyśl coś kurewsko dobrego. Inaczej leżymy. Ty i ja.

W tym momencie Wiktoria zrozumiała, że to już nie przelewki i że teraz trzeba poważnie wziąć się do

roboty i napisać coś „kurewsko dobrego”. No i wzięła się. I to od razu. Od progu. Natychmiast. Pisała

i nawet dobrze jej to wychodziło. I tak Ira, który okazał się miłym, ale upierdliwym facetem, zajmował

się jej wszystkimi zawodowymi sprawami, organizował spotkania, negocjował kontrakty i namawiał do

pisania. Naprawdę umiał być uciążliwy. Kiedy tylko zbliżał się termin oddania rękopisu, potrafił

dzwonić piętnaście razy dziennie, wysyłać kilka e-maili na dobę i posypywać jeszcze to wszystko

esemesami, ku wielkiej furii Wiktorii, która nie mogła się przez to skupić. Nienawidziła go wtedy, ale

kiedy wyłączała telefon, ten pojawiał się w jej domu, stresując ją jeszcze bardziej.

– Czterysta pięćdziesiąt stron, pamiętaj! Czterysta pięćdziesiąt max! Rozumiesz? Jak zawsze. I ani

słowa więcej, bo znowu zajmie im to trzy miesiące w korekcie. Musisz się streszczać, Wiki. Dobry

kryminał, a nie powieść rzeka! – darł się od progu, grożąc jej palcem, wypychany siłą przez Wiktorię

z mieszkania.

Czterysta pięćdziesiąt stron. Zawsze miała z tym problem. Pisała za dużo. Za dużo słów, za dużo zdań,

za długie teksty. Wszystko przez ten nadmiar myśli. A czytelnicy nie chcieli czytać sześćsetstronicowych

wypocin. W dzisiejszym świecie trzeba było krótko i na temat. Tak więc starała się zamknąć w czterystu

pięćdziesięciu stronach, z czego w wydawnictwie przeważnie robili jakieś czterysta i takiej długości

powieść szła do druku. Maszynopis Na dnie miał dokładnie czterysta pięćdziesiąt stron. Wiktoria była

z siebie dumna, wręczając go Irze parę miesięcy wcześniej. I pierwszy raz w wydawnictwie nie skrócili

jej tekstu. Pierwszy raz pierwowzór został w całości zaakceptowany przez wydawcę. Wiktoria przyjęła

tę wiadomość jako sukces bardzo, bardzo osobisty.

===LUIgTCVLIA5tAm9PfU17TXtCYgVkBnQdeBR1WzxdLlQtQzBbOnoNfVMjTw==

10.

Grudniowego poranka Lars Washington podniósł się leniwie, żeby uchylić małe nieszczelne okno

w swoim pokoju. Poranne wietrzenie sypialni było stałym punktem jego codziennego programu, zaraz po

toalecie i narzuceniu czegoś na rozgrzane jeszcze ciepłą kołdrą ciało. Nocny dym papierosowy, jak

zawsze, miały zastąpić spaliny aut i smród kuchni restauracyjnych z Dziesiątej Alei. Odsunął poszarzałe

firanki i nacisnął na okienną klamkę, która zupełnie nie stawiała już przed nim oporu. Przez moment miał

wrażenie, że cała framuga rozleci mu się zaraz w ręce. Tym razem jednak tak się nie stało. Gardło ostro

zapiekło go od znajomego dymu z ruchliwej ulicy, kiedy silny powiew chłodnego powietrza wdarł się

nagle do mieszkania. Chwilę poobserwował roztaczający się przed nim widok. Ciasno ściśnięte budynki,

między którymi królowała niedawno zagospodarowana na zieloną promenadę stara linia torów

kolejowych High Line. Larry z baru na dole wystawiał swoje reklamowe menu na chodnik, a jego żona

Ida w pośpiechu przecierała je mokrą, parującą szmatą. Spojrzał na zegarek. 6.30. Jeszcze pół godziny do

otwarcia. Będzie musiał poczekać. Podniósł wzrok. Na drugim planie barka ze żwirem sunęła powoli po

tafli spokojnej rzeki, a w tyle kominy starej fabryki cementu zasmucały i tak już pochmurne niebo

Nowego Jorku. Ohydny, ciemny poranek – pomyślał i przeszedł do aneksu kuchennego. Włączył

telewizor, żeby zabić czas w oczekiwaniu na śniadanie.

ówny temat porannego programu telewizyjnego wydał mu się niepokojąco znajomy. Po raz kolejny

jakby żywcem wyciągnięty z jego ostatniej powieści. Zmrużył oczy. Kamera zrobiła zbliżenie na czarny

duży worek leżący na chodniku przy jednym z doków. Po chwili większy plan ukazał krzątających się

nerwowo specjalistów z kryminalistyki. Dziennikarka, co rusz odgarniająca rude włosy z twarzy, które

wiatr nieustannie jej tam nadmuchiwał, starała się przekrzyczeć szum samochodów, zaciskając oburącz

duży mikrofon.

– Kolejne, trzecie już ciało zostało dziś nad ranem wyłowione przez płetwonurków policji Nowego

Jorku z rzeki Hudson – nadawała z drugiej strony ruchliwej ulicy. Policja zdążyła zabezpieczyć miejsce

zbrodni, oddzielając całą część brzegu, razem z chodnikiem, plastikowymi taśmami.

– Z nieoficjalnych źródeł udało mi się ustalić, że tym razem chodzi o białą kobietę między trzydziestym

a czterdziestym rokiem życia. Jej szczątki znaleziono w północnym odcinku rzeki, nieopodal High West,

na tym samym obszarze, na którym odkryto dwa pozostałe ciała. Policja wciąż nie podaje przyczyn

śmierci ofiar ani ich powiązania, tymczasem mieszkańcy miasta mają coraz więcej pytań. Czy rozpoczęte

na szeroką skalę przeszukiwania dna rzeki odkryją przed nami więcej trupów? I czy ta historia ma coś

wspólnego z bestsellerem Trupy w rzece Hudson Larsa Washingtona, o którego dobre imię sam autor

i jego wydawca walczą aktualnie w sądzie?

Ostrym ruchem ręki Lars wyłączył telewizor, nie pozwalając rudzielcowi kontynuować monologu.

Ekran szybko poczerniał, a z nim zmęczone i szkliste oczy pisarza. To już trzecie ciało, pomyślał i przez

chwilę zastygł z pilotem nerwowo zaciśniętym w uniesionej dłoni. Muszą wreszcie podać jakieś

sensowne wytłumaczenie! Chociażby kawałeczek zalążka jakiejś trzymającej się kupy hipotezy. Inaczej

Watsona czeka dymisja, a jego… Wolał nawet o tym nie myśleć. Nowojorczycy chcą wiedzieć, skąd

biorą się trupy w rzece Hudson. Tym razem nie chodzi o fikcję, ale o prawdę. Westchnął głęboko

i chwycił za dużą, plastikową słuchawkę pożółkłego aparatu telefonicznego, który pamiętał jeszcze lata

osiemdziesiąte. Pomarszczone palce powoli wystukały znany na pamięć numer. Zanim jego rozmówca

zdążył odebrać, Lars odpalił papierosa, ostatniego, jaki pozostał z nocnej paczki, i zaciągnął się głęboko

jego dymem.

– Oglądasz to, co ja? – zapytał zachrypniętym głosem.

– Tak. Wkopałeś się po uszy, stary. I ciągniesz mnie za sobą na dno. Policja chce drugiego przesłuchania

– odparł Robert Watson, stary przyjaciel Larsa, właściciel wydawnictwa Edmond and Watson New

Beginning Editions, które od czterdziestu trzech lat wydawało książki Washingtona, najbardziej

poczytnego żyjącego pisarza Ameryki.

– Nic ci nie będzie. To dotyczy tylko mojej osoby. Daj na luz.

– Wszystko, co dotyczy twojej osoby, dotyczy też mnie. Dobrze o tym wiesz.

– Mylisz się. Tym razem jestem w tym gównie sam. Jak powiedziałeś, po uszy, ale sam. Przez ciebie,

ale sam…

– Nie przeze mnie, ale przez niego! – syknął głos w słuchawce.

– Musisz mi tylko coś obiecać – poprosił spokojnie Lars, jakby nie słysząc tego, co powiedział Watson.

– Co takiego?

– To nie na telefon. Spotkajmy się. Przyjedź do Larry’ego. Możesz?

Watson westchnął głośno.

– Będę po siódmej – zakończył rozmowę, wyłączając się.

Lars dopalił zaczętego papierosa, narzucił na plecy wytartą skórzaną kurtkę, a siwe włosy przykrył

kapeluszem. Zszedł do swojego ulubionego baru, krzywiąc się, kiedy pierwszy podmuch lodowatego

wiatru dopadł jego twarzy. Co za zimnica!

Pomimo tabliczki „Zamknięte” drzwi można było otworzyć. Dzwoneczek przy wejściu oznajmił

właścicielom przybycie pierwszego gościa. Larry ucieszył się, że znany klient ponownie zawitał w jego

skromne progi, bo to oznaczało, że znowu zaczyna pisać. Mistrz zawsze wracał do swojej obleśnej

kawalerki w Meatpacking District, kiedy zaczynał nową powieść. Wtedy też żywił się w barze. I wszyscy

najstarsi mieszkańcy ulicy wiedzieli o tym zwyczaju. Stolik Larsa już na niego czekał. Ida właśnie

włączyła ekspres do kawy, gdy mężczyzna grzecznie się jej ukłonił, zdejmując kapelusz i siadając na

chwiejącym się krześle. Czuł się tu jak u siebie.

===LUIgTCVLIA5tAm9PfU17TXtCYgVkBnQdeBR1WzxdLlQtQzBbOnoNfVMjTw==

11.

Marvin Walsh poczekał, aż lekarka wjedzie na górę, i kiedy tylko weszła do swojego gabinetu,

powiększył wizję na ekranie służbowego komputera. Czarno-biały obraz mu nie przeszkadzał. Pamiętał

wszystkie kolory. Ruby miała dziś na sobie jego ulubioną, niebieską sukienkę, której rękawy tak płynnie

opadały jej z ramion. Usiadła przy biurku i dwubarwnymi tęczówkami patrzyła na stos piętrzących się

przed nią papierów. Wyglądała na zmęczoną. Mężczyzna próbował odgadnąć pochodzenie cieni pod jej

oczami, które zdołał zauważyć, kiedy kobieta przemykała przez hol. Może spędziła z kimś piękną,

bezsenną noc? Ruby wzięła się leniwie do pracy. Przejrzała pierwsze dossier i rzuciła je na podłogę.

Potem kilka następnych. W końcu wstała i ospale wyszła z gabinetu, aby po chwili wrócić do swego

nudnego zajęcia z kubkiem parującej kawy. Włączyła komputer i przez moment wpatrywała się

bezmyślnie w jego ekran. Jasna skóra promieniała świeżością nawet przez monitor. Co za uroda! Marvin

nie mógł od niej oderwać oczu. Ruby pospiesznie wystukała coś na klawiaturze, aby po chwili powrócić

do dokumentów. Papierowe teczki lądowały, jedna po drugiej, koło jej nowych, modnych granatowych

szpilek. Potem rozmawiała z kimś przez telefon, następnie studiowała wzrokiem komputerowe pliki.

Wyglądała na przejętą. Jakiś czas bujała się na fotelu z zamyśloną miną, gapiąc się przed siebie. Dopiła

kawę i poszła do laboratorium. Tam do późna pracowała przy mikroskopie i probówkach, od czasu do

czasu wpisując dane do komputera. Pasjonatka… Brakowało mu jej. Tęsknił za nią, ale wiedział, że już

jej nie odzyska. Ta myśl była ponad jego siły.

===LUIgTCVLIA5tAm9PfU17TXtCYgVkBnQdeBR1WzxdLlQtQzBbOnoNfVMjTw==

12.

– Mam nadzieję, że ściągnąłeś mnie do tej speluny, bo masz pomysł, jak wyciągnąć nas w końcu z tego

koszmaru – zaczął równie przemęczonym, jak niemiłym głosem Robert, patrząc na pochylającego się nad

kubkiem parującej kawy Larsa. Ten wykrzywił się tylko i wtedy Watson zrozumiał, że Washington nie po

to go tu jednak sprowadził. Rzucił więc okiem na garnuszek, który przed nim stał. Uniósł go i zaczął

oceniać jego czystość. W końcu powoli i niepewnie zdecydował się spróbować jego gorącej zawartości,

ograniczając kontakt warg z naczyniem do minimum. Niestety, jakość serwowanych tu od lat napojów nie

uległa zmianie. Tego wciąż nie dało się pić. Odsunął filiżankę i wbił oczekująco wzrok w swego

przyjaciela.

– Z tego nie ma już wyjścia. Znaleźli trzecie ciało. Kto wie, ile jeszcze będzie. Jeżeli nie znajdziemy

tego pismaka, to już po mnie. Nie dowiemy się prawdy, a oni nam nie uwierzą, że to nie my. To znaczy, że

to nie ja… Że to nie specjalnie… – poprawił się na końcu, rzucając zaniepokojone spojrzenie swojemu

wydawcy.

– Więc po co mnie tu ściągasz, skoro nie masz dla mnie żadnych nowych, pocieszających informacji?!

odpowiedział Robert, akcentując „pocieszających”.

– Mówiłem, że mam prośbę. – Lars starał się zachować spokój. Żona Larry’ego właśnie przyniosła jego

śniadanie: placki utopione w syropie klonowym. Robertowi zrobiło się niedobrze na ich widok,

odwrócił więc wzrok od talerza i rzucił wymuszony uśmiech kobiecie, która czekała na jego zamówienie.

– Mnie wystarczy ta kawa. – Zdołał wydobyć z siebie normalny ton, po czym zwrócił się ironicznie

do Larsa: – Słucham. Przecież nie mam nic lepszego do roboty!

– Nikt nigdy nie może się dowiedzieć o jego istnieniu – zaczął Lars.

– O kim ty znowu gadasz?

– O Sekretnym Gawędziarzu ściszył głos.

Robert przewrócił oczami i odpowiedział zrezygnowanym głosem:

– Daruj sobie te sekretne pseudonimy, co?! Jakie to ma teraz znaczenie? Poza tym, jak nikt nie ma się

dowiedzieć, skoro tylko jego istnienie może nas uratować? Ciebie i mnie. Jak ty to sobie inaczej

wyobrażasz? – Bał się, że jeszcze może Washington weźmie go za zakładnika swojego zasranego honoru

i nie pozwoli ujawnić policji, że to przez ghostwritera – Sekretnego Gawędziarza – od wydania Trupów

w rzece Hudson mają na głowie nie tylko pozew o zniesławienie, ale również cały przemysł

farmaceutyczny Stanów Zjednoczonych i prasę. Niech to szlag jasny trafi!

– Ciebie może i tak, ale mnie to jeszcze bardziej pogrąży. Nie ma mowy, żeby świat dowiedział się, że

skorzystałem z pomysłu kogoś innego. Jakiegoś nieudacznika w dodatku! Debiutanta-krętacza! Co za

wstyd! Nie zgadzam się na to. Obiecaj, że nikomu nie powiesz. Przez jedną głupią książkę nie mogę

zawalić życiowej kariery. To byłby mój koniec. – Kropelki potu pojawiły się na czole Larsa, mimo że

temperatura w barze nie była dużo wyższa od tej na zewnątrz.

– Twój koniec, a razem z nim i mój, nastąpi dużo szybciej, niż ci się wydaje, jeżeli nie znajdziemy tego

nieszczęśnika z nie tak bardzo, jak się okazuje, wybujałą wyobraźnią. Więc przestań mi tu bredzić i skup

się lepiej na nawiązaniu z nim kontaktu.

Sekretny Gawędziarz zapadł się pod ziemię. Zniknął z życia Larsa tak samo szybko i niepostrzeżenie,

jak się w nim pojawił. Washington słabo pamiętał ten trudny okres ponad rok temu, kiedy od miesięcy nie

udawało mu się niczego stworzyć. Brakowało mu dobrego pomysłu na nowy kryminał. Po raz pierwszy

w życiu nie wiedział, o czym pisać, i zwalił to na swój sędziwy wiek. Siedemdziesiąt osiem lat to za

dużo na wymaganie czegokolwiek sensownego od własnej wyobraźni. Była już tylko rzeczywistość

i starość. Całe życie przecież wymyślał i pisał powieści sensacyjne, które jedna po drugiej stawały się

bestsellerami. Sprzedał miliony książek, zdobył wszystkie możliwe nagrody literackie i był jednym

z najbogatszych pisarzy swoich czasów. Miał udane, spełnione i szczęśliwe życie. Aż do momentu, kiedy

termin oddania nowej, zakontraktowanej książki zaczął zbliżać się nieubłaganie, a Lars nie napisał ani

jednej strony tekstu. Miał zakończyć karierę pisarza w wielkim stylu: wydać swoją ostatnią

i jednocześnie najlepszą powieść. Żałował, że podpisał ten kontrakt. Nagle wyczerpał się, skończył,

wyjałowił. Nawet przeniesienie się do pierwszego mieszkania w Meatpacking District, które zakupił od

miasta na raty po otrzymaniu pieniędzy za swój udany debiut pisarski ponad czterdzieści lat temu, nie

pomogło. To miejsce zawsze napawało go weną twórczą. Zostawiał na parę tygodni swój okazały dom na

Long Island i przyjeżdżał tu, do tej małej, zimnej speluny, od początku nieremontowanej, żeby pisać. Tu

napisał, lub przynajmniej zaczął, swoje wszystkie książki. A tym razem nic! Zero pomysłów, ani jednego

zdania. Gotów wrócić do swej willi nad oceanem, zadzwonił do wydawcy, Roberta Watsona, od lat

bliskiego przyjaciela. Postanowił przyznać się do swej niemocy i zrezygnować raz na zawsze z pisania.

Wyobraził sobie pisarską emeryturę, na której już nie siedział i nie pisał, nie głowił się, ustawiając

słowa w zdania, a pomysły w intrygi, ale czytał. Leżał i czytał innych. To dopiero była piękna wizja

nowego życia, którego już nie mógł się doczekać.

Ale w tamtym właśnie momencie Robert wyskoczył z tym beznadziejnym pomysłem, mającym ich niby

uratować. Parę dni wcześniej do wydawnictwa nadszedł dobry rękopis, spod pióra jakiegoś debiutanta.

Pomysł świetny, wykonanie dosyć marne. Trzeba byłoby napisać na nowo, ulepszyć, poprawić. A potem

promować, promować i promować, inwestując tysiące w nowe, nieznane nazwisko. Ryzykowny proceder

dla wydawnictwa z tradycjami, jakim było Edmond and Watson New Beginning Editions. Debiutantowi

zaproponowano więc pracę ghostwritera dla nie byle kogo. Dla samego Larsa Washingtona, który

sekretnie cierpiał ostatnio na suszę słów. Kontrakt i nazwisko w stopce redakcyjnej książki przekonało

ostatecznie początkującego autora. I tak Lars dostał gotową fabułę do opracowania. Nigdy wcześniej tego

nie robił. Czuł się jak oszust: zupełnie sparaliżowany na samą myśl o haniebnym procederze. Jednak

tysiące listów od oczekujących, wiernie oddanych czytelników i natarczywe telefony Roberta zrobiły

ostatecznie swoje i Lars wziął się do pracy nad tekstem. W końcu nie on pierwszy, nie ostatni…

To fakt, pomysł był boski. Sekretny Gawędziarz, jak przezornie nazwano nowego ghostwritera

w wydawnictwie, miał talent. Wątki czyste, doskonale się zazębiające, a postaci tak realistyczne, że Lars

chwilami zastanawiał się, czy aby naprawdę nie istnieją. Zakończenie też było dobre. Sam by lepiej tego

nie wymyślił. Spisał wszystko w rekordowe cztery miesiące i zanim się obejrzał – ku uciesze Roberta –

książka poszła do druku. Potem promocja. Wydanie. Pierwsze miejsce w sprzedaży, jak od lat. Nazwisko

Washington było gwarancją sukcesu. Odetchnął z ulgą na myśl o wolności pisarsko-wydawniczej. Aż tu

nagle grom z jasnego nieba: pozew o zniesławienie!

===LUIgTCVLIA5tAm9PfU17TXtCYgVkBnQdeBR1WzxdLlQtQzBbOnoNfVMjTw==

13.

Po pierwszym pamiętnym spotkaniu z Irą Wiki na poważnie i po uszy zanurzyła się w swojej nowej roli

powieściopisarki. Ach, te nieprzespane noce spędzone na zastanawianiu się, co będzie dalej! Jak

rozegrać kolejną partię kart? Czy ma się jakiś wpływ na to wszystko? Noce, kiedy ciało zaczyna

swędzieć. Drapiesz się. Zatapiasz paznokcie w podrażnionej już skórze i rzeźbisz w niej głębokie rynny

niepokoju, a racjonalne myślenie zastępuje czysty obłęd.

Pisząc, przechodziła różne fazy i fascynacje. Był moment zadumy nad ortografią, gramatyką i zasadami,

jakie nimi rządzą. Było też słowo pisane i słowo mówione. Wiktoria pisała po angielsku, jednak lubiła

eksperymentować po polsku. W języku ojczystym wychodziło jej to najlepiej. Coraz częściej

zastanawiała się nad wyrazami, szukając znaczenia w ich pisowni, jak również w brzmieniu. I tak

napisane „hyba” przez samo „h” wygląda okropnie. Ohyda! Ale już „wybójały” przez ó” zamknięte

jakoś przejdzie. Na żekę” z ż” z kropką Wiki się obraziła, ale gdy zobaczyła „dzieńdobry” razem, po

prostu skasowała wszystko jednym, mocnym i nerwowym naciśnięciem klawisza Backspace i obejrzała

się za siebie, sprawdzając, czy aby nikt za nią nie stoi i się jej nie przygląda. A „huj” jakoś nikogo tak nie

rusza… Prawda?

Wiktoria uwielbiała eksperymentować ze słowami. Pisać, zestawiać, bazgrać, wymieniać. Bawić się

nimi. Była też faza na tłumaczenia i wybory na Miss Języka. Na przykład taki deszcz. Po angielsku rain.

La pluie po francusku. La lluvia po hiszpańsku, a u nas „deszcz”. Nasz jest szeleszczący, hiszpański jest

mokry, rain stuka w parapet, ale żabojady górą! La pluie spada samo z nieba i rozbija się z niesłychaną

wilgotnością o gładki policzek. Nic na to nie poradzimy, la pluie jest najbardziej wodny i tęczowy na

świecie. W Oregonie nie pada. Il pleut en Oregon[4]. Albo motyl. Le papillon. Ładnie, ale kojarzy się

z pajęczyną. A już taki motyl uwięziony w pajęczynie to straszny widok. Jak słyszysz butterfly, to wielka

maślana mucha fruwa ci przed oczami. Nie ma szans. Motyl płynie razem z melodią. „Dmuchawce,

latawce, wiatr”. Nie da się ukryć: motyl jest nasz. „Pasja”. La passion. The passion. Remis. Zbyt

podobne. Wszędzie mocne, dobitne i oszałamiające. Jak grawitacja.

Wiki lubiła pisać. To było jej zajęcie. Bardzo pochłaniające czas i energię, ale oddawała się mu

z przyjemnością. Pisane książki zabraniały czytania innych. Zachowywały się jak zazdrośni mężowie,

niepozwalający nawet na przypadkowe spoglądanie na twarze obcych facetów. Wiktoria całymi

miesiącami pozostawała ślepa na okładki, głucha na tytuły i nazwiska autorów. Recenzje i wszelkiego

rodzaju dyskursy literackie omijała wielkim łukiem. Czytanie czegokolwiek w trakcie pisania było

zabronione. Wolała się nie narażać swojej nowej książce. Dotrzymywała jej wierności jak młoda,

niedoświadczona żona. Czasami tylko, po kryjomu, wchodziła w posiadanie jakiegoś czytadła, które

korciło ją od miesięcy. Oddanie tekstu do druku bywało bolesnym porodem albo wręcz przeciwnie

błogim i wyczekiwanym momentem wyzwolenia. A po tym wszystkim trzeba było jeszcze się rzucić

w paszczę wygłodniałemu lwu. Z własnej, nieprzymuszonej woli. Podać się na srebrnej tacy i czekać na

lśniące kły tych, którzy przecież wiedzą lepiej i podobno mają rację! Oddać się na pożarcie krytykom

literackim i czytelnikom, z których każdy ma odrębny gust, własny punkt widzenia, inne zaplecze

kulturowe i życiowe doświadczenia oraz koniecznie swoje pięć groszy do dorzucenia. W dodatku ma do

tego wszystkiego prawo. A ty – siedź i milcz. Nie tłumacz, bo przecież tylko winny się tłumaczy. Nie da

się tego ominąć. Można olać, ale łatwo nie jest. Ale w końcu – co nas nie zabije, to nas wzmocni, czyż

nie?, myślała Wiki. Podobno…

Obojętnie, ile książek by napisała, dobrych czy słabych, i tak wszyscy porównywali je do jej udanego

literackiego debiutu. Ten tekst stał się wiecznym, niezmywalnym tatuażem na skórze autorki. To ciągłe

porównywanie urosło do takiej skali, że w końcu sama bezwiednie zaczęła to robić. Proceder nie miał

końca i wykańczał pisarkę powoli, aż do momentu, kiedy to ona postanowiła swój debiut uśmiercić

w sobie. Maltretowała gnoja do upadłego. Torturowała własną krytyką, nieznośnymi opiniami, zarzucała

mu wszystko, co tylko się dało. Słaby język, powtórzenia, za długie dialogi, demagogię i egzaltację.

Dostało mu się za brak oryginalności. Szukała brzydoty, tej źle pojmowanej prostoty i okropnych sklejek

ów. Nic. Skóra udawała twardziela. Skóra była gruboskórna, zdystansowana i odporna na krytykę.

Z czasem doszło do rękoczynów. Najpierw niewinnie przerzucała ją z miejsca na miejsce, upychała

w torebkach, szufladach, pod poduszką. Tłamsiła i zaginała rogi. W późniejszym stadium dochodziło do

rzucania o ścianę, nadrywania stron, a w momentach szału: do dzikiego ich wyrywania i darcia z pasją na

strzępy. Okładka też przechodziła katusze: lanie kawy, stawianie parujących kubków z herbatą, niczym

przypalanie rozgrzanym żelazem. Do wyblaknięcia atramentu i zmiętoszenia spłowiałych kartek. To

Wiktoria zgotowała piekło tej książce. Ona i tylko ona. I ciągle nic, wszystko zdało się na nic. Skóra

była, istniała, pozostawała niewzruszona. Obojętnie, kto ją czytał, co o niej mówiono czy pisano.

Obojętnie, co o niej myślała Wiktoria. Skóra trwała. Była Wiktorią, a ona nią. Jak Anna i Roland, jej

ówni bohaterowie: na wieki wieków, nierozłączni.

[4] Il pleut en Oregon (franc.) – W Oregonie pada deszcz.

===LUIgTCVLIA5tAm9PfU17TXtCYgVkBnQdeBR1WzxdLlQtQzBbOnoNfVMjTw==

14.

Wiktoria nie czekała na zakochanie. Uznała, że skoro nie przytrafiło jej się to do trzydziestego piątego

roku życia, to znaczy, że już nie jest jej pisane. Zresztą, zakochanie to wymysł niespełnionych poetów

i zapitych muzyków. A motyle w brzuchu to efekt z nagła i na krótko uwolnionych hormonów. Nic więcej.

Kochała już wcześniej. Podkochiwała się kilkakrotnie. Kochała prawdziwie raz – Jacques’a. Ale

zakochana nie była nigdy.

Nie wiedzieć czemu czuła się zestresowana spotkaniem ze Stanfordem. W sumie wiedziała, kim jest, jak

wygląda i po co się widzą. Jednak zamiast uspokoić, wiedza ta wprawiała ją w niewygodne poruszenie,

które, w miarę jak taksówka zbliżała się do umówionego miejsca, wzrastało z minuty na minutę,

zmieniając się w swego rodzaju niechciane podniecenie. Pierwszy raz w życiu Wiki żałowała, że

nowojorskie ulice są nadzwyczaj przejezdne. Tymczasem bezpieczna na tylnym siedzeniu auta oglądała

w telefonie zdjęcia młodego, przystojnego mężczyzny, którymi wypełnione były jego fankluby. Emanował

seksualnością bez agresji i odzieżowego wyuzdania. Po prostu miał w sobie to coś. No i wyglądał jak

Onyx. Miała więc wrażenie, że się spotyka z wytworem swojej wyobraźni. Zdenerwowana i spocona

pojawiła się na miejscu dobre dwadzieścia minut przed czasem. Mackenzie Wilfrid Stanford,

dwudziestopięcioletni aktor ze skromnym dorobkiem filmowym, zajmował się przede wszystkim

modelingiem i bywaniem w modnych miejscach. Do tej pory był raczej celebrytą niż artystą. Blondyn

o niebieskich oczach z zabójczym uśmiechem, którego uroda ponoć nie pozwalała pozostać obojętną,

został wybrany przez Oliwię Thor na idealnego kandydata do odtwórcy roli Onyxa w filmowej adaptacji.

Zbyt bliskie występowanie słów „idealny” i „zabójczy” nie wróżyło niczego dobrego. Przekraczając próg

restauracji, Wiktoria czuła rosnącą w gardle gulę. Cholera! Po co te nerwy?! To przecież gówniarz, ma

pewnie siano zamiast mózgu. Jego praca to dobrze wyglądać i tyle. Stąd ten wypracowany wygląd,

którym epatował na każdym ze zdjęć. Modne ciuchy, a na głowie artystyczny nieład. Chłopak musi

przecież zarabiać na życie! Usiądą, poznają się, pogadają o pogodzie, potem o scenariuszu i będzie

wiedziała, czy tak, czy nie. Następnie zadzwoni do Oliwii i powie jej, że może go oficjalnie zatrudnić

albo grzecznie mu podziękować. Zwykła formalność, na którą dała się niepotrzebnie namówić. Ot co! Ma

tylko sprawdzić, czy się dzieciak nadaje do roli, i tyle. Koniec. Kropka. Normalnie bułka z masłem! Poza

tym na żywo na pewno nie jest tak przystojny jak na obrobionych Photoshopem zdjęciach!

– Stolik dla dwóch osób. Moreau – wycedziła Wiki, rozglądając się po sali. Kelnerka sprawdziła dane

w komputerze, po czym zaprosiła ją, mówiąc:

– Proszę za mną. Pani gość już czeka.

Dwadzieścia minut wcześniej?! Było gorzej, niż myślała. Chłopak pewnie się przejął… Podeszła do

boksu w rogu sali. Tam w rozpiętej, jasnozielonej marynarce i czarnym podkoszulku siedział młody

mężczyzna i klikał coś na swoim smartfonie, nie odrywając wzroku od ekranu. Smukłe ciało i potargane

jasne włosy… Wiktoria stanęła nad nim bezszelestnie, próbując dostrzec, co robi. Młodzieniec podniósł

głowę i spojrzał na nią ze zdziwieniem. Jego oczy miały specyficzny kolor. To nie był błękit letniego

nieba, lecz zimny i wpadający w szary niebieski, chwilami ciemny i jak wzburzone fale oceanu srebrnie

przebłyskujący. Wiktoria zamrugała nienaturalnie, jakby coś ją oślepiło. Mackenzie uniósł się lekko,

a wtedy ich spojrzenia spotkały się i dopiero po chwili z zaskakującą trudnością zmieniły kierunek.

Cięciwa łuku naprężyła się, niemal do granic możliwości. Sekunda, i poszła strzała. Prosto w serce.

Zabolało, skróciło oddech, musnęło policzki… Mężczyzna wstał pospiesznie i wyciągnął do niej dłoń.

– Dzień dobry. Mackenzie Stanford. Bardzo mi miło.

– Mnie również. Wiktoria Moreau.

Poczuła od niego zapach papierosowego dymu i uznała to za dobry znak. Onyx przecież palił! Stanford

wskazał jej miejsce na kanapie. Usiedli koło siebie, raczej dalej niż bliżej. On schował telefon do

kieszeni, ona nerwowo szukała miejsca na torebkę. Zapadła cisza, podczas której Wiki zdała sobie

sprawę, że ma przyklejony sztuczny uśmiech, spoważniała więc szybko i sięgnęła po kartę dań, niemal

chowając w niej twarz. Spokój! Wymusiła go na sobie i – mając nadzieję, że Stanford jej nie obserwuje

zacisnęła na chwilę powieki, żeby się opanować. Nie podda mu się! Nie ma mowy! Spoglądał na nią

z zaciekawieniem.

– Już zamówiłem – rzucił niespodziewanie.

– A skąd wiesz, co lubię, i czy w ogóle jestem głodna? – Spojrzała na niego zdziwiona. Miał

zakłopotaną minę.

– W scenariuszu opisane są trzy posiłki. W każdym z nich jest coś o stekach, pomyślałem więc, że jest

pani ich miłośniczką i pozwoliłem sobie zamówić.

Kiepski żart. Wiktoria odłożyła menu i głośno westchnęła.

– Rozumiem. I proszę, mów do mnie Wiktoria, nie jestem aż tak stara.

Słowa wypłynęły nadzwyczaj gładko z jej ust, ledwo co angażując do pracy wyschnięte wargi.

W odpowiedzi dostała tylko wzruszenie ramionami. Chłopak spuścił wzrok i sięgnął po szklankę

z piwem. Druga, identyczna, wypełniona po same brzegi stała już przed Wiktorią.

– Za spotkanie. Mają tu dobre piwo. – Wzniósł toast.

– Nie mów do mnie tekstami z moich książek. To nie casting! – zaprotestowała, kiedy jej dłoń sięgała

po napój. Idzie na łatwiznę, pomyślała.

– Nie? – Zalążek uśmiechu poruszył jego wargi.

– Nie.

– Więc dlaczego spotykamy się tu sam na sam?

Wiki wzięła łyk chłodnego płynu, żeby zyskać parę sekund na wymyślenie nieangażującej odpowiedzi.

Żeby sprawdzić, czy casting jest udany – wypowiedziała z przesadną powagą, oblizując pospiesznie

usta z piwnej pianki. Spojrzał na nią z przejęciem. Niespodziewanie na jego twarzy zagościł szeroki

uśmiech. A…! To o tym rozpisywały się gazety… Słusznie. Nic nie było przesadzone i żaden Photoshop

nie miał z tym nic wspólnego. Ten uśmiech zmieniał noc w dzień, zło w dobro, szary piach w szczere

złoto i z całą pewnością dynię w karocę. Był piękny, szczery i niebezpiecznie seksowny. Poległa przy

pierwszym podejściu.

– Mackenzie to nie jest przypadkiem żeńskie imię? Znałam kiedyś dziewczynę o tym imieniu…

zapytała, żeby zmylić przeciwnika.

– Jest używane dla obu płci.

– I nie przeszkadza ci to?

– Nie, dlaczego? Lubię je. Zresztą, sam nie wybierałem. Ale reaguję również na „przystojniaka” i „oto

mój numer”. Masz więc wybór, jeżeli Mackenzie brzmi dla ciebie zbyt kobieco.

Uśmiech w połączeniu z niskim głosem i spojrzeniem udekorowanym wymownym podniesieniem brwi

był ponad jej siły. Nawet się nie broniła. Mackenzie był cholernie i niesprawiedliwie przystojny, nawet

dla niej, mimo różnicy wieku, jaka ich dzieliła. Dwudziestopięcioletni młodzik jak z żurnala? Nie!

Wiktoria próbowała jak najszybciej stłamsić w sobie nieprzyzwoite myśli, które w zawrotnym tempie

wypełniały jej głowę i były odpowiedzialne za soczysty odcień czerwieni na jej policzkach. Kobieto,

opanuj się! Nie ten wiek, nie ta półka. Po co ci to?

– Czytałeś książkę czy tylko scenariusz? – postanowiła jak najszybciej wrócić do rzeczywistości.

– Scenariusz. I książkę też. Dwa razy – spoważniał i wyprostował się, poprawiając marynarkę.

Groszkowa zieleń tylko na nim mogła wyglądać modnie.

– Dlaczego dwa?

– Raz dla siebie, a raz pod względem pracy…

– Jak się czyta pod względem pracy? Co masz na myśli? – Zaciekawił ją tym stwierdzeniem.

– Normalnie, czytając analizuję wszystko z punktu widzenia postaci, w którą mam się wcielić.

Kiedy mówił, gestykulował. Wiktoria rzuciła okiem na jego dłonie. Szczupłe, kobiece, z długimi

palcami – pasowały. Samym wyglądem zaliczył egzamin. Razem z Loganem Flytlandem w roli Rolanda

będą stanowić cudowny duet w ekranizacji. Jak biedna Indigo to wytrzyma?! Wiki nie chciałaby być na

jej miejscu…

– I jak ci to szło?

– Nadzwyczaj łatwo. Mam wrażenie, że napisałaś książkę o mnie – zaśmiał się cicho.

– O to chodzi w pisaniu, żeby czytelnik łatwo utożsamiał się z jednym z bohaterów.

– Gratuluję w takim razie. Udało ci się to doskonale.

Totalne zauroczenie. Gwałtowne i niespodziewane, jak porażenie piorunem. Mackenzie wpadł na

Wiktorię z wielkim rozmachem. Rozbił się o nią, roztrzaskał w drobny mak i wzburzył fale. Zderzył się

z nią śmiertelnie. Oniemiał.

Niestety, po drugiej stronie stolika reakcja była identyczna i równie opętańcza, jednak nieakceptowana.

Od razu o nim zapomnieć – Wiktoria wzięła to sobie za punkt honoru. Wymazać z pamięci. Nie robić

z siebie idiotki. Nie zgrywać wariata. Nie ośmieszać siebie i nie rozśmieszać innych. Dać spokój. Na

amen.

===LUIgTCVLIA5tAm9PfU17TXtCYgVkBnQdeBR1WzxdLlQtQzBbOnoNfVMjTw==

15.

Powieść Trupy w rzece Hudson autorstwa Larsa Washingtona opowiadała historię fikcyjnego koncernu

farmaceutycznego Ibico, który wypuścił na rynek profilosan: pierwszy, bardzo skuteczny lek na syndrom

Attaka. Na początku, w fazie testów na zwierzętach, lekarstwo było rewelacyjnie oceniane przez lekarzy.

Jednak przy pierwszych próbach zmniejszenia dawki lub odstawienia leku okazało się, że nie jest to do

końca wykonalne. Ekstremalnie silne uzależnienie od profilosanu było odczuwalne już po kilkukrotnym

użyciu. Pogłębiająca się w rekordowym tempie depresja popychała aż osiemdziesiąt procent pacjentów

do próby samobójczej po dwóch miesiącach od przerwania leczenia.

ównym bohaterem Trupów był Alan, cierpiący na rozdwojenie jaźni, pracownik techniczny

laboratorium testującego profilosan. Młody mężczyzna obserwując niebezpieczne skutki uboczne

odstawienia leku przez pacjentów, zaczął węszyć na własną rękę, żeby dowiedzieć się czegoś więcej

o składzie specyfiku. Po wielu zgrabnie dobranych i po mistrzowsku opisanych perypetiach odkrył, że

profilosan, produkowany na bazie metamfetaminy, silnie uzależnia. Metamfetamina jednak została

wcześniej wycofana z legalnego obiegu i wykreślona z rejestru leków w USA. Producent musiał

w związku z tym zaopatrywać się w nią nielegalnie. Kiedy Alan dokonał tego odkrycia, mafia

dostarczająca specyfik do produkcji już deptała mu po piętach. Jednak to nie wszystko… okazało się, że

Alan cierpi na ten sam syndrom i zażywał ten sam lek. Ale wielki Washington nie byłby sobą, gdyby nie

pociągnął tak tragicznie realistycznej fabuły trochę dalej! Gwoździem do trumny stał się wątek opisujący,

na kim Ibico testowało swoje leki. Oczywiście na zwijanych nocą z ulic bezdomnych i dzieciach

porywanych w najbiedniejszych dzielnicach miasta. Większość testujących lek pacjentów po przerwaniu

„leczenia” odbierała sobie życie. Resztę żywych królików doświadczalnych, które nie wytrzymały

nerwowo odstawienia profilosanu, pewien pracownik laboratorium usuwał w brutalny sposób. Ich ciała

były utylizowane za pomocą kwasu fluorowodorowego, a w razie jego braku wrzucane do rzeki Hudson.

Po tych rewelacjach nastąpiło obfitujące w trupy i trzymające w napięciu przyspieszenie akcji, aż do

wielkiego finału, w którym cierpiący na wieloraką osobowość Alan okazał się bestialskim zabójcą

chorych z syndromem Attaka, pojmanym przez policję. W skrócie: klasyczny i zarazem wyśmienity

kryminał. Dobra rozrywka na trzy wieczory.

Jednak to, co do tej pory było tylko dobrą fikcją, stało się nagle koszmarną rzeczywistością. Wymyślony

potentat farmaceutyczny Ibico, opisany w książce, okazał się całkiem realnym przedsiębiorstwem.

Wystarczyło parę drobnych szczegółów, żeby ktoś skojarzył fakty i połączył je z istniejącą na rynku,

prawdziwą firmą HNGL: Helxon Next Generation Laboratories. Pozew sądowy, szybko przygotowany

przez jednego z najlepszych adwokatów w mieście, obnażył niezgodny z prawem i tym samym karalny

proceder naruszania czyjegoś dobrego imienia w tekście skierowanym do opinii publicznej. Zaplanowane

oczernienie. Już na pierwszym spotkaniu poprzedzającym posiedzenie sądu prawnik HNGL zacytował

słowa z książki, wytykając użycie przykładów popartych rzeczywistymi badaniami, wykonywanymi

w laboratorium jego klienta. Opisane w powieści instytucje i bohaterowie do złudzenia przypominali

realne firmy i osoby w niej pracujące, przedstawiając je w bardzo negatywnym świetle na tle

wyimaginowanych zdarzeń. Obrona nie miała szans. Oskarżyciel zażądał wycofania książki ze sprzedaży,

publicznych wyjaśnień od wydawnictwa i przeprosin od autora. Dwadzieścia milionów dolarów

zadośćuczynienia za spodziewany spadek sprzedaży głównego produktu firmy, trygerytu, odpowiednika

fikcyjnego profilosanu, związany z szumem medialnym, jaki towarzyszył procesowi jeszcze przed jego

rozpoczęciem, zakończyło go w iście mistrzowskim stylu. Edmond and Watson New Beginning Editions

miało poważnie ucierpieć na tym finansowo, a Lars Washington byłby zmuszony do zakończenia kariery.

Ale jeżeli pisarzowi i jego wydawcy udałoby się dowieść, że to nie Lars wymyślił fabułę książki, może

dałoby się cokolwiek jeszcze uratować. Ujawnienie prawdy o istnieniu Sekretnego Gawędziarza było ich

ostatnią deską ratunku. Deską, której tonący Lars nie chciał się chwytać.

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: