Pełna wersja książki oraz wersja audio

http://fraktalla.com/ksiazka/James-EL/Grey,73949902329KS

http://fraktalla.com/artykul/James-EL/Piecdziesiat-twarzy-Greya,70698702329CD

 

Trylogia „Pięćdziesiąt odcieni”:

Pięćdziesiąt twarzy Greya

Ciemniejsza strona Greya

Nowe oblicze Greya

 

 

Tytuł oryginału:

FIFTY SHADES OF GREY

Copyright © Fifty Shades Ltd, 2011

Pierwsza wersja niniejszej powieści zatytułowana Master of Universe ukazała się wcześniej

w Internecie. Autorka wydała ją w formie odcinków, z innymi bohaterami, pod pseudonimem

Snowqueen’s Icedragon.

Copyright © 2012 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2012 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Jennifer McGuire

Ilustracja na okładce: © Papuga2006/Dreamstime.com

Zdjęcie autora: © Michael Lionstar

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Magdalena Bargłowska, Iwona Wyrwisz, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7508-597-6

 

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

 

Spis treści

Dedykacja

PODZIĘKOWANIA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

Przypisy

Dla Nialla,

pana mojego wszechświata

PODZIĘKOWANIA

Dziękuję następującym osobom za pomoc i wsparcie:

Mojemu mężowi, Niallowi, za tolerowanie mojej obsesji, zajmowanie się

domem i pierwszą redakcję tekstu.

Mojej szefowej, Lisie, za wytrzymanie ze mną przez ostatni rok, kiedy

ogarnięta byłam tym całym szaleństwem.

CCL – nie zdradzę, kim jesteś, ale dziękuję Ci.

Oryginalnym „bunker babes” za przyjaźń i nieustanne wsparcie.

SR – za wszystkie przydatne rady od samego początku.

Sue Malone za zrobienie ze mną porządku.

Amandzie i całej ekipie TWCS za przyjęcie zakładu.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Patrzę w lustro i krzywię się. Do diaska z tymi włosami, zupełnie się nie chcą

układać. I do diaska z Katherine Kavanagh, która się rozchorowała i każe mi

teraz przez to przechodzić. „Nie mogę się kłaść z mokrymi włosami. Nie mogę

się kłaść z mokrymi włosami”. Recytując to niczym mantrę, jeszcze raz próbuję

podporządkować je szczotce. Wzdycham z irytacją i przyglądam się bladej

szatynce z niebieskimi oczami, zbyt dużymi w stosunku do całej twarzy.

Szatynka odpowiada mi gniewnym spojrzeniem. Poddaję się. Mogę jedynie

związać niesforne włosy w koński ogon i mieć nadzieję, że jakoś się będę

prezentować.

Kate to moja współlokatorka i akurat dzisiaj musiała dopaść ją grypa, jakby

nie mogła w jakikolwiek inny dzień. Dlatego też nie jest w stanie przeprowadzić

od dawna zaplanowanego wywiadu dla gazety studenckiej z jakimś

megapotężnym potentatem przemysłowym, o którym nigdy nie słyszałam.

Zgodziłam się więc zrobić to za nią. Muszę zakuwać do egzaminów końcowych,

dokończyć pracę pisemną, no a po południu powinnam pojawić się w pracy, ale

nie – dzisiaj pokonam dwieście sześćdziesiąt kilometrów do centrum Seattle, aby

się spotkać z tym tajemniczym prezesem Grey Enterprises Holdings Inc. Czas

owego wybitnego przedsiębiorcy i głównego dobroczyńcy naszej uczelni jest

niezwykle cenny – znacznie cenniejszy niż mój – niemniej jednak zgodził się

udzielić Kate wywiadu. Nie lada osiągnięcie, tak twierdzi moja współlokatorka.

Te jej przeklęte zajęcia dodatkowe.

Kate siedzi skulona na kanapie w salonie.

– Ana, tak mi przykro. Dziewięć miesięcy zabiegałam o ten wywiad. Sześć

kolejnych potrwa ustalanie nowego terminu, a do tego czasu obie zdążymy

skończyć studia. Jako redaktor naczelna nie mogę tego skopać. Proszę – chrypi

błagalnie. Jak ona to robi? Nawet chora ślicznie wygląda: jasnorude włosy są

nienaganne, a zielone oczy błyszczące, choć nieco zaczerwienione i załzawione.

Ignoruję przypływ niepożądanego współczucia.

– Oczywiście, że pojadę, Kate. A ty wracaj do łóżka. Przynieść ci nyquil albo

tylenol?

– Nyquil. Tu masz pytania i dyktafon. Wystarczy, że wciśniesz przycisk

nagrywania, o tutaj. Rób notatki, ja wszystko spiszę.

– Kompletnie nic o nim nie wiem – burczę, bez powodzenia próbując stłumić

rosnącą panikę.

– Pytania cię poprowadzą. Jedź już. To długa trasa. Nie chcę, żebyś się

spóźniła.

– No dobra, jadę. Kładź się do łóżka. Ugotowałam zupę, później ją sobie

odgrzej. – Patrzę na nią z czułością. Robię to, Kate, tylko dla ciebie.

– Dobrze. Powodzenia. I dziękuję ci. Jak zawsze ratujesz mi życie.

Biorę torbę na ramię, uśmiecham się cierpko do Kate, po czym schodzę

do samochodu. Nie mogę uwierzyć, że dałam się na to namówić. No ale przecież

Kate jest w czymś takim mistrzynią. Będzie z niej świetna dziennikarka. Jest

elokwentna, zdecydowana, przekonująca, śliczna – no i to moja najlepsza

przyjaciółka.

Na drogach panuje niewielki ruch. Wyjeżdżam z Vancouver w stanie Waszyngton

i kieruję się w stronę Portland i autostrady I-5. Jest jeszcze wcześnie,

a w Seattle muszę być dopiero na drugą. Na szczęście Kate pożyczyła mi

swojego sportowego mercedesa CLK. Nie jestem pewna, czy Wanda, mój stary

garbus, dałaby radę dowieźć mnie na czas. Merca fajnie się prowadzi,

a kilometry uciekają jeden za drugim, gdy wciskam pedał gazu.

Celem mojej podróży jest centrala globalnego przedsiębiorstwa pana Greya.

To olbrzymi, dwudziestopiętrowy biurowiec, cały ze szkła i stali, funkcjonalna

fantazja architekta. Nad szklanymi drzwiami metalowe litery tworzą dyskretny

napis „Grey House”. Na miejsce docieram kwadrans przed drugą. Uff, nie

spóźniłam się. Ogarnięta uczuciem ulgi wchodzę do ogromnego – i, szczerze

mówiąc, onieśmielającego – holu ze szkła, stali i białego piaskowca.

Siedząca za biurkiem z litego piaskowca bardzo atrakcyjna, zadbana młoda

blondynka uśmiecha się do mnie uprzejmie. Ma na sobie najbardziej szykowną

grafitową marynarkę i białą koszulę, jakie w życiu widziałam. Wygląda jak spod

igły.

– Mam umówione spotkanie z panem Greyem. Anastasia Steele w zastępstwie

Katherine Kavanagh.

– Chwileczkę, panno Steele.

Unosi lekko brew, a ja stoję przed nią skrępowana. Zaczynam żałować, że nie

pożyczyłam od Kate eleganckiej marynarki, żeby ją włożyć zamiast granatowego

palta. W sumie się postarałam i przywdziałam swoją jedyną spódnicę, brązowe

kozaki do kolan oraz niebieski sweter. Dla mnie taki strój jest elegancki.

Odgarniam za ucho pasmo włosów, które wymknęło się z kucyka, i udaję, że nie

czuję onieśmielenia.

– Panna Kavanagh jest umówiona. Proszę się tu podpisać, panno Steele.

Ostatnia winda po prawej stronie, dwudzieste piętro. – Gdy składam podpis,

uśmiecha się do mnie uprzejmie, jak nic rozbawiona.

Wręcza mi identyfikator, na którym wielkimi literami napisano GOŚĆ.

Uśmiecham się nieco drwiąco. To oczywiste, że jestem gościem, gołym okiem

widać. Zupełnie do tego miejsca nie pasuję. Nic nowego, wzdycham w duchu.

Dziękuję jej, po czym udaję się w stronę wind, mijając dwóch pracowników

ochrony. W dobrze skrojonych czarnych garniturach wyglądają zdecydowanie

bardziej elegancko ode mnie.

Winda w ekspresowym tempie zawozi mnie na dwudzieste piętro. Drzwi

rozsuwają się i widzę następny duży hol – ponownie szkło, stal i biały

piaskowiec. Staję przed kolejnym biurkiem z piaskowca i kolejną młodą

blondynką odzianą nienagannie w czerń oraz biel i powstającą na mój widok.

– Panno Steele, zechce pani zaczekać tutaj. – Gestem wskazuje kilka krzeseł

obitych białą skórą.

Za skórzanymi krzesłami widać sporych rozmiarów przeszkloną salę

konferencyjną z dużym stołem z ciemnego drewna, wokół którego stoi

co najmniej dwadzieścia krzeseł. Za tym wszystkim znajduje się sięgające

od podłogi do sufitu okno z widokiem na Seattle, ciągnącym się aż do Zatoki

Puget. Ta panorama jest oszałamiająca i przez chwilę stoję jak wrośnięta

w ziemię. Rany.

Siadam, wyciągam z torby pytania i przeglądam je, w duchu przeklinając Kate

za to, że nie dorzuciła choćby krótkiej notki biograficznej. Nic nie wiem

na temat mężczyzny, z którym za chwilę mam przeprowadzić wywiad. Czy ma

lat dziewięćdziesiąt, czy trzydzieści. Ta niepewność jest irytująca i znowu

zaczynam się denerwować. Nigdy nie przepadałam za rozmowami twarzą

w twarz, preferując anonimowość dyskusji grupowej, podczas której mogę

siedzieć na końcu sali i nie zwracać na siebie uwagi. Jeśli mam być szczera, to

preferuję własne towarzystwo i czytanie w kampusowej bibliotece jakiegoś

brytyjskiego klasyka. A nie nerwowe wiercenie się na krześle w potężnym

szklanym gmachu.

Gromię się w duchu. Weź się w garść, Steele. Sądząc po budynku, który jest

zbyt zimny i nowoczesny, uznaję, że Grey ma czterdzieści parę lat:

wysportowany, opalony i jasnowłosy, żeby pasować do reszty personelu.

W dużych drzwiach po prawej stronie pojawia się kolejna elegancka,

nienagannie ubrana blondynka. O co chodzi z tymi jasnowłosymi panienkami jak

spod igły? Czy ja trafiłam do Stepford? Robię głęboki wdech i wstaję.

– Panna Steele? – pyta najnowsza blondynka.

– Tak – odpowiadam chrypliwie i odkasłuję. – Tak. – Proszę, teraz zabrzmiało

to pewniej.

– Pan Grey za chwilę się z panią spotka. Mogę wziąć pani płaszcz?

– Oczywiście. – Zdejmuję palto.

– Zaproponowano pani coś do picia?

– Eee, nie. – O rety, czy Blondynka Numer Jeden będzie mieć kłopoty?

Blondynka Numer Dwa marszczy brwi i mierzy spojrzeniem młodą kobietę

za biurkiem.

– Co podać? Herbatę, kawę, wodę? – pyta, skupiając uwagę ponownie

na mnie.

– Wodę, dziękuję – mamroczę.

– Olivio, przynieś, proszę, pannie Steele szklankę wody. – W jej głosie słychać

surową nutę. Olivia natychmiast zrywa się z miejsca i spieszy w stronę drzwi

po drugiej stronie holu.

– Najmocniej przepraszam, panno Steele, Olivia to nasza nowa stażystka.

Proszę zająć miejsce. Pan Grey zjawi się za pięć minut.

Olivia wraca ze szklanką wody z lodem.

– Proszę bardzo, panno Steele.

– Dziękuję.

Blondynka Numer Dwa maszeruje do wielkiego biurka, a stukot obcasów

o podłogę z piaskowca roznosi się echem po pomieszczeniu. Siada i obie wracają

do pracy.

Może pan Grey nalega, aby wszystkie jego pracownice były blondynkami.

Zastanawiam się właśnie, czy to zgodne z prawem, kiedy drzwi do gabinetu

otwierają się i pojawia się w nich wysoki, elegancko ubrany, przystojny

Afroamerykanin z krótkimi dredami. Zdecydowanie powinnam była inaczej się

ubrać.

Odwraca się i mówi:

– Golf w tym tygodniu, Grey.

Nie słyszę odpowiedzi. Mężczyzna odwraca się, zauważa mnie i uśmiecha się.

Olivia zdążyła już wyskoczyć zza biurka i wcisnąć przycisk przywołujący windę.

Szybkie zrywanie się z krzesła ma opanowane do perfekcji. Denerwuje się

bardziej ode mnie!

– Do widzenia paniom – mówi mężczyzna, znikając za drzwiami kabiny.

– Pan Grey czeka na panią, panno Steele. Proszę wejść – mówi Blondynka

Numer Dwa. Wstaję i niepewnie próbuję opanować zdenerwowanie. Podnoszę

torbę, zostawiam szklankę z wodą i kieruję się w stronę uchylonych drzwi. –

Proszę wchodzić bez pukania. – Uśmiecha się uprzejmie.

Popycham drzwi i w tym samym momencie potykam się o własne nogi, po czym

wpadam do gabinetu głową naprzód.

A niech to szlag – ja i moje dwie lewe nogi! Znajduję się na czworakach

w progu gabinetu pana Greya, a usłużne ręce pomagają mi wstać. Mam ochotę

zapaść się pod ziemię. Ale ze mnie niezdara. Sporo wysiłku muszę włożyć

w podniesienie wzroku. Ożeż ty – jest taki młody.

– Panno Kavanagh. – Gdy odzyskuję pozycję pionową, wyciąga w moją stronę

smukłą dłoń. – Jestem Christian Grey. Nic się pani nie stało? Usiądzie pani?

Taki młody – i przystojny, bardzo przystojny. Ma na sobie elegancki szary

garnitur, białą koszulę i czarny krawat. Jest wysoki, ma niesforne włosy

w odcieniu ciemnej miedzi i błyszczące szare oczy, których spojrzeniem mierzy

mnie uważnie. Dopiero po chwili jestem w stanie odpowiedzieć.

– Eee, prawdę mówiąc... – bąkam. Jeśli ten facet ma więcej niż trzydzieści

lat, to ja jestem tybetańskim mnichem. Oszołomiona wyciągam dłoń i witamy się

uściskiem. Gdy nasze palce się stykają, przez moje ciało przebiega dziwny,

przyjemny dreszcz. Pospiesznie cofam rękę. Wyładowania elektryczne i tyle.

Mrugam szybko, a ruchy moich powiek dorównują szybkością biciu serca. –

Panna Kavanagh jest niedysponowana, przysłała więc mnie. Mam nadzieję,

że nie przeszkadza to panu, panie Grey.

– A pani to...? – Ton głosu ma ciepły i chyba nawet rozbawiony, choć trudno to

ocenić, gdyż wyraz jego twarzy pozostaje niewzruszony. Sprawia wrażenie

umiarkowanie zainteresowanego, ale przede wszystkim bije z niego uprzejmość.

– Anastasia Steele. Studiuję literaturę angielską razem z Kate, eee...

Katherine... eee... panną Kavanagh na Uniwersytecie Stanu Waszyngton.

– Rozumiem – rzuca zwięźle. Wydaje mi się, że przez jego twarz przemknął

cień uśmiechu, ale nie mam pewności. – Może usiądziemy? – Gestem wskazuje

na obitą białą skórą kanapę w kształcie litery L.

Ten gabinet jest stanowczo zbyt duży dla jednej osoby. Naprzeciwko

sięgających od podłogi do sufitu okien stoi wielkie nowoczesne biurko

z ciemnego drewna, wokół którego spokojnie mogłoby zasiąść sześć osób.

Z takiego samego drewna wykonano ławę stojącą obok kanapy. Wszystko inne

jest białe: sufit, podłoga i ściany. Na jednej z nich, tej z drzwiami, wisi mozaika

niewielkich obrazów, w sumie trzydziestu sześciu, ułożonych w kwadrat. Są

śliczne – przedstawiają zwyczajne, zapomniane przedmioty, namalowane z taką

dbałością o szczegóły, że wyglądają jak fotografie. Powieszone razem zapierają

dech w piersiach.

– Miejscowy malarz. Trouton – wyjaśnia Grey, kiedy dostrzega, na co patrzę.

– Są piękne. Zwyczajność zmieniają w nadzwyczajność – rzucam

zaintrygowana zarówno nim, jak i obrazami.

Przekrzywia głowę i przygląda mi się z uwagą.

– W pełni się z panią zgadzam, panno Steele – odpowiada cicho, a ja z jakiegoś

niewytłumaczalnego powodu oblewam się rumieńcem.

Nie licząc obrazów, reszta gabinetu jest zimna, czysta i beznamiętna.

Zastanawiam się, czy odzwierciedla to osobowość tego adonisa, który z gracją

zajmuje jeden z białych skórzanych foteli naprzeciwko mnie. Potrząsam głową,

zaniepokojona biegiem swoich myśli, i wyjmuję z torby pytania Kate. Następie

kładę na ławie dyktafon, który oczywiście najpierw dwa razy ląduje na podłodze.

Grey nic nie mówi, cierpliwie – mam nadzieję – czekając, gdy tymczasem mnie

ogarnia coraz większe zażenowanie. Kiedy zbieram się na odwagę i podnoszę

wzrok, dostrzegam, że mnie obserwuje. Jedna ręka leży swobodnie na kolanach,

drugą podpiera brodę i przesuwa palcem wskazującym po ustach. Chyba

próbuje powstrzymać uśmiech.

– Przepraszam – bąkam. – Nie jestem do tego przyzwyczajona.

– Ależ proszę się nie spieszyć, panno Steele.

– Nie będzie panu przeszkadzać, jeśli nagram pańskie odpowiedzi?

– Teraz mnie pani o to pyta? Po tym, jak zadała sobie pani tyle trudu, aby

umieścić na ławie dyktafon?

Rumienię się. Przekomarza się ze mną? Oby. Mrugam, nie bardzo wiedząc,

co powiedzieć, a on chyba się nade mną lituje, ponieważ stwierdza:

– Nie będzie mi to przeszkadzać.

– Czy Kate, to znaczy panna Kavanagh, wyjaśniła cel tego wywiadu?

– Tak. Ma się pojawić w kolejnym, ostatnim w tym roku akademickim numerze

gazety studenckiej, ponieważ to ja mam wręczać absolwentom dyplomy.

Och! To dla mnie nowość i zaintrygowana jestem faktem, że ktoś niewiele ode

mnie starszy – okej, może z sześć lat lub coś koło tego, i okej, odnoszący

niesamowite sukcesy, no ale jednak młody – wręczy mi dyplom ukończenia

studiów. Marszczę brwi, próbując się ponownie skoncentrować na wyznaczonym

zadaniu.

– Świetnie. – Przełykam nerwowo ślinę. – Mam kilka pytań, panie Grey. –

Zatykam niesforny lok za ucho.

– Tego właśnie oczekiwałem – mówi, zachowując śmiertelną powagę.

Natrząsa się ze mnie. Gdy dociera to do mnie, policzki zaczynają mi płonąć

i prostuję się, aby się wydać wyższą i bardziej onieśmielającą. Wciskając guzik

w dyktafonie, próbuję wyglądać jak profesjonalistka.

– Jest pan bardzo młody jak na osobę, której udało się stworzyć takie

imperium. Czemu zawdzięcza pan swój sukces? – Podnoszę na niego wzrok.

Co prawda uśmiecha się, ale sprawia wrażenie nieco rozczarowanego.

– Biznes to ludzie, panno Steele, a mnie świetnie wychodzi ich ocena. Wiem,

jak pracują, co poprawia ich wyniki, co nie, co ich inspiruje i jak ich motywować.

Zatrudniam wyjątkowy zespół i sowicie go wynagradzam. – Przeszywa mnie

spojrzeniem szarych oczu. – Żywię przekonanie, że aby osiągnąć sukces

w jakiejś dziedzinie, trzeba stać się w niej mistrzem, poznać ją na wylot, każdy

najmniejszy szczegół. Ciężko nad tym pracuję. Podejmuję decyzje, kierując się

logiką i faktami. Instynkt pozwala mi dostrzec dobry pomysł i zająć się nim,

a także zgromadzić dobrych ludzi. W tym właśnie sedno: wszystko zawsze się

sprowadza do dobrych ludzi.

– Może ma pan po prostu szczęście. – To nie znajduje się na liście Kate. Ale on

jest taki arogancki. Przez chwilę w jego oczach widzę zaskoczenie.

– Nie uznaję czegoś takiego jak szczęście czy traf, panno Steele. Wygląda

na to, że im ciężej pracuję, tym więcej mam szczęścia. Naprawdę wszystko jest

uzależnione od tego, czy ma się w zespole odpowiednich ludzi i czy należycie

pożytkuje się ich energię. To chyba Harvey Firestone powiedział, że ludzki

rozwój to najważniejsze powołanie przywództwa.

– Widać, że lubi pan rządzić. – Te słowa wydostają się z moich ust bez mojej

wiedzy.

– Och, sprawuję kontrolę we wszystkich dziedzinach życia, panno Steele –

mówi, ale jego uśmiech pozbawiony jest wesołości. Patrzę na niego, a on

odpowiada mi spojrzeniem bacznym i beznamiętnym. Serce zaczyna szybciej mi

bić, a policzki znowu oblewa rumieniec.

Czemu tak mnie wytrąca z równowagi? Może to kwestia jego atrakcyjności?

Przeszywającego spojrzenia? Sposobu, w jaki palcem wskazującym przesuwa

po dolnej wardze? Naprawdę mógłby przestać tak robić.

– Poza tym ogromną władzę człowiek zdobywa wtedy, gdy przekona samego

siebie, iż urodził się po to, aby sprawować kontrolę – kontynuuje gładko.

– Uważa pan, że ma ogromną władzę? – Normalnie obsesja na punkcie

sprawowania kontroli.

– Mam cztery tysiące pracowników, panno Steele. Zapewnia mi to swoiste

poczucie odpowiedzialności, władzy, jeśli takie określenie bardziej pani

odpowiada. Gdybym podjął decyzję, że już mnie nie interesuje branża

telekomunikacyjna i sprzedałbym firmę, po mniej więcej miesiącu dwadzieścia

tysięcy ludzi miałoby problem ze spłatą hipoteki.

Moje usta same się otwierają. Jego brak pokory wprawia mnie w osłupienie.

– Nie musi pan odpowiadać przed zarządem? – pytam zdegustowana.

– Jestem właścicielem mojej firmy. Nie muszę odpowiadać przed zarządem. –

Unosi brew. Czerwienieję. Oczywiście wiedziałabym to, gdybym zebrała choć

trochę informacji na jego temat. Ale, cholera, strasznie jest arogancki.

Zmieniam taktykę.

– Inwestuje pan w produkcję przemysłową. Co jest tego powodem? – pytam.

Dlaczego w jego towarzystwie czuję się taka skrępowana?

– Lubię budować różne rzeczy. Lubię wiedzieć, jak wszystko działa: na jakiej

zasadzie, jak to złożyć i rozłożyć. Poza tym kocham statki. Cóż mogę

powiedzieć?

– Mam wrażenie, jakby mówiło to pańskie serce, a nie logika i fakty.

Dostrzegam drgnięcie kącika jego ust. Wpatruje się we mnie bacznie.

– Możliwe. Choć niektórzy powiedzieliby, że ja nie mam serca.

– A czemu mieliby tak mówić?

– Bo dobrze mnie znają. – Wykrzywia usta w cierpkim uśmiechu.

– Czy pańscy przyjaciele powiedzieliby, że łatwo pana poznać? – I natychmiast

żałuję tego pytania. Nie ma go na liście Kate.

– Mocno bronię swojej prywatności, panno Steele. Rzadko udzielam

wywiadów.

– Dlaczego więc na ten się pan zgodził?

– Ponieważ jestem dobroczyńcą waszej uczelni, no i prawdę powiedziawszy,

panna Kavanagh nie pozwalała się zbyć. Bez końca wierciła dziurę w brzuchu

moim ludziom z PR, a ja podziwiam tego rodzaju upór.

Wiem, jak uparta potrafi być Kate. Dlatego właśnie siedzę tutaj i kulę się pod

badawczym spojrzeniem Greya, gdy tymczasem powinnam zakuwać

do egzaminów.

– Inwestuje pan także w technologie rolnicze. Skąd pańskie zainteresowanie

tą akurat branżą?

– Nie da się jeść pieniędzy, panno Steele, a zbyt wielu ludzi na tej planecie jest

niedożywionych.

– Bardzo filantropijne podejście. Czy to właśnie jest pańską pasją?

Nakarmienie biednych tego świata?

Wzrusza niezobowiązująco ramionami.

– To całkiem niezły biznes – stwierdza, choć mnie się wydaje, że nie mówi tego

szczerze. Jaki to ma sens: karmienie biednych tego świata? Nie widzę w tym

żadnych korzyści finansowych. Zerkam na kolejne pytanie, skonsternowana tym,

co usłyszałam.

– Ma pan swoją filozofię? A jeśli tak, to jaką?

– Nie mam filozofii jako takiej. Może jedynie zasadę przewodnią, słowa

Andrew Carnegiego: „Ten, kto posiądzie umiejętność władania własnym

umysłem, może objąć w posiadanie wszystko inne, do czego ma słuszne prawo”.

Z determinacją dążę do celu. Lubię kontrolę zarówno nad samym sobą, jak i nad

tymi, którzy mnie otaczają.

– A więc chce pan obejmować rzeczy w posiadanie. – Ależ z niego „kontroler”.

– Chcę zasługiwać na to, aby je posiadać, ale owszem, tak to można ująć.

– Mówi pan jak konsument pierwszej wody.

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: