Tutaj kupisz książkę Księgarnia Fraktalla http://fraktalla.com

 

 

http://fraktalla.com/ksiazka/Kawczynska-Izabela/Balsamiarka,70655502276KS

 

 

 

 

Redakcja:

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki:

Asia Jedlińska/Fabryka Baniek

Redakcja techniczna, skład i łamanie:

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej:

Grzegorz Bociek

Korekta:

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2015

Wydawca:

Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-3

Tekst © Izabela Kawczyńska

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

ISBN 978-83-7835-403-1

I. Larwa. Zanim spotkałam diabła

1. Sekreta, znaczy rozdział pierwszy, w którym

masturbacja karana jest śmiercią

W wieku dwudziestu siedmiu lat, mając za sobą kilka pogrzebów i innych kataklizmów o różnej

skali, porzuciłam myśl o pracy w burdelu i na dobre zostałam dziewczyną od zmarłych.

I pomyśleć, że wszystko przez moją babkę…

Ciągała mnie po kościołach. Najgorzej było w Wielkanoc. Jezus umierał każdego roku. Wisiał na

krzyżu, jak wielka ryba. Wierzyłam, że pewnego dnia odpłynie. Zostawi nas samych. Odkryje, że nie

można nas zbawić.

To było piekło, a nie dzieciństwo. Wychowywałam się pośród gorsetowych Madonn

o pudrowanych twarzach. Gdziekolwiek spojrzeć — gotyckie dziewice: figury patrzące pustym

wzrokiem spod gipsowych powiek, portrety w złoconych ramach, kościelne witraże mieniące się

w słońcu jak barwne jaszczurki. Na ścianach u babki czyhały na mnie święte obrazki, a na nich

drobne alabastrowe kobietki w błękitnych peniuarach. Do dziś na widok zdjęć trupio bladych gejsz

przechodzi mnie dreszcz — nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mają w sobie coś z maryjnych

wyobrażeń.

Babka nie ustawała w staraniach, by zrobić ze mnie dobrą chrześcijankę. Wieczorami układała

mnie do snu, gasiła światło. Urządzała kurs katechezy, serio, w zupełnych ciemnościach. Moje

powieki stawały się ciężkie. Język zaczynał się plątać. Ilekroć mówiła „dusza” — „dupa”

przekręcałam. Nienawidziłam, kiedy mnie kąpała. Jej polakierowane paznokcie — dobry Boże, te

miały chyba z metr. Wpychała je we mnie, twardsze niż skała.

— Jesteś podrapana, jakbyś walczyła z tuzinem dzikich kotów — dziwiła się matka.

Babka nie pochwalała nowoczesnego wychowania. Doszywała mi falbany do krótkich spódniczek.

Wyrzuciła mój pierwszy stanik. Z zemsty naplułam jej do galaretki, kiedy nie patrzyła. Przy każdej

okazji próbowała mnie wpędzić w poczucie winy.

— Dziecko, Jezus cię widzi!

— Jezus? Jeśli w tym stuleciu zstąpi na ziemię, to tylko po to, żeby pójść na koncert Nirvany.

Kochała dziewice.

„Wszystkie kobiety powinny być czyste jak Maryja!” — powtarzała mi do znudzenia.

Osobiście nie widzę w tym całym niepokalaniu niczego cudownego. Nie chciałabym być w ciąży

z kimś, o kim nic nie wiem — ani czy istnieje, ani jak wygląda, chociaż Bóg musi być przystojny,

sądząc po Chrystusie.

Jeśli chodzi o żelazną zasadę — dziewictwo aż do ślubu — całkowicie szanuję czyjś wybór. I to

był mój wybór. Przez chwilę. Babka klepała różańce, ja w pokoju obok modliłam się po swojemu:

„Jezusie, chroń mnie przed chłopcem, który potrząsa moim sercem jak drinkiem pina colada

z lodem”. Ale kim byłam, żeby Jezus miał zawracać sobie głowę?

Pamiętam naszą ostatnią Wielkanoc. Dreptałam za babką, w przyzwoitej sukience, takiej do samych

kostek, z długim rękawem i bez dekoltu. Pod szyją uwierała mnie wysoka stójka, przy każdym kroku

falował na piersiach gipiurowy żabot i babka mówiła, że wyglądam jak anioł. Nie byłam aniołem.

Przy wejściu do kościoła zgubiłam ją w tłumie. Ukradkiem wśliznęłam się na schody prowadzące na

galerię. Chór groził zawaleniem. Wyminęłam butwiejące krzesła; schowałam się w najciemniejszym

kącie, nie zważając na osypujący się ze ścian tynk o konsystencji i barwie pudru dla niemowlaków.

Na dole śpiewali święte hymny, ja dotykałam mojego ciała. Czułam, że Biblia pomija parę

tematów, a nikt nie chciał ze mną o tym rozmawiać. Tej wiosny było mnie tak wiele, jakbym pod

skórą miała rzekę, która wzbierała i nie chciała przestać. Oni modlili się na kolanach, ja, na

wysokościach, z ręką w majtkach, czułam, że zaraz odlecę. Ale nie odleciałam. Z trudem łapałam

oddech, jakbym zbiegała ze zbocza stromej góry i za nic nie mogła się zatrzymać. Krzyknęłam, kiedy

świat wybuchł we mnie. Potem w jednej krótkiej chwili zakwitło tysiąc kwiatów, cały ogród naraz.

„Alleluja” — śpiewali na dole, kiedy zmartwychwstałam. Otrzepywałam wymiętą sukienkę,

zastanawiając się, jak z tym ogrodem w brzuchu będę żyła dalej.

Dalej było lato, a po nim jesień z plagą motyli. Rzadkie, trzecie pokolenie aglais urticae

szybowało w powietrzu. Roiło się od nich na trotuarach, hydrantach, trawnikach pełnych

rozwrzeszczanych dzieci. Wszędzie znajdowałam wielobarwne skrzydła, miażdżone butami,

wcierane w ziemię.

— To zły znak — stwierdziła babka z ręką na sercu, zupełnie jakby składała przysięgę.

Minęły trzy dni i matka wróciła do domu niemiłosiernie obładowana, w dodatku później niż

zwykle.

— Byłaś na zakupach? — spytałam.

— Na jakich zakupach? Mamusia nie żyje. Całe szczęście, że zdążyłam zabrać najcenniejsze rzeczy,

zanim reszta rodziny zwęszyła trupa.

Chociaż babka nie była moim pierwszym nieboszczykiem, to właśnie ona swoim nagłym

zniknięciem uświadomiła mi, że też kiedyś zniknę. Będą po mnie płakać? Mają wystarczająco dużą

trumnę, żeby pomieścić zasuszone rośliny, bezdomne psy, kalekie ptaki, wszystko, co zbierałam, nie

pytając po co? Tu by się przydała trumna większa od autobusu; grób wielkości stadionu. Powinni

zakopać mnie naprawdę porządnie, na wszelki wypadek dwa razy.

Życie jest niewyobrażalnie kruche. W dniu, w którym pękł mój kot, poczułam to mocniej. Znalazłam

go na podwórku, tuż obok piaskownicy, w której bawiły się dzieci o włosach w kolorze piasku, nic

o nim nie wiedząc. Leżał tam nieruchomy, z rozprutym brzuchem, z futrem umazanym w kale.

Ścierwo, na którym blakły czarne łaty.

— Ktoś go zatłukł. Nie wszyscy ludzie lubią koty — rzeczowo stwierdziła matka. Pewnie miała

rację.

Niewiele wspólnego mam z ludźmi. Odkąd pamiętam, jestem jak lalka. Duża, miękka lalka. Potrafię

chodzić, sikać, mówić. Jeśli nacisnąć właściwy guzik, wołam: „mama!”, „tata!”, śmieję się albo

płaczę. Dobra ze mnie lalka. Udaję coś żywego, porządnie udaję. Robię to tak, że diablo boli.

Ludzie, chcąc znać przyszłość, czytają horoskopy, ja jeżdżę na cmentarz. Przysiadam obok

zmurszałych grobów. Wsłuchuję się w odgłosy stetryczałego miasta. Z daleka gorączkowa kakofonia

przypomina dźwięki pod wodą: szum ulicy, brzęczenie tramwaju, śmiech dziecka, nawet płacz —

wszystko wytłumione i bezbolesne. Lubię cmentarze. To jedyna przyszłość, jakiej możemy być pewni.

Jeśli chodzi o mojego pierwszego umarlaka, był nim ojciec kuzyna. Miałam wtedy pięć lat. Może

cztery. W wiejskim kościele pachniało roztopioną stearyną i octem. Mężczyzna leżał w otwartej

trumnie, pośród kwiatów, świec i koronek. Przeraził mnie widok odstających, fioletowych uszu

i niebieskiej żuchwy, przytwierdzonej do głowy szarym lnianym sznurkiem, jakiego używa się na

poczcie do wiązania paczek. Prawe oko zmarłego pozostawało częściowo otwarte; światła świec

pełgały w dropiatej tęczówce, a potem wpełzały w źrenicę, w jej małe, puste nic.

Później też widywałam tego trupa. Pojawiał się w najmniej spodziewanych okolicznościach,

zupełnie jakbym nosiła go ze sobą. Do dziś zdarza mi się na placu pełnym przechodniów dostrzec to

samo rybionose oblicze — z obcego pejzażu znajomy błękit wypływa ku mnie niczym ciało topielca.

W mojej pierwszej szkole śmierdzący octem ojciec kuzyna stał się nieomal legendą; mogłam nim

przelicytować wszystko, nawet dziurę w nodze córki dyrektora, jaka została jej na pamiątkę bliskiego

spotkania z zębami ocynkowanych sztachet; i tak miała szczęście: ładnie ją potem poskładali.

„Pokaż” — prosiliśmy, więc dyrektorówna unosiła batystową spódnicę, a wtedy my, tuzin

niewiernych Tomaszów, dotykaliśmy jej blizn palcami, czując trochę ciekawość, ale bardziej

przerażenie — okaleczona wiotka łydka wyglądała co najmniej obrzydliwie, przywodziła na myśl

oskubaną z piór, bezgłową kurzą szyję.

Można więc powiedzieć, że w kwestii trupów miałam już niejakie doświadczenie, tyle że z babką

było inaczej. Tym razem oglądałam śmierć z bliska. Nie wyglądała tak jak na filmach. Na przykład

kostnica — ta zupełnie mnie rozczarowała; była całkiem zwyczajna. Drzwi, na nich tabliczka

z napisem „Pro Morte”, a za drzwiami sala wyłożona kafelkami w kolorze świeżo zmielonej kawy;

pośrodku sali coś w rodzaju blatu na metalowym wózku o czterech białych kółkach. Na tym właśnie

blacie, niby kurczak w ogromnej brytfannie, leżała sobie naga babka. Udawała, że śpi, podczas gdy

wózek przy każdym dotknięciu jeździł raz w jedną, raz w drugą stronę, dopóki nie zablokowałyśmy

kółek butami. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że wystarczyło nacisnąć hamulec.

Wielu rzeczy jeszcze nie wiedziałam. Na przykład, że niepozorna zielona plama po prawej stronie,

tuż pod żebrami, to znak, że ciało zaczęło się rozkładać. Po dwóch tygodniach leżenia pod ziemią

zamieni się w ciastowatą breję. Upłynie rok, a może kilka lat, zanim zniknie — to nie jest pewne,

znaczy, że zależy od takich rzeczy jak wilgotność, poziom wód gruntowych i rodzaj gleby. Tak czy

inaczej na końcu śmierć obgryzie babkę do samiutkich kości, ale na razie babka jeszcze była.

Dotknęłam pomarszczonej dłoni; poczułam, jak przechodzi na mnie śmiertelny chłód.

Ludzie nie myją swoich zmarłych. Nawet ich nie oglądają. Wszystkim zajmują się specjaliści.

Pakują ciała do chłodni, wyciągają na kilka godzin przed pogrzebem i robią co trzeba. Są nieludzcy,

precyzyjni i bardzo się dziwią.

— Nie dam obcym dotykać się do mamusi — powiedziała im matka. Nienawidziła płacić za coś,

co mogła zrobić sama.

Naprawdę się zdziwili. Pokazali nam co i jak i wyszli.

Tak więc w dzień pogrzebu myłyśmy trupa. Ciało pachniało dojrzałą kobietą; jest w tym coś

z nadpsutego mięsa, odrobina mydła, woń mokrego psa, zapach jaśminu i pereł, oczywiście gdyby

perły w ogóle miały jakiś zapach. Obwisła skóra, upstrzona żółtymi plamami, marszczyła się na szyi,

nadając babce wygląd infantki w kremowej kryzie. Spomiędzy siwych kępek na głowie

prześwitywała różowa łysina. Usta, nos i uszy były całkiem sine. Na łonie i pod pachami rzadkie

siwe włosy wiły się jak larwy; były nawet w szczelinie między pośladkami.

Wytarłyśmy ciało ręcznikiem i zaczęło się ubieranie. Czułam się tak, jakbyśmy stroiły dużą lalkę.

W dodatku zepsutą. Ręce babki stawiały opór; ciągnęłyśmy z całej siły i przez chwilę myślałam, że

jak nic jej te ręce powyrywamy, no i kto to będzie naprawiał?

— To przez stężenie pośmiertne — mówiła do mnie matka, rolując na udach zmarłej grube, beżowe

pończochy, a do babki, która zaczynała już z lekka trącić: — Wstydź się, mamusiu, wszystko

zasmradzasz.

Najpierw majtki, potem halka. Elegancka koronkowa sukienka okazała się za ciasna. Musiałyśmy

zostawić rozpięty zamek, przez co babka leżała w trumnie z gołymi plecami. Stopy babki spuchły do

tego stopnia, że przypominały nogi ludzi ze słoniowacizną. Z trudem wcisnęłam je w trumienne

buty — takie z tekturową podeszwą — w których już nigdzie się nie dojdzie. Żal mi było ubierać

w nie babkę, zwłaszcza że wybierała się w najdłuższą podróż, ale moja matka miała wysoce

pragmatyczny umysł.

— Inne buty? — pytała. — Po co? Przecież nie zakopiemy dobrych.

Zaczesałam włosy nieboszczki w wiotki, drobny koczek. Na trzy-cztery podniosłyśmy trupa —

matka za ramiona, ja za te słoniowe stopy — i ułożyłyśmy w wyściełanej kremową satyną trumnie.

Na koniec matka wyjęła z babki sztuczną szczękę i było tak, jakby w miejscu ust otworzyła się czarna

dziura gotowa zassać mnie do wewnątrz.

Pośród falbanek i koronek babka z tą swoją łysawą głową i bezzębnymi, sinymi ustami

przypominała niemowlaka. Zimnego niemowlaka. Wiedziałam od matki, że kiedy przychodzimy na

świat, też jesteśmy sini; skóra zaróżawia się dopiero po pierwszym oddechu. Wyglądało na to, że

przez całe życie każdy z nas nosi w sobie dziecko, którym był na początku. Na końcu to dziecko, które

jest złym wilkiem, wydostaje się na zewnątrz i zabija.

Ciała dzieci i zmarłych są tak delikatne, że powinnyśmy dotykać ich wyłącznie wargami, a jeśli już

dłońmi, to w jedwabnych rękawiczkach. Ale nie miałam jedwabnych rękawiczek. Ucałowałam czoło

babki. W kąciku jej ust wytarłam kciukiem zaschniętą krew. Skóra na twarzy zdawała się cieńsza niż

pergamin. Nałożyłam makijaż, tak jak to robią na amerykańskich filmach, nie żałując podkładów

i szminek, aż trup wygląda lepiej niż za życia.

— Coś ty zrobiła? — zdenerwowała się matka. — Toż to zwyczajna kurew.

Nie było czasu tego ścierać. Przyszedł mężczyzna w spodniach na szelkach i zanitował wieko.

Trumna była felerna. Przy każdym ruchu miniaturowy Chrystusik bujał się na krzyżu. Przypominał

małpkę z głową na sprężynie — pstryk i już się kiwa. Obce maszyny w obcej fabryce pomalowały go

żółtą farbą, nadając mu wygląd Chińczyka.

— Panie kochany, pan to poprawi — prosiła matka.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

— Nieboszczce i tak się poszczęściło. Teraz wszystko robi się w Chinach. U tych ryżojadów

trumny jak dla lalek, połowa przychodzi za krótka. I jak tu chować ludzi? Z podkurczonymi nogami?

Nie było rady: babka dostała trumnę z tańczącym Chińczykiem. Tancerz uwodzicielsko kołysał

biodrami, ilekroć trumna podskakiwała na wyboju. Elektryczny wózek, za którym szedł żałobny

kondukt, prowadził mężczyzna w błękitnym uniformie. Wiózł babkę cmentarną alejką, nad którą

szumiały drzewa, ociekając słońcem. Zastanawiałam się, czy żółta esencja zdoła przecisnąć się przez

szpary wieka.

Na pogrzeb założyłam pantofelki na obcasie, przyozdobione błękitnym kwiatkiem. Były trochę za

duże; kołysałam się w nich na boki zwyczajem pijaków. Wózek z bezzębną, wymalowaną babką

jechał naprawdę szybko i musiałyśmy prawie biec, trzymając się z matką za ręce; czułam się przez to

jak mała dziewczynka.

Podobno w dzieciństwie byłam szczęśliwa. Niewiele pamiętam — musiałam udawać dużo z tego

szczęścia. Matka nie była pewna, czy ma dziecko. W trakcie dnia setki razy zaglądała do łóżeczka,

w którym pod kocykiem w czerwono-niebieską kratkę spoczywałam ja — zerwana róża. Nie

poruszałam się na jej widok. Zero reakcji. Leżałam tam z otwartymi oczami, patrząc na świat bez

ciekawości i bez niechęci, niczego nie dając i nic nie chcąc w zamian.

— Mogłaś umrzeć, a ja nawet bym nie zauważyła.

„Tak nie powinno być” — pomyślałam.

Matki i dzieci powinna łączyć specjalna więź — tak uważam. Kiedy jedno umiera, drugie powinno

poczuć to w sobie, gdzieś w środku, głęboko. Lodowate ostrze zadające śmiertelny cios. A potem żyć

dalej.

Ojciec odszedł od nas, kiedy byłam mała. Dzwonił raz w roku, na święta. Jego niski głos

wydobywający się ze słuchawki przypominał buczenie mechanicznej zabawki. Przez długie lata

wierzyłam, że mój tatuś to gadający miś panda, jedna z tych drogich maskotek, jakie w drodze do

szkoły widywałam na witrynach sklepów.

Ojciec przysyłał też kartki. Mam ich całe pudło. Kiedy przeprowadziłam się na wieś, zamierzałam

je spalić, ale ostatecznie wyniosłam je na strych, gdzie obrastają kurzem. Wybierał te w czerwone

i różowe serduszka, z brokatem poprzyklejanym na konturach. Kartki urodzinowe, imieninowe,

pocztówki z wakacji. Na każdej to samo: „Mojej drogiej córce”. Na dole drobnym maczkiem

dodawał zwykle, że mnie kocha. Przez całe życie próbowałam mu wierzyć. Ale tam, nad groźną

czarną jamą, na dół której opuszczali ciało mojej babki, zupełnie jakby wodowali statek,

pomyślałam, że tak naprawdę ani to, ani nic innego nie ma większego znaczenia. Życie przypomina

obowiązkowy zastrzyk w gabinecie higienistki: „Zaraz się zacznie” — myślisz, nawet nie poczujesz

i jest już po wszystkim.

A kiedy zakopywali moją babkę, zapytałam, czy mają dużą trumnę dla niej i maleńką dla mnie,

w biedronki, pieski, coś dla dzieci. Ziemia łopata za łopatą spadała na wieko, na zawsze odgradzając

świat żywych i martwych. Uklepali na babce dorodny kopczyk, a wyglądało to tak, jakby ziemia

zaszła w ciążę. Ksiądz zawodził głosem kastrata. Człowiek w błękitnym uniformie udeptywał ziemię

wokół grobu. Żałobnicy kolejno podchodzili do nas, złożyć kondolencje. W oczach mieli wyraz: „tak

nam przykro”. Wszyscy. I bardzo zimne ręce.

Mężczyźni ledwo chwycili moją dłoń, puszczali ją w pośpiechu. Kobiety cmokały tuż przy moim

uchu, całując powietrze. Nienawidzę, kiedy ktoś tak robi. Ale dobrze wiem — tam, nad grobem

babki, wpełzła we mnie śmierć, a oni, ci zimnoręcy, ubrani na czarno ludzie, bali się nią zarazić.

Patrzyłam, jak znikali, jeden po drugim, na końcu powleczonej słońcem alei, nie odwracając się za

siebie, jakby uważali, że jesteśmy winne. Czułam się winna, że ktoś mi umarł.

— Jest już po wszystkim. — Matka chrząknęła, otrzepując ręce.

No i wtedy zaczęłam płakać, jakbym już nigdy nie miała przestać.

A potem zabrali mnie do szpitala. Nie mogłam oddychać. Zrobili wszystkie badania. Byłam zdrowa

jak ryba, mimo to dusiłam się — złota rybka wyrzucona na brzeg.

Najpierw pomyśleli, że jestem w ciąży. Później, że oszalałam. Wysłali mnie do psychoanalityka.

Przypominał wyżła. Opowiadałam mu moje sny.

Ten, w którym babka stoi przede mną, ale nie mogę jej dotknąć, więc znika. Wokół rzędy luster.

To jest tak wymyślone, że powtarza się w nieskończoność.

I ten, w którym trzymam w ręku sztylet, wbijam w jej pęknięte serce. Przychodzi lekarz, mówi:

„No tak, drugi zawał, powinnaś, dziecko, bardziej uważać, potłukłaś wazon w irysy, urodzinowy

prezent od dziadka”.

Nawet ten najgorszy, w którym zabrania mi wyjść wieczorem. Boi się, że jestem zakochana.

Wrzucam do muszli jej tabletki na serce, spłukuję wodę — chcę, żeby umarła.

— Dziewczyno, jesteś zupełnie normalna — powiedział „wyżeł”.

— Ale jak ja mam z tym żyć?

— Przykro mi, czas minął.

Matka czekała na korytarzu.

— Spryciarz z tego konowała. Tyle pieniędzy za godzinę pracy! Właściwie, co ty mu nagadałaś?

— Pytał o sny.

Szłyśmy przez parking.

— Sny? Skubany. Wiedziałam, że to szarlatan.

Wsiadłyśmy do auta. Włączyła silnik i ruszyłyśmy. Światła ulicznych latarni przypominały

kwiatostany podświetlanych pęcherzy. Albo lśniącą ikrę. Mijałyśmy inne samochody, a w nich ludzi,

którzy cieszyli się, smucili albo nie czuli nic. Wcale.

Płynęłyśmy, kruche, przez wielkie, wieczne miasto.

To, co wydarzyło się potem, wyglądało na sen. Śniło mi się jeszcze przez wiele nocy.

Na skrzyżowaniu pojawia się motocyklista w żółtym kasku. Jego motor rzęzi. Kiedy z dużą

szybkością wbija się w bok naszego samochodu, matka klnie na czym świat stoi, ale ja wreszcie

oddycham głęboko.

Jak dziecko wyniesione z płonącego domu.

2. Kolekcjoner sennych kobiet

Utrata dziewictwa była dla mnie jak wypadek samochodowy. Cieszyłam się, że to przeżyłam.

Widywałam tego chłopca codziennie w autobusie.

— „Wszystko będzie dobrze”? Optymistyczny tytuł — zagadnął w dniu, w którym czytałam książkę

Dereka Mahona.

Nie miał pojęcia o irlandzkiej poezji. Studiował malarstwo. Naprawdę miał talent. Sądziłam, że

składa się z samych zalet, ale, niestety, był bardzo religijny. Chrystus ukrzyżowany, Chrystus w gaju

oliwnym — uwieczniał na płótnach cukierkowe rysy, przywodzące na myśl hermafrodytów

z wybiegów mody. I serce, wielkie czerwone serce, płonące w piersi dobrego Boga.

— Jesteś artystą. Nie masz ochoty namalować tego inaczej?

— To znaczy?

— Wyobraź sobie jezioro Genezaret: lazurowa toń, wiatr kołyszący fale, pośrodku łódka, w niej

uczniowie.

— A Jezus?

— Pod wodą.

Miałam za sobą kilka randek i wszystkie, co do jednej, zakończyły się fiaskiem. Być może kiedy

obiecujemy sobie zbyt wiele, musi nas spotkać rozczarowanie. Tak było ze mną. Za każdym razem.

W dodatku, za sprawą matki, ilekroć szłam na randkę, czułam się nieskończenie winna, jakbym

popełniała zbrodnię przeciwko ludzkości.

Jeśli chodzi o malarza, wkrótce staliśmy się nierozłączni. Po kilku tygodniach podarował mi

odziedziczony po prababce pierścionek, taki z ametystowym oczkiem. Był pewien, że któregoś dnia

zostanę jego żoną. Według niego nasza wspólna przyszłość miała być usłana różami — on,

oczywiście, stanie się sławny, ja, jego jedyna prawdziwa miłość, urodzę mu tuzin złotoustych

aniołków i nic a nic nie będę się starzeć.

Chwilowo, jak większość artystów, był biedny i niedoceniany. Zmęczony Chrystusami zamierzał

namalować akt. Chciał, żebym mu pozowała. Koniecznie bardzo wcześnie rano. Mówił, że o świcie

jest najlepsze światło, ale tak naprawdę tylko wtedy mogliśmy być u niego sami.

Ranne wstawanie to dla mnie tortura. W autobusie siłą woli powstrzymywałam się, żeby nie

zasnąć. Cudem wysiadłam na właściwym przystanku. W jego pokoju pachniało terpentyną i świeżą

kawą. Rozebrałam się, ziewając.

— Boże, jesteś idealna.

Pomyślałam, że zwariował. Nie czułam się idealna. Właściwe nigdy nie czułam się dość dobra.

Matka, odkąd pamiętam, mówiła mi, jak źle wychodzę na zdjęciach. Jej zdaniem wszystko robiłam

nie tak — nie potrafiłam mówić („W ogóle cię nie słychać!”) ani pisać („Tego nie można

odczytać!”), nie umiałam chodzić („Człapiesz jak kaczka!”), miałam fatalną sylwetkę („Nie garb się,

dziecko!”) i jeszcze gorszy gust jeśli chodzi o chłopców („Malarz? Taki od obrazów? Jak on

zamierza utrzymać rodzinę?”). Ilekroć otwierała usta, kłuła mnie w pulchne serduszko, jakby jej język

to wcale nie był język, tylko mały srebrny bagnet.

Ale tam, w pokoju malarza, otoczona przez zwielokrotnione boskie oblicza, czułam się piękna jak

Śpiąca Królewna. Usiadłam na taborecie. On zaczął malować. Musiał mnie budzić, żebym nie

spadła. Miał takie ciepłe ręce.

Myślicie pewnie, że zrobiliśmy wówczas to, co w podobnych okolicznościach zwykle robią

zakochani, ale, niestety, mieliśmy pecha — akurat tego dnia jego ojciec wrócił wcześniej z nocnej

zmiany. Ubierałam się w pośpiechu.

— Nie bardzo się udał. Kończyłem z pamięci — skarżył się malarz kilka dni później, pokazując mi

gotowe dzieło. — W dodatku ty byłaś taka senna.

Ja uważałam, że obraz jest piękny.

— Obiecaj mi jedno: nikt poza nami nie będzie go oglądał.

Przysiągł na swoje serce.

Coraz mocniej chcieliśmy się kochać.

— Czy znów mam przyjechać o trupio bladym świcie?

— Odpada. Nasz pierwszy raz musi być idealny. Zapamiętamy go na całe życie.

Znalazł ogłoszenie o kempingowych domkach. Jego artystyczna dusza karmiła się wizją nas obojga

w oddalonym od świata anielskim zakątku. Tam, w otoczeniu świec, srebrnych kandelabrów i — jak

mawiał malarz — „morza róż płatków”, mieliśmy wyznawać sobie dozgonną miłość, splatając ciała

jak węże. Dostał na tym punkcie obsesji. Miał problemy ze snem. Przestał malować.

— Pieniądze. Zawsze te pieniądze. Dlaczego musiałem urodzić się biedny?

— Może powinnam sprzedać pierścionek? — spytałam, przyglądając się mojej dłoni, na której

fioletowym blaskiem migotał lilipuci klejnocik.

— Nawet o tym nie myśl. Jest w mojej rodzinie od pokoleń.

Któregoś dnia zupełnie nieoczekiwanie wyszeptał mi do ucha, że wszystko załatwione. Domek

wynajął na przyszły weekend.

Byłam przerażona. W dzieciństwie tyle nasłuchałam się od babki o Maryi i jej dziewictwie,

a potem od bladej ze strachu matki przed każdym wyjściem na randkę („Szanuj się, dziecko!”).

Słowem spodziewałam się czegoś wielkiego, wydarzenia, potężnego jak piorun, które raz na zawsze

odmieni moje życie.

Wśród maturzystek z mojej szkoły byłam jedyną dziewicą. Reszta dziewczyn przypominała kocice:

ocierały się o chłopców, mruczały zalotnie; do tego chichotały, Bóg jeden wie z czego.

W plisowanych spódniczkach, pasiastych podkolanówkach i różowych trampkach przyozdobionych

kokardkami z brokatu sprawiały wrażenie niewiniątek, ale — mimo powyciąganych swetrów,

przetartych na kolanach dżinsów i trój ze sprawowania — to właśnie mnie przypadła w udziale rola

cnotki niewydymki. Kocice traktowały mnie jak zadżumioną. Zaciągały się papierosami w szkolnej

ubikacji, plotkując o chłopcach, którzy — niczym nurkowie szukający skarbów — wpadali w nie

głęboko i szybko. „Byczki onanizujące się w pochwach” — tak o nich mówiły.

Pamiętam, jak pewnego razu w ramach wymiany przyjechał do nas uczeń ze Stanów. No więc ten

Bob czy John na widok małego fiata chwycił się za głowę, wydając z siebie słabe „oh my God”, a po

chwili omal nie zemdlał, po tym jak z malucha wysiadło czterech grubych mężczyzn. Podobnie ja

bladłam setki razy, słuchając opowiadanych przez „kocice” historii o chłopcach wytryskujących jak

spieniony szampan, wielokrotnych orgazmach i innych rzeczach, od których kręciło mi się w głowie.

Świat nurzał się w rozpuście, niby wieprze w błocie, a ja nie miałam o tym pojęcia.

Oczywiście nie byłam święta. Od owej pamiętnej Wielkanocy, kiedy ukryłam się przed babką

w kościele i później, po babki pogrzebie, masturbowałam się wiele razy. Przestałam po tym, jak

wytrysła ze mnie ciepła, pachnąca miodem ciecz i ściekła mi po palcach. Przez kilka dni czułam

ucisk w podbrzuszu, potem wszystko minęło. Mimo to byłam pewna, że umieram. Sądziłam, że

choruję na jakąś egzotyczną śmiertelną chorobę. W myślach widziałam już własny pogrzeb.

Zastanawiałam się nawet, jaką kartkę z tej okazji przyśle mój ojciec.

— Głuptasie, to żadna choroba, tylko seminatio, taki damski wytrysk — wyjaśniła mi jedna

z „kocic”, Joanna, czesząc przed lustrem puszystą czarną grzywkę. Przy każdym ruchu szczotki jej

włosy unosiły się w górę, przyciągane siłą elektrostatyczną, i pomyślałam, że to nie jest dziewczyna,

tylko zaczarowany kot sypiący złote iskry.

Joanna do dziś przysyła mi listy. Prawdziwe listy na prawdziwym papierze. Z koperty wysypują się

szeleszczące, sztywne kartki, niegdyś białe jak bandaże, teraz usiane czarnym atramentem. Pismo

Joanny to śmieszne ślimaczki, pełne zawijasów. Lubię oglądać znaczki na kopertach, układam listy

według kolorów tych znaczków i tak o nich myślę: błękitny list, żółty, zielony, list z małą foką toczącą

czerwoną piłkę.

Joanna pisze do mnie z Kalifornii (to słowo kojarzy mi się niezmiennie z lemoniadowym światłem

przesączonym przez gruby plaster miodu). Czasami, stojąc na progu domu, zamykam oczy i myślę

o setkach, tysiącach, milionach listów, powiązanych sznurkami, nieruchomych i cichych jak uśpione

owady, i wszystkich ludziach towarzyszących im w podróży — pracownikach poczty, pilotach

samolotów, konduktorach pociągów i moim listonoszu, który cały w uśmiechach rzuca mi pod drzwi

każdą z przesyłek, a potem odjeżdża na rowerze o zardzewiałej ramie, dzwoniąc na wybojach: dzyń,

dzyń, dzyń.

Wielu z nadawców umarło, kiedy listy były w drodze, ale adresaci będą czytali ich słowa, nic

o tym nie wiedząc. Jakby wcale nie było śmierci, jakby śmierć została oszukana — w ten właśnie

sposób mówią do nas umarli.

W ostatnim liście Joanna pisała o trawiącej ją od wyjazdu chorobie. Leczyli ją prądem (tak, moi

mili, elektrowstrząsy znowu są w modzie). „Podłączyli elektryczny bluszcz do mojej głowy, «nic nie

będzie boleć», powiedzieli, a potem przepuścili przeze mnie transmisję końca świata. Czy to nie

dziwne, że pomyślałam wtedy o tobie?”.

Nasza przyjaźń zaczęła się tam, w szkolnej ubikacji. Joanna przerwała szczotkowanie

kruczoczarnych włosów (właściwie miały kolor świeżego asfaltu) i przyjrzała mi się uważnie,

jakbym była czymś szczególnie ciekawym.

— Powinnaś się cieszyć. Seminatio to bardzo rzadka sprawa.

Ale nie cieszyłam się. Wcale. Prawdę mówiąc, czułam się popsuta. To nic miłego mieć powódź

między nogami. Potrzebowałam kogoś, kto mógłby mnie naprawić. Nie zamierzałam czekać z tym do

ślubu.

Poszłam nawet do ginekologa, ale trafiłam na prawdziwą kostuchę. Od progu wiedziałam, że mnie

nienawidzi. Zwracała się do mnie głosem pełnym niechęci, a wszystko dlatego, że stałam tam taka

niewybaczalnie młoda, a ona była pomarszczona i brzydka — tak wyglądają begonie, kiedy już

przekwitną. To przykra rzecz znaleźć się z kimś takim w jednym pokoju. Do tego bez majtek.

Kościstą ręką wskazała fotel. Z trudem dosięgałam stopami do podpórek, które przypominały

strzemiona (kobieta przede mną musiała być naprawdę wysoka). Czułam, jak drętwieją mi nogi.

„Kostucha” jedną ręką w gumowej rękawiczce poprawiała okulary na krecich oczach, drugą

sondowała moje krocze, podczas gdy ja udawałam, że jestem martwa — leżałam i gapiłam się prosto

w światło lampy, zastanawiając się, który mężczyzna projektował ginekologiczne fotele. I czy

próbował na nich leżeć.

Potem starucha wsadziła we mnie coś, co przypominało kaganiec. Grzebała długo i mocno,

i z takim przejęciem, jakby spodziewała się wyciągnąć perłę, ale żadnej perły ze mnie nie

wyciągnęła, więc kazała mi się ubrać, wypisała receptę i zawołała: „Dawać następną!”. Po wyjściu

z gabinetu czułam, że nie znaczę więcej niż dopuszczone do obrotu mięso.

Mimo to w przeddzień wyjazdu z malarzem dosłownie drżałam z przejęcia. Pierwszy raz w życiu

byłam zakochana. Wierzyłam, że to już na zawsze.

Powiedziałam matce, że przenocuję u Joanny, i pojechaliśmy.

— Domek numer cztery? Jeszcze nie jest wolny. Jakaś para wynajęła go na kolejną godzinę —

oznajmił mężczyzna w recepcji. — Wszyscy przyjeżdżają tu tylko po, żeby się pieprzyć.

Kiedy przechodziliśmy obok, z czwórki dobiegały głośne jęki. Kobieta wrzeszczała: „Jeszcze,

jeszcze!”. Na koniec wydała odgłos jak dobijane zwierzę.

— Trzeba czekać — oświadczył zrezygnowany malarz, więc poszliśmy na spacer.

Obok domków biegła szosa; na drugim planie znajdował się mały lasek, na pierwszym zatoczka, po

której, machając na przejeżdżające tiry, spacerowało kilka kobiet-lalek. W odblaskowych

kurteczkach i krótkich spódniczkach prężyły się, wypinały tyłki. Zastanawiałam się, czy nie jest im

zimno.

Zanim minęliśmy tirówy, podjechał czerwony sportowy samochód. Kierowca zatrąbił. Najwyższa

z kusych dziewczyn, kręcąc biodrami, ruszyła w jego stronę. On otworzył drzwiczki. Ona rozpięła

kurtkę; wyglądała prześlicznie w obcisłej bluzeczce z głębokim dekoltem.

W żopu piatdiesiat, w paszczu dwadcat — tłumaczyła zachrypniętym głosem.

Raptem on złapał ją za pierś, ona wyrwała się, krzycząc, że za to trzeba płacić, więc koniec

końców nazwał ją głupią kurwą i zatrzasnął drzwiczki.

— Co jest, Natasza?! — wołały zaniepokojone koleżanki po tym, jak samochód odjechał z piskiem

opon.

Ot, sobaka. Chotieł jebat bespłatna. — Splunęła, poprawiając stanik.

Zaczął padać śnieg. Weszliśmy do lasku. Pod naszymi stopami zapadało się błoto. Marzec zaczął

się tego roku serią roztopów, ale teraz nagły chłód pokrywał wszystko cienkim białym szronem.

W górze wisiało słońce, drogocenny koral dwa razy dziennie nawlekany na nitkę horyzontu, chociaż,

jeśli mam być z wami szczera, to wcale nie był koral ani klejnot, w ogóle nic cennego, tylko

olbrzymia kula w jednym z tych intensywnych odcieni żółci, jakie spotyka się czasem w moczu

cukrzyków.

„Mam przywidzenia” — pomyślałam na widok polany pełnej stokrotek. Ale to nie były kwiaty.

Wokół, gdziekolwiek spojrzeć, walały się zużyte prezerwatywy i plastikowe folie.

Wróciliśmy do recepcji. Domek był już wolny. Musieliśmy pootwierać okna, tak mocno pachniało

seksem tamtych dwojga. Kaloryfery nie grzały. Wkrótce w pokoju zrobiło się zimniej niż w kostnicy.

Malarz włączył radio. Kręcił gałką, próbując znaleźć pościelową melodię, ale właśnie tego dnia

zachorował papież. Na każdej stacji mówili tylko o tym.

Nawlekałam świeżą, wykrochmaloną pościel na pierzynę śmierdzącą cudzym potem. Pościel

w kilku miejscach była dziurawa. Nie byłam pewna, czy malarz dokładnie tak to sobie wyobrażał.

— Jesteś gotowa? — spytał, kiedy skończyłam.

Kiwnęłam głową, chociaż nie byłam. Kiedy mnie rozbierał, zastanawiałam się, gdzie jest kobieta,

która leżała na tym łóżku przede mną, i czy ja też będę krzyczeć z rozkoszy.

— W porządku. Zaczynam — oznajmił malarz z takim przejęciem, jakby inaugurował koniec

świata.

Byłam zimna jak trup. Trzęsłam się, szczękając zębami.

Nie zagrały archanielskie trąby. Łóżko zaczęło trzeszczeć. Spojrzałam na zegarek. Była dwudziesta

pięć. Dwudziesta siedem, gdy skończył.

Otuleni w koce wyszliśmy na ganek. Śnieg spadał na moją dłoń białymi hostiami. Zaczynała się

zamieć. Przybłąkał się do nas pies stróża. Ogromny i zziajany, ciepłym cielskiem grzał moje stopy.

Zawołany przez pana pobiegł w jego stronę i stał się czarną plamą pośród ukośnie padających

małych, białych strzałek. Z oddali słyszałam jeszcze jego szczekanie. Wszystko we mnie było ciche

jak śnieg.

Po mojej nodze, wywołując swędzenie, ściekała wodnista ciecz, ale to nie był mój miód. Ciecz

miała zapach kredy i przepoconych trampek. Wytarłam ją w koc, na którym zostały białe plamy.

Malarz uśmiechnął się głupkowato. Zrobiłam to samo, jakbym była ustawionym naprzeciw niego

lustrem. Nic innego nie przyszło mi do głowy.

Wyobrażam sobie, że tak wygląda lawina w Himalajach — biały jęzor wdziera się w doliny,

wszystko wokół zamarza i tylko ja, otoczona przez pokrywy lodu, ciągle jestem żywa, nie dlatego,

żebym była lepsza od innych, po prostu zamarzam wolniej niż reszta.

Siedząc obok malarza, tam, na drewnianym ganku, wpatrzona w wirujące w powietrzu drobinki

śniegu, świetliste tak bardzo, jak gdyby w każdej ukryto miniaturową lampę, przypomniałam sobie

pewne zdarzenie. Z tych zabawnych.

Kiedy miałam sześć lat, wpadłam do domu, wołając:

— Babciu, gonił mnie bengalski tygrys!

Babka wyjrzała przez okno i zobaczyła żółtego pieska.

— Wstydź się tak kłamać! Idź, przeproś Boga, porządnie, na kolanach.

Gdy wróciłam, spytała:

— No jak, przeprosiłaś?

— „Przepraszam cię, Boże, że się pomyliłam, wzięłam małego pieska za tygrysa”. Wiesz, babciu,

tak mu tłumaczyłam, a on na to: „Wcale ci się nie dziwię, jak zobaczyłem go po raz pierwszy, też

pomyślałem, że jest tygrysem”.

— Gdzie jest obraz? — spytałam malarza, zaglądając do jego pokoju w poniedziałek rano.

— Jaki obraz, kochanie?

— Mój obraz!

— Pamiętasz, jak wspomniałaś o pierścionku? Zaświtał mi wtedy pewien pomysł. Zaniosłem do

galerii kilku Chrystusów, ale nie chcieli słyszeć o zaliczce, mówili, że na to jest za mały popyt.

Sprzedają głównie akty, to co miałem zrobić?

Tak oto wisiałam sobie naga na ścianie galerii w samym centrum miasta.

Pojechaliśmy tam z malarzem, ale nie miałam siły wejść do środka. Czekałam przed drzwiami,

wciskając zmarznięte dłonie do kieszeni płaszcza, przestępując z nogi na nogę zwyczajem skazańców

w łagrach, o których kiedyś czytałam. Mimo to nie mogłam wykrzesać z siebie ani odrobiny ciepła.

Czułam, że zamarzam. To działo się od wewnątrz — w moim brzuchu rozrastała się mateczka Rosja,

miałam tundrę zamiast serca. Chociaż nie, właściwie zamiast serca miałam ogromną czarną dziurę.

Śnieg sypał z nieba — białe confetti — roztapiał się w wiosennym słońcu, zanim spadł na ziemię,

a ja czułam się jak trup, zimna i nijaka.

Na wystawie galerii wisiało kilka biało-czarnych grafik — co do techniki, na oko były to akwaforty

i linoryty, w kwestii tematu écriture féminine, nie mam zdania, jeśli chodzi o styl. Spoglądało na

mnie kilka dziwnych kobiet: jedna z pękniętym brzuchem, z którego wypadła maleńka perła, druga to

była wydrążona kukiełka i mleko płynęło z jej ust, a jeszcze inna miała nagie piersi, anielskie

skrzydła, źrenice w kształcie pestek i nóż wbity w serce. Niektóre trzymały w ramionach robaczywe

dzieci, inne czarne małpy, obnażające lśniące zęby, ciała ślimaków w strzaskanych muszlach, a nawet

czaszki, które winorośl porastała bujnie niczym rozmnożona osobliwa narośl i winnymi pędami

uparcie pięła się w górę, oplatając ciała kobiet, pół aniołów, pół kalek, by w prawym górnym rogu

wydać owoc, dorodne, kształtne grono, które kusiło: „zjedz!”.

Zaprawdę czułam się pęknięta jak one — te siostry moje, te matki. Zdawało mi się, że słyszę, jak

szepczą do mnie zza brudnej szyby: „Daj spokój, dziecino, takie jest życie”.

Po godzinie, która trwała całą wieczność, malarz wyszedł z galerii z pustymi rękami, za to

z uśmiechem triumfu na twarzy.

— Co z obrazem? Zgodzili się wymienić go na inny?

— To niemożliwe. Kupił go od nich prywatny kolekcjoner. Zapłacił niezłe pieniądze. Czy to nie

cudownie? — Mówił bardziej do siebie niż do mnie. — Mój pierwszy sprzedany obraz! I wiesz co,

kochanie? Zamówili jeszcze kilka twoich aktów. Zanim zacznę malować tak całkiem z pamięci,

muszę cię jeszcze trochę pooglądać. Dasz radę wyrwać się w ten weekend? Trzeba wcześniej

zarezerwować domek.

Nigdy nie zrozumiał, dlaczego jak płatek śniegu na słońcu wyparowałam z jego życia, oddając mu

drogocenny pierścionek.

 

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: