http://fraktalla.com/ksiazka/Michalak-Katarzyna/Czarny-Ksiaze,64428801001KS

 

 

 

Ciało drżało lekko z niepewności, ale wiedziała, że za chwilę ta niepewność zmieni się w bolesne pragnienie. Gdy tylko on przestąpi próg, ona zacznie błagać, by dał jej rozkosz.

Purpurowe jedwabne zasłony spływały z sufitu, unosząc się i falując w powiewach wiatru od otwartego okna. Chłodne powietrze muskało jej sutki, rozpalone czoło, gorącą skórę.

Wyciągnięte ręce bolały, ale nie był to ból nieznośny, on nie pozwoliłby, żeby cierpiała. Bardziej bolało oczekiwanie i narastająca niepewność: przyjdzie, czy nie przyjdzie?

Drzwi za jej plecami skrzypnęły cicho. Na miękkim dywanie rozległy się stłumione kroki, a do rozwartych nozdrzy doleciał zapach tego mężczyzny - jedyna w swoim rodzaju woń piżma i dobrej wody po goleniu - który sprawił, że wnętrze skręcił bolesny skurcz. Między nogami poczuła liźnięcie ognia. I zdradliwą wilgoć. Ledwie pojawił się w pokoju, a ona już płonęła z pożądania. Zwykłej zwierzęcej żądzy.

Położył się obok. Czuła to, choć nie śmiała nań spojrzeć, z głową odwróconą w stronę okna. Pragnęła, by jej dotknął.

On również tego pragnął...

Wsparł się na łokciu. Dotknął dłonią jej policzka, nieznoszącym sprzeciwu ruchem nakazując, by patrzyła mu w oczy. Czarne jak czeluści piekieł. Oczy, na których dnie płonął ogień. I obietnica rozkoszy.

Nie musiał uczynić nic więcej, by rozchyliła uda, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Ale on chciał czegoś jeszcze. Leniwymi ruchami dłoni zaczął pieścić jej nagie ciało. Gładził aksamitną skórę, wbijając wzrok w jej szeroko otwarte oczy. Ujął w dwa palce sutek. Jęknęła. Pochylił się i nie zważając na te ciche protesty, które tak naprawdę były błaganiem o więcej, otoczył go ustami i zaczął ssać. Jęknęła ponownie. Jeszcze boleśniej. Pragnienie stało się nie do zniesienia. Wilgoć spomiędzy jej nóg zaczęła rosić prześcieradło.

On był tego świadom, ale nie zamierzał zbyt szybko kończyć pieszczot.

Jeszcze chwilę owijał język wokół sztywnej wisienki, by w końcu unieść głowę, spojrzeć jej prosto w oczy i zapytać niskim, gardłowym głosem:

- Jesteś gotowa? Kiwnęła głową.

- Powiedz to.

Przełknęła głośno, wiedząc, co się za chwilę stanie, ale sekundę później wyszeptała:

- Weź mnie. Jestem twoja.

Uniósł kącik ust w uśmiechu, po czym... bez namysłu, bez ostrzeżenia wbił dwa palce w jej rozedrganą, spływającą sokami płeć. Wygięła się w łuk, nadziewając się na jego dłoń jeszcze bardziej i...

Obudził ją własny jęk.

Chwytając łapczywie powietrze, jak po szalonym biegu, usiadła. Pomacała dłońmi dookoła, jeszcze półprzytomna. Była w swoim pokoju, w swoim łóżku. Bogu dzięki!

Ten sen, ten przeklęty sen wracał za każdym razem, gdy przed zaśnięciem płakała w poduszkę. Sprawiał jeszcze więcej bólu, wpędzał w poczucie winy, zostawiał wstyd i rozpalone, niezaspokojone ciało. I wilgoć między nogami.

Zerwała się, płonąc z zażenowania, mimo że nikt nie mógł jej widzieć. Dopadła toaletki, gdzie stał krucyfiks i obraz Jezusa na krzyżu. Osunęła się na kolana, złożyła ręce do modlitwy i zaczęła urywanymi słowami błagać o wybaczenie. Mimo najróżniejszych pokus i ataków była dziewicą. Zachowała czystość. Nie pozwoliła tknąć się t a m brudną dłonią mężczyzny.

Dlaczego więc śniła o występnym Czarnym Księciu, który raz bierze ją, ot tak, jak swoją własność, raz trzyma w tajemniczym pokoju bez okien, związaną i zakneblowaną, aż ona błaga o zlitowanie, to znów -jak dzisiaj - rozbudza dotykiem, by zostawić niemal płaczącą z pożądania? I te słowa, za każdym razem takie same: „Jesteś gotowa? Powiedz to". I jej chętna, zbyt chętna odpowiedź: „Weź mnie".

- Panie Boże, wybaw mnie od grzesznych myśli i grzesznych słów - szeptała, modląc się gorąco. - Jestem posłuszna twoim przykazaniom, jestem...

„Jesteś małą, brudną dziwką" - zabrzmiały jej w głowie słowa ciotki, po których wybiegła z pokoju, zaszyła się u siebie i płakała dotąd, aż zmorzył ją sen.

Dlaczego? Za co spotykają tak podły los? Była dobrą córką, była posłuszną córką, była...

Była. Teraz jest tutaj. W tym domu. W roli służącej. Z dawnego życia pozostały jej tylko bezsensowne zasady, wpajane przez świętoszkowatego, a przy tym zakłamanego ojca, jego długi, które musiała spłacić, i... sny. Sny o mężczyźnie, który miał ją wyzwolić i jednocześnie zniewolić po stokroć.

Nie chciała o tym myśleć. Nie chciała o nim marzyć.

Zwinęła się w kłębek, rozżalona i nieszczęśliwa, i zapadła w niespokojny sen bez snów.

Czarny Książę już się nie pojawił. Nie istniał. Na jej, Konstancji Lubowieckiej, szczęście.

Świt srebrzył ściany skromnej, skąpo umeblowanej sypialni: wąskie, twarde łóżko, ciężka, brzydka komoda z miednicą i dzbankiem pełnym lodowatej wody, szafa na tych kilka ubrań, które Konstancja zabrała z domu, wreszcie jedyny ładny przedmiot - toaletka z kryształowym okrągłym lustrem, którą ojciec przysłał, pewnie targany wyrzutami sumienia, parę dni po sprzedaniu córki. Niewiele wystawniejszy był ten pokój niż cela w klasztorze. I nie brzydszy niż ten, do jakiego przywykła w domu. Ojciec skąpił jedynaczce i na ładne ciuszki, i na przedmioty, którymi mogłaby karmić spragnioną piękna duszę. Po prawdzie skąpił wszystkiego, oprócz niechcianych pieszczot.

Konstancja leżała cicho, bez ruchu, patrząc niewidzącym wzrokiem w poszarzały, dawno niemalowany sufit.

Za parę chwil w wielkim domu zacznie się zwykła poranna krzątanina: kucharka - jak zwykle niezadowolona z przyniesionych przez służącą zakupów - będzie ciskać garnkami, mamrocząc pod nosem przekleństwa; pokojówka zacznie krzątać się po zimnych pokojach, rozpalając w kominkach; na zewnątrz chłopak „do wszystkiego" będzie pucował starą, rozpadającą się landarę i wyblakły herb na jej drzwiczkach, pogwizdując tę samą co zwykle melodię.

Janek - tak ma na imię chłopak „do wszystkiego" - to jedyna istota w tym domu, która nie gardzi Konstancją. Nie to, żeby był jej przyjacielem, ona nie ma przyjaciół na tym świecie, ale przynajmniej odpowiada na jej powitanie i uśmiecha się z rzadka, gdy ciotka nie widzi. Wyrzuciłaby go na bruk, widząc jakiekolwiek zainteresowanie swoją znienawidzoną bratanicą.

„Za co mnie tak nienawidzisz?" - to pytanie Konstancja zadaje sobie od dwóch miesięcy. Od dnia, w którym uporządkowane, spokojne i bezpieczne życie niespełna osiemnastoletniej wtedy dziewczyny legło w gruzach. Wszystko okazało się pozorem, kłamstwem, a ona sama została przez ojca sprzedana za długi ciotce Klarze, którą widziała może dwa razy w życiu, tak po prostu.

„Pójdziesz na służbę do cioci Klary, odpracujesz nasze zobowiązania - «Nasze?!» - i wrócisz do tatusia, który już nigdy, przyrzekam, Kotuniu, nie wpędzi nas w kłopoty". Skoro tak mówił, powinna mu wierzyć.

Ale nie wierzyła. W ani jedno jego słowo. Już nie.

Skoro jednak ciotka jej nie cierpiała, po co trzymała ją przy sobie? Mogła ją przecież komuś wynająć i z zysków pomniejszać dług ojca.

Gdyby Konstancja wiedziała, co szykuje dla niej Klara Gott i w jaki sposób będzie spłacać ten dług, padłaby ciotce do nóg, błagając o pozostanie w dużym, zimnym, ponurym domu. Na razie dziewczyna żyła w nieświadomości, rozżalona na zły los i złych ludzi, samotna i zagubiona.

Jedyną pociechą - i jednocześnie strapieniem -były sny o Czarnym Księciu.

Konstancja przypomniała sobie ten ostatni. Ponownie czując ciepło rodzące się w podbrzuszu, podbiegła do miski stojącej na komodzie w rogu pokoju i ochlapała twarz zimną wodą. Ciepło zniknęło tak samo, jak wyraz rozmarzenia na drobnej, ślicznej twarzyczce dziewczyny. Duże, chabrowe oczy, które chwilę wcześniej błyszczały jak w gorączce, teraz przygasły.

Podeszła do toaletki, usiadła na twardym, podniszczonym krześle i patrząc z niechęcią na swoje odbicie, zaczęła rozczesywać długie, złociste niczym pierwszy promień słońca włosy. To była jej jedyna ozdoba, przynajmniej tak się dziewczynie wydawało.

Nie wiedziała, bo nikt jej tego nie mówił, że ma piękne, szlachetne rysy twarzy - skąd się wzięły u córki podrzędnego urzędnika, który nie grzeszył urodą?

Nie wiedziała, że piersi, ukryte pod wysoko zapiętą koszulą, ma kształtne i jędrne, ani za małe, ani za duże, pasujące w sam raz do jej szczupłej sylwetki i... dłoni spragnionego mężczyzny, że talię ma tak wąską, że

mężczyzna objąłby ją złączonymi palcami, a nogi, skrywane pod niemodnymi spódnicami, szczupłe i kształtne, aż prosiły o męską dłoń, która gładziłaby aksamitnie gładką skórę na udach.

Ona tego nie wiedziała. Wiedział zaś... jej ojciec. I ukrywał córkę w domu, pragnąc ją mieć tylko dla siebie. Aż do chwili, gdy po prostu ją oddał umiejącej ocenić dobry towar ciotce. Konstancja Lubowiecka była zgubiona, choć też jeszcze o tym nie wiedziała. Wiedział zaś każdy, kto na nią spojrzał.

Mężczyźni oglądali się z niekłamanym zachwytem za ślicznym stworzeniem, które przemykało ulicami Miasta z oczami wbitymi w bruk. Niejeden chętnie zagadałby do złotowłosej dziewczyny, niejeden nie skończyłby na rozmowie, ale... Konstancji zawsze towarzyszył cerber w postaci ciotki, która skutecznie odstręczała wielbicieli. Ona, Klara Gott, mierzyła wyżej. Znacznie wyżej. Należało jedynie dopilnować, by ptaszyna nie wymknęła się z jej rąk zbyt szybko!

Drzwi sypialni otworzyły się tak gwałtownie, że dziewczyna podskoczyła z cichym okrzykiem. Do środka, oczywiście bez pukania, wpadła niska, pulchna kobieta o nalanej twarzy, czerwonej od zbyt dużej ilości wieczornej whisky, i oczach zamglonych relanium, którego z whisky raczej się łączyć nie powinno.

- Ty jeszcze nieubrana?! - wrzasnęła na widok struchlałej dziewczyny.

- Przepraszam, ciociu - wyszeptała Konstancja.

- Myślisz, że płacę ci za wylegiwanie się w łóżku do południa?!

„Nie płacisz mi" - chciała odpowiedzieć, ale wyszeptała potulnie:

- Nie, ciociu, przepraszam.

- Masz kwadrans na doprowadzenie się do porządku! Anka przyniesie ci do przymiarki suknię, którą dzisiaj włożysz. Musi leżeć idealnie, bo wieczorem pójdziemy... - Nagle urwała, przechyliła głowę, mierząc bratanicę taksującym spojrzeniem.

Ona, Klara, nie miała wątpliwości, że dziewczyna jest piękna i świeża niczym poranek. W tym pełnym zepsucia Mieście będzie łakomym kąskiem dla każdego, komu Klara zdecyduje się ją zaprezentować. Jeszcze tylko tydzień... siedem dni. Tyle brakuje Konstancji do osiemnastych urodzin. Do dnia, gdy rzeczywiście zacznie spłacać długi swego rozpustnego, zepsutego do szpiku kości ojca. A Klara Gott dopilnuje, by on nigdy z długów nie wyszedł...

- Wyszykuj się dziś porządnie - odezwała się łagodniejszym tonem. - Możesz nawet wziąć kąpiel w mojej łazience. Anka dopasuje suknię. Kupiłam ją dla ciebie specjalnie na wielkie wyjścia. Po śniadaniu przejdziemy się po mieście, potem odwiedzimy kilku moich przyjaciół, wieczorem zaś... Wieczorem przedstawię cię towarzystwu. Postaraj się wypaść jak najlepiej. Od tego zależy los twój i tego plugawca.

Konstancja nie musiała pytać, kogo ciotka ma na myśli. O swoim bracie zawsze wyrażała się w podobny, pełen pogardy sposób. Pogarda ta przeszła z ojca na córkę.

- Gdy będziesz gotowa, przyjdziesz do mojego gabinetu. Nim wyjdziemy, rzucę okiem, czy wszystko jest w porządku. Pamiętaj, to twój wielki dzień!

Boleśnie uszczypnęła dziewczynę w policzek, po czym wyszła, zagarniając poły starego, brudnego szlafroka.

Anka, pokojówka, zapukała krótko do drzwi i jak zwykle nie czekając na ciche „proszę", weszła do środka. Ogarnęła zdegustowanym spojrzeniem małą, ciasną klitkę, którą jej chlebodawczyni przeznaczyła dla jedynej krewnej. Nawet ona miała ładniejszy pokój. Wzrok kobiety spoczął na owej krewnej, tkwiącej nieruchomo niczym posążek przy toaletce. Co za piękne, a jednocześnie nieśmiałe stworzenie! W dzisiejszych czasach dziewczyny o takiej urodzie nosiły się dumnie, niemal wyzywająco, wiedząc, że na jedno skinienie będą miały u swych stóp każdego mężczyznę, jakiego zapragną, najlepiej starego i bogatego, a wraz z nim wolność i władzę. A ta, szara myszka, każdym gestem, każdym spojrzeniem przepraszała, że żyje.

Nieliczna służba omijała dziewczynę szerokim łukiem - tak przykazała wszystkim Klara. Bała się, że któraś z dziewczyn zbyt szybko otworzy niewinnej Konstancji oczy na to, jaki naprawdę jest dzisiejszy świat, jak przydatna jest uroda i jak przydatni potrafią być... mężczyźni.

Stara i rozpustna jak brat megiera jeszcze bardziej bała się, że ogrodnik czy chłopak „do wszystkiego" pozbawią Konstancję jej największego atutu: dziewictwa,

które należało strzec za wszelką cenę. Bo Klara Gott zgarnie za niewinność bratanicy wysoką cenę!

O tym plotkowano w kuchni, na pokojach i w stajni: o ślicznej Konstancji i pieniądzach, jakie zbije na nieświadomej podstępu dziewczynie jej własna ciotka. Czy służącym było żal Konstancji? Niespecjalnie. Każdy miał swoje problemy. Jeśli dziewczyna albo jej ojciec byli na tyle głupi, by zaufać Klarze - ich strata.

Tylko Anka próbowała okazać Konstancji nieco serca, na co ta ostatnia reagowała zmieszaniem i nieufnością. Może nie była taka głupia?

- Dzień dobry, panienko - odezwała się od progu. Konstancja uśmiechnęła się nieśmiało.

- Ponoć macie dzisiaj z panią Klarą jakieś wyjście. Sukienkę już przygotowałam, teraz pójdziemy się porządnie umyć. Ta mała, podła Lusia już przygotowuje kąpiel. Potem osuszę panience włosy, zaplotę w koronę i pomogę włożyć suknię. Pani Klara specjalnie zamówiła ją u Goldbluma. Spodoba się panience, dam sobie rękę uciąć. Stary Goldblum piękne kiecki szyje.

Tak paplając, Anka zdążyła zaścielić łóżko, przelać wodę z miednicy do wiadra i skierować się do drzwi. Z ręką na klamce spojrzała wyczekująco na Konstancję. Ta, chcąc nie chcąc, wstała i ruszyła za kobietą.

O kąpieli, pachnącej kwieciem pomarańczy, w wannie pełnej gorącej wody Konstancja marzyła od dwóch miesięcy. Od kiedy postawiła stopę w tym niegościnnym domu.

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: