Dziewczyny, które zabiły Chloe

Letni poranek 1986 roku. Dwie jedenastolatki spotykają się tego dnia po raz pierwszy w życiu. Wieczorem obie zostają oskarżone o morderstwo.
Ponad dwadzieścia lat później, dziennikarka Kirsty Lindsay pracuje nad reportażem na temat seryjnego mordercy, grasującego w nadmorskim kurorcie. W trakcie zbierania materiałów spotyka przypadkiem sprzątaczkę Amber Gordon.
Kirsty i Amber spotykają się po raz pierwszy od tego strasznego dnia, który odmienił na zawsze ich losy. Są gotowe zrobić wszystko, by nie odkryto ich dawnej tożsamości, nie zrujnowano im życia; za wszelką cenę chcą chronić swoje rodziny. Jednak przeszłość postanawia się o nie upomnieć... Kobiety będą musiały zmierzyć się z dawnym koszmarem i dokonać trudnych wyborów.

O autorce:

Alex Marwood to pseudonim dziennikarki, publikującej w prasie brytyjskiej. Jej pierwsza książka, The Wicked Girls, okrzyknięta została literacką sensacją i w pełni zasłużenie zdobyła prestiżową nagrodę Edgara Allena Poe dla najlepszej powieści w 2014 roku i była nominowana do nagrody Międzynarodowego Stowarzyszenia Autorów Thrillerów w 2013 roku. Alex mieszka w południowym Londynie, pracuję nad swoją trzecią (po The Killer Next Door) powieścią kryminalną.

 

Link do zakupu książki

http://fraktalla.com/ksiazka/Marwood-Alex/Dziewczyny-ktore-zabily-Chloe,75160001622KSa R W O O D

DZIEWCZYNY,




Trzy dziewczynki


 
 

PROLOG

1986

Koc, który jest w celi, sądząc po zapachu, nigdy nie był prany.

Chociaż Jade go zrolowała i wepchnęła w kąt zaraz po tym, jak

ją tu przyprowadzono, w przegrzanym pomieszczeniu i tak unosi

się ohydny kwaśny odór moczu i brudnego ciała. Strażniczka

Magill podnosi zwinięty koc i podaje jej na wyciągniętej ręce.

– Masz to narzucić – mówi. – Na głowę, żeby nie widzieli

twojej twarzy. Bo nie wolno.

To zupełnie zbędne.Miesiąc temu twarz Jade była we wszystkich

gazetach, i jutro też się tam znajdzie. Patrzy z odrazą na koc.

Strażniczka Magill przymruża oczy.

– Wiesz co, Jade? Jak chcesz, możesz sobie wyjść bez nakrycia.

Oni wszyscy wprost marzą, żeby cię zobaczyć. A mnie to wisi.

Już mnie widzieli, myśli Jade. Wciąż gapili się na moją twarz.

Była w gazetach, w wiadomościach. To dlatego każą nam co roku

ustawiać się do szkolnych fotek. Wcale nie są przeznaczone dla

naszych rodzin. Chodzi o to, żeby zawsze mieć pod ręką zdjęcie,

które można sprzedać prasie. Żeby było coś pod nagłówek.

ŚWIAT SIĘ MODLI. ZNAJDŹ NASZEGO ANIOŁKA. Albo, jak

w moim wypadku: ANIELSKA TWARZ DIABŁA.

Przez otwarte drzwi słyszy wrzask. Bel wciąż krzyczy. Zaczęła,

kiedy ogłoszono werdykt, a od tej pory minęło wiele godzin.

Między grubymi ścianami celi Jade słyszała tylko ciszę. Nie

przebijały się przez nią żadne dźwięki: ani skowyt tłumu, ani

pospieszny tupot stóp w ferworze przygotowań. Od czasu do czasu

rozlegało się tylko metaliczne zgrzytnięcie zaślepki judasza albo

dźwięczny huk przy zatrzaskiwaniu innych ciężkich drzwi; poza

tym kamienna cisza, szmer jej własnego oddechu, mocny łomot

serca. Kiedy strażniczka Magill otworzyła drzwi, hałas wydawał

się ogłuszający, nawet tu, w suterenie: dzikie, śpiewne głosy

obcych domagających się sprawiedliwości. Tłum żąda Jade.

Chcą jej i Bel. Tyle wie.

Magill znów podaje jej koc. Tym razem Jade go przyjmuje. I

tak każą go jej narzucić, czy jej się to podoba, czy nie. Ociera

się dłonią o dłoń strażniczki, a ta gwałtownie cofa rękę, jakby

skóra dziecka była powleczona trucizną.

Bel wyje jak zwierzę schwytane we wnyki.

Odgryzłaby sobie rękę, gdyby to pozwoliło jej uciec, myśli

Jade. Dla niej to jest gorsze niż dla mnie. Nie miała takiego

trudnego życia jak ja.

Strażniczka Magill czeka, wykrzywia usta tak, że ich kąciki

opadają w dół.

– Jak się czujesz, Jade?

Przez chwilę Jade sądzi, że to pytanie wynika z troski, ale jedno

spojrzenie na twarz funkcjonariuszki przekonuje ją, że jest wręcz

przeciwnie. Jade gapi się na nią szeroko otwartymi oczami. Czuję

się mała, myśli. Czuję się mała, samotna, przestraszona i

skołowana. Wiem, że wrzeszczą, bo chcą mnie dorwać, ale nie

rozumiem, dlaczego tak mnie nienawidzą. Wcale nie chciałyśmy,

żeby to się stało.

– Kiepsko, co? – pyta wreszcie Magill, nie doczekawszy się

odpowiedzi. – Nie jest fajnie, no nie?

Słychać krzyki Bel, odgłosy szarpaniny w korytarzu.

– Nienienienienie! Proszę! Proszę! Nie mogę! Ja chcę do

mamy! Mamuuusiuuu! Nie mogę! Nie zabierajcie mnie tam!

Nienienienie!

Jade ogląda się na strażniczkę. Twarz Magill przypomina

halloweenową maskę, wszystkie opadające bruzdy są czarne i

czerwone. W jej gniewnym spojrzeniu jest ta sama nienawiść,

którą słychać w głosach tłumu na zewnątrz. Jade jest winna.

Teraz już nikt nie musi się zachowywać tak, jakby zakładano, że

może być inaczej.

Klamka zapadła. Już nie jesteśmy „podejrzanymi”, „dziećmi

w areszcie”. Teraz jesteśmy „Dziewczynami, które zabiły Chloe”.

Diablicami.

Magill ogląda się, by sprawdzić, czy ktoś z przełożonych jest

w zasięgu słuchu, po czym obniża głos.

– Dobrze ci tak, ty cholerna suko – syczy. – Gdyby to ode

mnie zależało, przywróciłabym karę śmierci.

ROZDZIAŁ 1

2011

Martin zerka na zegarek. Prawie dziesiąta. Niedługo będzie

wychodziła do pracy. Wyłączono już neony na kolejce górskiej

w Funnland, rozjarzyły się halogenowe lampy łukowe, które

zalewają światłem wesołe miasteczko po zamknięciu – zarówno

po to, by przegonić maruderów, jak i po to, by pomóc

sprzątaczkom dojrzeć kulki gumy do żucia, lepkie plamy po

napojach, ketchup bezmyślnie rozsmarowany w różnych

miejscach. Będzie w szatni. Jak wielu ludzi, którzy odbijają kartę,

przychodzi bardzo punktualnie, a potem trochę się ociąga przed

przystąpieniem do pracy. Zdejmuje cywilne ubranie i wbija się

w tenisówki i fartuch.

Czuje znajomy przypływ wściekłości na myśl o tym, jak się

od niego odcięła. Zero odpowiedzi, zero kontaktu, tylko pusta

cisza, dzień po dniu. Czy chociaż o nim myśli? Odpuścił na trzy

godziny, ale dłużej już tego czekania nie zniesie. Bierze milczący,

znienawidzony telefon i wybiera jej numer. Wstukuje tekst:

odpowiedz proszę, nie ignoruj mnie. Gapi się na ekran, kiedy

aparat przetrawia i wysyła wiadomość.

Na ulicy pod oknem zatrzymują się uczestniczki wieczoru

panieńskiego. Poznaje to po tym, że ryczą na całe gardło piosenkę

Going to the Chapel. Zawsze śpiewają właśnie to albo Nice Day

for a White Wedding, w kółko sam refren, albo Here comes the

bride, short, fat and wide. Istnieje milion piosenek ślubnych, ale

dziewczyny, które bawią się na wieczorach panieńskich, nie

wykraczają poza ten skromny repertuar.

Wrzask na ulicy, a potem chóralny rechot. Ktoś się przewrócił.

Martin podnosi się z łóżka i podchodzi do okna. Przez szparę

między zasłonami wygląda na zewnątrz. Osiem kobiet w różnym

stadium upojenia alkoholowego. Panna młoda – welon i tabliczki

z literą L, jak nauka jazdy – leży na ziemi, bo wywaliła się za

sprawą piętnastocentymetrowych obcasów i tłustego tyłka.

Przewala się po chodniku w obcisłej miniówce, brzuch wyłazi

jej nad paskiem, a cycki wylewają się z dekoltu, podczas gdy

dwie koleżanki ciągną ją za blade, galaretowate ramię. Pozostałe

kumpelki stoją na chodniku, wytykają ją palcem, zataczając się

i wyjąc ze śmiechu. Jedna z nich – szorty, wielkie kolczyki w

kształcie kółek i top w poziome paski, bez ramiączek – nagabuje

o ogień facetów omijających wężykiem młócącą rękami pannę

młodą.

Pasiasta trafia na żyłę złota. Banda facetów – miasto jest

okupowane w każdy weekend przez takich młodych byczków,

którzy nie mają paszportów, zezwoleń kuratorów albo nie stać

ich na to, by zarzygiwać sangrią ciepły hiszpański beton –

zatrzymują się, przypalają jej papierosa, nawiązują rozmowę. A

raczej zaczynają się nawzajem przekrzykiwać. Pod oknemMartina

ludzie porozumiewają się wyłącznie wrzaskiem, bo mają uszy

zniszczone dudniącymi basami, słuch przytępiony przez alkohol,

ecstasy i kokainę, która teraz kosztuje chyba mniej niż paczka

fajek. I nie trzeba się ruszać z domu, by zażyć dragi.

Panna młoda wreszcie staje na nogi. Kuleje albo udaje i

wspiera się na ramieniu jednego z byczków. Martin patrzy, jak

ręka mężczyzny pełznie w dół obcisłej spódniczki, by pomalutku

wślizgnąć się pod nią. Panna młoda głośno chichocze, bez

przekonania odgania klapsem natrętną dłoń, zachęcająco

trzepocząc rzęsami. Ręka powraca. Ruszają w stronę nocnych

klubów.

Pasiasta pozostaje w tyle, opiera się o okno wystawowe i

rozmawia z facetem od zapalniczki. Zatacza się z boku na bok,

chyba nie widzi, jak jej koleżanki znikają za rogiem. Podciąga

top, podnosząc opadający, spłaszczony biust, i odgarnia

lakierowane włosy z oczu. Uśmiecha się kokieteryjnie do

mężczyzny, lekko napiera na jego ramię. Tak przebiega

współcześnie podryw. Nawet nie trzeba już kupować dziewczynie

drinka. Wystarczy, że pożyczysz jej zapalniczkę, jest twoja.

Martin opuszcza zasłonę i powłócząc nogami, wycofuje się do

pokoju. Czuje, jak dopada go depresja. Nie rozumie świata.

Czasami czuje się tak, jakby ci ludzie specjalnie wybierali drogę

koło jego mieszkania, by sobie z niego szydzić. Żeby przypomnieć

mu o zabawie, która go omija, o tym, że te błyszczące od

cekinów, roztańczone stworzenia przeszłyby na drugą stronę

chodnika, gdyby próbował się do nich przyłączyć. Whitmouth

go rozczarowało. Kiedy umarła matka, a on mógł już wybrać

sobie miejsce pobytu, myślał, że świat się teraz przed nim

otworzy, życie wreszcie potoczy się zgodnie z jego wolą, lecz

okazało się, że tylko obserwuje innych bawiących się ludzi, jakby

oglądał to w telewizji.

Uważałem, że to bajkowa kraina, myśli, włączając gołą żarówkę

na suficie. Kiedy byłem dzieckiem. Gdy przyjeżdżaliśmy tu

często z Bromwich. Jak wiele rodzin. Podwieczorki i zjeżdżalnia

na molo, najwyższa budowla w okolicy. To dlatego tu wróciłem...

te wszystkie miłe chwile, te wspomnienia, cała ta nadzieja. Teraz

ledwie mam śmiałość spojrzeć na wejścia do mijanych sklepów,

w obawie że zobaczę podciągnięte kolana Linzi-Dawn, a pomiędzy

nimi spuszczone dżinsy Keifera, który ją posuwa, a ja znów

wyłączony, nigdy niechciany, zawsze podglądający.

Jeszcze nie odpowiedziała. Martina przechodzą ciarki, kiedy

gapi się na pusty wyświetlacz. Za kogo ona się ma?

Rzuca telefon na łóżko, włącza telewizor, patrzy na złe

wiadomości przesuwające się na pasku BBC. Cholera, Jackie.

Nie masz prawa mnie tak traktować. Skoro zamierzasz okazać

się taka jak cała reszta, dlaczego udawałaś, że jesteś inna?

Kolejny wrzask na ulicy. Martin maksymalnie pogłaśnia

telewizor. Wściekłość spowodowana przez odrzucenie wpełza

mu pod skórę; niewidzialna, nieusuwalna. Przecież wystarczy

tylko, by odpisała. Nie chce wychodzić, ale jeśli mu nie odpowie,

będzie musiał. Matka zawsze go zapewniała, że w życiu

najważniejsza jest wytrwałość. A on wie, że jest najwytrwalszy

ze wszystkich.

ROZDZIAŁ 2

Amber Gordon raz w tygodniu sprząta szafkę z rzeczami

zaginionymi. To jej ulubione zajęcie. Lubi związaną z tym

staranność, ostateczność, nawet jeśli oznacza ona po prostu

stwierdzenie, że jeśli ktoś nie wrócił po swoją własność przez

dziewięć miesięcy, to już nie przyjdzie. Sprawia jej przyjemność

ciekawość, spokojne poczucie, że węszy w życiu innych ludzi,

kiedy ze zdziwieniem ogląda różne rzeczy – sztuczne szczęki,

kolczyki z brylantami, dzienniki – których zaginięcia nie

zauważyli albo uważali, że nie warto po nie wracać. Najbardziej

jednak lubi rozdawanie prezentów. Dla personelu sprzątającego

z Funnland niedzielne wieczory są szansą na wcześniejszą

Gwiazdkę.

Tego wieczoru połów jest dobry. Pośród zapomnianych

parasolek, plastikowych torebek z pamiątkowymi kamykami,

breloczków do kluczy z napisem „Prezent z Whitmouth” trafiają

się prawdziwe skarby. Pozłacana jarmarczna bransoletka z

wisiorkami: serduszka, amorki dyndają pomiędzy kawałkami

kamieni półszlachetnych. Odtwarzacz MP3 – taniocha, nie jakiś

bajer z dotykowym ekranem, ale działający, pełen nagrań. Wielka

torebka z żelkami Haribo. I karta telefoniczna na rozmowy

międzynarodowe, jeszcze nierozpakowana i nieaktywowana. Na

jej widok Amber się uśmiecha. Wie, kto z niej skorzysta i

zadzwoni do domu, by odbyć długą, ważną rozmową. Dziękuję,

nieznajomy poszukiwaczu zabawy, kimkolwiek jesteś, myśli.

Prawdopodobnie o tym nie wiesz, ale uszczęśliwisz dziś pewnego

człowieka z wyspy Saint Lucia.

Zerka na zegarek i widzi, że jest już spóźniona na przerwę.

Zamyka szafkę, wrzuca prezenty do torby przewieszonej przez

ramię i idzie szybko do kantyny przez zalany jasnym światłem

teren lunaparku.

 

Moses znów pali. Dla niego to rodzaj zabawy. Wie, że ona

wie – teraz, kiedy już nigdzie nie wolno palić, jeden sztach w

pomieszczeniu jest tak łatwy do wykrycia jak ślad szminki na

kołnierzyku – że to jego sprawka. A jednak i tak lubi to

sprawdzać, naginać zasady i patrzeć, co się będzie działo. Zawarli

w tej sprawie milczący rozejm. Amber czuje, że są utarczki

słowne, które warto prowadzić, i takie, na które szkoda tracić

oddech, a tak jest w tym wypadku.

Zresztą, Moses jest dobrym pracownikiem. Zanim obsługa

kawiarni zjawi się rano, ich teren będzie lśnił czystością i

emanował chemiczną woń cytryny.

Kiedy otwiera drzwi, dostrzega, że Moses wzdryga się i wrzuca

niedopałek do stojącej przed nim otwartej puszki po coli. Amber

tłumi uśmiech, kiedy podwładny przybiera wyraz zranionej

niewinności, a jednocześnie udaje, że jej nie zauważył. Jak

zawsze znacząco patrzy mu w oczy i posyła porozumiewawczy

uśmiech.Wżyciu wciąż jest się zamieszanym w jakieś machlojki,

a ona odkryła, że gdy się jest szefem, tym bardziej się w nich

uczestniczy.

Niewiele z tego, co dzieje się w Funnland, umyka uwadze

Amber. W pomieszczeniu jest pełno ludzi, których jednak nie

upomina za drobne uchybienia. Kiedy odzywa się telefon Jackie

Jacobs, cała robota staje, ale za to Jackie podkręca wszystkich

nieustannymi uwagami z podtekstem seksualnym, które bez

przerwy płyną z jej ust pomiędzy jednym a drugim telefonem.

Blessed Ongom każdej nocy przychodzi do kawiarni pierwsza, a

wychodzi ostatnia, a do tego pracuje tylko w połowie tak ciężko

jak jej koleżanki i koledzy. No i oczywiście Moses o żołądku

robota. Można na nim polegać, kiedy chodzi o sprzątanie

zanieczyszczeń po klientach, które mniej odpornych doprowadzają

do łez.

Pomieszczenie jest zatłoczone. Wspólna przerwa na herbatę to

rytuał, z którego żaden z tych nocnych pracowników za nic w

świecie by nie zrezygnował. Nawet nowi, nawet ci, którzy mówią

po angielsku tak słabo, że muszą się porozumiewać za pomocą

uśmiechów i gestów.

Zeskrobywanie przez całą noc świadectw zabawy innych ludzi

to ciężka harówka. Amber dobrze o tym wie. Jeśli krótka

nasiadówka i trochę wczorajszych pączków czynią sprawę

znośniejszą, nie widzi powodu, by gonić podwładnych do roboty.

Jeśli tylko wszystko jest wykonane przed zakończeniem zmiany

o szóstej nad ranem, nie wtrąca się do tego, jak personel planuje

sobie pracę. Przecież Suzanne Oddie ani reszta zarządu nie

zjawią się u nich ze stoperami i podkładkami na dokumenty,

skoro mogą sobie leżeć otuleni pościelą z najlepszej egipskiej

bawełny. To wielka zaleta pracy w nietypowych godzinach: jeśli

robota jest wykonana, nikogo nie obchodzi, kto ani jak się tym

zajmuje.

Mosesowi rzednie mina, a w jego ciemnych oczach pojawia

się zwątpienie, kiedy Amber rusza w kierunku jego stołu. Myśli,

że w końcu jednak zamierzam go obsztorcować, dociera do niej.

Chociaż znamy się od lat, to teraz z powodu mojego awansu

traktuje mnie – jak oni wszyscy – z pewną podejrzliwością.

Amber uśmiecha się i widzi, że jego nieufność rośnie. Zmusza

się do śmiechu, choć czuje się lekko urażona.

– Wszystko w porządku, Moses! – woła uspokajająco. – Mam

coś dla ciebie. Dociera do jego stolika, wyjmuje kartę telefoniczną

z torby i podaje mu ją. – Wieczór rzeczy znalezionych – mówi.

– Jest na tym chyba ze dwadzieścia funtów. Pomyślałam, że może

zechcesz zadzwonić do babci.

Podejrzliwość znika, zastępuje ją głębokie, ciepłe zadowolenie.

Babcia Mosesa, mieszkająca w Castries na Saint Lucii ostatnio

zachorowała, prawdopodobnie długo już nie pożyje. Amber wie,

że Moses nie wytrzaśnie pieniędzy, by polecieć na jej pogrzeb,

ale przynajmniej ta ostatnia rozmowa telefoniczna może pomóc

mu znieść stratę.

– Dziękuję, Amber – mówi Moses i rozpromienia się w białym

szerokim uśmiechu. – Dziękuję, jestem ci bardzo wdzięczny.

Amber cmoka, mierzwi sobie włosy.

– Nie ma za co – rzuca niedbale. – Nie moja strata. – Odchodzi.

Dobrze wie, jak cała reszta, że to nie całkiem prawda. Jej

poprzedniczka traktowała rzeczy znalezione jako prywatną premię.

Ale ona by tak nie mogła. Jeszcze nigdy w życiu nie zarabiała

tyle co teraz i czułaby się okropnie, pozbawiając tych miłych

upominków ludzi otrzymujących minimalne wynagrodzenie. Oni

nie są jedynie jej pracownikami, są też sąsiadami. Przyjaciółmi.

Gdyby trzymała się od nich z dala w pracy, wkrótce omijaliby

ją z daleka na ulicy. Daje bransoletkę Julie Kirklees, chudej

osiemnastolatce, której mocny gotycki makijaż często pokrywa,

jak podejrzewa Amber, podbite oczy, po czym podchodzi do lady.

Nalewa sobie herbaty z dużego termosu i wsypuje dwie porcje

cukru. Omiata wzrokiem towar wystawiony w lodówce i na

talerzach przykrytych kloszami, które stoją na górze. Ta praca

ma niewiele plusów, ale jednym z nich jest niemal nieograniczony

dostęp do resztek śmieciowego żarcia. Amber podejrzewa, że

niektórzy z jej pracowników żywią się głównie tymi

podeschniętymi hamburgerami, letnimi parówkami, pasztecikami,

zimnymi frytkami, a zupa pomidorowa z puszki i jabłka w cieście

to jedyne spożywane przez nich dodatki owocowo-warzywne.

Właściwie to nie jest zbyt głodna. Chce po prostu przeciągnąć

przerwę pomiędzy rozliczaniem faktur a rozpoczęciem sprzątania,

które rezerwuje wyłącznie dla siebie, bo nie wierzy, że ktoś może

wystarczająco dobrze wywiązać się z tego zadania. Przebiega

wzrokiem talerz z babeczkami i wielkimi mięknącymi ciastkami

z kawałkami czekolady. Zza pleców dobiega ją głos Blessed,

która rozwodzi się nad czymś z wyrafinowanym afrykańskim

obrzydzeniem.

– No, nie wiem... Co oni sobie myślą. A ich znajomi... Czy

ci ludzie to zwierzęta?

Amber wybiera kanapkę z sałatą i szynką, z wczorajszą datą

przydatności do spożycia. Będzie gliniasta w środku, bułka o

smaku tektury, ale nie ma nic innego do wyboru z pikantnych

rzeczy, a na słodkie nie ma ochoty.

– O co chodzi, Blessed? – pyta, obracając się do stolika.

Jackie dopija kawę z kubka.

– Blessed znów trafiła na balasa.

– Co? – Amber siada i zaczyna odwijać kanapkę. – Na

karuzeli z gondolkami?

Blessed kiwa głową, krzywi się.

– Na samym środku siedziska. Nie mam pojęcia, jak im się

to udaje. No bo przecież muszą ściągnąć spodnie, żeby kucnąć.

Na twarzy Jackie pojawia się wyraz zadumy.

– Ciekawe, czy robią to, kiedy karuzela się obraca?

– Przykro mi, Blessed – mówi Amber. – Dasz sobie z tym

radę? Czy chcesz, żebym...?

– Nie – wpada jej w słowo Blessed. – Na szczęście Moses już

się tym zajął. Ale dziękuję. Doceniam propozycję.

– Dzięki Bogu za Mosesa – dopowiada Jackie. Leżący przy

jej łokciu telefon budzi się z podskokiem do życia, przesuwa się

po stole.

– Dobry Boże – odzywa się Tadeusz, wyrwany z nocnego

odrętwienia. – Nie wierzę. Wpół do trzeciej nad ranem? Do kogo

dzwonią o tej porze? Kobieto, jesteś nienasycona!

Jackie cmoka z niezadowoleniem.

– Chciałbyś. – Podnosi telefon, krzywi się. – Ożeż kurwa.

Amber wgryza się w kanapkę. Ciepła, rozmiękła, dziwnie

kojąca.

– Co jest?

Jackie podsuwa Amber telefon. Tadeusz odczytuje jej przez

ramię tekst na wyświetlaczu. Gdzie jestes? Nie masz prawa tak

robic. Zadzwon!

– Ktoś jest napalony – mówi.

– Raczej ostro pojebany – prycha Jackie.

Tadeusz spogląda na nią z szacunkiem.

– Prześladuje cię jakiś zbok?

Jackie gwałtownie podnosi głowę znad wyświetlacza.

– Czy dzięki temu moja wartość rynkowa rośnie, Tad?

Tadeusz wzrusza ramionami. Przywykł do tego, że jego

szczupła sylwetka i wilczy urok oznaczają łatwe przyciąganie,

trudne odpychanie. Blessed wygląda na zaniepokojoną.

– Co to za facet?

– Oj, taki tam... kretyn. Poszłam z nim raptem na dwie randki.

I nie tylko, myśli uszczypliwie Amber. Ale nic nie mówi, a

jedynie przesuwa telefon z powrotem do właścicielki. Dawno

temu nauczyła się nie osądzać. Przynajmniej na głos.

– Nie odpisujesz, prawda? – dopytuje się Blessed. – Nie

powinnaś mu odpowiadać, Jackie.

Jackie kręci głową.

– Już nie. Głupio zrobiłam, że na początku byłam trochę za

miła, ale teraz już nie. Pokręcony palant. Umówiłam się z nim

drugi raz tylko dlatego, że było mi go żal, bo za pierwszym razem

mu nie stanął.

– Jackie! – protestuje Blessed. Nie znosi takich gadek. A

jednak zawsze siada przy stoliku razem z Jackie. – Nie powinnaś.

Odpowiadać. Musisz uważać. Bo wiesz, są tacy, co zabijają

kobiety. Wiesz przecież. Musisz być ostrożna.

– E tam – rzuca Jackie. – On nie jest jakimś tam cholernym

seryjnym mordercą. To żałosny onanista.

– Nie powinnaś sobie z tego żartować – mówi Blessed. – W

tym roku w Whitmouth zginęły już dwie dziewczyny, tuż przy

plaży. A ty nic nie wiesz o tym mężczyźnie. Właściwie nic.

– Nie żartowałam. Przykro mi.

Blessed kręci głową.

– No i nie żartuj. Nie rozumiem, dlaczego ludzie w ogóle się

tym nie przejmują.

– Bo te dziewczyny nie były stąd – mówi Tadeusz. – Prosta

sprawa.

– To okropne – oburza się Blessed. – Jeśli tak myślisz.

– Ale tak jest. Nikt z miejscowych nie znał żadnej z tych

dziewczyn, więc to się nie liczy.

– A jednak były ludźmi – podkreśla Blessed.

– Owszem – przyznaje Jackie. – Tyle że nie miejscowymi.

Gdyby chodziło o osoby stąd, balibyśmy się wychodzić z domu.

Dzięki Bogu, one były obce, przyjezdne.

Blessed kręci ze smutkiem głową.

– Ależ ty jesteś zimna.

– Jestem realistką – protestuje Jackie.

– No ale ile to już trwa? – dopytuje się Blessed. – Ten

mężczyzna...

Jackie wzdycha i odkłada telefon.

– Jezu, wieki całe. Ile to będzie, Amber? Jakieś pół roku?

– Nie mam pojęcia – odpowiada Amber. – Skąd niby mam

wiedzieć?

Mogłaby przysiąc, że Jackie robi nadąsaną minę.

– Przecież to twój znajomy.

To coś nowego.

– Niby kto?

– Martin. Bagshawe.

Brzmi znajomo, ale trudno jej dopasować nazwisko do twarzy.

Amber kręci głową i marszczy brwi.

– Co to za jeden?

– Z urodzin Vica.

– Przecież to było tyle miesięcy temu.

– No.

Amber znów kręci głową. Nie pamięta zbyt wiele z tych

urodzin. Zwłaszcza tego, co robili inni ludzie.

– Wiem. Mówiłam ci, że nie mogę pozbyć się tego ohydnego

szczurka – ciągnie Jackie. – Skąd Vic wytrzasnął takiego

porąbanego kumpla?

Amber szpera w pamięci. Sobotni wieczór, Cross Keys. To

nawet nie było przyjęcie urodzinowe, tylko spotkanie w pubie ze

znajomymi na zasadzie „będziemy tam, wpadnijcie, jak macie

ochotę”. Vic był w dobrej formie, przez cały wieczór stał z ręką

przewieszoną przez jej ramię, popijał jacka danielsa z colą i nie

powiedział ani słowa, kiedy zamówiła trzeci kieliszek białego

wytrawnego wina. Miły wieczór, fajna zabawa. Mgliście

przypomniała sobie, że Jackie późnym wieczorem uwiesiła się

na jakimś facecie, takim cherlaku, zdaje się, że miał na sobie

ortalionową kurtkę. Ortalionowa kurtka w sobotni wieczór.

Jackie miała chyba na oczach gogle wykonane przez Heinekena,

skoro poleciała na kogoś takiego.

– To nie wina Vica, Jacks. Przecież z Cross Keys nie można

nikogo wyprosić. Ten facet był po prostu bywalcem pubu.

– Nie – zaprzecza stanowczo Jackie. – Powiedział, że Vic...

Amber nie może powstrzymać uśmieszku.

– I nie przyszło ci go głowy, żeby spytać Vica? – wpada jej

w słowo.

– No wiesz, ktoś mógł mnie przecież ostrzec...

– Gdybyś spytała, pewnie byśmy to zrobili. Vic

prawdopodobnie nawet nie wie, jak on się nazywa. To jeden z

tych dziwnych, poznawanych w pubach facetów, od których

trudno się odczepić.

– A widzisz – wtrąca się Blessed. – Właśnie o to mi chodzi.

Musisz być ostrożniejsza. Nie możesz... po prostu podrywać

mężczyzn w pubach.

Jackie patrzy na nią z ukosa.

– Jasne. Kościół to nie moja scena, Blessed. Ale dzięki za

troskę. Jest, jak jest. Jezu, zagadałam do niego tylko dlatego, że

zrobiło mi się go żal.

– Masz złote serduszko, Jackie – kpi Tadeusz.

– No cóż, nie wszystkie jesteśmy takimi fartownymi zdzirami

jak Amber. Nie na każdą czeka w domu uroczy ciepły Vic.

– Powinnaś powiadomić policję – nie daje za wygraną Blessed.

– Poważnie. Przecież ten gość cię nęka.

Jackie się śmieje.

– Taa. Jasne.

– No, naprawdę. Jeśli cię to niepokoi, powinnaś się zwrócić

po pomoc.

Amber często stwierdza ze zdziwieniem, że nie zna nikogo,

kto pokłada tak niezachwianą wiarę we władze, jak ta kobieta,

która pierwsze dwie trzecie swojego życia spędziła w Ugandzie.

Blessed wyłoniła się z subsaharyjskiego piekła z kręgosłupem

moralnym, który zawstydza jej obecnych sąsiadów. Amber

przypomina sobie ostatni upominek i sięga do torby. Pochyla się

do Blessed i zniża głos, podczas kiedy pozostali toczą dalej

rozmowę.

– To było wśród rzeczy znalezionych – mówi i z

namaszczeniem podaje jej MP3.

– Co to? – pyta Blessed. – Ja tego na pewno nie zgubiłam.

– Odtwarzacz MP trzy – wyjaśnia Amber. – Pomyślałam, że

mógłby się przydać Benedickowi. Szkoda, że to nie iPod, ale

działa podobnie.

– Naprawdę? – Blessed jest oszołomiona. – Ale to chyba jest

warte mnóstwo forsy.

Amber znów bagatelizuje własną wspaniałomyślność. Wie, jak

trudno jest Blessed jako samotnej matce związać koniec z

końcem, wie, że jej syn nie ma wielu gadżetów, które jego

rówieśnicy uważają za coś oczywistego.

– Chyba nie. Nie wiem. Ale ma już wgraną muzykę, popatrz.

Przynajmniej na początek.

– Ja... – Blessed patrzy na nią załzawionymi oczami. – Nie

wiem, co powiedzieć...

– To nic nie mów. Po prostu to weź.

– Czemu nie zmienisz telefonu? – Tadeusz bierze aparat

Jackie i zaczyna przeglądać menu.

– Dlatego – parska Jackie. – Bo mnie nie stać.

– No tak...

Tu każdy rozumie taki argument. Nie pracuje się po nocach,

sprzątając po innych ludziach, jeśli ma się coś innego do wyboru.

Tadeusz wciska opcję „Odpowiedz” i zaczyna wstukiwać litery.

– Co robisz? – Strach w głosie Blessed jest wręcz namacalny.

– Tadeusz! Przestań!

On dalej bębni w klawisze.

– Mówiłam, żeby nie odpowiadać. Jak odpowiesz, dasz mu

nadzieję, że jest między nimi jakaś więź. Ona musi go ignorować.

To jedyny sposób.

– Będzie dobrze. – Tadeusz podnosi wzrok, posyła jej uśmiech.

– Oddaj mi telefon – mówi Jackie.

Tadeusz wciska „Wyślij” i podaje jej aparat.

– Cholera – mówi Jackie. – Coś ty zrobił?

Stuka w klawisze, przechodzi do skrzynki z wysłanymi

wiadomościami. Otwiera wiadomość i zaczyna się śmiać.

– O co chodzi? – pyta Blessed. – Co tam jest?

– „Twoja wiadomość nie może być dostarczona, bo numer

został wyłączony”. Genialne. Jesteś geniuszem.

Tadeusz odsuwa się od stołu i z zadowoleniem splata ręce na

piersi.

Aparat znów wibruje. Jackie czyta głośno tekst:

– „Sprawdzam”. – Zaczyna stukać w klawisze.

Amber patrzy na zegarek. Dochodzi trzecia. Zostało jeszcze

sporo do roboty, a trzeba zdążyć przed świtem.

– Zbieramy się – mówi. Wstaje, by dać znak innym. – Czas

leci. Trzeba wracać do pracy, bo utkniemy tu na całą noc.

Personel odbiera sygnał i wszyscy ruszają się z miejsc.

Siedzący pod oknem Moses ostentacyjnie skręca papierosa, by

zapalić go na dworze. Wszyscy już są na nogach. Tadeusz ma

dziś dyżur. Zbiera kubki i powoli odnosi do koszy w kuchni.

– Jasne. – Jackie wzdycha. – Taki już nasz los.

 

 

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: