Fragment książki Idealna Chemia ELKELES SIMONE

Książkę można zakupić http://fraktalla.com/szukaj?value=Idealna+chemia&category=&x=32&y=12

 

1. Brittany

 

Wszyscy wiedzą, że jestem idealna. Moje życie jest idealne. Moje ciuchy są idealne. Nawet moja rodzina jest idealna. I choć to kompletna bzdura, staram się, jak mogę, żeby tak to właśnie wyglądało. Jeśli prawda wyszłaby na jaw, zniszczyłaby mój bajkowy wizerunek.

 

Stoję w łazience przed lustrem, w pokoju leci muzyka, a ja zmywam trzecią krzywą kreskę narysowaną pod okiem. Cholera, ręce mi się trzęsą. Początek ostatniej klasy w liceum i pierwsze spotkanie z chłopakiem po rozłące na całe wakacje nie powinno być takie stresujące, ale miałam fatalny start. Najpierw lokówka zaczęła wysyłać sygnały dymne, po czym padła. Potem odpadł mi guzik w ulubionej bluzce. A teraz mój eyeliner ożył własnym życiem. Gdyby to ode mnie zależało, zostałabym w milutkim łóżeczku i jadła cały dzień ciepłe ciasteczka z czekoladą.

 

— Brit, schodź — z korytarza dobiega mnie niewyraźnie głos mamy.

 

W pierwszym odruchu mam ochotę ją zignorować, ale to jeszcze nigdy nie dało mi nic poza awanturą, bólem głowy i krzykiem.

 

— Chwila! — krzyczę z nadzieją że uda mi się wreszcie narysować prosto kreskę i skończyć makijaż.

 

W końcu daję radę, rzucam eyeliner na stolik, przeglądam się dokładnie w lustrze, wyłączam wieżę i zbiegam szybko na dół.

 

Mama stoi na dole naszych imponujących schodów i ocenia mój strój. Prostuję się. Tak, tak. Mam osiemnaście lat i nie powinnam się przejmować zdaniem swojej matki. Ale nie wiecie, jak to jest mieszkać w domu Ellisów. Mama ma nerwicę. Nie taką, którą można bez problemu okiełznać niebieskimi tableteczkami. A kiedy mama jest zdenerwowana, wszystkim się dostaje. Wydaje mi się, że to właśnie dlatego tata wychodzi do pracy, zanim mama się obudzi, bo chce uniknąć — no cóż — jej.

 

— Spodnie fatalne, pasek świetny — ocenia mama, wskazując palcem poszczególne części garderoby. — A od tych wrzasków, które uważasz za muzykę, boli mnie głowa. Całe szczęście, że to wyłączyłaś.

 

— Tak, mamo, dzień dobry — mówię, po czym pokonuję ostatnie stopnie i cmokam ją w policzek. Wyraźnie czuję intensywny zapach jej perfum. Wygląda zabójczo w swojej sukience tenisowej od Ralpha Laurena. Jej na pewno nikt by nic nie zarzucił, bo wygląda perfekcyjnie.

 

— Kupiłam ci twoje ulubione muffiny z okazji rozpoczęcia roku szkolnego — mówi mama i wyciąga zza pleców torebkę.

 

— Nie, dzięki — mówię i rozglądam się za siostrą. — Gdzie Shelley?

 

— W kuchni.

 

— Przyszła już nowa opiekunka?

 

— Ma na imię Baghda i nie, nie przyszła. Będzie za godzinę.

 

— Mówiłaś jej, że wełna ją drapie? I że ciągnie za włosy? — Moja siostra zawsze daje do zrozumienia na własny, pozbawiony słów sposób, że nie lubi dotyku wełny, bo drażni jej skórę. Szarpanie za włosy to nowość, ale było już przyczyną kilku małych katastrof. Katastrofy w moim domu mają urok wypadku samochodowego, więc lepiej ich unikać.

 

— Dwa razy tak. Porozmawiałam dziś sobie z twoją siostrą, Brittany. Jak tak dalej pójdzie, nie będziemy już mieli gdzie szukać kolejnej opiekunki.

 

Idę do kuchni, bo nie mam ochoty słuchać wywodów mojej mamy na temat tego, czemu Shelley jest agresywna w stosunku do ludzi. Shelley siedzi przy stole na wózku i zajada specjalnie dla niej zmiksowane jedzenie, bo mimo że ma dwadzieścia lat, nie potrafi gryźć i połykać jak normalna osoba, bez fizycznych ograniczeń. Jedzenie przy okazji jak zwykle ląduje jej na brodzie, ustach i policzkach.

 

— Cześć, Shell-bell — witam się i nachylam, żeby wytrzeć jej twarz chusteczką. — Dziś początek roku szkolnego. Trzymaj kciuki.

 

Shelley wyrzuca przed siebie gwałtownie ręce i uśmiecha się do mnie krzywo. Uwielbiam ten uśmiech.

 

— Chcesz mnie przytulić? — pytam, choć wiem, że chce. Lekarze ciągle nam powtarzają, że dla Shelley im więcej kontaktu, tym lepiej.

 

Shelley kiwa głową. Obejmuję ją, uważając, żeby trzymać włosy z daleka od jej rąk. Gdy się odsuwam, mama wydaje stłumiony okrzyk. Dla mnie brzmi to jak gwizdek sędziego, który zatrzymuje w biegu moje życie.

 

— Brit, nie możesz tak iść do szkoły.

 

— Jak?

 

Kręci głową i wzdycha poirytowana.

 

— Popatrz na swoją bluzkę.

 

Spuszczam głowę i widzę na przodzie białej koszuli od Calvina Kleina dużą mokrą plamę. Ups. Shelley mnie ośliniła. Jedno spojrzenie na skrzywioną twarz mojej siostry mówi mi to, czego nie potrafi wyrazić słowami: Shelley jest przykro. Shelley nie chciała pobrudzić mi ubrania.

 

— Nie przejmuj się — mówię jej, choć w głębi duszy wiem, że plama psuje mój idealny wygląd.

 

Mama marszczy brwi, moczy kawałek papierowego ręcznika i stara się ją wytrzeć. Czuję się jak dwulatka.

 

— Idź się przebrać.

 

— Mamo, to tylko brzoskwinie — mówię łagodnie, żeby nie doszło do ostrzejszej wymiany zdań. Za żadne skarby nie chcę, żeby mojej siostrze zrobiło się przykro.

 

— Brzoskwinie zostawiają plamy. Nie chcesz przecież, żeby ktoś sobie pomyślał, że o siebie nie dbasz.

 

— Dobrze. — Żałuję, że mama nie ma akurat lepszego dnia, jednego z tych, gdy nie czepia się tak wszystkiego.

 

Cmokam siostrę w czubek głowy, żeby nie pomyślała, że przejęłam się tą śliną.

 

— Widzimy się po szkole — mówię, starając się, żeby zabrzmiało to wesoło. — Dokończymy rozgrywkę w warcaby.

 

Wbiegam na górę po dwa stopnie naraz. Po wejściu do pokoju zerkam na zegarek. O nie. Dziesięć po siódmej. Sierra, moja przyjaciółka, zacznie świrować, jeśli się po nią spóźnię. Wyciągam z szafy jasnoniebieską apaszkę i błagam w duchu, żeby się udało. Może nikt nie zauważy plamy, jeśli odpowiednio zawiążę chustkę.

 

Wracam na dół, a mama znów stoi w korytarzu, żeby mi się przyjrzeć.

 

— Świetna apaszka.

 

Uf.

 

Gdy ją mijiam, wciska mi muffin w rękę.

 

— Zjesz po drodze.

 

Łapię ciastko. W drodze do samochodu biorę nieuważnie gryza. Niestety to nie jagodowe, moje ulubione, tylko bananowo-orzechowe. Za bardzo bananowe. Ciastko przypomina mi mnie — na zewnątrz ideał, a w środku jedna wielka breja.

 

 

2. Alex

 

Wstawaj, Alex.

 

Rzucam młodszemu bratu mordercze spojrzenie i nakrywam głowę poduszką. Dzielę pokój z dwoma braćmi, jedenasto i piętnastoletnim, więc nie mam gdzie się schować i tylko poduszka zapewnia mi odrobinę prywatności.

 

— Odwal się, Luis — chrypię spod poduszki. — No estes chingando.

 

— Wcale się nad tobą nie znęcam. Mama kazała cię obudzić, żebyś nie zaspał do szkoły.

 

Ostatnia klasa. Powinienem być dumny: będę pierwszy z naszej rodziny, który skończy liceum. Ale po szkole zacznie się prawdziwe życie. O studiach mogę tylko pomarzyć. Czwarta klasa liceum to dla mnie jak impreza pożegnalna przed przejściem na emeryturę dla sześćdziesięciopięciolatka. Człowiek wie, że mógłby jeszcze coś zrobić, ale wszyscy chcą, żeby już odszedł.

 

— Mam superciuchy — dochodzi mnie przez poduszkę dumny, ale stłumiony głos Luisa. — Nenas, laseczki, będą się ślinić na widok latynoskiego ogiera.

 

— Super — mruczę.

 

— Mama mówi, że mam cię oblać wodą, jeśli nie wstaniesz.

 

Czy człowiek naprawdę nie może prosić o odrobinę prywatności? Biorę poduszkę i rzucam w Luisa. Trafiony. Woda oblewa mu całe ubranie.

 

— Culero! — ty dupku — drze się. — Nie mam innych ciuchów.

 

Spod drzwi dobiega mnie wybuch śmiechu. Carlos, mój drugi brat, wyje ze śmiechu jak szurnięta hiena. Ale tylko póki Luis nie rzuca się na niego. Bójka wymyka się spod kontroli, a moi młodsi bracia okładają się bez opamiętania.

 

Nieźle sobie radzą, myślę z dumą, przyglądając się walce. Ale jestem najstarszym mężczyzną w tym domu i muszę ich rozdzielić. Łapię Carlosa za kołnierz, ale potykam się o nogę Luisa i ląduję razem z nimi na podłodze.

 

Zanim udaje mi się odzyskać równowagę, czuję na plecach lodowaty strumień. Okręcam się szybko i widzę, jak mi’ama oblewa nas wszystkich wodą, stojąc nad nami z wiaderkiem, wyszykowana do pracy. Jest kasjerką w pobliskim spożywczaku, kilka przecznic od naszego domu. Nie płacą za wiele, ale nam dużo nie potrzeba.

 

— Wstawajcie — rozkazuje wściekła.

 

— Cholera, mamo — mówi Carlos i wstaje.

 

Miama wkłada palce do resztki lodowatej wody, która została jej w wiaderku, i pryska Carlosowi w twarz.

 

Luis wybucha śmiechem, ale w tej samej chwili też zostaje opryskany wodą. Kiedy oni wydorośleją?

 

— Coś jeszcze, Luis? — pyta.

 

— Nie, mamo — odpowiada brat i staje na baczność jak żołnierz.

 

— Masz coś jeszcze do powiedzenia, Carlos? — Mama zanurza ostrzegawczo rękę w wiaderku.

 

— Nie, mamo — powtarza żołnierz numer dwa.

 

— A ty, Alejandro? — Oczy zwężają się jej w wąskie szparki, gdy przenosi wzrok na mnie.

 

— No co? Chciałem ich rozdzielić — mówię głosem niewiniątka i uśmiecham się z nieodpartym urokiem.

 

Pryska mi wodą w twarz.

 

— To za to, że nie rozdzieliłeś ich szybciej. A teraz ubierać się i siadać do stołu.

 

To by było tyle, jeśli chodzi o mój nieodparty urok.

 

— I tak nas kochasz — rzucam za nią, gdy wychodzi z pokoju.

 

Biorę szybki prysznic i wracam do pokoju z ręcznikiem na biodrach. Luis ma na głowie moją bandanę, co doprowadza mnie do wściekłości. Zrywam mu ją z głowy.

 

— Nigdy więcej tego nie dotykaj, Luis.

 

— Czemu? — pyta, patrząc niewinnie tymi swoimi ciemnobrązowymi oczkami.

 

Dla Luisa to tylko zwykła bandana. Dla mnie to oznaka tego, co jest, i tego, czego nigdy nie będzie. Jak mam do cholery wyjaśnić to jedenastoletniemu gówniarzowi? Wie, kim jestem. To żadna tajemnica, że bandana jest w barwach Latynoskiej Krwi. Trafiłem tam przez długi i zemstę i nie mam już wyjścia. Ale prędzej dam się zabić, niż pozwolę, żeby któryś z moich braci też się tam znalazł.

 

Zwijam bandanę w dłoni.

 

— Luis, nie dotykaj moich gratów. A zwłaszcza tych związanych z Krwią.

 

— Ale lubię ubierać się na czerwono-czarno.

 

To ostatnia rzecz, jaką chciałbym od niego usłyszeć.

 

— Jeśli jeszcze raz cię w tym przyłapię, to będziesz nosić czarno-fioletowy — ostrzegam. — Kumasz, braciszku?

 

Wzrusza ramionami.

 

— Kumam.

 

Wychodzi energicznie z pokoju, a ja zastanawiam się, czy naprawdę do niego dotarło. Przestaję się nad tym zastanawiać, tylko wyciągam z komody czarny T-shirt i wkładam znoszone, sprane dżinsy. Związuję sobie na głowie chustę i słyszę głos mamy z kuchni.

 

— Alejandro, śniadanie stygnie. Deprisa, ale już.

 

— Idę — odpowiadam. Nigdy nie zrozumiem, czemu jedzenie jest dla niej aż takie ważne.

 

Gdy wchodzę do kuchni, moi bracia pochłaniają już swoje porcje. Otwieram lodówkę i lustruję jej zawartość.

 

— Siadaj.

 

— Mamo, chciałem tylko...

 

— To nie chciej, Alejandro, tylko siadaj. Jesteśmy rodziną i siądziemy do posiłku jak rodzina.

 

Wzdycham, zamykam lodówkę i siadam obok Carlosa. Czasem posiadanie bliskiej rodziny ma swoje wady. Mi’ama stawia przede mną talerz pełen huevos i tortilli — jajek i placków.

 

— Czemu nie możesz mówić na mnie Alex? — pytam, wpatrując się w jedzenie.

 

— Gdybym chciała mówić na ciebie Alex, nie dałabym ci na imię Alejandro. Nie lubisz swojego imienia?

 

Cały się spinam. Mam na imię tak samo jak ojciec, który już nie żyje i po którym musiałem przejąć obowiązki mężczyzny w tym domu. Alejandro, Alejandro Jr., Junior... dla mnie to jedno i to samo.

 

— A ma to jakieś znaczenie? — mruczę i biorę tortillę. Podnoszę głowę, chcąc sprawdzić jej reakcję.

 

Stoi tyłem do mnie i myje naczynia przy zlewie.

 

— Nie.

 

— Alex chce udawać, że jest biały — wtrąca się Carlos. — Możesz zmienić imię, braciszku, ale i tak wszyscy będą widzieć w tobie zwykłego Mexicano.

 

— Carlos, callate la boca, przymknij się — ostrzegam. — Wcale nie chcę być biały. Nie chcę być tylko kojarzony z ojcem.

 

— Por favor — prosi matka. — Przestańcie się wreszcie kłócić.

 

— Mojado — podśpiewuje Carlos, żeby mnie sprowokować, mówiąc, że jestem nielegalnym meksykańskim robotnikiem.

 

Mam dość jego gadania. Na zbyt dużo sobie pozwala. Wstaję z szuraniem. Carlos robi to samo i podchodzi do mnie blisko. Wie, że mógłbym mu skopać tyłek. Niedługo przez tę swoją zarozumiałość napyta sobie biedy, bo zadrze z niewłaściwą osobą.

 

— Siadaj, Carlos — nakazuje miama.

 

— Pieprzony fasolarz. — Carlos przeciąga słowa, parodiując południowy akcent. — A właściwie jeszcze gorzej, es un ganguero — to gangster.

 

— Carlos! — mi’ama przywołuje go ostro do porządku i idzie już w jego stronę, ale ja jestem szybszy i łapię brata za fraki.

 

— Owszem, ludzie zawsze tak będą o mnie myśleć — mówię. — Ale jak będziesz tak chrzanić, o tobie będą myśleć tak samo.

 

— Braciszku, i tak będą. Czy tego chcę, czy nie.

 

Puszczam go.

 

— Mylisz się, Carlos. Możesz osiągnąć coś więcej, być kimś więcej.

 

— Niż ty?

 

— Tak, niż ja i dobrze o tym wiesz — dodaję. — A teraz przeproś mamę za takie odzywki w jej obecności.

 

Patrzy mi w oczy i z miejsca wie, że nie żartuję.

 

— Przepraszam, mamo — mówi i siada znów przy stole. Ale widzę, że jest wściekły, że utarłem mu nosa.

 

Mi’ama odwraca się i otwiera lodówkę, żeby ukryć łzy. Cholera, martwi się o Carlosa. Jest w drugiej klasie i kolejne dwa lata okażą się dla niego kluczowe.

 

Wykładam czarną skórzaną kurtkę, bo dłużej tu nie wytrzymam. Cmokam przepraszająco mi’amę w policzek za kłótnie przy śniadaniu i wychodzę, zastanawiając się, jak mam uchronić Carlosa i Luisa przed pójściem w moje ślady i pokazać im, że jest lepsze życie. Co za ironia.

 

Na ulicy chłopaki w takich samych barwach witają się na sposób Latynoskiej Krwi: stukają się dwa razy prawą dłonią w lewe ramię, uginając przy tym palec serdeczny. Cały nabuzowany wsiadam na motor. Chcą mieć w gangu twardziela, to będą go mieli. Odstawiam taką szopkę na potrzeby zewnętrznego świata, że czasem aż sam się sobie dziwię.

 

— Alex, czekaj! — woła znajomy głos.

 

Podbiega do mnie Carmen Sanchez, moja sąsiadka i była dziewczyna.

 

— Cześć, Carmen — mruczę.

 

— Podrzucisz mnie do szkoły?

 

Jej czarna mini odsłania boskie nogi, a bluzeczka jest obcisła i podkreśla małe, ale zadziorne chichis, cycki. Kiedyś zrobiłbym dla niej wszystko, ale to było, zanim przyłapałem ją podczas wakacji z innym facetem w łóżku. A w zasadzie w samochodzie.

 

— Oj przestań, Alex. Przecież nie gryzę... chyba że zechcesz.

 

Carmen też należy do Krwi. Niezależnie od tego, czy jesteśmy razem, czy nie, zawsze kryjemy sobie tyłki. Takie są zasady.

 

— Wskakuj — mówię.

 

Carmen wsiada na motocykl i celowo kładzie mi ręce na udach i przyciska się całym ciałem do moich pleców. Nie odnosi to jednak efektu, na jaki zapewne liczyła. Co ona sobie wyobraża? Że zapomnę o tym, co było? Nie ma mowy. Moja przeszłość decyduje o tym, kim jestem.

 

Staram się skupić na rozpoczęciu ostatniego roku szkolnego w Fairfield, na teraźniejszości. To cholernie trudne, bo niestety po maturze moja przyszłość będzie najprawdopodobniej tak samo beznadziejna jak moja przeszłość.

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: