Link do kupienia książki

http://fraktalla.com/ksiazka/Archer-Jeffrey/Kane-i-Abel,47322400208KS

 

18 kwietnia

1906 roku

Słonim, Polska

Ucichła dopiero, gdy skonała. Wówczas zaczął krzyczeć on.

Mały chłopiec, który polował w lesie na dzikie króliki, nie wiedział, czy to ostatni

krzyk kobiety, czy pierwszy krzyk dziecka obudził jego czujność. Raptownie się odwrócił

wietrząc niebezpieczeństwo, natężył wzrok wypatrując zwierzęcia, które wydawało skargę

bólu. Nigdy przedtem nie słyszał takiego głosu. Ostrożnie zaczął się skradać w stronę, skąd

dochodził dźwięk; krzyk przeszedł teraz w kwilenie, ale nadal nie przypominało mu to

głosu żadnego stworzenia, jakie znał. Chciałby tylko, żeby było nieduże i żeby mógł je

zabić; choć raz nie musieliby jeść królika na kolację.

Przemykał się ku rzece, skąd dobiegał dziwny dźwięk, przeskakując od drzewa do

drzewa. Czuł się bezpiecznie z dotykiem kory na plecach. Nigdy nie stój nieosłonięty,

mawiał ojciec. Chłopiec dotarł na skraj lasu, skąd mógł swobodnie objąć wzrokiem całą

dolinę aż do rzeki, ale dopiero po chwili pojął, że to nie zwierzę tak dziwnie płacze. Nadal

skradał się do celu, teraz już bez żadnej osłony, zdany tylko na siebie. Nagle zobaczył

leżącą kobietę ze spódnicą zadartą powyżej pasa i szeroko rozrzuconymi nogami. Nigdy nie

widział tak leżącej kobiety. Prędko podbiegł do niej i z przestrachem spojrzał na nagi

brzuch. Między nogami kobiety leżało malutkie, mokre, różowe stworzenie, przyczepione

czymś w rodzaju linki. Mały myśliwy upuścił na ziemię świeżo obdartego ze skóry królika

i ukląkł przy maleństwie.

Oszołomiony długo mu się przyglądał, po czym spojrzał na kobietę, lecz natychmiast

cofnął wzrok. Już zsiniała: jej umęczona, dwudziestotrzyletnia twarz wydała mu się stara.

Od razu poznał, że kobieta jest martwa. Podniósł oślizłe małe ciałko- gdyby go ktoś zapytał

dlaczego, a nikt nigdy tego nie zrobił, odparłby, że trapiły go maleńkie paznokietki drapiące

pomarszczoną twarzyczkę - i wówczas odkrył, że dziecko z matką łączył śliski sznur.

Parę dni wcześniej widział narodziny jagnięcia i teraz próbował sobie to przypomnieć.

Tak, właśnie tak zrobił pastuch, ale czy można tak postąpić z dzieckiem? Kwilenie ustało i

chłopiec pojął, że nie ma czasu do stracenia. Wyjął z pochwy nóż, ten sam, którym

oskórował królika, wytarł go o rękaw koszuli i po chwili wahania przeciął pępowinę tuż

przy ciałku dziecka. Z obu końców trysnęła krew. Co następnie zrobił pastuch? Zawiązał

węzeł, żeby zatrzymać upływ krwi. Tak, tak! Chłopiec wyrwał z ziemi trochę trawy i

obwiązał niezdarnie pępowinę. Potem wziął dziecko na ręce. Podniósł się wolno z klęczek

zostawiwszy trzy nieżywe króliki i martwą kobietę, która wydała dziecko na świat. Nim się

od niej ostatecznie odwrócił, ułożył jej nogi jedna obok drugiej i obciągnął sukienkę. Czuł,

że tak należy postąpić.

- Święty Boże - powiedział na głos, jak zawsze, gdy zrobił coś bardzo dobrze albo

bardzo źle. Wcale jednak nie był pewien, czy to, co robi, jest dobre czy złe.

Mały myśliwy ruszył biegiem do chaty, gdzie matka, jak wiedział, krząta się przy

kolacji i czeka tylko na króliki; poza tym wszystko będzie już gotowe. Myśli pewno teraz,

ile sztuk dzisiaj upolował; dla ośmioosobowej rodziny potrzeba co najmniej trzy. Czasami

chłopcu udało się złapać kaczkę, gęś, a kiedyś nawet bażanta, który wywędrował z

posiadłości barona, gdzie zatrudniony był ojciec. Dziś młody myśliwy upolował innego

rodzaju stworzenie i kiedy stanął już przed chatą, nie śmiał puścić swej zdobyczy choćby

jedną ręką, kopnął więc bosą stopą drzwi i czekał, aż matka mu otworzy. Bez słowa

wyciągnął do niej ręce z maleństwem. Nie poruszyła się nawet, żeby je wziąć, lecz

milcząc, z ręką na piersi, stała i patrzyła na niebożątko.

- Święty Boże - rzekła wreszcie i przeżegnała się. Chłopiec spojrzał na matkę, szukając

w jej twarzy oznak gniewu lub zadowolenia. W jej oczach dostrzegł czułość, jakiej nigdy

jeszcze nie widział. To znaczy, że postąpił dobrze.

- To dzieciątko, matko?

- To mały chłopaczek - odrzekła kiwnąwszy głową w strapieniu. - Gdzież go znalazłeś?

- Nad rzeką, matko.

- A jego matusia?

- Umarła.

Drugi raz się przeżegnała.

- Leć prędko i opowiedz ojcu o tym, co się zdarzyło. Niech znajdzie w majątku Urszulę

Wojnak. Zaprowadź ich oboje do matki maleństwa, a potem dopilnuj, żeby tutaj przyszli.

Mały myśliwy podał dziecko swojej rodzicielce, szczęśliwy, że nie upuścił śliskiego

ciałka. Pozbywszy się zdobyczy wytarł ręce o spodnie i popędził do ojca.

Matka zamknęła drzwi ramieniem i zawołała do dziewczynki, najstarszej z rodzeństwa,

żeby postawiła sagan na piecu. Potem usiadła na drewnianym zydlu, rozpięła kaftanik i

wsunęła obolałą sutkę w maleńkie, pomarszczone usteczka. Zosia, najmłodsze dziecko,

zaledwie sześciomiesięczne, będzie się musiała dziś wieczór obejść bez kolacji, jak

zresztą cała rodzina.

- Na co to się zda? - powiedziała na głos kobieta, otulając chustką siebie i dziecko. - I

tak, biedna mała kruszynko, nie dożyjesz rana.

Nie wspomniała jednak o swoich przeczuciach starej akuszerce, Urszuli Wojnak, kiedy

ta myła małe ciałko i do późna opatrywała skręcony kikucik pępowiny. Mąż kobiety w

milczeniu przyglądał się scenie.

- Gość w dom, Bóg w dom - oświadczyła kobieta, przywołując stare polskie

przysłowie.

- Do cholery z nim - splunął wieśniak. - Mamy dość własnych dzieci.

Kobieta udała, że nie słyszy i dalej gładziła główkę noworodka porośniętą ciemnymi,

rzadkimi włoskami.

- Jak damy mu na imię? - spytała podnosząc wzrok na męża.

- Nie ma co zawracać sobie głowy - wzruszył ramionami. - Do grobu nie potrzebuje

imienia.

2

18 kwietnia

1906 roku

Boston.

stan Massachusetts

Lekarz schwycił noworodka za nóżki i plasnął w pośladki. Dziecko zaniosło się

krzykiem.

W Bostonie, w stanie Massachusetts, jest pewien szpital, który dba głównie o

pacjentów cierpiących na przypadłości bogaczy, i czasami, w wyjątkowych okazjach,

pozwala sobie na luksus przysparzania światu nowych nababów. W tym szpitalu rodzące

kobiety nie krzyczą, a już z pewnością nie odbywają połogu w ubraniu. Nie byłoby to w

dobrym tonie.

Przed drzwiami sali porodowej chodził tam i z powrotem młody mężczyzna, w środku

zaś czuwało dwu lekarzy położników oraz doktor domowy. Ten ojciec by nie dopuścił do

najmniejszego ryzyka przy narodzinach pierworodnego. Obaj położnicy otrzymają wysokie

honoraria tylko za to, że byli w pogotowiu i znajdowali się na miejscu. Jeden z nich, który

pod długim, białym fartuchem miał na sobie smoking, wybierał się później na przyjęcie.

Nie mógł sobie jednak pozwolić na nieobecność przy tym szczególnym porodzie. Wszyscy

trzej ciągnęli wcześniej losy, który ma odebrać dziecko. Wypadło na doktora Mackenzie,

lekarza rodziny. Solidna, pewna firma, myślał mężczyzna przemierzając tam i na powrót

korytarz. Nie, żeby miał jakieś powody do niepokoju. Roberts zawiózł Anne, jego żonę,

kabrioletem do szpitala tego ranka, kiedy to według jej obliczeń przypadał dwudziesty

ósmy dzień dziewiątego miesiąca. Bóle porodowe zaczęły się niebawem po śniadaniu, ale,

jak go zapewniono, poród odbędzie się dopiero po godzinach urzędowych jego banku.

Przyszły ojciec był zdyscyplinowanym człowiekiem i nie widział powodu, aby narodziny

potomka miały zakłócić tok jego uporządkowanego życia. Mimo to nadal krążył po

korytarzu wielkimi krokami. Przebiegali koło niego młodzi lekarze i pielęgniarki,

świadomi jego obecności, ściszając głosy w jego pobliżu i podnosząc je znów, gdy się

oddalili. Nie zwracał na to uwagi, zawsze bowiem tak go traktowano. Większość z nich

nigdy nie widziała go przedtem na oczy, ale wszyscy wiedzieli, kim był.

Jeśli urodzi mu się syn, to prawdopodobnie zafunduje nowe skrzydło dla oddziału

dziecięcego, bardzo potrzebne szpitalowi. Sfinansował przecież już budowę szkoły i

biblioteki. Próbował zająć się czytaniem popołudniowej gazety, lecz nie chwytał sensu

słów, po których prześlizgiwał się wzrokiem. Był zatroskany, a nawet trochę rozdrażniony.

Czyż oni doprawdy nie potrafią zrozumieć (prawie cały świat poza własną osobą kwitował

słówkiem “oni”), że to musi być chłopiec? Chłopiec, który pewnego dnia zostanie po nim

dyrektorem generalnym banku? Przekartkował “Evening Transcript”. Bostoński zespół

“Czerwone Skarpety” zwyciężył “Nowojorskich Górali” - inni będą świętować. Potem

przypomniał sobie tytuł na pierwszej stronie i wrócił do niej. Największe trzęsienie ziemi

w historii Ameryki. Katastrofalne zniszczenie w San Francisco, co najmniej czterystu

zabitych - inni przywdzieją żałobę. Był wzburzony. Wszak to odwróci uwagę od narodzin

jego syna. W pamięci ludzi utkwi inne wydarzenie, które miało miejsce tego dnia. Nigdy,

ani przez moment, nie przyszło mu do głowy, że może urodzić się córka. Przewertował

gazetę i otworzył ją na kolumnach finansowych: sprawdził notowania giełdowe -

gwałtowna zniżka. To przeklęte trzęsienie ziemi spowodowało spadek wartości portfela

akcji, który ma w banku, o sto tysięcy dolarów, ale jego majątek osobisty pozostał

nienaruszony i wynosi dobrze ponad szesnaście milionów dolarów. Trzeba by gorszej

katastrofy niż trzęsienie ziemi w Kalifornii, żeby mu zagrozić. Mógłby żyć spokojnie z

procentów od procentów od kapitału i szesnastomilionowy majątek zostawić nietknięty,

czekający na syna, wciąż jeszcze nie narodzonego. Dalej spacerował udając, że czyta

“Evening Transcript”.

Z wahadłowych drzwi sali porodowej wyłonił się lekarz w smokingu, spieszący z

nowiną. Czuł, że wypada coś zrobić w zamian za olbrzymie, niezasłużone honorarium,

ponadto był najstosowniej ubrany, aby ją obwieścić. Obaj mężczyźni przez chwilę mierzyli

się wzrokiem. Doktor też był trochę stremowany, lecz nie zamierzał się z tym zdradzić

przed świeżo upieczonym ojcem.

- Gratuluję panu. Ma pan syna, ładnego małego chłopaczka.

Jakże głupie uwagi robią ludzie, kiedy rodzi się dziecko, pomyślał ojciec, przecież

wiadomo, że noworodek musi być mały. Nowina jeszcze do niego w pełni nie dotarła.

Urodził się syn! Niewiele brakowało, a podziękowałby Bogu. Położnik zdobył się na

odwagę i zapytał, żeby przerwać milczenie:

- Czy już wybrał mu pan imię?

- William Lowelly Kane - padła natychmiastowa odpowiedź, bez chwili wahania.

 

3

W wieśniaczej chatce dawno już przeminęło poruszenie wywołane pojawieniem się

małego znajdy i cała rodzina ułożyła się do snu, tylko matka czuwała z dzieckiem w

ramionach. Helena Koskiewicz mocno wierzyła w życie i żeby tego dowieść, wydała na

świat dziewięcioro dzieci. Wprawdzie troje straciła w niemowlęctwie, ale do ostatka o

nie walczyła.

Teraz, w wieku trzydziestu pięciu lat, wiedziała już, że niegdyś pełen wigoru Jasio nie

da jej więcej synów ani córek. Bóg dał jej to maleństwo, czyli że przeznaczone mu było

żyć. Wiara Heleny była prosta, jak życie, którym obdarzył ją los. Była blada i chuda, nie z

wyboru, ale ze skąpego pożywienia, ciężkiej pracy i biedy. Nie skarżyła się nigdy, chociaż

w dzisiejszych czasach jej pobrużdżona twarz przywodziłaby na myśl raczej babkę niż

matkę. Nigdy nie miała na grzbiecie nowego odzienia.

Helena ścisnęła obolałe piersi tak mocno, że wokół brodawek wystąpiły nikłe

czerwone plamy i wypłynęło z nich parę kropel mleka. W wieku trzydziestu pięciu lat, na

półmetku życia, wszyscy mamy jakieś pożyteczne doświadczenia, zaś doświadczenie

Heleny Koskiewicz okazało się akurat nadzwyczaj przydatne.

- Matczyna kruszynko - szepnęła czule i musnęła napęczniałą mlekiem brodawką

zaciśnięte usteczka dziecka. Otworzyły się niebieskie oczka i na nosku usiłującego ssać

niemowlęcia pojawiły się drobne perełki potu. W końcu matka, nawet nie wiedząc kiedy,

zapadła w głęboki sen.

Jasio Koskiewicz, przysadzisty, powolny chłop, którego sumiasty wąs stanowił jedyny

rys buntowniczości w skądinąd niewolniczym żywocie, wstał o piątej rano i spostrzegł

swoją żonę śpiącą z dzieckiem w ramionach na krześle na biegunach. Nie zauważył w nocy

jej nieobecności w łóżku. Rzucił okiem na bękarta, który dzięki Bogu przynajmniej zamilkł.

Może już umarł? Jasio wykoncypował, że najlepszym rozwiązaniem problemu będzie

wyjście do pracy i omijanie z daleka nieproszonego gościa; niech kobieta martwi się

sprawami życia i śmierci, on musi o świtaniu stawić się w majątku barona. Pociągnął kilka

dużych łyków koziego mleka i otarł bujny wąs rękawem koszuli, jedną ręką schwycił kawał

chleba, drugą sidła i bezszelestnie wymknął się z chaty, nie chcąc budzić kobiety i wdawać

się w sprawę. Pomaszerował żwawo do lasu, nie zawracając sobie więcej głowy znajdą.

Pomyślał tylko, że może już go więcej nie zobaczy.

Tuż przed szóstą, jak wskazywał stary zegar, który od lat chodził wedle własnego czasu,

weszła do kuchni najstarsza córka, Florentyna. Zegar pełnił tylko pomocniczą rolę,

wskazując przybliżoną godzinę tym, którzy chcieli wiedzieć, czy pora wstać, czy kłaść się

spać. Do codziennych obowiązków Florentyny należało przygotowanie śniadania, co było

nieskomplikowanym zadaniem polegającym na obdzieleniu bochenkiem żytniego chleba i

skopkiem koziego mleka ośmioosobowej rodziny. Jednak trzeba było to uczynić tak, żeby

nikt nie czuł się pokrzywdzony, co zaiste wymagało mądrości Salomona.

Na każdym, kto widział ją pierwszy raz, Florentyna robiła wrażenie ładnego, kruchego,

nędznie odzianego dziewczątka. Było doprawdy niesprawiedliwością, że od trzech lat

musiała chodzić wciąż w tej samej sukienczynie, jednak ci, którzy umieli spojrzeć na

dziewczynkę wyodrębniając ją z ubogiego tła, rozumieli, dlaczego Jasio zakochał się w jej

matce. Miała lśniące, lniane, długie włosy, a orzecho

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: