Pełna wersja książki

http://fraktalla.com/ksiazka/Ellroy-James/Perfidia,74521002329KS

 

Tytuł oryginału:

PERFIDIA

Copyright © 2014 by James Ellroy

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Anna Just, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-407-6

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

 

Spis treści

Motto

Część pierwsza. Japońcy (6–11 grudnia 1941 roku)

1. HIDEO ASHIDA. LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

2. DZIENNIK KAY LAKE. [SKOMPILOWANY I UPORZĄDKOWANY

CHRONOLOGICZNIE PRZEZ PRACOWNIKÓW MUZEUM POLICJI LOS ANGELES]

3. WILLIAM H. PARKER. LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

4. DUDLEY SMITH. LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

5. LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

6. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

7. LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

8. LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

9. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 7 GRUDNIA 1941 ROKU

10. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 7 GRUDNIA 1941 ROKU

11. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 7 GRUDNIA 1941 ROKU

12. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 7 GRUDNIA 1941 ROKU

13. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 7 GRUDNIA 1941 ROKU

14. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 7 GRUDNIA 1941 ROKU

15. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 7 GRUDNIA 1941 ROKU

16. LOS ANGELES | SOBOTA, 7 GRUDNIA 1941 ROKU

17. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 7 GRUDNIA 1941 ROKU

18. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 7 GRUDNIA 1941 ROKU

19. LOS ANGELES | PONIEDZIAŁEK, 8 GRUDNIA 1941 ROKU

20. LOS ANGELES | PONIEDZIAŁEK, 8 GRUDNIA 1941 ROKU

21. LOS ANGELES | PONIEDZIAŁEK, 8 GRUDNIA 1941 ROKU

22. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | PONIEDZIAŁEK, 8 GRUDNIA

1941 ROKU

23. LOS ANGELES | WTOREK, 9 GRUDNIA 1941 ROKU

24. LOS ANGELES | WTOREK, 9 GRUDNIA 1941 ROKU

25. LOS ANGELES | WTOREK, 9 GRUDNIA 1941 ROKU

26. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | WTOREK, 9 GRUDNIA 1941 ROKU

27. LOS ANGELES | WTOREK, 9 GRUDNIA 1941 ROKU

28. LOS ANGELES | WTOREK, 9 GRUDNIA 1941 ROKU

29. LOS ANGELES | środa, 10 grudnia 1941 roku

30. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | ŚRODA, 10 GRUDNIA 1941 ROKU

31. LOS ANGELES | ŚRODA, 10 GRUDNIA 1941 ROKU

32. LOS ANGELES | ŚRODA, 10 GRUDNIA 1941 ROKU

33. LOS ANGELES | ŚRODA, 10 GRUDNIA 1941 ROKU

34. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | ŚRODA, 10 GRUDNIA 1941 ROKU

35. LOS ANGELES | ŚRODA, 10 GRUDNIA 1941 ROKU

36. LOS ANGELES | ŚRODA, 10 GRUDNIA 1941 ROKU

37. LOS ANGELES | ŚRODA, 10 GRUDNIA 1941 ROKU

38. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | ŚRODA, 10 GRUDNIA 1941 ROKU

39. LOS ANGELES | CZWARTEK, 11 GRUDNIA 1941 ROKU

40. LOS ANGELES | CZWARTEK, 11 GRUDNIA 1941 ROKU

41. LOS ANGELES | CZWARTEK, 11 GRUDNIA 1941 ROKU

42. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | CZWARTEK, 11 GRUDNIA 1941 ROKU

43. LOS ANGELES | CZWARTEK, 11 GRUDNIA 1941 ROKU

Część druga. Chinole (11–19 grudnia 1941 roku)

44. LOS ANGELES | CZWARTEK, 11 GRUDNIA 1941 ROKU

45. LOS ANGELES | PIĄTEK, 12 GRUDNIA 1941 ROKU

46. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | PIĄTEK, 12 GRUDNIA 1941 ROKU

47. LOS ANGELES | PIĄTEK, 12 GRUDNIA 1941 ROKU

48. LOS ANGELES | PIĄTEK, 12 GRUDNIA 1941 ROKU

49. LOS ANGELES | PIĄTEK, 12 GRUDNIA 1941 ROKU

50. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | PIĄTEK, 12 GRUDNIA 1941 ROKU

51. LOS ANGELES | PIĄTEK, 12 GRUDNIA 1941 ROKU

52. LOS ANGELES | SOBOTA, 13 GRUDNIA 1941 ROKU

53. LOS ANGELES | SOBOTA, 13 GRUDNIA 1941 ROKU

54. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | SOBOTA, 13 GRUDNIA 1941 ROKU

55. LOS ANGELES | SOBOTA, 13 GRUDNIA 1941 ROKU

56. LOS ANGELES | SOBOTA, 13 GRUDNIA 1941 ROKU

57. LOS ANGELES | SOBOTA, 13 GRUDNIA 1941 ROKU

58. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | SOBOTA, 13 GRUDNIA 1941 ROKU

59. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 14 GRUDNIA 1941 ROKU

60. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 14 GRUDNIA 1941 ROKU

61. LOS ANGELES | PONIEDZIAŁEK, 15 GRUDNIA 1941 ROKU

62. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | PONIEDZIAŁEK, 15 GRUDNIA

1941 ROKU

63. LOS ANGELES | WTOREK, 16 GRUDNIA 1941 ROKU

64. LOS ANGELES | WTOREK, 16 GRUDNIA 1941 ROKU

65. LOS ANGELES | WTOREK, 16 GRUDNIA 1941 ROKU

66. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | WTOREK, 16 GRUDNIA 1941 ROKU

67. LOS ANGELES | WTOREK, 16 GRUDNIA 1941 ROKU

68. LOS ANGELES | ŚRODA, 17 GRUDNIA 1941 ROKU

69. LOS ANGELES | ŚRODA, 17 GRUDNIA 1941 ROKU

70. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | CZWARTEK, 18 GRUDNIA 1941 ROKU

71. LOS ANGELES | CZWARTEK, 18 GRUDNIA 1941 ROKU

72. LOS ANGELES | CZWARTEK, 18 GRUDNIA 1941 ROKU

73. LOS ANGELES | PIĄTEK, 19 GRUDNIA 1941 ROKU

74. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | PIĄTEK, 19 GRUDNIA 1941 ROKU

75. LOS ANGELES | PIĄTEK, 19 GRUDNIA 1941 ROKU

Część trzecia. Piąta kolumna (19–27 grudnia 1941 roku)

76. LOS ANGELES | PIĄTEK, 19 GRUDNIA 1941 ROKU

77. LOS ANGELES | PIĄTEK, 19 GRUDNIA 1941 ROKU

78. LOS ANGELES | PIĄTEK, 19 GRUDNIA 1941 ROKU

79. LOS ANGELES | PIĄTEK, 19 GRUDNIA 1941 ROKU

80. LOS ANGELES | PIĄTEK, 19 GRUDNIA 1941 ROKU

81. LOS ANGELES | PIĄTEK, 19 GRUDNIA 1941 ROKU

82. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | SOBOTA, 20 GRUDNIA 1941 ROKU

83. LOS ANGELES | SOBOTA, 20 GRUDNIA 1941 ROKU

84. LOS ANGELES | SOBOTA, 20 GRUDNIA 1941 ROKU

85. LOS ANGELES | SOBOTA, 20 GRUDNIA 1941 ROKU

86. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | SOBOTA, 20 GRUDNIA 1941 ROKU

87. LOS ANGELES | SOBOTA, 20 GRUDNIA 1941 ROKU

88. LOS ANGELES | SOBOTA, 20 GRUDNIA 1941 ROKU

89. LOS ANGELES | SOBOTA, 20 GRUDNIA 1941 ROKU

90. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | SOBOTA, 20 GRUDNIA 1941 ROKU

91. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 21 GRUDNIA 1941 ROKU

92. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 21 GRUDNIA 1941 ROKU

93. LOS ANGELES | PONIEDZIAŁEK, 22 GRUDNIA 1941 ROKU

94. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | PONIEDZIAŁEK, 22 GRUDNIA

1941 ROKU

95. LOS ANGELES | PONIEDZIAŁEK, 22 GRUDNIA 1941 ROKU

96. LOS ANGELES | PONIEDZIAŁEK, 22 GRUDNIA 1941 ROKU

97. LOS ANGELES | PONIEDZIAŁEK, 22 GRUDNIA 1941 ROKU

98. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | PONIEDZIAŁEK, 22 GRUDNIA

1941 ROKU

99. LOS ANGELES | PONIEDZIAŁEK, 22 GRUDNIA 1941 ROKU

100. LOS ANGELES | WTOREK, 23 GRUDNIA 1941 ROKU

101. LOS ANGELES | WTOREK, 23 GRUDNIA 1941 ROKU

102. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | WTOREK, 23 GRUDNIA 1941 ROKU

103. OKRĘG SAN DIEGO | WTOREK, 23 GRUDNIA 1941 ROKU

104. LOS ANGELES | WTOREK, 23 GRUDNIA 1941 ROKU

105. LOS ANGELES | WTOREK, 23 GRUDNIA 1941 ROKU

106. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | ŚRODA, 24 GRUDNIA 1941 ROKU

107. LOS ANGELES | ŚRODA, 24 GRUDNIA 1941 ROKU

108. LOS ANGELES | ŚRODA, 24 GRUDNIA 1941 ROKU

Część czwarta. Łowczyni (27–29 grudnia 1941 roku)

109. LOS ANGELES | SOBOTA, 27 GRUDNIA 1941 ROKU

110. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | SOBOTA, 27 GRUDNIA 1941 ROKU

111. LOS ANGELES | SOBOTA, 27 GRUDNIA 1941 ROKU

112. LOS ANGELES | SOBOTA, 27 GRUDNIA 1941 ROKU

113. LOS ANGELES | SOBOTA, 27 GRUDNIA 1941 ROKU

114. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | SOBOTA, 27 GRUDNIA 1941 ROKU

115. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 28 GRUDNIA 1941 ROKU

116. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 28 GRUDNIA 1941 ROKU

117. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 28 GRUDNIA 1941 ROKU

118. DZIENNIK KAY LAKE. LOS ANGELES | NIEDZIELA, 28 GRUDNIA 1941 ROKU

119. LOS ANGELES | PONIEDZIAŁEK, 29 GRUDNIA 1941 ROKU

120. LOS ANGELES | PONIEDZIAŁEK, 29 GRUDNIA 1941 ROKU

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Nie zazdrość krzywdzicielowi,

nie skłaniaj się ku jego drogom.

KSIĘGA PRZYSŁÓW 3,311

PIĄTA KOLUMNA: rzeczownik, określenie kolokwialne pochodzące z czasów hiszpańskiej wojny

domowej, używane w Stanach Zjedno czonych w 1941 roku. Cztery kolumny żołnierzy wysłano na

front. Natomiast piąta kolumna to byli ludzie, którzy pozostali w domu i dokonywali aktów sabotażu

w fabrykach, rozpowszechniali wrogą propagandę i prowadzili ukrytą działalność wywrotową.

Członkowie piątej kolumny starali się zachować anonimowość. Ich tajemniczy, nieokreślony status

powodował, że byli postrzegani jako równie lub bardziej niebezpieczni od walczących na pierwszej

linii.

Reminiscenza2.

Osiemdziesiąt pięć lat temu zabłądziłam na prerii podczas zamieci śnieżnej. Zimno rzuciło na

mnie czar, który trwa do dziś. Usłyszałam wyrok i odkryłam, że boję się śmierci. Nie potrafię, jak

kiedyś, mocą woli spowodować oberwania chmury. Muszę zbierać siły z jeszcze większą furią.

Wtedy ogarnęła mnie gorączka. Odczuwam ją do dziś. Nie umrę, dopóki będę przeżywać tę

opowieść. Uciekam do tamtych czasów, żeby kupić sobie kilka chwil.

Dwadzieścia trzy dni.

Oszczercze zarzuty.

Policjant pukający do drzwi młodej kobiety. Łopoczące transparenty z napisem „Mordercy”.

Dwadzieścia trzy dni.

Zamieć śnieżna.

Reminiscenza.

AUDYCJA GROM

GERALD L. K. SMITH3 | RADIO K-L-A-N, LOS ANGELES | NIELEGALNY

NADAJNIK | TIJUANA, MEKSYK | PIĄTEK, 5 GRUDNIA 1941 ROKU

Obecna wojna, którą rozpoczął Żydowski Aparat Kontroli, stała się dziś naszą wojną, czy tego

chcemy, czy nie. Powiadają, że nie ma dobrych wiadomości, ale to przysłowie powstało przed

cudownym wynalezieniem radia, które ma moc dostarczania wszelkich wiadomości – dobrych i złych

– z prędkością rakiety. Niestety dzisiejsze wiadomości są wyłącznie złe, bo naziści i Japońcy mają

niezwykłą siłę niszczenia wszystkiego, co stanie im na drodze – a wojna zmierza szybko w naszą

stronę, choć tego nie chcemy i nie zasłużyliśmy sobie na to.

Wiadomość: Latem tego roku Adolf Hitler zerwał umowę z przywódcą czerwonych, Józefem

Stalinem, i dokonał inwazji na puste rubieże odrażającej Czerwonej Rosji. Chociaż wojska spod

znaku sierpa i młota walczą dziś z żołdakami Führera na przedmieściach Moskwy, przerabiając ich

na kiełbasę – eleganccy naziści zdążyli zasypać bombami Wielką Brytanię i poddać pół Europy

Środkowej pod nordycko-narodowe panowanie. Hitler nadal marzy o rzuceniu wyzwania

amerykańskim siłom lądowym – co z pewnością nastąpi w niedalekiej przyszłości naszego wielkiego

narodu. Czy ta wiadomość nie wywołuje w was apoplektycznej obojętności, moi przyjaciele? Nie

chcemy tej wojny, ale skoro powiedzieliśmy „a”, trzeba powiedzieć „b”.

Wiadomość: Wspaniałemu Duce, Benito Mussoliniemu, kiepsko idzie w Afryce Północnej – ale

nie przekreślajcie go. Powiadają, że Włosi to naród kochanków, nie wojowników – że bliższa im

wielka opera. To prawda, ale ci bambino kochający bel canto stanowią strategiczne zagrożenie dla

południowoeuropejskiego teatru wojny. To prawda: na wschodzie gromadzą się ciemne chmury.

Trzeba powiedzieć ze smutkiem, że burzowe chmury zmierzają w kierunku zachodu – pod postacią

naszych najbardziej wytwornych rzekomych wrogów: Japończyków.

Czy nadal jesteście obojętni, moi przyjaciele? Wiem, że tak jak ja przyjęliście z otwartymi

ramionami hasło „Najpierw Ameryka”, ale pogańskie szerszenie Hirohito wypłynęły na szerokie

wody – co wcale mi się nie podoba.

Wiadomość: Departament Stanu wydał biuletyn. Japońskie konwoje zmierzają w kierunku Syjamu.

Do inwazji może dojść w każdej chwili.

Wiadomość: Ludność cywilna ucieka ze stolicy Filipin, Manili.

Wiadomość: Prezydent Franklin „Dwulicowy” Rosenfeld przesłał osobisty list cesarzowi

Japońców. Pismo zawiera usilną prośbę i ostrzeżenie: Zaprzestańcie agresji albo szykujcie się na

amerykańską interwencję na pełną skalę.

Wuj Sam się rozgrzewa. Hawaje to nasze terytorium, wrota Pacyfiku prowadzące na kontynent

amerykański. Leżące bliżej nas bujne, tropikalne atole znalazły się już na celowniku japońskich

karabinów. Ta niezasłużona, nieusprawiedliwiona i niechciana wojna zmierza w naszą stronę – czy

tego chcemy, czy nie.

Wiadomość: Prezydent Rosenfeld pyta, dlaczego diabły wcielone Hirohito koncentrują się

w rejonie Indochin Francuskich.

Wiadomość: Radio Bangkok ostrzega przed możliwym potajemnym atakiem Japończyków na

Syjam. Wysłannicy japońscy prowadzą rozmowy z sekretarzem stanu Cordellem Hullem. Japońcy

syczą i wystawiają rozdwojony język – mówią, że pragną pokoju, gdy japoński minister spraw

zagranicznych, Shigenori Togo, krytykuje Amerykanów za to, że nie pojmują japońskich „ideałów”,

i obrusza się na nasze ciągłe protesty przeciwko rzekomym pogromom dokonywanym przez

Japończyków w rejonie Azji Wschodniej i Pacyfiku.

Tak, drodzy przyjaciele, wszystko to jest żydopowszechnie wiadome. Wymyślona przez

komunistów wojna zmierza ku nam – czy tego chcemy, czy nie.

Żaden trzeźwo myślący Amerykanin nie chce brać udziału w zagranicznej wojnie w obronie

Żydków. Żaden trzeźwo myślący Amerykanin nie chce wysyłać amerykańskich chłopców na śmierć.

Żaden trzeźwo myślący Amerykanin nie zaprzeczy, że tę wojnę można utrzymać z dala od naszych

granic tylko wówczas, gdy udaremnimy i stłumimy ją na obcej ziemi. Mam w tej sprawie absolutną

rację, moi przyjaciele – dostałem wypieków od apostazji.

To nie my zaczęliśmy tę wojnę. Nie rozpoczęli jej również Adolf Hitler ani dystyngowany

Hirohito. Czerwony barszcz upichcili towarzysze z Żydowskiego Aparatu Kontroli, szczując jednego

przyjaciela przeciwko drugiemu i wywracając świat do góry nogami. Czy nadal jesteście

apoplektycznie obojętni, przyjaciele?

Tak, wojna zmierza w naszą stronę, chociaż wiemy ponad wszelką wątpliwość, że jej nie chcemy.

Ameryka nigdy nie paliła się do bitki.

CZĘŚĆ PIERWSZA

JAPOŃCY

(6–11 grudnia 1941 roku)

1

HIDEO ASHIDA

LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

9.08

Drogeria Whalena, przy zbiegu Szóstej i Spring. Miejsce czterech poważnych przestępstw

popełnionych w ostatnim czasie. Kod policyjny dwa-jeden-jeden – napad z bronią w ręku.

Nad sklepem wisiało jakieś fatum. Cztery napady w ciągu jednego miesiąca zapowiadały piąty.

Prawdopodobnie ten sam sprawca. Gość pracował w pojedynkę. Zasłaniał twarz bandaną i miał

spluwę o długiej lufie. Zawsze kradł narkotyki i forsę z kasy.

Oddział do spraw napadów miał za mało ludzi. Czub w masce Hitlera napadł na trzy bary w Silver

Lake. Kod policyjny dwa-jeden-jeden oraz umyślne okaleczenie. Sprawca sterroryzował barmanów

pistoletem i obszukał klientki. Był wyraźnie rad, że ma broń. Oddał kilka strzałów w kierunku szafy

grającej i półek z gorzałą.

Miejsce napadu przypominało grzęzawisko. Ashida skonstruował urządzenie składające się

z kabla ułożonego na jezdni i wybrał to miejsce na próbę. Pierwszy prototyp stworzył w ogólniaku

Belmont High i wypróbował pod tamtejszym prysznicem. Użył go do sfotografowania Bucky’ego po

treningu koszykówki…

Jakiś samochód zakołysał się i skręcił na północ, w Spring Street. Kierowca zobaczył Ashidę.

Oczywiście facet zawołał:

– Cholerny Japoniec!

Na to Ray Pinker mu odpowiedział:

– Wal się!

Ashida spojrzał w dół. Przewód biegł w poprzek jezdni, do krawężnika przed drogerią. Czub

parkował w tym samym miejscu cztery razy z rzędu. Przewód prowadził do aparatu fotograficznego

umieszczonego w osłonie z twardej gumy, uruchamianego jego poruszeniem. Uderzenie opon

parkującego samochodu włączało urządzenie. Błyskał flesz i otwierała się migawka, robiąc zdjęcie

tylnej tablicy rejestracyjnej. W osłoniętych gumą tubach znajdowały się rolki filmu. Jedna rolka

wystarczyła do sfotografowania wszystkich wozów w ciągu jednego dnia.

Pinker zapalił papierosa.

– To szukanie wiatru w polu. Jesteśmy cywilnymi kryminalistykami, a nie gliniarzami. Co tu

robimy? Przecież wiemy, jak działa to cholerstwo! Nie kazali nam się zająć czymś innym, ale…

Ashida się uśmiechnął.

– Przecież znasz odpowiedź.

– Jeśli odpowiesz: „Bo nie mamy nic innego do roboty” lub „Bo jesteśmy naukowcami, więc nie

obchodzi nas życie pojedynczego człowieka”, będziesz mieć rację.

Obok nich przejechał autobus, kierując się na południe. Meksykanin wydmuchnął pierścień dymu

przez okno. Spostrzegł Ashidę.

– Puto4, Japońcu!

Pinker rzucił papierosa, który wylądował obok autobusu.

– Który z was się tu urodził?! Który nie przepłynął nielegalnie Rio Grande?

Ashida poprawił krawat.

– Powtórz to jeszcze raz. Powiedziałeś to z rozdrażnieniem, dlatego wiem, że twoja reakcja była

szczera.

Pinker wykrzywił twarz w grymasie uśmiechu.

– Jesteś moim protegowanym, moim Japońcem, więc twój los leży mi na sercu. Jesteś jedynym

Japończykiem zatrudnionym w Departamencie Policji Los Angeles. Dzięki temu jesteś jeszcze

bardziej wyjątkowy, co dodaje mi prestiżu.

Ashida zachichotał. Przed drogerią stanął desoto rocznik trzydziesty ósmy. Koła uderzyły

o przewód, przysłona kliknęła, flesz błysnął. Z samochodu wysiadł wysoki facet. Miał ciemne włosy

Bucky’ego Bleicherta i małe, brązowe oczka. Ashida patrzył, jak gość wchodzi do drogerii.

Pinker przebiegł na drugą stronę ulicy i zaczął majstrować przy gnieździe flesza. Ashida spojrzał

w okno drogerii i powiódł wzrokiem za tamtym. Szyba wykrzywiła jego rysy. Ashida uczynił go

Buckym. Zamknął oczy, a później mrugnął i facet zamienił się w Bucky’ego. Zaczął się zachowywać

z wdziękiem typowym dla Bucky’ego. Sunął po sklepie, uśmiechając się i obnażając wielkie zęby

Bucky’ego.

Po chwili wyszedł. Pinker przebiegł na drugą stronę, zasłaniając widok Ashidzie. Samochód

tamtego odjechał. Ashida mrugnął. Świat utracił jednominutowy blask Bucky’ego Bleicherta.

Wrócili na swoje miejsca. Pinker oparł się o latarnię i zaczął palić papierosa za papierosem.

Ashida stał nieruchomo, wsłuchując się w zgiełk centrum Los Angeles.

Nadciągała wojna. Stąd cały ten zgiełk. Ashida był rodowitym Nisei5, drugim synem w rodzinie.

Jego ojciec pracował jako robotnik na kolei. Łykał proszki na przeziębienie i zaharowywał się na

śmierć, układając tory. Matka miała mieszkanie w Little Tokyo. Należała do zwolenników cesarza

i mówiła po japońsku tylko po to, żeby mu dokuczyć. Jego rodzina miała gospodarstwo rolne

w dolinie San Fernando. Prowadził je Akira, jego brat. W okolicy były głównie działki Nisei. Na

farmie pracowali nielegalni meksykańscy robotnicy. Nisei zwykle tak robili. Było to niemoralne, ale

rozsądne, bo Meksykanie stanowili najtańszą siłę roboczą. Układ przypominał kontraktowe

niewolnictwo, ale zapewniał wypłacalność farmerom Nisei.

Wspomniana praktyka wiązała się z cichą zmową. Rodzina Ashidy musiała płacić łapówki

kapitanowi meksykańskiej policji stanowej, żeby meksykańskim robotnikom nie groziła deportacja.

Ashida akceptował ten proceder bez moralnych dyskusji. W końcu dzięki temu drugi syn, Hideo,

mógł rzucić rodzinne zajęcie i rozwinąć swoje zainteresowania w dziedzinie kryminalistyki.

Miał tytuły naukowe z chemii i biologii. W wieku dwudziestu dwóch lat obronił doktorat na

Uniwersytecie Stanforda. Znał się na serologii, daktyloskopii i balistyce. Rok temu podjął pracę

w Departamencie Policji Los Angeles. Chciał współpracować z legendarnym szefem policyjnych

chemików. Był protegowanym szukającym mentora, a Ray Pinker był pedagogiem szukającym ucznia.

Dzięki temu powstała łącząca ich więź, choć wyraźnie zdefiniowane role szybko uległy zamazaniu.

Stali się kolegami. Pinker był chwalebnie ślepy na różnice rasowe. Porównywał Ashidę do

pierwszego syna Charliego Chana6. Kiedy Ashida poinformował Pinkera, że Charlie Chan był

Chińczykiem, Pinker odpowiedział:

– Wszystko mi jedno.

Wzdłuż Spring Street stały bożonarodzeniowe choinki posypane sztucznym śniegiem. Ozdobione

ptasimi odchodami i sadzą. Jakiś dzieciak sprzedawał „Heralda” przed drogerią. Z całych sił

wykrzykiwał:

– FDR prowadzi rozmowy ostatniej szansy z Japońcami!

– To pieprzone ustrojstwo jednak działa – powiedział Pinker.

– Wiem.

– Jesteś cholernym geniuszem.

– Wiem.

– Nadal nie złapali tego gwałciciela. Chłopaki z centralnej sekcji obyczajowej uważają, że gość

służy w żandarmerii wojskowej. Dwie noce temu zerżnął kolejną kobietę.

Ashida skinął głową.

– Pierwsza ofiara stawiała opór. Oderwała kawałek opaski, którą miał na ramieniu. Nosił mundur

pod cywilnym ubraniem. Mam próbki włókna w prywatnym laboratorium, w mieszkaniu mojej matki.

Pinker spojrzał na korpulentną blondynkę uwieszoną ramienia marynarza, a marynarz spojrzał

nieprzyjemnie na Ashidę.

– Jutro wieczorem Bucky Bleichert będzie walczyć w Olympic. Mówią, że stoczy jeszcze kilka

walk i przyjdzie do nas.

Ashida poczerwieniał.

– Znam Bucky’ego z ogólniaka.

– Wiem. Dlatego o tym wspomniałem.

– Z kim będzie walczyć?

– Z jakimś niezdarą. Facet nazywa się Junior Wilkins. Elmer Jackson przyskrzynił go za machlojki.

Wspólnie z lipnym kaznodzieją prowadzili szwindel pod tytułem „powrót do Afryki”.

Obok drogerii zaparkował ford rocznik trzydziesty siódmy. Koła nacisnęły przewód, soczewki

kliknęły, flesz błysnął na komendę.

Pinker zakaszlał i odwrócił się od Ashidy. Z samochodu wysiadł mężczyzna. Miał fedorę i płaszcz

z postawionym kołnierzem. Ashidę przeszedł dreszcz. Było za ciepło na płaszcz.

Pinker odchrząknął i sucho zakaszlał. Niemal zwinął się wpół. Zasłonił twarz chusteczką.

Ashidę przeszedł dreszcz.

Doskonale. Idealnie. Pinker go nie widział. Mieli numery jego samochodu. Mógł pozwolić, żeby

doszło do popełnienia kolejnego przestępstwa. Mógł kontynuować swoje badania kryminalistyczne.

Mężczyzna wszedł do drogerii.

Ashida spojrzał na zegarek. Była 9.24.

Pinker się odwrócił i zapalił papierosa. Ashida spojrzał przez okno do wnętrza drogerii. Facet

podszedł do półki z pastą do zębów. Ashida popatrzył ukradkiem na zegarek.

Tamten zniknął mu z oczu. 9.25, 9.26, 9.27.

– Moja żona twierdzi, że kaszlę z powodu zanieczyszczonego powietrza, ale ja uważam, iż

powodem jest nadmiar flegmy – powiedział Pinker.

Facet wybiegł z drogerii. W ręku trzymał papierową torbę i na pół widoczny pistolet. Przewrócił

gazeciarza. Uruchomił wóz i ruszył z piskiem opon.

– Jasna cholera! – zaklął Pinker, wypuszczając papierosa z ust.

Chłopak sprzedający gazety wbiegł do drogerii. Pinker skoczył do budki telefonicznej, a Ashida

ruszył do swojego urządzenia.

Otworzył urządzenie i uklęknął obok, przyglądając się negatywowi w kasetce. Zdjęcia wyszły!

Blade i zamazane, ale były – kalifornijskie KFE621.

Obok przesunął się samochód. Za kierownicą siedział shriner7 w fezie. Na widok Ashidy się

skrzywił. Japończyk podniósł się i zacisnął pięści, ale auto odjechało.

Gazeciarz spojrzał na niego i krzyknął na cały głos:

– FDR prowadzi rozmowy ostatniej szansy z Japońcami!

O 9.31 rozległa się syrena policyjnego radiowozu.

Ashida stał przygotowany. Zza rogu wyjechał mały wóz i stanął przed jego urządzeniem.

Japończyk znalazł się naprzeciw auta. Rozpoznał facetów, którzy w nim siedzieli: Buzza Meeksa

i Lee Blancharda.

Wysiedli. Meeks pracował w centrali, w wydziale napadów rabunkowych. Blanchard był

z centrali drogówki. Meeks miał na sobie świeżo odprasowany garnitur, a Blanchard pognieciony

mundur, jakby w nim spał.

– Co tu robisz, chłopcze? – powiedział Meeks. – Jakim cudem zdołałeś nas wyprzedzić?

– Co jest grane, Hirohito? – rzucił Blanchard.

Meeks szarpnął Blancharda za krawat i palnął go w głowę. Blanchard poczerwieniał.

Ashida wskazał ręką urządzenie.

– Pan Pinker i ja testowaliśmy ten aparat. Sklep jest stałym celem napadów, więc wybraliśmy go

na miejsce próby. Opony samochodu naciskają przewód i uruchamiają migawkę. Byliśmy świadkami

napadu. Tablice rejestracyjne podejrzanego to KFE621.

Meeks zamrugał i przykucnął obok aparatu. Blanchard wsiadł do wozu i zaczął wrzeszczeć do

radiostacji. Meeks był weteranem okresu Dust Bowl8 i byłym aktorem grywającym w westernach.

Podlegał Jamesowi Edgarowi Davisowi i był reketierem burmistrza Franka Shawa. Wielka ława

przysięgłych okręgu wylała Shawa i komendanta Davisa. Meeksowi postawiono czternaście

zarzutów.

Z kolei Blanchard jeszcze niedawno był bokserem wagi ciężkiej. Kupił dom na północ od Sunset

Strip za pieniądze rzekomo zarobione na walkach. W 1939 roku rozpracował duży skok na bank

i ugruntował swoją pozycję w policji. Mieszkał z kobietą, Kay-Jakąś-Tam. Za komendanta C. B.

Horralla mieszkanie z konkubiną było verboten9, ale komendant był pobłażliwy wobec Lee

i przymykał na to oko. Meeks i Blanchard przyciągali plotki niczym magnes. Najgłośniejsza była taka,

że Lee pozostawał w bliskich stosunkach z Benem Siegelem10 i żydowskim syndykatem.

W drogerii huczało od wrzawy. Ludzkie głosy odbijały się od szyb. Ashida zajrzał do środka.

Pinker zebrał świadków.

Meeks wyszczerzył zęby, spoglądając z podziwem na urządzenie Ashidy. Blanchard wysiadł

z samochodu.

– Wóz skradziono sprzed salonu bilardowego w East Slauson. O ósmej szesnaście odebrano

zgłoszenie na posterunku przy Siedemdziesiątej Siódmej Ulicy. To musiał być czarnuch. Na południe

od Jefferson nie przeżyje żaden biały.

Meeks spojrzał na zegarek.

– Zadzwoń do tych z drogówki. Niech wystawią list gończy. Poproś, żeby ubarwili sprawę. Jeden

gość i fala przemocy, uzbrojony i niebezpieczny. Niech to zabrzmi jak sprawa życia i śmierci.

Blanchard pokazał V na znak zwycięstwa, naśladując Churchilla. Meeks spojrzał na swoje odbicie

w szybie i poprawił ubranie. Ashida wszedł do drogerii.

Zapamiętał plan piętra i twarze świadków. Pomierzył odległości. Przesunął wzrokiem,

odnotowując szczegóły, wdychając przesycony adrenaliną zapach ciał.

Dwaj farmaceuci11 w białych fartuchach. Kierownik w garniturze i krawacie. Dwie starsze

klientki. Grubszy farmaceuta miał czyraka na szyi. Szczupły dostał drgawek. Jedna ze starszych pań

była otyła. Układ żyłek pod skórą wskazywał, że choruje na miażdżycę.

Zebrali świadków w ciasną gromadkę. Meeks przechadzał się za ladą, aby w końcu stanąć przed

nimi.

– Jestem sierżant Turner Meeks. Słucham.

– Wszedł do środka i ruszył prosto do apteki – powiedział kierownik. – Miał maskę i pistolet, ale

nie sądzę, żeby to on nas obrabował poprzednim razem. Tamten był wyższy i szczuplejszy.

Farmaceuci skinęli głowami. Taak, szefie. Masz rację.

– Co się później stało?

Otyły farmaceuta powiedział:

– Kazał nam stanąć w szeregu i zabrał portfele. Potem zagonił nas do pierwszej alejki, ukradł

butelkę fenobarbitalu i strzelił w sufit.

Ashidę przeszedł zimny dreszcz. Pierwszy niezwykły szczegół.

– Pan Pinker i ja staliśmy po drugiej stronie ulicy. Usłyszelibyśmy strzał.

Gruby farmaceuta zaprzeczył ruchem głowy.

– Pistolet miał tłumik. Przykręcony do lufy.

Ashida ruszył na tyły sklepu, w kierunku apteki. Spojrzał na kasę, czekoladki Hershey i karty

bożonarodzeniowe. Wbił sprzedaż za jednego dolara. Szuflada kasy się wysunęła. Przegródki były

pełne dolarów, od jedynek po dwudziestki.

Instynkt.

Bandycie zależało bardziej na narkotykach niż na pieniądzach. Kradzież portfeli miała drugorzędne

znaczenie. Zrobił to, żeby ukryć swój główny cel.

Anomalia.

Dlaczego ukradł tylko jedną butelkę fenobarbitalu? Takie postępowanie było sprzeczne

z archetypem rabusia narkomana.

Ashida przeskoczył ladę i ruszył pierwszym rzędem. Żadnych łusek po nabojach. Dwie

możliwości. Rabuś podniósł łuskę lub miał rewolwer.

Spojrzał na otwór po kuli w suficie. Na podłodze leżały metalowe skrawki – fragmenty

odkształconego gwintu tłumika.

Uklęknął i obejrzał dokładniej. Krawędzie nadpalone od gorącej lufy. Skrawki metalu

przypominały małe, skręcone wióry.

Ashida wrócił do lady. Pinker przyniósł zestaw do pobierania dowodów. Meeks odkorkował

butelkę sprzedawanej w drogerii gorzały i puścił wokół. Blanchard splądrował półkę z gumą do

żucia, a Meeks napchał sobie kieszenie prezerwatywami.

Butelka zatoczyła koło. Ashida odmówił. Farmaceuci pociąg nęli po tęgim łyku. Starsze panie

zachichotały i wypiły odrobinkę.

– Dostaliśmy wiadomość od kolegów z drogówki – powiedział Blanchard. – Samochód porzucono

trzy przecznice stąd. Na tę chwilę mamy jedynie odciski rękawiczek na desce rozdzielczej.

Meeks zapalił papierosa.

– Czy napastnik dotknął czegoś w sklepie? Moglibyście mi pomóc?

Gruby farmaceuta zakaszlał.

– Kiedy wychodził, zawadził o stojak z komiksami. Mógł rozedrzeć płaszcz.

Pinker spojrzał znacząco na Ashidę. Teraz. Ashida spostrzegł znak i przeszedł obok świadków.

Półka była pełna komiksów o Mickey Mouse i Tarzanie. Ashida obejrzał ją dwukrotnie. Tu nic i tam

nic. A jednak. Tutaj.

Jasnoczerwone włókna na jednym z wystających elementów.

W dotyku jak wełna. Gęsto tkana. Znajoma.

Wyciągnął długopis i kopertę na dowody. Wsunął włókna do środka i zapieczętował. Na

skrzydełku koperty napisał: „Kod 211/Dro geria Whalena/10.09, 6/12/41”.

Od frontu doleciały kolejne śmiechy – Blanchard i Meeks błaznowali jak bracia Ritz. Ashida

powąchał kopertę. Wyczuł zapach wełny przez papier. Jego synapsy zaiskrzyły.

Żołnierz żandarmerii wojskowej podejrzany o wielokrotny gwałt. Włókna z jego opaski. Pinker

powiedział, że niedawno zgwałcił kolejną kobietę. Głupiec nie zdjął opaski, wyruszając na

poszukiwanie ofiary.

Na płaszczu napastnika nie było niczego czerwonego. Wystające elementy półki znajdowały się na

wysokości pasa. Płaszcz miał naszyte kieszenie. Włókna mogły pochodzić z czegoś, co wystawało

z kieszeni. Miał próbki włókien u matki. Mógł potwierdzić lub wykluczyć podobieństwo.

Usłyszał gwizd. Pinker dał znak, że jest mu natychmiast potrzebny.

Ashida podążył za dźwiękiem. Pinker był na tyłach apteki. Wyciągnął aparat, którym fotografował

dowody. Wykonał trzy zdjęcia otworu po kuli i trzy zdjęcia elementów tłumika.

– Ten skok mnie intryguje. Facet nie sterroryzował świadków pistoletem, nie ukradł gotówki

z kasy i strzelił w sufit dla hecy.

Ashida skinął głową.

– Jakby sprawdzał tłumik. I dlaczego ukradł tylko jedną butelkę fenobarbitalu?

Pinker przytaknął w zamyśleniu.

– Podoba mi się pomysł z wypróbowaniem tłumika. Tłumik wygląda na domowej roboty, po

jednym strzale pozostały spalone skrawki. Po ośmiu lub dziesięciu strzałach byłby całkiem

bezużyteczny.

– Racja. Poza tym kierownik powiedział, że to inny facet niż poprzednio. Niezależnie od tego, co

nim kierowało, wybrał sobie sklep, który był już celem napadów.

Pinker włożył skrawki metalu do koperty.

– Pewnie między sufitem i dachem jest pusta przestrzeń.

Sufit był wykonany z luźnych, gipsowych płyt. Ashida podskoczył i odsunął jedną, obok dziury po

pocisku. Pinker zrobił drabinkę z dłoni. Japończyk odebrał sygnał i stanął na niej.

Pustą przestrzeń miedzy sufitem i dachem wypełniały spleś niałe deski i pajęczyny. Ashida

wciągnął się na górę. Poczuł zastałą woń prochu. Podniósł się i poczuł pajęczynę na twarzy. Otarł ją

i wyciągnął kieszonkową latarkę. Snop światła zamarł na chmarze owadów i czmychającym szczurze.

Były tam. Sześć kawałków odkształconego pocisku.

Bądź ostrożny. Uczestniczysz w tym od początku. To twój obowiązek. Chodzi o ciebie.

Uniwersytet Stanforda. Rok 1936. Wstęp do kryminalistyki: „Wszyscy prawdziwi badacze

podążają śladem dowodów i je gromadzą. Praktyka powoduje, że powstaje symbioza między nimi

i tobą”.

Spojrzał na zegarek. Przytrzymał latarkę zębami i wyciągnął kolejną kopertę. Z przodu napisał

„Kod 211/Drogeria Whalena/10.16, 6/12/41”. Włożył do niej cztery kawałki kuli. Dwa inne wsunął

do kieszeni.

Obok niego przebiegł szczur. Policjant otrząsnął się i opuścił na dół przez otwór. Zręcznie

wylądował na podłodze. Zauważył, że Buzz Meeks łypie na półkę z narkotykami.

– Spójrz na to, chłopcze.

Ashida spojrzał. Bingo. Wśród czterech rzędów buteleczek panował ład. Piąty rząd znajdował się

w nieładzie. Jak w mordę strzelił, facet buchnął środki przeciwbólowe zawierające morfinę.

– Farmaceuta powiedział, że zabrał tylko fenobarbital.

– Taak, wierzę mu – odparł Meeks – ale ten drugi, chudy, ma stracha. Kołnierz koszuli przesiąkł

mu potem. Na mój gust facet jest uzależniony.

– Tak. Wykorzystał napad, żeby ukraść fiolkę ze środkiem przeciwbólowym. Zabrał tylko to, co

napastnik mógł wynieść i co można było ukryć.

Meeks mrugnął porozumiewawczo.

– Masz cholerną rację, Charlie Chanie.

– Jestem Japończykiem, sierżancie. Wiem, że nie dostrzegłby pan różnicy, ale nie jestem

pieprzonym Chińczykiem.

Meeks wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Dla mnie wyglądasz jak Amerykanin.

Ashidzie zakręciło się w głowie. Zawsze tak miał, kiedy mu schlebiano…

Spojrzał w kierunku frontowej części sklepu. Pinker lustrował podłogę, a Blanchard wydębiał

żyletki do golenia od kierownika. Uzależniony farmaceuta pobladł chorobliwie. Wykręcał ręce,

wysuwając grdykę do przodu.

Meeks podszedł i chwycił go za krawat. Krawat zamienił się w smycz. Meeks zaciągnął go do

apteki i pchnął na Ashidę. Gość popuścił w spodnie. Ashida pchnął go na ladę i sprawdził, czy facet

go nie pobrudził.

Uzależniony farmaceuta zadygotał. Plama moczu się powiększyła. Meeks wytarł krople moczu ze

swojego paska.

– Buchnąłeś opakowanie środka przeciwbólowego? Często to robisz?

– Raz w tygodniu, szefie. Coraz rzadziej. Niech skonam, jeśli kłamię…

– Masz trzydzieści sekund, żeby mnie przekonać, że nie maczałeś palców w tym napadzie. Teraz

już tylko dwadzieścia dziewięć.

Farmaceuta złożył dłonie w geście modlitwy.

– Przysięgam, szefie. Chodziłem do szkoły aptekarskiej Świętego Jana Bosko w Jersey City.

Wychowałem się u dominikanów.

Meeks ściągnął z półki buteleczkę z morfiną. Uzależniony farmaceuta oblizał wargi.

– Do kogo zadzwonisz, żeby zakablować dilerów w zamian za skradzioną heroinę. Kto będzie

teraz twoim tatuśkiem z Oklahomy?

– S-S-S-Sierżant T-T-Turner M-M-Meeks. Pan sierżant będzie moim tatuśkiem… niech skonam,

jeśli kłamię.

Meeks rzucił mu butelkę. Farmaceuta chwycił ją i zniknął między rzędami półek.

– Jesteś delikatny, Ashida. Nie mam pojęcia, dlaczego ta robota tak cię kręci.

Gromadka z przodu sklepu przerwała obrady. Blanchard przytulił starsze panie. Kierownik

wyciągnął aparat i robił zdjęcia. Zdjął nawet Pinkera z pędzelkiem do pobierania odcisków palców

i Dużego Lee w bokserskim przysiadzie. Meeks podszedł do niego i wymienili markowane ciosy.

Starsze panie zapiszczały z podniecenia.

Wyszli przed sklep i pomachali sobie na pożegnanie. Ashida wygładził garnitur i zaczekał, aż tłum

się rozejdzie. Pinker, Blanchard i Meeks stali nad jego urządzeniem. Blanchard spojrzał na Meeksa,

jakby chciał powiedzieć „jasny szlag”.

Ashida wyszedł na zewnątrz i ruszył do kolegów. Zza rogu wyjechał radiowóz i stanął przy

krawężniku z piskiem opon. Pinker, Blanchard i Meeks wyprężyli się na baczność.

– Zróbcie inteligentną minę – powiedział Pinker.

– To Whiskey Bill – rzucił Meeks.

– Świętoszkowaty sukinsyn – wtrącił Blanchard.

Z radiowozu wysiadł facet w mundurze kapitana i obejrzał urządzenie. Był średniej budowy ciała,

miał ciemne, krótko ostrzyżone włosy i okulary. Przypominał kapitana Williama H. Parkera.

Ashida wyprężył się na baczność. Parker obejrzał przewody połączone z kasetą na film. Pinker,

Blanchard i Meeks przyjęli defiladową pozycję „spocznij”.

Parker trącił kabel czubkiem buta.

– Pomysłowe, choć interesują mnie wyłącznie urządzenia o szerszym praktycznym zastosowaniu.

Opiszcie, jak wpadliście na pomysł tego ustrojstwa, i szczegółowo wyjaśnijcie zasady jego

działania. Chcę mieć raport na jutro, na dziewiątą rano.

Ashida i Pinker skinęli głowami.

Parker zmierzył Meeksa wzrokiem.

– Twoja otyłość jest wręcz obraźliwa. Jeśli w trzydzieści dni nie zrzucisz piętnastu kilogramów,

ja lub komendant Horrall skierujemy cię na „dietę grubego męża”, którą wychwalano w ostatnim

numerze „Ladies’ Home Journal”.

Meeks potulnie skinął głową.

Parker spojrzał na Blancharda.

– Opuść rękawy. Ten tatuaż z syrenką jest odrażający.

Blanchard opuścił rękawy.

Parker stuknął w zegarek.

– Jest dziesiąta trzydzieści jeden. Chcę mieć raport w sprawie skradzionego samochodu wraz

z opisem przebiegu napadu. Ma trafić na moje biurko za pięćdziesiąt pięć minut.

Pinker skinął głową. Ashida skinął głową. Blanchard i Meeks skinęli głowami. Parker wsiadł do

samochodu i odjechał.

– Whiskey Bill – powiedział Meeks.

Blanchard powiedział:

– Przegrał forsę podczas mojej walki z Jimmym Bivensem. Nie może tego zapomnieć.

– Walkę ustawiono – zwrócił mu uwagę Pinker. – Trzeba było mu powiedzieć.

10.32

Spring Street jechały wojskowe pojazdy półgąsienicowe. Za pojazdami wlekły się ciężarówki

z haubicami. Konwój ciągnął się przez wiele przecznic. Mówili o tym przez radio. Żołnierze mieli

ochraniać fabryki zbrojeniowe i Fort MacArthur.

Wojskowi kierowcy machali miejscowym. Piesi przystawali, aby powitać ich brawami.

Mężczyźni uchylali kapelusza, dzieci wiwatowały, a kobiety posyłały całusy.

Całe miasto stało w korku. Ashida skręcił na wschód, na rogu Czwartej Ulicy i Broadwayu.

Przechodnie spoglądali na niego podejrzliwym wzrokiem.

Czuł się tak, jakby był pozbawiony ciała. Złamał zasadę nakazującą śledzenie bezprawia od

powstania przestępczego czynu, poddał się kryminalnej patologii. Zaryzykował eksperyment. Czy

udział w dochodzeniu od pierwszej chwili i chłodna empatia pozwolą mu lepiej zrozumieć psychikę

przestępcy?

Wstęp do kryminalistyki. Wiedział, że poddał się dowodom w odpowiedniej chwili. Że ta sprawa

wzięła nad nim górę. Symbioza – sprawa i ty.

Skorzystał z podręcznikowej okazji. Opisze patologię prozaicznego napadu z bronią w ręku

i sporządzi raport o swoich ustaleniach. Jego odkrycia mogły się przysłużyć całej kryminologii

śledczej. Z drugiej strony mogły się do niczego nie przydać. Ashida odczuwał przymus działania. Był

typowym Japończykiem. W Japonii mężczyźni rodzili się po to, żeby być ucieleśnieniem działania.

Ashida skręcił na wschód i wjechał na teren Little Tokyo. Tętno uległo spowolnieniu, oddech się

uspokoił. Obok niego przejechał czarno-biały radiowóz. Policjant rozpoznał go i pomachał ręką.

Jego matka mieszkała w domu bez windy, przy zbiegu Drugiej Ulicy i San Pedro. Na korytarzach

stale pachniało smażonym węgorzem. Ashida wynajmował małe mieszkanie po drugiej stronie

ogólniaka Belmont High.

Mieszkanie było zagracone sprzętem laboratoryjnym. To, co się nie zmieściło, wypełniało jego

dawną sypialnię u matki. Mariko nie miała nic przeciwko jego wizytom. Kręciła nim, kiedy jej

przyszła ochota.

Ashida wszedł do domu i otworzył drzwi. W mieszkaniu panowała cisza. Mariko musiała dokądś

wyjść, pewnie piła i wszczynała awantury. Wszedł do swojej dawnej sypialni i zamknął drzwi.

Półki uginały się od podręczników. Od fiolek z substancjami chemicznymi i wanienek. Zlewek,

palników Bunsena i płyt grzewczych. Do stołu był przymocowany spektrograf i trzy mikroskopy.

Położył kawałki pocisku na stole i sięgnął po tekst z dziedziny identyfikacji amunicji. Obejrzał

kawałki pod lupą, a następnie przestudiował rysy i wgłębienia.

Kula przebiła gipsową płytę. W książce połączono różne rodzaje amunicji z materiałami, do

których oddano strzał. Zdjęcia były wyraźne. Strona sześćdziesiąta ósma – płyta gipsowa. Dwie

strony dalej znalazł zdjęcie fragmentu pocisku z niemal identycznymi rysami i wgłębieniami.

Klasyczna niemiecka broń. Dziewięciomilimetrowy luger.

Luger miał wyrzutnik sprężynujący. Łuska w locie wykonywała powolny łuk. Wprawny strzelec

mógł ją złapać w powietrzu.

W niezależny sposób zidentyfikował pocisk. Zabrał dwa fragmenty z miejsca przestępstwa. Dał

Rayowi Pinkerowi cztery pozostałe. Pinker zidentyfikuje je lub nie.

Pinker nie znał się na identyfikacji kul. Ashida zbada ten dowód sam.

Teraz kolej na włókna.

Pinker wiedział, że Ashida ma całą półkę z próbkami włókien. Wiedział również, że są wśród nich

próbki włókien z opaski gwałciciela. Tym dowodem dysponowali obaj. Do tej pory próbki włókien

jeszcze do niczego się nie przydały.

Ashida odnalazł dwa zestawy włókien. Oglądane gołym okiem, wyglądały podobnie. Umieścił je

na szkiełkach, żeby porównać ze sobą pod mikroskopem.

Pochylił się niżej. Przyjrzał się teksturze i kolorowi. Prawie, prawie, bardzo blisko. Tak, próbki

włókna na jego półce pochodziły z takiej samej tkaniny, z której wykonano opaski.

Mógł wygotować barwnik i go wysuszyć, mógł przeprowadzić testy chemiczne. Ale testy miały

wady systematyczne, więc rezultaty nie byłyby rozstrzygające.

Drgnął, słysząc zgrzyt klucza w zamku. Wyszedł z sypialni do salonu. O 11.00 oddech Mariko

zalatywał alkoholem.

– Witaj, matko – powiedział. Wybełkotała coś po japońsku. Skłonił się, próbując ująć jej dłoń.

Odsunęła się i mignęła mu przed nosem czasopismem.

Jakimś szmatławcem ze „zdjęciami panny młodej”. Wystarczyło wybrać zdjęcie i zamówić młodą

kobietę. Zostanie wyprawiona w podróż z Japonii. Oczywiście należało dołączyć pięćset dolarów na

bilet za rejs parowcem. Gwarantowano, że wszystkie dziewczyny są płodne i posłuszne.

– Przecież ci to wyjaśniłem, matko. Nie poślubię piętnastoletniej dziewczyny z burdelu.

– Jesteś za stary na kawalera. Sąsiedzi są coraz bardziej podejrzliwi.

– Nie obchodzą mnie sąsiedzi. Akira jest kawalerem, dlaczego jemu nie dokuczasz?

Mariko zaczęła mówić pidżin english, którego to języka nauczyła się w obozach robotników

kolejowych około 1905 roku. Posługiwała się pidżin english, żeby okazać pogardę dla jego

wykształcenia.

– Mów po angielsku, matko. Mieszkasz w tym kraju od trzydziestu sześciu lat.

Mariko klapnęła na kanapę.

– Franklin Dwulicowy Rosenfeld ustąpił ministrowi Togo. „Stany Zjednoczone niebawem ulegną

pod naporem Chin”, mówi Czang Kajszek.

Ashida zachichotał.

– Poplątała ci się geopolityka, mamo. Zapytałbym, gdzie to usłyszałaś, ale obawiam się, że mi nie

odpowiesz.

Mariko zachichotała.

– Od wielebnego Coughlina12 z Frontu Chrześcijańskiego. „Nie pójdziemy na wojnę za

żydowskich bankierów”, powiedział Gerald L. K. Smith. Szczęściarz Lindy13, ichiban14. Przeleciał

samotnie Atlantyk i wylądował u stóp Hirohito.

Dość tego.

Ashida wyszedł do kuchni. Obok suszarki na naczynia stała butelka whisky Hiram Walker Ten

High. Nalał podwójną porcję i zaniósł Mariko. Wychyliła jednym haustem i zachichotała, klepiąc

kanapę.

Usiadł.

– Powiedz mi coś normalnego. Wyobraź sobie, że jestem Akirą i mamy interes do omówienia.

– W ciągu ostatniego kwartału zyski z farmy wzrosły o szesnaście procent. Żydowski księgowy

znalazł sposób na obniżenie łapówek dla kapitana Madrano. Powiedział: „Wydatki na opieka

i karmienie meksykańska robotnik dobrze pomniejszać”.

Ashida poklepał ją po ramieniu.

– Pamiętaj o częściach mowy, matko. Nie zapominaj o przedimkach. Kaleczysz język, kiedy sobie

wypijesz.

Mariko trąciła go w ramię.

– Teraz lepiej? Czytałam o Buckym Bleichercie w „Heraldzie”. Powiedział, że wkrótce czeka go

walka. Nie wspomniał, że jest przyjacielem mojego syna i walczy tylko z głupkami, którym może

dołożyć. Nie napisali, iż mój syn sądzić, że jego mama być piąta kolumna. Tata Bucka być piąta

kolumna, bo należeć do Niemiecko-Amerykańskiego Bundu15.

Frajerski cios. Upiła się, a teraz udaje głupa i wali poniżej pasa.

– Nie mów tak o Bucku, mamo. Wiesz, że to nieprawda.

– Bucky to straszny tchórz. Boi się walczyć z tym Meksykańcem. Tatuś w Bundzie, a Bucky to

mięczak.

Ashida wstał i wpadł na stojącą lampę. Mariko przytknęła dwa palce do warg i zawołała:

– Sieg Heil!

Ashida wykonał gwałtowny zwrot i zniknął w swoim pokoju.

W jego klitce zrobiło się za gorąco. Ciepło powodowało, że substancje chemiczne się rozszerzały,

a opary uchodziły na zewnątrz. Włączył wentylator i wykręcił bezpośredni numer do wydziału

napadów rabunkowych.

Po trzech sygnałach usłyszał:

– Tu Meeks, słucham.

– Mówi Hideo Ashida, sierżancie.

– Taak. Którą mamy godzinę? Zadzwoniłeś, żeby powiedzieć mi coś, czego nie wiem?

– Tak, faktycznie.

Meeks odchrząknął.

– No to wal, słucham.

– Włókno pozostawione na półce odpowiada włóknu z opaski gwałciciela. To ta sama tkanina,

więc jest całkiem prawdopodobne, że pochodzi z opaski używanej przez żandarmerię wojskową.

Opaska może, ale nie musi być tą samą, którą nosił ten gość. Skoro tkanina na pewno jest ta sama,

czasowa zbieżność wydarzeń powoduje, że gwałciciel staje się podejrzany o napad.

Meeks gwizdnął.

– Cóż, trzeba będzie powiedzieć o tym Dudleyowi Smithowi. Dudley dowie się, co Jack Horrall

zechce z tym zrobić.

– Jak to?

– Mamy kumulację: gwałt-i-napad-z-bronią-w-ręku. Na dodatek wygląda, że jakiś psychopata

z żandarmerii wojskowej hula na wolności. Gościa można by wystawić w pieprzonej walce psów.

Zarobimy kilka punktów u armii, jeśli załatwimy to tak, żeby gość nie musiał stawać przed sądem

wojskowym.

Ashida przełknął ślinę.

– Albo cywilnym?

– Zaczynasz łapać, synu. Pani Ashida nie wychowała głupich dzieci.

Ashida odłożył słuchawkę. Hałas panujący w sali wydziału odbił się echem od podłogi.

Wybrał sobie męski świat. Teraz uczył się jego zwyczajów i kodeksu postępowania. To

nieznośnie ekscytujące.

2

DZIENNIK KAY LAKE

[SKOMPILOWANY I UPORZĄDKOWANY CHRONOLOGICZNIE PRZEZ

PRACOWNIKÓW MUZEUM POLICJI LOS ANGELES]

LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

11.23

Zaczęłam prowadzić dziennik pod wpływem impulsu. Na moich oczach rozegrała się niezwykła

scena. Siedziałam na tarasie sypialni. Szkicowałam południową panoramę i wsłuchiwałam się

w szum silników na przebiegającym w dole Stripie.

Kolumna pojazdów opancerzonych ciągnęła na zachód do Sunset, witana badawczymi

spojrzeniami i wiwatami. Uzbrojona armada potrzebowała całych dziesięciu minut, żeby przesunąć

się pod moim domem. Ludzie zatrzymywali samochody, aby wysiąść i zasalutować młodym

żołnierzom. Ruch uliczny prawie zamarł, ale nikt się tym nie przejmował. Żołnierze byli wyraźnie

uradowani przejawami szacunku i serdeczności. Machali i przesyłali całusy. Pół tuzina kelnerek

wybiegło z baru Dave’s Blue Room, podając im skrzynki alkoholu. Ktoś krzyknął: „Niech żyje

Ameryka!”. Wtedy wiedziałam.

Nadchodzi wojna. Zaciągnę się.

Zawsze robiłam to, co powiedziałam. Oficjalnie oznajmiam swój zamiar, a następnie przystępuję

do jego realizacji. Będę codziennie spisywać swoje obserwacje w dzienniku, aż obecny konflikt

dobiegnie końca lub cały świat wyleci w powietrze. Zrezygnuję z łatwego życia i poszukam

oficjalnego zajęcia w pobliżu linii frontu. Obecnie wiodę życie amatorki. Moje kompulsywne szkice

przypominają dzieła uczennicy próbującej uchwycić oszałamiającą rzeczywistość. Lekcje fortepianu

i coraz większa wprawa, z jaką gram łatwiejsze nokturny Chopina, uniemożliwiają mi inne

poważniejsze przedsięwzięcia. Ten piękny dom w żadnym stopniu nie łagodzi mojego psychicznego

dyskomfortu. Szczodrość Lee Blancharda wprawia mnie w zakłopotanie bardziej niż cokolwiek

innego. Ten dziennik stanowi ostrą reakcję na zastój i wewnętrzny niepokój.

Zawsze czułam, że przewyższam swoje otoczenie. Ten dom jest tego najwymowniejszym

przykładem. Osobiście wybrałam każdą z reprodukcji niemieckich ekspresjonistów, każdy mebel

z jasnego drewna. Jestem dziewczyną z prerii, z Sioux Falls w Dakocie Południowej – utalentowaną

osobą o nienasyconej ambicji.

Przeprowadziłam się do oddzielnej sypialni. Zuchwale rozwiesiłam na ścianach własne prace

między dziełami Klee i Kandinskiego. Jest wśród nich kilkanaście szkiców przedstawiających

boksera wagi półciężkiej, Bucky’ego Bleicherta. Bucky ma smakowite, młode ciało i duże zęby.

Rysowałam go wiele razy, z rzędów przy ringu Olympic. Bucky Bleichert jest miejscowym celebrytą,

ale nie uważa boksu za poważną sprawę. Uwielbiam jego ostrożność na ringu. Nigdy z nim nie

rozmawiałam, ale jestem pewna, że go rozumiem.

Kiedyś też byłam lokalną celebrytką. W lutym 1939 roku. Miałam dziewiętnaście lat.

Zawdzięczałam to wszystko napadowi na bank i schwytaniu jego rzekomych sprawców.

Ten dom. Kilka lat temu był moją ucieczką, ale teraz stał się pułapką.

Mam go dzięki napadowi, a nie roztropnym inwestycjom Lee w zakłady bokserskie. Jak

powszechnie wiadomo, Lee Blanchard nie jest łebskim inwestorem. Nie jest też moim kochankiem,

w potocznym rozumieniu tego słowa. Wkroczył do mojego życia, aby ułatwić mi drogę do mojego

przeznaczenia – cokolwiek nim jest. Dziś to rozumiem.

W Sioux Falls nie zdołałabym osiągnąć swojego przeznaczenia. Zimą ścinał je chłód, a latem

ludzie umierali z gorąca. Indianie opuszczali tereny pobliskich rezerwatów i ginęli od noża podczas

bójek w nielegalnych barach. Członkowie Ku-Klux-Klanu porwali czarnucha z więzienia

okręgowego. Oskarżono go o zgwałcenie głupkowatej białej dziewczyny. Dziewczyna nie była skora

do potępienia lub oczyszczenia oskarżonego. Ci z Klanu urządzili mu sąd kapturowy i w połowie

sierpnia zostawili go przywiązanego do słupa na wzgórzu pełnym czerwonych mrówek. Zabiło go

letnie słońce i owady. Miejscowi byli podzieleni w tej kwestii.

Protestanci gardzili nielicznymi miejscowymi katolikami. Przez cały okres wielkiego kryzysu

powstawały grupki natywistów. Metodyści byli skonfliktowani z luteranami i baptystami oraz vice

versa. W 1934 roku wybuchła wojna ranczerska o cenę bydła. Zabito czternaście osób w pobliżu

granicy z Iowa.

Moi rodzice i starszy brat byli wspaniałymi ludźmi zadowolonymi z życia. Grzeszyli jedynie

brakiem wyobraźni. Udawałam, że jestem taka jak oni, aby mi nie przeszkadzali. Żyłam po to, aby

czytać, rysować i wałęsać się po okolicy. Ludzie o mnie gadali. Rzucałam rasistowskie hasła

w kościele.

Rodzina była mi obojętna. Ten fakt mnie z lekka przerażał. Chciałam uciec do Los Angeles i zostać

kimś innym. Później dostałam pracę w księgarni i ukradłam miesięczny utarg. Zostawiłam rodzicom

lakoniczny liścik pożegnalny.

Był listopad 1936 roku, a ja miałam szesnaście lat. Autobus jechał na zachód przez burze

piaskowe i powódź w okolicy Albuquerque. Przy granicy z Kalifornią stacjonowali uzbrojeni

bandyci. Mieli zadanie nie wypuszczać ubogich przybyszów z Oklahomy. Byli policjantami z Los

Angeles.

Wynajęłam pryczę w domu dla pracujących kobiet w Hollywood i zatrudniłam się jako kelnerka

w barze samochodowym Simon’s Drive-In w rejonie Miracle Mile. Zakładałam wrotki i kręciłam

zawadiackie kółka, żeby mieć rozrywkę i zarobić parę groszy z napiwków. Inne dziewczyny

nienawidziły mnie i rozpowszechniały plotki, że jestem prostytutką. Później mnie zwolnili. Wtedy

zaczęłam wieść żywot członkini artystycznej bohemy.

Kryzys zaczął słabnąć, ale bieda i niesprawiedliwość nadal hałaśliwie zaznaczały swoją

obecność. Łaziłam po Los Angeles ze szkicownikiem. Tworzyłam rysunki zaangażowane społecznie,

przedstawiające walkę miejscowej klasy robotniczej. Przeczytałam Karola Marksa, ale uwierzyłam

tylko w jedną trzecią tego, co napisał. Łaziłam na niezliczone wieczorki organizowane przez

organizacje lewicowe. Lewicowe poglądy stały się dla mnie modnym rekwizytem. Niestety

brakowało im wielkości, którą zaczęłam postrzegać jako coś przysługującego mi z urodzenia.

Kochałam mężczyzn i dostawałam szału od tłumionej żądzy. Pożądanie pchnęło mnie do szeregu

romansów z drugorzędnymi muzykami jazzowymi. Seks okazał się inny, niż sądziłam – oznaczał

napięcie, zapach i prozaiczny mezalians. Było to słodkie-gorzkie objawienie, a wszystkie

oczekiwania pierzchły.

Pożyczyłam forsę paru kochankom i musiałam sięgnąć po pieniądze, które odłożyłam, pracując

jako kelnerka. Wyrzucono mnie z domu dla pracujących kobiet, co przyjęłam wojowniczym

wybuchem radości. Żywiłam się w ulicznych jadłodajniach i spałam w śpiworach rozwijanych

w Griffith Park. Codziennie myłam się w domu miejscowej YWCA i zawsze byłam zadbana. Po

równo przepełniały mnie niewinność i szaleństwo. Nie zwracałam uwagi na niebezpieczeństwo

i byłam zbyt zepsuta przez mężczyzn, żeby oceniać ich niezależnie od swojego pożądania.

Bobby De Witt był perkusistą jazzowym. Typowym bawidamkiem. Nosił flanelowe spodnie

o wysokiej talii i dwukolorowe kurtki. Dotrzymywał kroku swoim dawnym kumplom pachuco16

z poprawczaka w Preston. Zauważył, że go szkicuję. Wmawiałam sobie, że poznał się na moim

talencie i zuchwałości godnej Normy Shearer. Myliłam się. Poznał się jedynie na moim zamiłowaniu

do ekscentryczności.

Bobby zajmował mały dom w dzielnicy Venice Beach. Miałam tam własny pokój. Odespałam

w nim długie miesiące wypełnione pracą na dworze oraz zbyt gorące i zbyt zimne noce. Mój

organizm ciągnął na zapasach. Byłam na skraju niedożywienia i nie wiedziałam, co dalej robić.

Wtedy Bobby mnie uwiódł. Sądziłam, że to ja uwiodłam jego. Myliłam się. Zauważył, że dostaję

skrzydeł, i postanowił je przyciąć.

Początkowo Bobby wydawał się uroczy. Sytuacja zaczęła się zmieniać zaraz po Nowym Roku.

Jego interesy uległy poprawie. Uzależnił mnie od laudanum, zmusił do siedzenia w domu i odbierania

telefonów. Do notowania randek jego dziewczyn i ich „klientów”. Później było jeszcze gorzej.

Uzależnił mnie od narkotyków i zagnał do swojej stajni. Wtedy sytuacja stała się znacznie gorsza.

Perkusista jazzowy zawsze był synonimem dealera narkotyków i stręczyciela. Mam na to dowód

w postaci blizn od noża na udach.

Nadeszła zima 1939 roku. Moja lokalna sława była na wyciąg nięcie ręki. Radio i gazety miały

swoją wersję, a Departament Policji Los Angeles swoją. Obie wersje zgadzały się w jednym: Kay

Lake poznała Lee Blancharda na procesie Bobby’ego De Witta.

To nieprawda. Poznałam Lee przed skokiem na Boulevard-Citizens.

Poznaliśmy się w Olympic Auditorium. Bobby pozwolił mi wyjść z domowego burdelu na

„przepustkę”. Od roku byłam zwariowaną fanką Bucky’ego Bleicherta i chodziłam na wszystkie jego

walki.

Bucky znokautował rywala w szóstej rundzie. Po opuszczeniu areny ruszyłam razem z tłumem. Lee

się przedstawił. Z miejsca rozpoznałam w nim byłego boksera. Nie miałam pojęcia, że jest

gliniarzem.

Gadaliśmy. Lubiłam Lee. Starałam się ukryć swój bolesny upadek. Pędziłam do domu, do

laudanum i kokainy. Lee poszedł za mną do Venice Beach. Tamtej nocy tego nie wiedziałam.

Później były dwie kolejne przepustki na nocne walki. Za każdym razem wpadałam na Lee. Szedł za

mną od domu do Olympic. Wtedy o tym nie wiedziałam.

Lee delikatnie wyciągnął ze mnie informacje. Przejrzał moje kłamstwa i eufemizmy i wściekł się.

Powiedział mi, że planuje pewien interes. Dał do zrozumienia, że „mógłby się zająć” moją sytuacją.

Nadszedł 11 lutego 1939 roku. W gazetach dobrze opisali fakty. Bank był w Hollywood, przy

skrzyżowaniu Yucca i Ivar. Czterej mężczyźni porwali furgonetkę opancerzoną, która tam jechała.

Przewrócony motocykl posłużył do odwrócenia uwagi. Mężczyźni obezwładnili i odurzyli

chloroformem trzech strażników. Później zastąpili sześć worków pełnych gotówki sześcioma

workami pełnymi pociętych stron książek telefonicznych.

Rzucili je na tył furgonetki opancerzonej, przebrali się w mundury strażników i pojechali do banku.

Kierownik zobaczył worki ze ścinkami i otworzył skarbiec. Załatwili go i powiększyli łup o forsę,

która była w sejfie bankowym. Zamknęli kasjerów w skarbcu i wyszli drzwiami frontowymi.

Tylko że jeden z kasjerów uruchomił alarm. Cztery najbliższe patrole przyjechały na sygnale.

Doszło do wymiany strzałów. Dwóch rabusiów zginęło, dwóch innych zdołało uciec. Żaden policjant

nie odniósł ran ani nie ucierpiał w inny sposób.

Dwaj zabici napastnicy zostali zidentyfikowani jako „ludzie do wynajęcia spoza miasta”. Dwaj

zbiegli bandyci nigdy nie zostali zidentyfikowani.

W gazetach dobrze to opisali. Pisali dobrze przez następne dwa tygodnie. Dwudziestego ósmego

lutego „Herald” zamieścił nagłówek: CYNK OD BYŁEGO BOKSERA DOPROWADZIŁ DO ROZWIĄZANIA

ZAGADKI KRWAWEGO NAPADU NA BANK.

Oficjalna wersja była następująca:

Funkcjonariusz Lee Blanchard połączył różne tropy. Informatorzy i „znajomi z ringu” dostarczyli

mu „kluczowych informacji”. Wskazali Bobby’ego De Witta jako „przestępczy mózg stojący za

robotą przy Boulevard-Citizens”.

Oczywiście wszystko to było kłamstwem. Bo „czwarty sprawca” nie został zidentyfikowany.

Wiem, kto to taki. Opinia publiczna i Departament Policji Los Angeles nie wiedzą.

Bo naprawdę było tak:

Robotę przy Boulevard-Citizens wymyślił Lee Blanchard. Wiedziałam to wtedy i wiem teraz. Lee

i ja nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Po prostu dzieliliśmy się tą wiedzą tak, jak nie dzieliliśmy ze

sobą łóżka.

W czerwcu Bobby stanął przed sądem. Skazano go na podstawie podrzuconych dowodów. Lee

Blanchard jest znacznie bardziej przebiegły i inteligentny, niż się wydaje. Bobby’emu groziło od

dziesięciu lat do dożywocia. Wtedy „Herald” zamieścił historię z życia wziętą. Puenta okazała się

zgoła perwersyjna: DZIEWCZYNA Z GANGU SIĘ ZAKOCHAŁA… W GLINIE! CZY PÓJDĄ PROSTO… DO

OŁTARZA?

Brałam udział w procesie i zeznawałam przeciwko Bobby’emu. Zmniejszyłam dawkę laudanum,

aby odgrywać udręczoną ofiarę w ławie dla świadków. Biuro prokuratora okręgowego słabo

przygotowało oskarżenie. Opisanie mojego upodlenia stało się aktem oskarżenia, argumentem

końcowym, wyrokiem i orzeczeniem mojego potępienia. Powtórzyłam kłamstwo, że Lee i ja

poznaliśmy się na sali sądowej.

Nie poszliśmy prosto do ołtarza. Lee kupił ten dom. Bobby De Witt został skazany i trafił do

więzienia San Quentin. Lee kilka razy nie chciał się ze mną kochać i zerwał tę część naszej umowy.

Żyję z policyjnej pensji Lee oraz tego, co rzekomo zaoszczędził z wygranych na zakładach

bokserskich. Uczę się, żeby zrobić dyplom na UCLA. Mój nauczyciel fortepianu nazywa mnie

początkującą szopenistką. Chodzę z facetami do łóżka na kiwnięcie palcem – bo tego chcę i muszę

wymazać ślad Bobby’ego De Witta. Sprowadzam ich tutaj, do domu, który kupił Lee Blanchard. Lee

nie okazuje niechęci z tego powodu. Większość nocy przesypia na pryczy w biurze śledczym. Bardzo

chce, żeby go przenieśli. Znajduje się pod urokiem szarmanckiego, brutalnego gliniarza Dudleya

Smitha i marzy o dołączeniu do jego gromadki.

Mam swój amatorski świat oraz znacznie bardziej atrakcyjny świat przestępców i gliniarzy. Bez

problemu zamieszkuję oba, okazując zuchwałość w stylu Normy Shearer. Upajam się swoją pozycją

osoby dobrze poinformowanej. Jej początkiem był Bobby De Witt. To on zachęcił mnie, żebym

weszła do tego świata. Jestem mu winna przysługę z tego powodu.

Bobby przedstawił mnie Brendzie Allen – szefowej telefonicznej agencji towarzyskiej. Brenda

pomogła mi zerwać z narkotykami. Jesteśmy ze sobą w kontakcie. Spotykamy się przy kawie

i plotkujemy, aż dostaniemy chrypki. Brenda załatwia dziewczyny na telefon i obsługuje elitarną

klientelę. Jej kochankiem jest sierżant Elmer Jackson z obyczajówki. Elmer jest dziwaczny

i zabawny. Niefrasobliwie ułatwia istnienie ekskluzywnej, tolerowanej przez policję prostytucji.

Komendant Jack Horrall dostaje siedem procent rabatu.

Kocham oba z moich światów. Chociaż jestem znacznie bardziej zaangażowana w świat

przestępców i gliniarzy. Zapłaciłam wysoką cenę, żeby się do niego dostać.

Kolejny konwój przejeżdża Sunset i Doheny. Czuję drżenie w całym ciele.

W poniedziałek wieczorem w filharmonii wystąpi Paul Robeson. Mogłabym tam pójść. Może

pojawią się moi dawni kumple z lewicy. Oczarowałabym ich jako lokalna celebrytka i przekonała, że

Stalin jest równie zły jak Hitler. Mogłabym nawet odegrać niezłą scenkę.

Jestem znudzona. Moje życie to nieustanne zajęcia świetlicowe. Lee powtórzył mi plotkę, która

krąży w ratuszu: Bucky Blei chert złożył podanie o przyjęcie do policji.

Mam nadzieję, że go przyjmą. Zjawię się na uroczystości rozdania dyplomów w akademii

i narysuję go w granatowym mundurze gliniarza. W niedzielę stoczy pożegnalną walkę. Będę tam, aby

obejrzeć jego ostatnie ciosy. W gazetach są karykatury cesarza Hirohito. Rysownicy przedstawiają go

z wielkimi zębami Bucka. Konwój zniknął mi z oczu. Drżenie opuściło ciało.

Przed tą chwilą nie ma niczego. Nadchodzi wojna. Zaciągnę się.

3

WILLIAM H. PARKER

LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

13.02

Kolejny pieprzony konwój. Ruch na Pico i Crenshaw praktycznie zamarł.

Główne skrzyżowanie miasta. Zablokowali wszystkie sześć pasów. Cywilni uczestnicy ruchu

trąbią, ile wlezie – częściowo z patriotycznego zapału, częściowo z frustracji.

Parker spojrzał na zegarek. Był już dwie minuty spóźniony. Umówił się z Carlem Hullem na

posterunku Wilshire. Carl miał teczki piątej kolumny, bo był w połowie agentem wywiadu,

w połowie gliną.

Jakiś pajac na motocyklu uniósł przednie koło i skręcił na zachód. Złamał przepisy ruchu

drogowego. Na rozmowę w sprawie jeszcze ciepłego wozu, którym dokonano napadu, stracił

godzinę. Na szczęście urządzenie skonstruowane przez Ashidę wynagrodziło wszystko.

Żołnierze nagrodzili wiwatami cyrkową akrobację motocyklisty. Pajac pokazał im palec.

Parker wysiadł z samochodu. Konwój ciągnął się od Olympic na północy po Washington na

południu. Tarasujące ruch, wlekące się ospale pojazdy. Durnie z armii przejeżdżali skrzyżowania na

czerwonym światle.

Jego syrena była bezużyteczna. Stłumiłby ją zgiełk ulicy. Obiecali ochronę fabrykom

zbrojeniowym. Dwie haubice przyrzeczono firmie lotniczej Douglas Aircraft. Jego dawny szef

dowodził drużyną pilnującą fabryki. James Edgar „Dwie-Spluwy” Davis dostanie dwie dodatkowe

armaty.

Utknął w ulicznym korku. Utknął w wydziale drogowym. A przecież był Człowiekiem-Który-

Mógł-Zostać-Komendantem. Utknął na wszystkich frontach.

Pochodził z Deadwood w Dakocie Południowej. Był dzieckiem Kościoła i sprawiedliwości

górniczego miasteczka. Zostanie komendantem. Przerwie protestancką sukcesję. Zostanie

komendantem i przeprowadzi gruntowne reformy. Jego szorstki, reformatorski zapał był darem od

Boga. Zostanie komendantem. Szykował się do tego od lat.

Był przecież Williamem H. Parkerem III. Bill Parker I był pułkownikiem Unii i prokuratorem. Bill

Parker I pozamykał burdele w Deadwood i zlikwidował nielegalne bary z gorzałą. Bill Parker I

został wybrany do Kongresu w 1906 roku. Zabiła go marskość wątroby, gdy miał sześćdziesiąt jeden

lat.

Bill Parker I miał Pragnienie. Mroczne dziedzictwo przypadło w udziale kolejnym w linii

sukcesji: Billowi Parkerowi II i III.

W wydziale nazywali go „Whiskey Bill”. Barwne określenie, ale jakże niepełne. Nie

uwzględniające jego stosunku do tego dopustu bożego.

Zachowywał trzeźwość przez cały okres prohibicji, gdyż alkohol był wtedy nielegalny. Rok 1993

przyniósł uchylenie. Od tego czasu pił w dziwnych odstępach czasu.

Deadwood. To tam poczuł Pragnienie.

Deadwood go ukształtowało, tak jak Los Angeles stworzyło. W 1920 roku ukończył szkołę średnią.

Był jednym z najinteligentniejszych uczniów w klasie. W 1922 roku matka wzięła rozwód z Billem

Parkerem II. Zerwała z korzeniami i przeniosła się do Los Angeles. Pomagał jej w przeprowadzce,

a później został w tym mieście.

Los Angeles było sto razy większe od Deadwood i sto razy bardziej skorumpowane. Pracował

jako taksówkarz i kinowy bileter. Grzeszność Los Angeles doprowadzała go do wściekłości. Ogrom

tego miejsca po prostu go wciągnął.

Niemal jako dziecko zawarł potwornie nieudane małżeństwo. Jego oblubienica była ladacznicą.

Robił jej podłe rzeczy. Nie potrafił wymówić jej imienia. Spowiadał się z tych podłych rzeczy

księdzu i dostawał rozgrzeszenie.

Później załatwił unieważnienie małżeństwa i ożenił się powtórnie. Helen Schultz stanowiła

doskonały materiał na żonę. Kiedyś sama była policjantką. Jego pierwsza żona przypominała żałosny

sen pijaka, za to Helen była uosobieniem prawości.

Zatem pracował jako taksówkarz i uczył się w szkole prawniczej. W 1927 roku wstąpił do

Departamentu Policji Los Angeles. Departament był tak skorumpowany, że chciało się rzygać.

Prowadzili go protestanccy żule. Parker trzymał język za zębami i nie wychodził przed szereg. Stał

się człowiekiem od brudnej roboty Dwóch-Spluw Davisa. Gość był zepsuty do szpiku kości. Parker

włączył się w różne męskie projekty. Słyszał rzeczy, których nie powinien słyszeć, i robił rzeczy,

których nie powinien robić. Właśnie z tego koszmarnego upadku zrodziła się jego brutalna ambicja.

Później zaczął piąć się w górę. Zaczęło się od uzyskania dyplomu szkoły prawniczej i świetnego

zdania egzaminu adwokackiego. Jim Davis uczył go prawa z punktu widzenia kogoś pozbawionego

moralności. Zmienił prawo, aby ułatwić sobie karierę.

Kiedy Jim Davis i burmistrz Frank Shaw zostali zmuszeni do odejścia, na burmistrza wybrano

Fletchera Bowrona. Bowron był półgłówkiem i reformatorem do chrzanu. Bowron wtrącił się

w sprawy policji i wywalił komendanta Arta Hohmanna. Ten narobił rabanu, kiedy Fletch mianował

„Mów-Mi-Jack” Horralla. Mów-Mi-Jack był komendantem z tych, co to niczego-nie-słyszeliniczego-

nie-widzieli. Ale dbał o czystą fasadę. Otaczał się chłopakami od brudnej roboty

i rekieterami. Kapitan William H. Parker przymarzł do stołka. Lista awansów przypominała krę

lodową. Wykorzystał swoją prawniczą wiedzę, żeby się na niej nie znaleźć.

Tworzył dokumenty prawne, które wzmacniały służbę publiczną, ograniczały polityczne naciski

i zwiększały autonomię policji. Zadbał o to, żeby prawnicy reformatorzy wprowadzili je w życie.

Byli podstawionymi ludźmi, którzy nie wymieniali jego nazwiska. Pierwszym krokiem była zmiana

statutu miasta w drodze głosowania. Ostatnim przyznanie komendantowi policji statusu urzędnika

służby cywilnej i zapewnienie mu w ten sposób ochrony. Obecne prawo chroniło Mów-Mi-Jack

Horralla, ale pewnego dnia będzie chronić jego.

Departament Policji Los Angeles przypominał gniazdo żmij. W rozgrywkach stronnictw i waśniach

feudalnych panów uczestniczył ratusz. W pokojach gospodarczych biura śledczego założono

stanowiska podsłuchu, w półkach i lampach poukrywano urządzenia do nagrywania rozmów.

Gliniarze paplali bezmyślnie, gliniarze mieli się na oku. Mądrzy gliniarze wykonywali delikatne

rozmowy z płatnego telefonu.

Jak Dudley Smith.

Śledzili się wzajemnie. Udawali uprzejmych. Pomagała im w tym katolicka wiara, którą

wyznawali. Spotykali się co miesiąc na obiedzie u arcybiskupa Cantwella. Mów-Mi-Jack pozwolił

Dudleyowi sprzedawać narkotyki czarnym mieszkającym w południowej części miasta. Mów-Mi-

Jack podzielał odrażającą teorię Dudleya o ospałości rasowej. Dudley był zwolennikiem Coughlina

i hasła „Najpierw Ameryka”. Był Irlandczykiem. Nienawidził Anglików. Uśmiechał się

z zadowoleniem, kiedy naziści zrzucali bomby na Londyn.

Parker stał oparty o czarno-biały radiowóz. Ruch na północ zamarł aż po dzielnicę Adams.

Żołnierze pokrzykiwali do dziewcząt z ogólniaka Dorsey High. Dziewczyny poruszały spódniczkami,

odsłaniając bieliznę.

Uliczny korek.

Parker kierował sekcją wypadków drogowych. Nudna robota, choć ważna, ale nie z tych, co to

ułatwią karierę. Okres dobrej koniunktury w Los Angeles trwał nadal. Przemysł samochodowy

rozwijał się w tempie wykładniczym. Więcej samochodów, więcej wypadków, więcej rannych

i zabitych.

Rok temu Mów-Mi-Jack wysłał go do Uniwersytetu Northwestern. Zapisał się na kurs dla

wyższych funkcjonariuszy policji drogowej. Jego profesorowie wieścili, że „samochody doprowadzą

do apokalipsy”. W kampusie widywał młodą kobietę. Była wysoka, rudowłosa i miała około

dwudziestu pięciu lat. Spytał o nią kilku studentów. Powiedzieli, że jest dyplomowaną pielęgniarką

i studiuje biologię. Nazywała się Joan Jakaś-Tam. Pochodziła z zadupia w Wisconsin. No i lubiła

wypić.

Była 13.14. W konwoju ani jednej luki. Zaraz – pojazd półgąsienicowy skręcający na północ

utkwił w miejscu.

Prześlizgnąć się między nimi. Trafić w słaby punkt.

Parker wsiadł do radiowozu, włączył wiśniowe światło i syrenę. Małe dzieci na chodniku

zapiszczały z wrażenia. Dodał gazu i z piskiem opon przejechał przez wyłom w kolumnie. Dotarł na

posterunek Wilshire o 13.16.

Zaparkował i pobiegł schodami na górę. Młodzi gliniarze otworzyli usta, widząc kapitana

w pełnym sprincie.

Carl Hull miał gabinet naprzeciwko pokoju odpraw. W latach trzydziestych facet prowadził

Czerwoną Grupę i ją zreformował. Departament zatrudnił gliniarzy w roli łamistrajków. Hull położył

kres strajkowi i wrócił do swojego poprzedniego zajęcia archiwisty pilnującego teczek.

Parker wszedł do gabinetu. Hull siedział przy biurku z nogami na blacie. Na dwóch ścianach

wisiały wojskowe mapy. Niebieskie i czerwone pineski oznaczały rozmieszczenie wojsk w Europie.

Żółte oznaczały postępy Japońców w rejonie Pacyfiku.

– Spóźniłeś się siedemnaście minut – powiedział Hull.

Parker przysunął krzesło.

– Zatrzymał mnie skradziony samochód i napad na sklep.

– Słyszałem plotki.

– Opowiadaj.

Hull napełnił fajkę.

– Informacje prosto z biura. Ten Japończyk zadzwonił do Buzza Meeksa. Znalazł włókno pasujące

do włókna pozostawionego przez gwałciciela z żandarmerii.

– To pewne?

– Nie, dzieciak uprzedził o tym Meeksa.

Parker zabębnił palcami w oparcie krzesła.

– A kogo zawiadomił Meeks?

– Dudleya Smitha.

– A Dudley Smith poszedł do Horralla, który powiedział: „Zajmij się tym, Dud”.

Hull zapalił fajkę.

– Właśnie, a przynajmniej tak by się to odbyło w doskonałym świecie. Wolałbym, żeby wszystko

szło zgodnie z procedurą.

Parker zapalił papierosa.

– Też bym wolał. Gardzę gwałcicielami i rabusiami.

Powiew wiatru wydął wojskową mapę. Parker przyjrzał się pineskom oznaczającym front

rosyjski. Stawiające opór czerwone otaczały posuwające się naprzód niebieskie. Do rozgromienia

pozostał tylko krok.

– Po wojnie Rosja będzie naszym wrogiem, Carl.

– Chyba że się wtrącimy, gdy Hitler ich wykrwawi.

Parker pokręcił głową.

– Ruscy to nasi sojusznicy. Chcemy, żeby wygrali wojnę, która dla nas się jeszcze nie zaczęła.

Hull się uśmiechnął.

– Stalin zażąda podziału łupów w Europie Wschodniej. Trzeba będzie oddać terytorium i okopać

się na strategicznych pozycjach.

Parker wskazał mapę.

– Wtedy konflikt będzie mieć czysto ideologiczny charakter. Jak od czasu tej ich pieprzonej

rewolucji. Nie możemy pozwolić, żeby chwilowy sojusz przesłonił nam prawdę, że świat jest za

mały dla obu naszych krajów.

Hull obrócił popielniczkę.

– Podpuszczasz mnie, Williamie.

Parker się uśmiechnął.

– W takim razie wezmę cię w krzyżowy ogień pytań. Przepowiadasz, że Stany zaczną grać z Rosją

w terytorialne szachy? Po zawarciu pokoju?

Hull powiedział:

– Tak.

– W takim razie uznam cię za przyjaznego świadka. Zbiję kapitał na tym ustępstwie. Czy sądzisz,

że tutejsza piąta kolumna będzie na tyle przebiegła i dalekowzroczna, aby rozpocząć działania

wywrotowe przed naszym nieuchronnym zaangażowaniem się w obecny konflikt światowy?

Hull wskazał mapę.

– Tak. Oni wiedzą, że Hitler nie jest w stanie walczyć z powodzeniem na dwóch frontach, jak my.

Wykorzystają to, że Rosjanie utopią we krwi naszą drogę do zwycięstwa, a później przedstawią nas

jako jeszcze większych faszystów i niewdzięczników. Wyciągną każdy książkowy slogan, żeby to

udowodnić.

Parker wyciągnął kieszonkową broszurę.

– Mogę ci przytoczyć kilka cytatów na tę okazję. „Drakońska polityka USA zaraz po zakończeniu

tej wojny wywoła konflikt z Rosją, która jest naszym obecnym sojusznikiem”. „Nasilająca się

histeria wojenna i rasowa doprowadzi do masowych aresztowań wśród niewinnych obywateli

pochodzenia japońskiego w wyniku zmowy Departamentu Policji Los Angeles i FBI”.

Hull ubił tytoń w fajce.

– Bawisz się w adwokata diabła, Williamie. Federalni faktycznie mają listę wywrotowych

elementów japońskich i ją wykorzystają, jeśli zajdzie potrzeba. W tym punkcie nie można

zakwestionować logiki drani.

– Ich logika jest pokrętna, podżegająca, nieszczera i kryminalnie szkalująca. Gnojki podają się za

antyfaszystów, a mimo to udzielają pomocy i wsparcia naszemu wspólnemu faszystowskiemu

wrogowi przez sam fakt pisania i publikowania takich broszur. Jeśli potrzebujesz dodatkowego

przykładu ich perwersyjnie wypaczonej logiki, dodam, że broszurę wydrukowano w tej samej

drukarni, w której Gerald L. K. Smith wydaje siejące nienawiść broszury.

Hull spojrzał na mapy wiszące na ścianach. Parker rzucił broszurę na jego kolana, a Hull po nią

sięgnął.

– Wiem, kto to napisał. Znam jej styl pisania i słownictwo.

– Powiedz.

– To kobieta. Jest socjalistką, pominę mniej pochlebne określenia. Kieruje komórką czerwonych.

Wywiera wpływ na grupę scenarzystów i aktorów. Przychodzą na wiece, wygłaszają mowy

i wywołują zamieszanie. Federalni mają tam swojego informatora. Facet jest psychiatrą z Beverly

Hills. Wszyscy czerwoni wylewają przed nim swoje żale. Kumpel z FBI przekazuje mi brudy od

poczciwego doktora. Pokażę ci teczkę, jeśli przestaniesz mną manipulować i wszystko mi powiesz.

Parker pokręcił głową.

– Najpierw nazwiska. Daj spokój, Carl. Przecież mam wyższy stopień.

Hull zachichotał.

– Lekarz nazywa się Saul Lesnick. Jego córka odsiadywała wyrok w Tehachapi za spowodowanie

wypadku, w którym zginął człowiek. Federalni wydostali ją z pudła pod warunkiem, że tatuś zacznie

donosić.

– A inni?

– Kobieta to Claire De Haven. Jej głównymi akolitami są Reynolds Loftis, aktor grający w filmach

dla dzieci, i jego kochaś, Chaz Minear.

W głowie Parkera nie zapaliło się żadne światełko. Nie poczuł dreszczu zaniepokojenia. Daj sobie

spokój z Przysięgą. Jeden drink cię nie zabije.

– Czerwoni kalają nasz departament, Carl. Nie możemy tego tolerować.

– Pewnego dnia zostaniesz komendantem, Williamie. Czekam na ten dzień. Będę dumnie służyć

pod twoją komendą. Ale obecnie zadowolę się wyjaśnieniem.

Parker wstał.

– Umieścimy kogoś w ich komórce. Naszego informatora. Kogoś, na kogo mamy haka.

Hull otworzył szufladę i wyjął cztery fotografie. Parker pochylił się nad biurkiem.

Hull rozłożył zdjęcia na blacie.

– Kilka tygodni temu przejrzałem raporty z inwigilacji. Pomyślałem o tych ludziach. Uznałem, że

kiedyś mogą się nam przydać, możesz to nazwać nieoczekiwanym zwrotem.

Cztery zdjęcia wykonane z ukrycia. Wszystkie grupowe. Dwa podczas spotkania w budynku, dwa

na wiecach. Daty: od połowy 1937 roku do jesieni 1938 roku. Twarz młodej kobiety wzięta w kółko,

cztery razy.

Miała czarne włosy. Patrzyła na coś uporczywie. Wyglądała prowokacyjnie.

– Co za jedna?

– Katherine Ann Lake, lat dwadzieścia jeden. Wskazówka. Jej chłopak to mundurowy, był na

miejscu twojego napadu z bronią w ręku, kilka godzin temu.

Coś zadzwoniło mu w głowie. Prowokacyjna – jasne.

Robota przy Boulevard-Citizens. I uporczywe plotki: Lee Blanchard zaplanował skok, a później

znalazł kozła ofiarnego. Blanchard miał być rzekomo powiązany z Benem Siegelem. „Bugsy”

przebywa obecnie w areszcie komendy głównej policji. Rzekomo sprzątnął bandziora Greenie

Greenberga. Gangsterskie porachunki w żydowskim światku przestępczym. Listopad 1939 roku.

Siegel wkrótce wyjdzie na wolność. Główny świadek oskarżenia wyskoczył przez okno. Miesiąc

temu na Coney Island, w Nowym Jorku. Za jego śmierć odpowiadał Abe Reles, zbir z gangu.

Pilnowali go ludzie z nowojorskiej policji. Facet ukręcił sznur z prześcieradła i próbował uciec.

Runął w dół z wysokości ósmego piętra.

Katherine Ann Lake. Dziewczyna, którą Blanchard poznał podczas procesu. Oszałamiająca

gwiazda oskarżenia.

Parker spojrzał na zdjęcia.

– Blanchard siedzi po uszy w gównie. Słyszałeś plotki?

Hull zakaszlał.

– Tak, faktycznie. Jeśli pomyślałeś o wykorzystaniu skoku na Boulevard-Citizens, żeby przycisnąć

dziewczynę, masz rację.

– Blanchard chce się skumać z Dudleyem i jego paczką. Słyszałeś plotki?

– Mam coś, o czym nie słyszałeś – powiedział Hull. – Ludzie z komórki wywiadu nowojorskiej

policji widzieli Blancharda na Coney Island na krótko przed skokiem kluczowego świadka

w procesie Siegela. Rozpoznali go z czasów, kiedy walczył na ringu.

Parker spojrzał na zdjęcia. Były wyraźne. Ta dziewczyna, Lake, miała gniewne, ciemne oczy.

4

DUDLEY SMITH

LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

14.16

Okazanie podejrzanych.

Pięciu podejrzanych o gwałt, cztery ofiary i jedno lustro weneckie oddzielające ich od siebie.

Podwyższenie i kreski na ścianie pomagające określić wzrost.

Krzesła dla naocznych świadków. Stojące popielniczki. Wprawiający w osłupienie plakat na

ścianie.

Plakat z flagami i cherlawymi orłami. Plakat nakłaniający do kupowania obligacji pożyczki

wojennej. Opowiadający się za udziałem Ameryki w tej wymyślonej przez Żydów wojnie.

Dudley był zwolennikiem hasła „Najpierw Ameryka”. Uwielbiał cotygodniowe audycje radiowe

ojca Coughlina. Lubił również słuchać tyrad pastora Geralda L. K. Smitha. Dzielił z nim nazwisko,

ale nie byli krewnymi. Pastor był zagorzałym wrogiem papiestwa.

– Zgwałcone panie czekają w pokoju obok – powiedział Mike Breuning. – Wszystkie twierdzą, że

mogą zidentyfikować napastnika. Mamy szczęście. Podejrzani oczekują po drugiej stronie. Wszyscy

są żandarmami z batalionu w Fort MacArthur i wszyscy pasują do rysopisu sprawcy.

Dick Carlisle strzelił knykciami. Elmer Jackson zaczął kartkować notatnik. Od początku brał udział

w śledztwie dotyczącym gwałtów.

Dudley patrzył, jak Elmer czyta. Tak – gwałty pasowały do porannego napadu na drogerię. Ten

Japoniec, spec z laboratorium, miał rację – włókna pozostawione w drogerii nie musiały oznaczać,

że sprawcą jest ich gwałciciel. Mogli mieć do czynienia z dwoma niezależnymi przestępstwami, ale

nie miało to żadnego znaczenia. Zgwałcone kobiety były zdruzgotane. Przestępstwo było równie

poważne jak zabójstwo. Powiedział to Mów-Mi-Jack Horrallowi, a Jack na to: „Zajmij się tym,

Dud”.

Elmer żuł cygaro. Elmer stręczył dziwki razem z Brendą Allen. Telefony zastępcy zespołu były na

podsłuchu. Wszyscy wiedzieli, w jakim gównie tkwią koledzy. Komenda przypominała jedno wielkie

stanowisko podsłuchowe.

Carlisle zapalił papierosa. Breuning stanął nieruchomo. Elmer poruszył cygarem.

– Doszło do czterech incydentów. Wszystkie ofiary opisały gwałciciela jako blondyna średniego

wzrostu, w wieku około dwudziestu pięciu lat. Nasi faceci pasują do opisu. Wszyscy byli na nocnej

przepustce, kiedy doszło do gwałtów. Oprócz tego przed wstąpieniem do wojska wszyscy zostali

oskarżeni o napad i pobicie kobiety. Jeśli chodzi o sposób działania sprawcy: wszystkie cztery ofiary

spacerowały samotnie w zachodniej części Los Angeles. Sprawca porwał je, zakneblował i zawiózł

do czterech pustych mieszkań w okolicy. W tym miejscu historia robi się nieco najbardziej

pokręcona. Najpierw uderzał je dwukrotnie, a później zakładał kondoma i krzyczał z bólu, gdy to

robił.

Dudley się uśmiechnął. Breuning przysunął się bliżej. Dudley położył mu rękę na ramieniu.

– Zadzwoń do szpitala w Fort MacArthur, młodzieńcze. Zrób mi listę żołnierzy leczonych na

syfilis i trypra w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Z batalionu żandarmerii wojskowej i całej

jednostki. Sporządź dwie oddzielne listy i zamelduj się w ciągu godziny.

Breuning wyszedł.

– Co jest, szefie? – spytał Elmer.

– Głos instynktu i hipoteza robocza, młodzieńcze. Przypuśćmy, że opaska żandarma była

podstępem mającym na celu utrudnienie identyfikacji, bo noszenie czegoś takiego przy seryjnym

gwałcie równałoby się samobójstwu. Przypuśćmy, że facet obraził się na jakąś babkę za to, że

zaraziła go tryprem. I przypuśćmy, że to bystry gość z wiedzą naukową. Wie, że można określić grupę

krwi na podstawie ropy lub spermy. Załóżmy też, że z jakichś piekielnie niezrozumiałych powodów

chce, żeby gwałt wywoływał w nim ból.

Elmer zrobił taką minę, jakby chciał powiedzieć „co?”, a Carlisle, „tak, kapuję!”.

Dot Rothstein wprowadziła kobiety. Dot była babką szeryfa i wielką lesbą. Miała metr

osiemdziesiąt pięć wzrostu i ważyła sto dwadzieścia kilogramów. Gliniarze podnosili głowę w jej

obecności.

Kobiety przybrały rozbrajającą minę szkolnej belferki radej, że gwałciciela udało się schwytać.

Na okazanie włożyły szare sukienki przypominające habit. Carlisle poczęstował je papierosem

i podał ogień.

W sali pociemniało od dymu. Kobiety utkwiły wzrok w pomieszczeniu po drugiej stronie lustra

i zaczęły robić miny. Dotstress wyszła.

Dudley zaczął pierwszy:

– Panie są dzielne i wspaniałe. Wiemy, że to przykry obowiązek, dlatego postaramy się, żeby

okazanie trwało jak najkrócej. Do pokoju z drugiej strony wejdzie pięciu mężczyzn i stanie na tym

podium. Pod numerami od jednego do pięciu. Będziecie mogły ich zobaczyć, ale oni nie będą mogli

zobaczyć was. Jeśli ujrzycie człowieka, który wyrządził wam tę ohydną krzywdę, proszę, dajcie mi

znać.

Kobiety jak na komendę przełknęły ślinę, wszystkie jednocześ nie. Elmer włączył ścienny

przełącznik. Pięciu żołnierzy weszło na podium i odwróciło się twarzą do sąsiedniego pokoju. Mieli

na sobie oliwkowe mundury i czerwone opaski na ramieniu. Pasowali do typu gwałciciela.

Dwie kobiety zmrużyły oczy. Jedna zaczęła płakać. Jedna założyła okulary. Zaczęły się przyglądać

mężczyznom po drugiej stronie. Napięcie wzrosło, a później opadło. Wszystkie pokręciły przecząco

głowami.

Elmer nacisnął przycisk. Żołnierze zeszli z podwyższenia. Kobiety skupiły się wokół popielniczki,

gasząc papierosy.

Jedna powiedziała:

– Żaden z tych.

Jedna potarła oczy.

– Tamten był bardziej wredny.

Jedna przytaknęła.

– Faktycznie, miał bardziej wredne oczy.

Dudley się uśmiechnął. Dotknął ich ramion. Miało to oznaczać „no dalej, dalej”.

Breuning wrócił. Ciężko dyszał. Miał plamy potu na koszuli. Pomachał policyjnym zdjęciem.

Dudley podszedł do niego. Breuning wycofał się do drzwi.

– Tylko jeden przypadek. Facet jest kapralem żandarmerii wojskowej i pasuje do opisu. Miał

nocną przepustkę w dniu dokonania czterech gwałtów. Zgłosił się z tryprem po ostatnim gwałcie.

Kapitan żandarmerii powiedział mi, że był podejrzany o popełnienie serii gwałtów w Seattle, ale

armia i tak go przyjęła. Jest teraz na przepustce. To maniak wyścigów konnych. Dziś jest gonitwa

w Oak Tree, w Santa Anita. Mam numery jego samochodu.

Dudley wziął do ręki policyjne zdjęcie. Aaaaach, Jerome Joseph Pavlik. Młody, jasnowłosy,

wredny.

Dwie kobiety stanęło obok nich. Dudley pokazał zdjęcie. Kobiety obejrzały je uważnie.

Jedna zaczęła płakać. Jedna krzyknęła.

Dudley wyciągnął dwa wisiorki koniczynki. Z czternastokaratowego złota. Kupił ich trochę od

jednego żydka jubilera.

Przysunął kobiety do siebie. Włożył im wisiorki w dłonie.

– Już ja się nim zajmę – powiedział.

14.46

Ostatnia gonitwa rozpoczynała się o 15.30. Santa Anita znajdowała się w pobliżu autostrady Arroyo

Seco Parkway. Zostało bardzo mało czasu.

Przebiegli przez garaż komendy głównej. Breuning miał podrasowanego forda. Wsiedli i ruszyli

z piskiem opon.

Breuning prowadził. Dudley siedział z przodu. Carlisle zajął miejsce z tyłu, z dwoma obrzynami.

Strzelby dziesiątki, z podwójną lufą. Takie na niedźwiedzia i większego kozła.

Wypadli na Main Street i przemknęli przez Chinatown. Migiem pokonali aleję.

Breuning wdepnął pedał gazu. Wskazówka prędkościomierza podskoczyła do stu trzydziestu.

Dudley palił i wyglądał przez okno. Zauważył wypadek na południe od nich.

Ślady opon, światła, kolizja. Zderzenie – granatowa ciężarówka z platformą i lśniący cadillac.

Drogowe zmartwienie. Wypadek sprawił, że pomyślał o Whiskey Billu Parkerze. Miał na gościa

niezłego haka.

Nie powinieneś był sobie dogadzać młodą żoną. Sądziłeś, że twoje niegrzeczne zachowanie

umknie mojej uwadze?

Whiskey Bill powtórnie się ożenił. Jego drugi związek wiał nudą. Dudley miał własną irlandzką

żonę i cztery córki. W Bostonie mieszkała piąta, nieślubna. Siedemnastolatka. Często do siebie pisali

i rozmawiali przez telefon.

Elizabeth Short. Jego dziecko z mężatką imieniem Phoebe. Zołzą, która miała drugą córkę z innym.

Dziewczęta z rodziny Short wyglądały jak Phoebe. Wygląd Beth zdradzał ojcowską krew. Phoebe

była starsza od niego. Dud ley miał zaledwie dziewiętnaście lat, kiedy się zeszli. Był wtedy świeżym

irlandzkim poborowym.

W Bostonie mieszkał Joe Kennedy. Był nieprzyzwoicie bogaty i łożył na irlandzką sprawę. Joe

zapłacił za jego obywatelstwo. A on za to robił dla niego jako silnoręki.

Beth wiedziała, że Dudley jest jej ojcem. Kochała go i była rada, że tatuś jest twardym gliniarzem.

Właśnie wysłał jej bilet lotniczy. Chciała zobaczyć Los Angeles w święta Bożego Narodzenia.

Wspomniała o „okropnej rzeczy”, która wydarzyła się rok temu. Beth miała niewidomego kolegę

Tommy’ego Gilfoyle’a. Powinien zadzwonić do Tommy’ego i dowiedzieć się o tę „okropną rzecz”.

Rodzina.

Potrzebowali jej śmiali ludzie. Ograniczenia były minimalne. Przysięgi śmiechu warte. Za to

radości rozliczne. Rodzina była koniecznym łańcuchem. Bo bez niego taki pies z piekła rodem jak on

by oszalał. Whiskey Bill nie miał dzieci. Biegał bez żadnej kontroli w swoim pruderyjnym obłędzie.

Aleja była prawie pusta, a Breuning szybko brał zakręty. Wskazówka prędkościomierza

podskakiwała na prostych odcinkach.

Dudley zerknął na zegarek. Była 14.54. Tuż przed ostatnią gonitwą o 15. Większość maniaków

wyszła przed gonitwą zamknięcia.

W pobliżu słychać było szum Lincoln Heights. Na wzgórzach kręcono jakiś western. Zaczęła się

wymiana strzałów. Dudley rozpoznał gościa w przepasce biodrowej. Tego Apacza – nieszczęsnego

bukmachera – który miał za sobą trzy odsiadki w San Quentin.

Dudley zapalił. Jego myśli poszybowały daleko.

Kiedyś pracował nocami dla Columbia Pictures. Był stróżem moralności Harry’ego Cohna.

Gwiazdy filmowe bywają niesforne. Führerowie wytwórni filmowych narzucali im surowy kodeks

postępowania. Jego naruszenie oznaczało zerwanie kontraktu. Dud ley przyskrzyniał pedalskie

gwiazdy filmowe. Zgarniał całe pęczki pijaków i narkomanów. Miał na swoje usługi legiony

przekupionych boyów hotelowych i dziwek, którzy donosili mu o uchybieniach jego podopiecznych.

Miał całkiem spory album z wycinkami prasowymi o zabawach Hollywood.

Bette Davis będzie zachwycona swoimi zdjęciami wykonanymi ukrytą kamerą. W piątek wieczór

spotkają się w Shrine Auditorium. „Examiner” wydaje swoim reporterom bożonarodzeniowy jubel.

Pójdzie tam, żeby doprowadzić do przypadkowego spotkania.

Nieco wyżej, ponad planem filmowym, meksykańscy robotnicy uprawiali ziemię. Pewnie

dostarczył ich Carlos Madrano. Carlos. El capitán meksykańskiej policji stanowej. Bliski kumpel

Mów-Mi-Jack Horralla i Dwóch-Spluw Davisa. Carlos uważał Japońców za uprzykrzonych

krewniaków Führera.

Dudley Smith zerknął na policyjne zdjęcie. Podejrzany o gwałt wyglądał jak mały Lee Blanchard.

Aaaaach, Leland. Czy nadal gnębi cię to, co wydarzyło się na Coney Island dwunastego

listopada? Chciałbyś się przyłączyć do mojej gromadki, ale nie masz ochoty do pracy?

Ben Siegel chciał, żeby Abe Reles zginął. Lee Blanchard był winien Benowi przysługę za robotę

na Boulevard-Citizens. Chłopcy z żydowskiego syndykatu przekupili dwóch strażników

z Departamentu Policji Nowego Jorku. Drzwi do pokoju hotelowego były otwarte.

Dosypali jakiegoś świństwa do żarcia Relesa. Szybka robota dla dwóch. Blanchard ukręcił

z prześcieradła linę rzekomo służącą do ucieczki – eufemizm pętli na szyję. Sam go podciągnął.

W nowojorskim „Daily News” uchwycili tę chwilę. KANAREK SPADA I GINIE! FACET POTRAFI

ŚPIEWAĆ, ALE NIE POTRAFI LATAĆ!

Podróż pociągiem do domu była dręcząca. Blanchard się rozczulił, stał się płaczliwy i zaczął pić.

Facet wrócił na ring, kiedy Ben S. Benny wykupił jego kontrakt na walki i zasugerował Lee kilka

rozważnych upadków na deski. Lee odmówił, Lee był coś winien Benny’emu, zachował się

nierozważnie podczas roboty na Boulevard-Citizens. Bo Benny trzymał forsę w banku przy

Boulevard-Citizens i grał w golfa z jego prezesem. Benny miał bzika, istną obsesję na punkcie

szacunku i odpowiedzialności.

Skok okazał się jednym wielkim niewypałem.

Breuning skręcił z alei. Była 15.01. Carlisle przeładował strzelby. Minęli południową część

Pasadeny. Dotarli do Arcadii i Santa Anita równo w dwie minuty.

Za torem wyścigowym majaczyły góry San Gabriels. Linia szczytów rysowała się za trybunami

i budynkami klubu. Parking był wypełniony w dwóch trzecich. Z głośników ryczało. Konie gnały

ostatnią prostą.

Breuning objechał wolno rzędy samochodów na parkingu. Dud ley i Carlisle spoglądali na tablice.

Z głośników buchnęły wiwaty. Frajerzy wyszli z budynku klubu, zmierzając do swoich pojazdów.

Carlisle powiedział:

– To ten.

Tak, oldsmobile sedan rocznik 1936. Zielony, długa elastyczna antena, kalifornijski numer ADL-

642.

Breuning zaparkował na pustym miejscu, nie wyłączając silnika. Dudley palił papierosa za

papierosem. Tłum wypełnił przestrzeń między rzędami samochodów. W ich stronę ruszył mężczyzna

i dwie kobiety. Tak – Jerome Joseph Pavlik i dwie dziwki z Chinatown.

– Prostytutki tongów – powiedział Carlisle.

– Czterech Rodzin. Są pod ochroną. Szef żółtków gra w madżonga z Horrallem.

Tamci wyglądali na zalanych. Podejrzany o gwałt był ubrany w wygnieciony mundur khaki. Dziwki

miały na sobie futra nadgryzione przez mole.

Wgramolili się do oldsa.

– Jedź za nimi – polecił Dudley.

Wytoczyli się z parkingu. Breuning trzymał się tuż za nimi. Byli wstawieni. Niczego nie zauważą.

Breuning jechał im na zderzaku.

Kolumna złożona z dwóch samochodów. Przejechali ulicami dzielnicy mieszkalnej, a później aleją

Fair Oaks. Skręcili w Park way, na południe.

Oldsmobile zaczął zarzucać i zmieniać pasy. Breuning zdjął nogę z gazu. Między nich wjechał

packard. Nadal widzieli antenę tamtego.

Carlisle przykrył śrutówki pledem. Breuning powiedział:

– Udanej podróży, kochaniutki.

Olds skręcił na południe, w Alameda. Chinatown było przed nimi. Niedaleko znajdowała się

Chińska Pagoda Kwana.

Olds podskoczył na krawężniku i stanął. Dziwki wysiadły na chwiejnych nogach. Miały zwitki

banknotów za podwiązkami i posłały całusa gwałcicielowi. Ruszyły w dół alei, obok baru

serwującego czop sui.

Carlisle rozdał strzelby. Jerome Joseph Pavlik zrobił krok i rozejrzał się wokół ze zmarnowaną

miną. Dostrzegł pustą działkę po przekątnej. Porośniętą palmami i wysoką trawą.

Powlókł się w tamtą stronę. Podszedł do palmy i wyciągnął fiuta. Wystrzelił moczem, bijąc rekord

świata w sikaniu.

– Teraz, chłopaki – powiedział Dudley.

Uliczka była pusta i cicha. Ruszyli w kierunku pustej parceli. Miękka ziemia tłumiła kroki.

Podejrzany zachwiał się i obsikał trawę.

Stanęli za nim. Niczego nie słyszał.

Dudley powiedział:

– Dziewczyny już nigdy nie będą takie jak kiedyś. To zapobieg nie nawrotom bólu.

Jerome Joseph Pavlik zaczął się odwracać.

Otworzył usta.

– Co powiedziałeś…

Sześć cyngli trzasnęło. Pavlik eksplodował. Kawałki kości uderzyły o pierzaste liście palm.

Okulary Carlisle’a spryskała krew.

Huk wystrzałów zlał się w jedno. Echo rozeszło się wśród drzew. Na odgłos strzałów nałożył się

dźwięk dzwonów o 15.30.

15.31

Pagodę otaczały smoki o wyłupiastych oczach. Nocą ich języki poruszały się i płonęły. Wuj Ace

Kwan był szefem tongu Hop Sing. Jego lokal obsługiwał białych sztywniaków i żółtków o białych

kubeczkach smakowych. Gliniarze z Los Angeles jadali darmo.

Dudley wszedł do restauracji. Burmistrz Bowron i prokurator okręgowy McPherson spożywali

czau mein. Fletch B. był pełnym wigoru kompletnym oszołomem. Z kolei McPherson był

narkoleptycznym idiotą i amatorem czarnych lasek. Często bywał w burdelu Minnie Roberts i brał po

dwie śliczniutkie Kongijki naraz.

Wbudowane drzwi prowadziły do piwnicy. Dudley zszedł schodami. Oparł się o płytę w ścianie.

Otworzyła się. Natychmiast uderzył go w nozdrza dym.

Palarnia opium. Przyćmione światła i dwadzieścia sienników. Miseczki z wodą, kubki i chochle.

Do tego wychudli Chińczycy w bieliźnie, palący fajki.

Dudley policzył głowy. Aaaaach, szesnastu nieprzytomnych ćpunów.

Zasunął płytę. Piwniczka składała się z labiryntu tuneli przebiegających pod Wolfsschanze.

Betonowe ściany, pleśń, przesuwane żelazne drzwi. Kwatera Ace’a Kwana – bunkier SS.

Dudley zapukał i wszedł do środka. Wuj Ace przykucnął obok sejfu stojącego na podłodze. Miał

sześćdziesiąt sześć lat i był suchotniczo chudy. Na głowie miał czapkę Świętego Mikołaja.

Wyczarowywał wszystkie potworności i radości świąt Bożego Narodzenia.

– Co słychać, Dudster?

– Ciężko, mój żółty bracie.

– Jak to?

– Na parceli po drugiej stronie ulicy leży martwy biały człowiek. Twoi chłopcy powinni wylać

trochę niegaszonego wapna i postawić straż, dopóki nie wchłonie go ziemia.

Ace usiadł, krzyżując nogi. Ze swoją słynną zwinnością. Powszechna cecha u tych sakramenckich

pogan.

– Ostatni raz widziano go z dwiema dziwkami tongu.

– Hop Singu?

– Nie, Czterech Rodzin. Możesz również usunąć tego zielonego sedana. Nie chcę, żeby tak banalna

biała sprawa zakłóciła spokój twojej klienteli.

Ace się ukłonił.

– Cztery Rodziny zachowały się niegrzecznie wobec mojej ulubionej siostrzenicy. Tacy są

nieuprzejmi.

– Czy mam skarcić ludzi, którzy to zrobili? Nie chciałbym kolejnych waśni rodowych.

Ace wstał.

– Nie, ale czuję się zaszczycony propozycją mojego irlandzkiego brata.

Dudley się ukłonił. Ace wskazał boczne drzwi i wykonał gest „bądź moim gościem”. Dudley

otworzył drzwi. Ace gdzieś zniknął. Żółci postępowali obyczajnie i skradali się ukradkiem.

Jego sekretny pokój. Siennik, miska i chochla. Na talerzu do chleba sprasowana, czarna heroina

podłej jakości. No i fajka, jak zawsze.

Powiesił marynarkę i kaburę na kołku w ścianie. Siennik został zrobiony dla wysokiego

mężczyzny. Dudley napełnił fajkę i zapalił.

Heroina zaczęła się tlić. Buchnął płomień, do jego wnętrza przeniknął dym. Ramiona mu opadły,

kończyny zniknęły.

Ujrzał smugi dymu. Człowiek nigdy nie wie, co zobaczy.

O, już są.

Dublin. Grafton Street, 1921 rok. Czarno-brunatni17 z karabinami na gumowe kule. Celują w nerki.

Do dziś go boli, kiedy się garbi.

Wiec. Patrick Pearse woła na cały głos.

Irlandczycy! Kobiety i mężczyźni! W imię Boga i dawnych pokoleń, od których zaczerpnęliśmy

poczucie tożsamości narodowej! Za naszym pośrednictwem Irlandia wzywa swoje dzieci pod jeden

sztandar i rusza do walki o wolność.

Kościelne probostwo. Tajny skład broni w sypialni księdza. Dudley trzyma w rękach karabin. Stoi

na ulicy. Podąża wzrokiem za lufą. Twarz brytyjskiego żołnierza eksploduje.

Teraz jest na Sackville Street. Kopnięcie odrzutu słabnie. Rabuje sklep Protty’ego. Patrick Pearse

mierzwi mu włosy.

Irlandia wykorzysta szansę z pomocą swoich dzieci na wygnaniu w Ameryce.

Uśmiechy Joe Kennedy’ego. Ma torby wypchane forsą. Witają go członkowie Irlandzkiej Armii

Obywatelskiej. Czarno-brunatni zamordowali Patricka Pearse’a. A teraz pluton egzekucyjny.

Przyczepili mu tarczę do piersi.

„Bystry z ciebie chłopak – mówi Joe Kennedy. – Powinieneś wyjechać do Ameryki. Prohibicja

usprawiedliwia kradzież. Woziłbyś dla mnie gorzałę”.

Jest w Kanadzie. Jezioro Erie. Stoi na zacumowanej barce. W ręku trzyma pistolet maszynowy.

Pokład wypełniają skrzynki z whisky.

Boston. Okazała rezydencja. Jankeska służąca krzywi się na jego widok. Prowadzi na spacer

sześcioletniego Jacka.

Joe Kennedy mówi: „Słuchaj, Dud, ten żydowski bankier mnie orżnął. Byłbyś łaskaw się nim

zająć?”.

Jego ręce i nogi zniknęły. Heroina nadal się pali. Wie, kiedy podsycić płomień. Czas przypomina

kinematograf. Obrazy przesuwają się przed oczami.

Za mocno uderzył tego Żyda. Nie powinien był go zabić. Joe Kennedy jest wściekły.

„Twoja przyszłość jest w Los Angeles, synu. Załatwię ci robotę w policji. Będziesz mógł pieprzyć

gwiazdy filmowe i siać zamęt”.

Stoi dumnie w odprasowanym niebieskim mundurze. Wali książką telefoniczną złodzieja

wyrywającego babkom torebki. Jack Horrall wznosi toast na jego cześć podczas obiadu

u arcybiskupa Cantwella. A teraz jest w biurze Harry’ego Cohna. Harry klepie popiersie Benito

Mussoliniego. Stoi przed rezydencją w Bel-Air, z aparatem fotograficznym. Widzi scenę w oknie.

Cary Grant z drugim facetem w pozie soixante-neuf18.

„Photoplay”, „Screen World” – strony magazynów przewracają się przed oczami. Bette Davis –

promienieje szczęściem z powodu czegoś, co powiedział.

Nagła zmiana. Błyskawiczny film podróżniczy. Dudley jest na Coney Island, w hotelu Half Moon.

Podnosi kanarka. Nie płacz, Lee – to niegodne mężczyzny.

Film podróżniczy. Znowu jest w Bostonie. Młody Jack Kennedy jest chorążym marynarki.

Przyjechał do domu na święta Bożego Narodzenia. Chce rżnąć gwiazdy filmowe.

Jack zaczyna śpiewać po hiszpańsku. Jego głos nie nadąża za melodią. Nadaje się do restauracji

Trocadero. Przystroił się szarfą z napisem: WITAMY 1938 ROK!

A teraz siedzi przy stole z Benem Siegelem i szeryfem Biscailuzem. Orkiestra Glenna Millera gra

Perfidię. Bette Davis tańczy z afektowanym młodym mężczyzną.

Mrok przeszył promień światła. Kinematograf szarpnął. Migawka się zamknęła, przerywając film

z jego podróży.

Poczuł swoje kończyny. Ujrzał marynarkę i pistolet w kaburze na kołku.

W pokoju pojawiła się Chinka. Przyniosła aperitif. Trzy tabletki benzedryny i zieloną herbatę.

Dudley wstał. Pokój odzyskał poprzedni blask.

– Proszę mi powiedzieć, która godzina?

– Osiemnasta czterdzieści dwie.

Perfidia skończyła się dysonansem, ale Bette Davis posłała mu całusa.

5

LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

18.43

Bucky był spóźniony. W weekendy zwykle zaglądał do laboratorium. Trenował w siłowni przy Main

Street. W pobliżu znajdowała się komenda główna.

Laboratorium było zamknięte, bo większość chemików pracowała od poniedziałku do piątku, ale

Ashida przesiadywał tu siedem dni i nocy.

Obok był gabinet kapitana. Przez otwór dolatywał głos Elmera Jacksona. Pił z kapitanem

Bergdahlem. Rozmawiali o konfrontacji podejrzanych o gwałt z ofiarami i o Dudleyu Smisie.

Ofiary zidentyfikowały sprawcę na podstawie policyjnego zdjęcia.

– Facet nadałby się na sprawcę dzisiejszego porannego napadu na drogerię, ale prokurator

okręgowy musiałby go oskarżyć na sekcyjnym stole.

Bergdahl zarechotał. Ashida przygotował mikroskop i fragmenty pocisku zabrane z drogerii. Ray

Pinker przeprowadził swoje testy. Zostawił raport na biurku Ashidy. Jego wniosek:

dziewięciomilimetrowy browning z chwytaczem łusek.

Błąd. Tekst, którego Pinker użył do porównania pocisku, był nieaktualny. Upewnij się. Jeszcze raz

sprawdź u siebie.

Zrobił zbliżenie. Taka sama charakterystyka jak rano. Sprawa rozstrzygnięta. W płytę gipsową

uderzyła kula wystrzelona z lugera.

Bergdahl powiedział dowcip. Przewody wentylacyjne wzmocniły jego głos. Cha, cha – chiński Su-

Kin-Sin.

– Fajny, ale już go słyszałem – powiedział Elmer.

– Potrafisz ich odróżnić? No wiesz, Japońców i Chinoli? Mam kumpla w FBI. Powiedział, że mają

listę Japońców do aresztowania, jeśli przyłączymy się do wojny. Z mojego punktu widzenia… wiesz,

białego człowieka… nie widzę żadnej różnicy.

Ashida otworzył szufladę z instrumentami. W środku trzymał zdjęcia.

Oto Bucky. Przykucnął w bokserskich spodenkach. Wysoki i szczupły. Jego mięśnie raczej stapiają

się ze sobą, niż wystają. Niemiecki luteranin z gwiazdą Dawida na spodenkach. Gwiazda wyrażała

jego niechęć do nazistów.

Przesuwał się w bok na palcach, ale nigdy nie plątały mu się nogi. Miał piekielnie mocny cios

z lewej. Mariko powiedziała, że ma „zęby Tojo”19. Jego ojciec należał do Niemiecko-

Amerykańskiego Bundu.

Oczy miał małe, głęboko osadzone. Potrafił rozświetlić pokój uśmiechem.

Już jest. Słychać odgłos kroków. Sadzi po dwa stopnie.

Ashida schował zdjęcia w szufladzie. Bucky wszedł do środka i przysunął sobie krzesło. Miał

flanelową koszulę i skórzaną kurtkę Belmont. Zielone B oznaczało koszykówkę i bieżnię.

Podali sobie dłonie.

– To prawda? – spytał Ashida.

Bucky wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Kto ci powiedział?

– Ray Pinker twierdzi, że wszyscy o tym wiedzą. To znaczy wszyscy oprócz mnie.

– W maju złożyłem papiery do akademii. Zdałem wszystkie egzaminy. Powiedzieli, że sprawdzą

moją historię, wiesz, pro forma.

Ashida się uśmiechnął.

– Czekałeś, żeby mi powiedzieć. Nie chciałeś zapeszyć, więc pomyślałeś, że zrobisz to dopiero

wtedy, gdy się upewnisz.

Bucky zakołysał się na krześle.

– Albo po jutrzejszej walce. Będę głodny jak wilk. Postawię ci obiad. Ważenie jest w południe.

Dopóki się nie skończy, będę czuł ssanie w żołądku. Nie potrafię już zrzucić zbędnych kilogramów

jak kiedyś. Nadal ważę ponad osiemdziesiąt jeden kilogramów.

– Weź kąpiel parową w Shotokan Baths.

– Wykluczone. Mam karnet w Jonathan Club. Prokurator okręgowy zostawił karteczkę w siłowni.

„Synu, postawiłem na ciebie”.

Ashida uderzył dłońmi o kolana.

– Mógłbym ci o nim długo opowiadać. Przyszedł pijany na walkę Lee Blancharda, z dwiema

kolorowymi dziewczętami.

– Z kim walczysz? Z Juniorem Wilkinsem? Niezbyt obiecująca pożegnalna walka.

– Fakt, ale mogę ją wygrać.

Ashida skrzyżował palce.

– Przeczytałeś felieton Bravena Dyera? Napisał, że chciałeś walczyć z Ronniem Cordero.

Bucky mrugnął.

– Nie chcę odejść przegrany, Hideo.

– Nie przegrałbyś.

– Mógłby trafić mnie w twarz, ale załatwiłbym go jak Joe Louisa.

– Przepraszam, jeśli źle to odebrałeś. Nie chciałem…

Bucky machnął lekceważąco ręką.

– Wpadłem na Jacka Webba. Powiedział, że sprzedaje garnitury w centrum Silverwood. Podobno

faceci z biura śledczego kupują tam ciuchy po cenach hurtowych.

– Jack ma niezłego fioła na punkcie gliniarzy. Przynosi kawę i papierosy ludziom z biura.

Bucky pogładził literę „B” swojej kurtki Belmont High.

– „Na wiecznej warcie”. Jack powinien sprzedać nam ciuchy po cenach hurtowych. Dzięki nam

został wybrany na przewodniczącego klasy.

– Masz wielbicielkę, wiesz? – wypaplał Ashida.

– Co za jedna? Coś z nią nie tak?

– Widziałem ją na twoich walkach. Zawsze cię rysuje.

Bucky wyszczerzył zęby.

– Chcę zachować cnotę dla Carole Lombard. Myślisz, że przyjdzie na ostatnią?

Zarumienił się. Zawsze się rumieni. Bucky uprzejmie udał, że tego nie dostrzegł.

6

DZIENNIK KAY LAKE

LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

19.03

Na Stripie zaroiło się od wojskowych. Przed lokalami Dave’s Blue Room, Bit O’ Sweden

i Trocadero częstują darmowym alkoholem. Minutę temu wysłuchałam wiadomości. Mężczyźni

zostali rozlokowani w bazie morskiej Chaves Ravine. W Fort MacArthur, San Pedro i Camp Roberts

niedaleko San Louis Obispo. W Los Angeles odbywała się dyslokacja. Oddziały artylerii, które

przejechały przez miasto, zostały skierowane do nadmorskich umocnień obronnych oraz do ochrony

fabryk lotniczych Lockheeda, Boeinga, Douglasa i Hughesa. Były komendant policji Jim Davis

dowodzi oddziałem policji w fabryce Douglasa. Facet wykrzykiwał dobrych dziesięć minut

o potrzebie ochrony produkcji cywilnej przed aktami sabotażu piątej kolumny i nalotami sterowców.

Davis to taki barwny miejscowy wariat. Sama widziałam, jak podczas przyjęcia

bożonarodzeniowego zorganizowanego w biurze detektywów rok temu trafił z rewolweru

w papierosa, którego Lee trzymał w ustach.

Dziś rano zaczęłam pisać dziennik, a już wydaje się remedium na impas, w którym się znalazłam.

Spoglądam na moją oddzielną sypialnię i pierwszą rzeczą, którą widzę, są szkice przedstawiające

Bucky’ego Bleicherta. Wskazują na moją potrzebę przyciągania mężczyzn w sposób anonimowy

i abstrakcyjny. Pisanie o Buckym zmusza mnie do spojrzenia na niego w bardziej krytycznym świetle.

Lee Blanchard gardzi Buckym za jego „baletowy” styl walki i „dobieranie przypudrowanych

przeciwników”. Uwielbiam Bucky’e go za to, że nie jest jak Lee, wobec którego mam dług

wdzięczności.

Kilka godzin temu mieliśmy wielką awanturę. Poszło o jego ostatnie zachowanie. Cały miesiąc

udawał zranionego. Coraz częściej sypia w biurze detektywów i spędza coraz więcej czasu

z policyjną „maskotką” – uczynnym handlowcem męską odzieżą Ja ckiem Webbem. W połowie

listopada Lee zniknął na cały tydzień, a później wyjaśnił swoją nieobecność „szykowaniem pułapki”

w związku ze śledztwem dotyczącym napadu. Uwierzyłam mu – ale tylko na krótko. Dziś po południu

pod wpływem impulsu przetrząsnęłam szuflady w sypialni Lee. Znalazłam paragon za bilet powrotny

do Nowego Jorku. Od 8 do 15 listopada.

Wkurzyłam się na niego. Lee wrócił do domu i przebrał w cywilne ciuchy. Powiedział, że

zamierza spędzić noc w ratuszu. Wtedy doprowadziłam do konfrontacji.

Zażądałam, żeby wyjaśnił swoje niedawne zachowanie oraz co to za paragon. Wówczas Lee

przeszedł do kontrataku. Powiedział: „Uważasz się za niezależną kobietę, a pasożytujesz na mnie

i pieprzysz się z facetami pod moim dachem, kiedy tyram, żeby zapłacić rachunki. Jesteś dyletantką

i pasożytem. Jeśli nie aprobujesz mojego postępowania, wypierdalaj z mojego domu”.

Powiedziawszy to, wypadł wściekły ze swojego domu, wsiadł do swojego samochodu i odjechał,

aby żyć w swoim świecie – świecie, do którego zostałam wciągnięta. Świecie, w który wpadłam

i którego chciałam coraz więcej.

Brenda Allen. Elmer Jackson i przestępstwa, na które policja przymyka oko. Lee i to jego usłużne

poddanie Dudleyowi Smithowi. Bobby De Witt w San Quentin i blizny na moich nogach. To, co Lee

był winien lub czego nie był winien Benowi Siegelowi, czekającemu na wypuszczenie z aresztu przy

komendzie głównej policji. Skok na bank, który Lee zaplanował w dużej części jako misję mającą

mnie ocalić. A później nagłe deus ex machina: mała dziewczynka znika w 1929 roku.

Mała siostra Lee, wiek dwanaście lat. Lee, lat piętnaście. Laurie znika. W jednej chwili bawi się

w publicznym parku, a w drugiej znika na zawsze. Lee miał jej pilnować. Tylko że zamiast tego

pieprzył się z jakąś puszczalską w okolicy.

Lee dźwiga ciężar winy. Od tego czasu nie tknął kobiety. Dlatego dał mi wygodny dom i się ze mną

nie kocha. Kara została utrzymana, wymierzona na nowo. Doprowadza mnie to do wściekłości

i porusza do łez. Dlatego tak mocno kocham Lee i nie chcę go opuścić. I dlatego sypiam z innymi

mężczyznami pod jego dachem.

Z sąsiednich domów dolatuje ryk wieczornych wiadomości. Słyszę wyraźnie obie audycje. FDR

potępia Japonię za nikczemną agresję. Ojciec Coughlin potępia FDR i hegemonię Żydów.

Obaj przejdą do historii. Wojna dostarcza facetom jasnego i prostego zajęcia. Na Stripie doszło do

bójki. Przez krzyki słychać cichy szum radia.

Lee Blanchard stoczył czterdzieści dziewięć walk w boksie zawodowym i obmyślił śmiały skok.

Przejdzie do potomności w sposób, który nigdy nie będzie mi pisany. To doprowadza mnie do furii.

Pozostaje mi jedynie słabnąca percepcja. Kobiety pisują dzienniki w nadziei, że ich słowa zwabią

los.

7

LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

19.49

Kiedy wiadomości się skończyły, odezwał się gadający bóbr i zaczął wychwalać pastę do zębów.

Parker zamknął drzwi nogą.

W wydziale ruchu drogowego panowała cisza. Jak miasto długie i szerokie trwał pieprzony ruch.

Był jedynym funkcjonariuszem na zmianie. Wszyscy pozostali mieli to w dupie.

Ich wydział zajmował własny budynek. Przy zbiegu Pierwszej i Figueroa – sześć przecznic od

ratusza. Oddzielna kwatera była jego pomysłem. Kupić i zaadaptować dawny magazyn. Zyskać

autonomię. Ograniczyć dostęp Jackowi Horrallowi.

Parker się modlił. Prosił Boga o siłę, żeby nie pić dziś wieczór. Prosił Boga, żeby ingerował

i pokierował jego krokami.

Miał stargane nerwy. Dokuczało mu Pragnienie. Patrol z zachodniego Los Angeles zgarnął dwóch

żołnierzy za prowadzenie pod wpływem. Na skrzyżowaniu Pico i Bundy były trzy wywrócone

pojazdy półgąsienicowe. Musiał tam wysłać ludzi z dziesiątej komendy. Ci z dziesiątki stanowili

podstawę nocnych patroli.

Sprzątnął na swoim biurku. Spojrzał na teczki leżące na podkładce.

Teczka Lee Blancharda. Teczki od Carla Hulla: Claire De Haven, Reynoldsa Loftisa, Chaza

Mineara, Saula Lesnicka. Raport Carla na temat rzekomej wichrzycielki Katherine Ann Lake.

Biała Amerykanka. Urodzona 9 marca 1920 roku w Sioux Falls, w Dakocie Południowej. Dziecko

prerii jak on.

Carl nazywał Claire De Haven „Czerwoną Królową”. Inni członkowie komórki nie mieli własnych

teczek. Bo „drugorzędni członkowie” ciągle się zmieniali. Królowa wprowadzała i wyprowadzała

pionki. Nie miała pojęcia, że ten doktorek, Lesnick, był od dawna informatorem federalnych.

Najpierw Blanchard. Cienka teczka. Raptem trzy strony.

Ocena B z ogólnej sprawności fizycznej. Żadnego cynku od informatora w sprawie roboty przy

Boulevard-Citizens. Niczego o rzekomej przyjaźni łączącej Blancharda z Benjaminem „Bugsym”

Siegelem. Cztery skargi od obywateli. Oskarżenie o brutalne pobicie w celi. Skargi zostały oddalone,

bo ci, którzy je wnieśli, byli zboczeńcami i narkomanami.

Żadnych niespodzianek. Żadnych nowości. Dawne przeczucie Parkera się potwierdziło. Blanchard

był zupełnie niekoszerny.

Teraz Królowa i jej pionki – znacznie bardziej złowroga postać.

Parker przejrzał teczkę. Szybko dotarł do sedna. Obserwacje doktorka donosiciela, tego Lesnicka,

wydawały się słuszne. Claire De Haven to element wywrotowy. Reynolds Loftis i Chaz Minear byli

homoseksualistami. Czerwona Królowa miała zdjęcia, które ich obciążały.

Przebrali się w suknie na bal ciot. Raporty szeryfa z zatrzymań uzupełniały obraz. Loftis i Minear

byli wielokrotnie aresztowani podczas nalotów na pedalskie lokale. Zatrzymania aż do 1940 roku.

Loftis i Minear odwiedzali podejrzane miejsca schadzek i bratali się z innymi degeneratami.

Czerwona Królowa ich zdominowała. Mówiła Loftisowi, w jakich filmach ma grać, a Minearowi,

jak pisać scenariusze. Carl dołączył próbkę dialogu. Typowa gadka członków piątej kolumny.

W scenariuszach filmów wojennych rosyjscy żołnierze użalali się nad dolą amerykańskich

czarnych. W scenariuszach filmów gangsterskich chuliganie naśmiewali się z władzy i rozpływali

w pochwałach upiornych uroków kapitulacji. W komediach ludzie wyrafinowani wygłaszali

lewicowe bon moty i szkalowali Adolfa Hitlera. Ani słowa o zbrodniczym Joe Stalinie.

Parker zapalił papierosa. Teczka tej dziewczyny, Lake, miała szesnaście stron. Do tego dużo zdjęć.

Oto panna Lake na spotkaniu czerwonych. Mnóstwo transparentów. Wątpliwe sprawy, tłumy

obdarciuchów.

ŻĄDAMY SPRAWIEDLIWOŚCI DLA CHŁOPCÓW Z SCOTTSBORO20! PAMIĘTAMY O SACCO I VANZETTIM21!

ROOSEVELT, KUKIEŁKA WALL STREET! ŻĄDAMY NATYCHMIAST CHLEBA NA KAŻDYM TALERZU!

Tłum wyglądał niechlujnie. Panna Lake była zadbana i elegancko ubrana. Potrafiła się wystroić.

Wyraźne czarno-białe zdjęcia. Parker wyczuł, że zawsze chodziła w czerwonym. Założyła damski

kapelusz w kształcie hełmu na wiec poparcia dla zakazu działalności Ku-Klux-Klanu. Zawsze otaczał

ją tłum mężczyzn. Nie była klasyczną pięknością, ale umiała wykorzystać swoje atuty.

Ten kapelusz musiał być czerwony. Żartowała z własnych sympatii. Miała dystans do spraw,

w które się angażowała.

Na UCLA zbierała same piątki. Studiowała muzykę, literaturę i nauki polityczne. Jej profesorowie

nie skąpili atramentu, wpisując komentarze do jej indeksu. Cytowali jej „znakomite” prace

semestralne. Dwóch profesorków wyróżniło jej esej Beethoven i Luter: sztuka i Bóg w duszy.

Opublikowano go w prestiżowym piśmie naukowym.

Carl Hull wystarał się o listę książek, które wypożyczyła z biblioteki. Wydawały się symboliczne.

Biografie o lewicowym zabarwieniu. Poezje doby romantyzmu. Skandalizujące elaboraty związkowe.

Haki, punkty nacisku, przymus.

Szczęśliwy traf.

Co mogło łączyć tę młodą kobietę z takim tępym gliną jak Lee Blanchard? Skok na Boulevard-

Citizens tego nie wyjaśniał. Carl był świadkiem tego, jak panna Kay zeznawała na procesie

Bobby’ego De Witta. Oskarżenie było w odwrocie, dopóki nie stanęła w ławie świadków. Panna

Lake złożyła przysięgę, bez przerwy szlochając. Z miejsca zakończyła przedstawienie.

Wykonał dwa telefony z gabinetu Carla. Najpierw zadzwonił do FBI. Chciał rozmawiać z agentem

prowadzącym doktora Les nicka. Okazało się, że facet był na rybach w Oregonie. Zamiast tego

zamienił słówko z agentem specjalnym Wardem Littellem.

Szczęśliwy traf.

Znał Warda z kościoła. Facet studiował w seminarium i miał czułe serce. Nie wiedział o Lesnicku.

Ale dostarczył mu wskazówki. Federalni zamierzali przeprowadzić śledztwo w sprawie rozmów

telefonicznych nagrywanych w ratuszu. Planowali zacząć na początku 1942 roku. Były komendant

Hohmann doniósł na departament policji. Fletch Bowron zrobił komendantem Jacka Horralla. Ten

głupek Hohmann chciał odzyskać posadę. Wszyscy wiedzieli o taśmach i stanowiskach

podsłuchowych. Fletch i Mów-Mi-Jack byli fałszywymi reformatorami. Jack był w stu procentach

umoczony, ale był delikatniejszy od Szalonego Jima Davisa.

Następnie wykręcił numer Sida Hudgensa. Sid pisywał dla „Mirror-News”. Sid potwierdził

doniesienia Warda Littella.

Art Hohmann był kapusiem federalnych. Sukinsyn uwielbia procesy sądowe. A ty byś ich nie lubił,

Bill? Przecież Gruby Jack siedzi na jego krześle.

Haki, presja, przymus.

Dochodziła 21.05. Parker chwycił za słuchawkę i zadzwonił do biura śledczego.

– Wydział zabójstw, sierżant Ludlow.

– Mówi Bill Parker z drogówki.

– Taak, słucham, kapitanie.

– Szukam Lee Blancharda. Jest tam u was?

– Tak, proszę pana. Drzemie na kanapie u Dudleya Smitha.

– Nie budźcie go. I nie mówcie, że dzwoniłem.

Ludlow bąknął coś pod nosem. Parker odłożył słuchawkę. Spojrzała na niego twarz ze zdjęcia

wywiadowczego.

Kapelusz panny Lake był czerwony. Musiał być.

21.07

Parker wdepnął pedał gazu i skręcił na zachód w Pierwszą Ulicę. Włączył radio i nastawił

wiadomości. Cały serwis był o JAPOŃCACH.

Japońcy posuwali się w kierunku Syjamu. Japońcy zbliżali się do Filipin. FDR prowadził

rozmowy z japońskimi wysłannikami. Szef Japońców, Hirohito, wysuwa język i wydaje ordynarny

dźwięk.

Parker wyłączył radio. Pierwsza Ulica przeszła w Beverly Bou levard. Na trawnikach migotały

świąteczne lampki, żaróweczki obramowywały drzwi domów. Bilbord destylarni Schenley na nowo

pobudził jego Pragnienie. Bilbord firmy Maytag sprawił, że się ożywił.

Jakaś rodzina rozpływała się w ochach i achach, pochylona nad kuchenką gazową. Mamusia

wyglądała jak ta ruda dziewczyna z Uniwersytetu Northwestern. Joan-Jakaś-Tam. Niszczycielka

rodzin. Ukrywał się przed Helen i myślał o Joan.

Parker skręcił na północ w La Cienega. Ludzie na Stripie bawili się w najlepsze. Objechał

przewrócony pojazd półgąsienicowy, z którego wypadły maski gazowe. Pijani marynarze założyli je

i zaczęli się wygłupiać. Dwaj marines bili się na pięści przed restauracją Mocambo. Zachwiali się

i przewrócili sztuczną choinkę.

Skręcił na północ w Wetherly Drive. W stronę przytulnego gniazdka Lake i Blancharda – pół

przecznicy dalej.

Nowoczesny i stylowy dom. Estetycznie wkomponowany w krajobraz. Inny niż typowa chata

gliniarza. Jasno oświetlony. Z tarasu na górze unosił się papierosowy dym.

Parker wysiadł i rozprostował kości. Przygładził krawat i podciągnął kaburę. Zaszedł na werandę

i nacisnął dzwonek.

Usłyszał dźwięk kroków. Otworzyła szeroko drzwi.

Spojrzała na niego. Miała na sobie gabardynowe spodnie i białą męską koszulę. Ubrana, jakby

zamierzała zostać w domu.

– Nazywam się Bill Parker, panno Lake. Mam nadzieję, że może mi pani poświęcić krótką chwilę.

Spojrzała na zegarek. Z litego złota. Na nogach miała półbuty. Upięła włosy szylkretową spinką.

– Mamy dwudziestą pierwszą czterdzieści jeden, kapitanie.

– Tak. Wiem, że jest późno. Jeśli przeszkadzam, wpadnę jutro.

Zrobiła krok w jego stronę, blokując drzwi.

– Chodzi o Lee? Jak widzę, jest pan z drogówki. Czy Lee miał wypadek?

Mówiła lekko przez nos, jak mieszkanka prerii. Zauważył, że zdawała sobie z tego sprawę. Mogła

akcent wzmocnić lub osłabić. Wzmocniła.

– Funkcjonariusz Blanchard czuje się dobrze, panno Lake. Chodzi o zupełnie inną sprawę. Mam

nadzieję, że wzbudzę pani ciekawość na tyle, aby zgodziła się pani mnie wysłuchać.

Odstąpiła na bok, a on wszedł do środka. Salon przypominał scenę telewizyjnego serialu.

Fioletoworóżowe ściany, fotele i szezlongi na nóżkach z metalowych rurek. Lewicowa sztuka

i chromowany kredens z gorzałą.

– Ma pani piękny dom, panno Lake.

Zamknęła drzwi.

– Lee ma za sobą udaną karierę bokserską. I dobrych doradców finansowych.

– Ben Siegel mądrze zarządza swoimi pieniędzmi. Jestem pewny, że osobiście doradzał

funkcjonariuszowi Blanchardowi.

Oparła się o drzwi. Zrobiła nadąsaną minę. Przez chwilę wydała się fałszywie wyrafinowanym,

lekkomyślnym dzieckiem.

– Wszyscy słyszeli te plotki, kapitanie. Nieliczni wiedzą, że są nieprawdziwe.

Parker wskazał fotel.

– Mógłbym spocząć?

Skinęła głową i podeszła do barku. Parker usiadł. Napełniła dwie szklanki wodą sodową i podała

mu jedną. Przysunęła sobie drugi fotel.

Stuknęli się szklankami.

– Za to, co nastąpi.

Parker napił się wody.

– Skąd pani wiedziała?

– Byłam na wielkanocnym obiedzie u burmistrza Bowrona. Mieli otwarty bar. Krążył pan między

trunkami i tacą z napojami. W końcu wybrał pan wodę sodową. Sprawiał pan wrażenie

rozczarowanego i jednocześnie doświadczającego ulgi.

– Czy zawsze zwraca pani uwagę na takie drobiazgi?

– Tak, a pan to wyczuł i dlatego tu teraz jest.

Parker zaczął się pocić.

– Pochodzi pani z Sioux Falls?

– Tak, a pan jest z Deadwood.

– Skąd pani wie?

– Elmer Jackson mi powiedział.

– Przyjaźni się pani z sierżantem Jacksonem?

– Tak.

– Słyszała pani plotki na jego temat?

– Tak i wiem, że są prawdziwe, tak jak wiem, że plotki o Lee to bzdury.

Kropelki potu zaczęły się gromadzić na linii włosów. Ta cholerna dziewczyna je dostrzegła.

Wstała i otworzyła okno.

Do pokoju wpadł powiew wiatru. Od strony Doheny doleciało trąbienie klaksonów. Cholerna

dziewczyna przybrała salonową pozę. Na niebie błysnęły fajerwerki. Mieli doskonały widok przez

okno. Nielegalna i lekkomyślna zabawa wojaków. Czerwono-biało-niebieskie rozbłyski.

– Nadciąga wojna – powiedziała.

– Tak. Co pani o tym sądzi?

– Uznaję wielkie wydarzenia za okazję. Może nie jest to moja najlepsza cecha.

Parker się uśmiechnął.

– Na przykład?

Usiadła i skrzyżowała nogi. Jej wywijane do kostek skarpetki gryzły się z półbutami. Jakby

mówiła „mam cię gdzieś”.

– Na przykład wielki kryzys. Dzięki niemu wyrwałam się z Sioux Falls.

– Co pani sądzi o sytuacji na froncie wschodnim?

– Nienawidzę Niemców, a Rosjanie są mi obojętni, jeśli o to pan pyta.

Parker poklepał kieszenie w poszukiwaniu papierosów. Dziewczyna sięgnęła do kieszeni swoich

spodni i rzuciła mu paczkę. Wyjął jednego i odrzucił jej paczkę.

Zapalili. Dwusekundowa chwila wytchnienia. Nielegalny pokaz sztucznych ogni rozkręcił się na

dobre.

– Nie spytała mnie pani, co tu robię.

– Rozładowywał pan korki. Był pan w okolicy, więc pomyślał sobie, żeby wpaść do kobiety,

której nigdy wcześniej nie widział.

– Skończyła pani?

– Nie. Najpierw zadzwonił pan do biura śledczego. Chciał się pan upewnić, czy funkcjonariusz

Lee Blanchard śpi na kanapie w gabinecie sierżanta Dudleya Smitha.

Parker chwycił rączki fotela i rozejrzał się wokół w poszukiwaniu popielniczki. Dziewczyna

zgasiła papierosa i podała mu swoją. Ich ręce zadrżały i otarły się o siebie.

– Skończyła pani?

– Nie, ale mam inną odpowiedź. Jest sobotnia noc, a pan pomyślał, że mogę nie mieć nic do

roboty.

– Dlaczego miałbym tak pomyśleć?

– Bo pan też nie ma co robić? Bo plotki krążą w obie strony? Bo przeczytał pan jakąś teczkę na

mój temat i poszedł tym tropem?

Fajerwerki rozbłysły ponownie. Sunset Boulevard zapłonął światłami. Pary tańczyły jitterbuga na

ciężarówce z platformą.

Spojrzeli sobie w oczy. Dziewczyna mrugnęła pierwsza. Pochyliła się i sięgnęła po popielniczkę

leżącą na jego kolanach.

Wzdrygnął się i opuścił szklankę. Wskazała okno.

– Co oni świętują?

– Okazję.

– No tak. Rozumiem.

– Pokaże mi pani dom?

Wstała i wykonała parodię głębokiego ukłonu. Parker ruszył za nią. Jaki gust, jaki wygląd.

Sztuka piątej kolumny w eleganckiej otoczce. Kubizm połączony z opresją. Zdumiewające, że

w tym domu mieszka glina.

Ruszyli schodami. Ściany na podeście miały głęboką czerwoną barwę, a w podłodze zamontowano

światła. Na czerwonej ścianie wisiały szkice wykonane ołówkiem. Kolejki po chleb, skazańcy skuci

łańcuchem, strajk robotników i atakujący policjanci.

Weszła do pokoju i przekręciła włącznik na ścianie. Światło oświetliło tanią martwą naturę.

Nieposłane łóżko. Rozrzucone niebieskie tabletki oksykodonu i artykuły biurowe.

Trzydziestkaósemka, specjalny model, kajdanki, oprawione w ramki wycinki gazet z czasów

bokserskiej kariery Wielkiego Lee.

Wyłączyła światło. Pokój wypełnił mrok. Stała na mocno oświetlonym podeście i patrzyła.

Pozowała. Zrozumiał.

Oglądała gwiazdy kina i przypadkowe zdjęcia. Zapożyczała obrazy, aby wydać się spójną. Była

świetna w stwarzaniu pozorów. Bez nich była uległa.

Kasztanowe włosy, ciemnoczerwone ściany oświetlone lampą łukową. Teraz się odwróci, to

pewne jak…

Odwróciła się. Ruszyła do drzwi po drugiej stronie korytarza. Poszedł za nią.

Drzwi były zamknięte. W gałce był zamek. Ta anomalia go uderzyła.

Stanął obok niej. Wyciągnęła klucz i otworzyła drzwi. Jej prywatna sypialnia. Dała mu

wskazówkę, zostawiła ją na koniec.

Ściany w różanym kolorze, biurko do rysowania przypominające sztalugę. Pianino stojące przy

jednej ze ścian. Popiersia Beethovena i Lutra.

Szkice ołówkiem ustawione na półce. Rysunki przedstawiające Bucky’ego Bleicherta – tego

ulizanego boksera wagi półciężkiej.

Parker wskazał go palcem.

– Złożył podanie o przyjęcie do policji.

– Wiem – odpowiedziała Kay Lake.

– Dlaczego akurat on? Przecież ma pani swojego wojownika.

– Nie jest pan szczery, kapitanie. Jeśli powie mi pan, że kodeks policji Los Angeles zakazuje

mieszkania z drugą osobą, wyjaś nię to bardziej prowokacyjnie.

Parker wyszedł na taras. Wyglądało tak, jakby cały Sunset Strip podskakiwał. Pijani żołnierze

rozmawiali, śmiali się i pili przed Trocadero. Krzyczeli i wymachiwali zimnymi ogniami. Ruch

zamarł stąd do pieprzonego końca świata.

Oparł się o balustradę. Kay Lake wyszła i przyłączyła się do niego. Poczuł lekki zawrót głowy.

Podała mu papierosa i przypaliła. Później zapaliła swojego.

– Czasami stoję tu w deszczu. Kolory wspaniale się zmieniają.

Parker spojrzał na nią. Poczuł zapach olejku sandałowego. Skropiła się w łazience. Gust, wygląd –

zauważyła, że też się poci.

– Jakie są pani najbliższe plany, panno Lake?

– Zamierzam się zaciągnąć.

– Do jakich wojsk?

– Takich, które mają najładniejsze mundury.

Parker się uśmiechnął.

– To postanowione?

Odgarnęła włosy.

– Tak, chyba że zaproponuje mi pan coś bardziej interesującego.

Rzucił papierosa nad poręczą. Papieros spadł na maskę radiowozu i zaczął się tlić.

– W ratuszu są podsłuchy i stanowiska podsłuchowe. Chciałbym, żeby przepisała pani nagrania

rozmów prowadzonych na terenie biura śledczego. Trzeba będzie to zrobić na miejscu.

Kay Lake się rozpromieniła.

– Pan jest nieszczery, kapitanie. Pewnie na tych taśmach jest coś, co powinnam usłyszeć. Coś

związanego z groźbą, której pan nie wypowiedział.

Parker poczerwieniał.

– Może pani zacząć w poniedziałek rano.

Pokręciła głową.

– Jeśli chce pan mieć pewność, że Lee mnie nie zobaczy, zacznę dziś wieczorem.

O północy ognie sztuczne poszybowały w górę. Białe światło nad Stripem przybrało różowy

odcień.

– Mam pani zdjęcie. Nosi pani na nim kapelusz w kształcie hełmu. Jestem ciekaw, czy jest

czerwony.

Kay Lake weszła do sypialni i po chwili wróciła. Na głowie miała kapelusz.

Przybrała pozę w drzwiach. Kapelusz był w kolorze policyjnego granatu, jak w mordę strzelił.

8

LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

22.56

Lee Blanchard chrapał. Facet mieszkał ze śliczną dziewczyną, a sypiał w ratuszu.

Odgłosy chrapania odbijały się echem w salach wydziału zabójstw. Poza tym panowała martwa

cisza. Żadnych dalekopisów, żadnych telefonów.

Dwóch chłopaków przed chwilą pojechało do „Konga”22. Czarnuch nazwiskiem Jefferson

zakablował czarnucha nazwiskiem Washington. Czarna dama nazwiskiem Lincoln przyspieszyła

proces. A Dudley zakończył sprawę.

– Śmiało, panowie. Dudster rozsądzi was w duchu bezstronnej sprawiedliwości.

Blanchard zachrapał. Dudley miał na komendzie małą klitkę. Dźwięk chrapania odbijał się od

ścian jak bumerang. Jack Webb podniósł głowę i przysiadł obok dalekopisu.

Dudley napisał Beth Short krótki list. „Przykładaj się do nauki, moja piękna dziewczyno. Przywieź

ze sobą tego niewidomego chłopaka, Tommy’ego Gilfoyle’a. Prześlę ci drugi bilet lotniczy. Chcę

zobaczyć, jak opowiadasz mu film. To jedna z twoich lepszych sztuczek”.

Nadal czuł kopa od benzedryny. Chłopak z Hop Singu pilnował niegaszonego wapna

z bulgoczącym gwałcicielem. Przesłał czerwone róże czterem zgwałconym kobietom.

Z najserdeczniejszymi życzeniami.

Blanchard chrapnął ponownie. Facet był rogaczem. Na komendzie huczało od plotek.

Dudley podniósł „Screen World”. Strony były postrzępione. Ten artykuł o Bette Davis przeczytał

z bilion razy. Papier był podarty, a twarz Bette umazana atramentem.

Harry Cohn znalazł przynętę na Bette. Babka nie chciała się rozstać z Warnerem i przejść do

Columbii. Harry powiedział:

– Nie mogę tego pojąć, Dud. Ona musi być antysemitką.

Dudley na to:

– Jak one wszystkie. Z drugiej strony, czy wy wszyscy, filmowi potentaci, nie jesteście żydkami?

Harry ryknął. Harry był honorowym białym człowiekiem. Zarządzał Columbią żelazną ręką.

Specjalistką od skrobanek w jego wytwórni była lesba Ruth Mildred Cressmeyer. Ruthie prowadziła

lesbijską melinę niewolników razem z zastępczynią szeryfa Dot Rothstein. Ruthie spieprzyła

skrobankę czarnej nałożnicy Billa McPhersona i straciła licencję lekarską. Synalek Ruthie, Huey,

organizował napady i chadzał na spotkania Bundu. Huey węszył dla niego. Huey wąchał klej. Huey

był wielkim psychopatą.

Zadzwonił telefon. Czerwone światełko zamigotało – porucznik Thad Brown.

Podniósł słuchawkę.

– Tak, Thad?

– Potrzebuję przysługi. To niewdzięczna robota, ale mam tylko ciebie i Blancharda.

– Wal śmiało.

– W Highland Park, przy Czterdziestej Piątej Alei numer dwa jeden zero osiem, jest głośne

przyjęcie. Miejscowi są zawaleni robotą, a ci z centralnej kierują ruchem. Połowa nocnej zmiany

udrażnia korek, który zafundowała nam armia.

Dudley zanotował adres. Połączenie z Brownem przerwał trzask statyczny. Śpiąca królewna się

poruszyła.

– Powstań i zabłyśnij, młodzieńcze. Mamy robotę.

Blanchard przetarł oczy. Dudley podał mu kawę. Blanchard ziewnął szeroko.

Spał w bluzie od munduru. Przydałoby mu się golenie. Blanchard był wiecznym malkontentem.

Przeprowadził śmiały skok w 1939 roku i ocalił dziewczę wątpliwej reputacji. Od tego czasu gówno

zdziałał.

Dudley podniósł jego kaburę z bronią. Pokierował Blanchardem między boksami, patrząc, jak

strząsa z siebie resztki snu. Zjechali windą do garażu i wzięli mały wóz. Wyjechali na Main i skręcili

na północ.

Zegar na desce rozdzielczej wskazywał 23.41. Blanchard ziewnął i otworzył boczny lufcik.

– Benny niebawem wyjdzie.

– Wiem, chłopcze. Wiem.

– Pewnie urządzi przyjęcie.

– Czmychnął z komory gazowej. Ma co świętować.

Blanchard zapalił papierosa.

– Uciekł dzięki nam...

– Nie daj się prosić. Dokończ, co chciałeś powiedzieć.

Blanchard wzruszył ramionami.

– Czasami widzę jego twarz. No wiesz, tego kanara. Czasami mi się śni.

Dudley opuścił szybę. Zimne powietrze osłabiło działanie benzedryny.

– Uspokój się, chłopcze. Zachowaj czułe sumienie dla tych, którzy zasługują na żal.

Blanchard przełknął ślinę i wyrzucił papierosa. Dudley skręcił w Broadway i przemknął przez

Chinatown. Ominęli Parkway i dotarli do Figueroa od północy.

Wiosna 1938 roku. Maniak seksualny przetrzymuje jako zakładniczkę trenerkę pracującą w siłowni

dla dziewcząt. Każe jej się rozbierać pod prysznicem. Dudley wkrada się ukradkiem i rozwala

maniakowi mózg. Od tej pory w każde święta Bożego Narodzenia przysyłał porwanej kwiaty.

Przejechali przez Mextown23. Nocne hulaki grały w kości przed barami. Przecięli Czterdziestą

Piątą Aleję. Cholo24 zniknęli. Ulica jasna i czysta.

Domy o drewnianej konstrukcji, z widokiem na aleję, bezpieczna przystań sztywniaków. Głośne

przyjęcie – po prawej.

Jaskrawo oświetlony dom. Głośna muzyka. Marynarze obojga płci prowadzą pogaduszki na

werandzie. Jakiś mat nalewa chochlą poncz z wazy na zupę. Babki powiewają amerykańskimi

flagami na patyku.

Dudley zaparkował. Blanchard wysiadł i się przeciągnął. Ktoś szepnął „gliny”, ktoś wyłączył

muzykę.

Blanchard podszedł do werandy. Hulanka ustała. Blanchard powiedział „szaaa”. Rozległy się

nerwowe chichoty.

– Widziałem w Tijuanie pana walkę z tym czarnuchem – rzucił jakiś marynarz.

Blanchard się ukłonił. Dziewczyna w mundurze marynarki podała mu kieliszek z ponczem.

Blanchard wypił jednym haustem i szepnął: wow! Gdzieś w oddali zabiły kościelne dzwony.

Dudley wysiadł z samochodu. Echo dzwonów osłabło. Wydawało mu się, że coś usłyszał.

Jakiś słaby, piskliwy głos. Nie był to zgiełk ulicy dobiegający z Figueroa.

Blanchard zaczął czarować kmiotów. Dziewczyna z żeńskiej rezerwy marynarki ponownie

napełniła jego kieliszek. Ten sam ostry hałas. Jakby ocierających się o siebie skrzypiec.

Wiedział, skąd pochodził – z domu po prawej. Drewniana konstrukcja. Schludny. Piętrowy, kryta

weranda. Wyciągnął latarkę i podszedł. Jakieś cienie przesunęły się po werandzie.

Kojoty. Piskliwe bestie.

Blanchard zawrócił do samochodu. Dudley przeciął trawnik i oświetlił werandę snopem latarki.

Kojoty skupiły się przy szparze pod drzwiami.

Światło je spłoszyło. Rozbiegły się w popłochu. Ich pyski zalśniły czerwono.

Dudley spojrzał na zegarek. Dwie minuty po północy. Blanchard zobaczył go i ruszył przez

trawnik. Dudley wszedł na werandę.

Oświetlił szparę pod drzwiami. Oczywiście – krew.

Wyciekała szparą pod drzwiami. Zasychająca krew.

Blanchard wskoczył na werandę. Zaleciało od niego tanim rumem. Dudley dał znak: szaaa.

Blanchard powiódł wzrokiem za snopem światła latarki i poczuł mdłości.

Dudley wyciągnął gnata.

– Pchnij drzwi barkiem. Uważaj, gdzie stawiasz stopy.

Blanchard zasłonił nos i wszedł. Zwinny chłopak – przywarł plecami do ściany i posuwał się

bokiem. Przednia część pokoju była pogrążona w ciemności. Stopy Blancharda skrzypnęły na

drewnianych deskach podłogi.

Światło.

Żyrandol na suficie. Mocne żarówki. Wnętrze wypełniło białe światło.

Salon. Perski dywan od ściany do ściany. Przesiąknięty krwią, właściwie zanurzony we krwi. We

krwi czterech martwych pogan. Rasy żółtej – taty i mamy, córki i syna.

– To Japońcy – powiedział Blanchard.

Leżeli na wznak. Wypatroszeni. Ktoś im dosłownie wypruł flaki. Wnętrzności błyszczały na

podłodze. Cała czwórka leżała w poprzek pokoju. Jakby ktoś ich ułożył. Obok spoczywały cztery

usmarowane krwią miecze.

Długie zakrzywione ostrza, grube, skórzane rękojeści. Tradycyjne japońskie miecze.

Blanchard zachwiał się i wyszedł na dwór. Dudley usłyszał, jak wymiotuje. Przywarł do ściany

i obszedł pokój, przyglądając się Japońcom.

Tata lat pięćdziesiąt, krótko obcięte włosy. Twarde dłonie, brązowe od słońca – pewnie jeden

z tych japońskich farmerów. Mama pulchniutka, w wieku taty. Chłopak mógł mieć ze dwadzieścia

dwa, dwadzieścia trzy lata. Umięśniony. Zadziorna, latynoska fryzura. Dziewczyna smukła, około

szesnastu lat.

Japońska tradycja. Seppuku, harakiri, rytualne samobójstwo. Utrata czci nakazująca

samounicestwienie.

Blanchard pojawił się w drzwiach. Kolana mu drżały. Z sąsiedztwa ponownie doleciała skoczna

melodia.

– Zadzwoń do biura śledczego i laboratorium. Powiedz porucznikowi Brownowi, co tu mamy,

i przekaż poufną wiadomość komendantowi Horrallowi. Wezwij Raya Pinkera. Niech zabierze ze

sobą tego młodego doktora, Ashidę.

Blanchard odpowiedział, zasłaniając usta chusteczką:

– Może ich przykryć prześcieradłem? Sąsiedzi po drugiej stronie…

– Nie zawracaj sobie głowy, chłopcze. Na mój gust to samobójstwo. Niech Pinker zadzwoni do

Norta Laymana z kostnicy. Nort to pierwszorzędny spec od ustalenia przyczyny zgonu.

– Co z identyfikacją ofiar? Rozpoznasz ich?

Dudley przykucnął na skrawku podłogi.

– Nie są przestępcami w klasycznym znaczeniu tego słowa. Nie można „zidentyfikować”

obłąkanych pogan, którzy na pozór postępują tak, jakby przestrzegali praw białego człowieka. Zajrzyj

do właściciela sąsiedniego domu. Ustal, co wie. Później zatelefonuj do urzędnika mającego nocny

dyżur w archiwum. Dowiedz się, kto jest właścicielem tego domu. Od jak dawna ci Japońcy go

wynajmują lub posiadają.

Blanchard zniknął. Dudley wyciągnął notes i długopis.

Naszkicował salon. Na oko zmierzył deski podłogowe i dywan. Narysował kanapę i dwa fotele.

Krew sięgała do połowy butów. Napisał, że na pięć centymetrów.

Ozdoby na ścianach: stare fotografie w odcieniu sepii, przedstawiające dawno nieżyjących

Japońców, i oprawiona w ramki mapa Japonii. Pozory normalnego życia rodzinnego.

Do salonu przylegała jadalnia. Dudley narysował stół, okna i krzesła. Kałuże krwi urywały się

przed jadalnią. Dywan w salonie wchłonął całą krew.

Usta zabitych były szeroko otwarte. Umarli, próbując złapać oddech. Ułożono ich obok siebie.

Pochylił się i trącił ramię taty. Było sztywne. Początek rigor mortis.

Wszedł do kuchni. Pomieszczenie było wyłożone białymi płytkami.

Na suszarce stały naczynia. W lodówce znalazł japońskie jedzenie. Warzywa i ryż, węgorz

i kalmary.

Dudley naszkicował kuchnię i pralnię. Podłoga z linoleum, zmywarka, rozciągnięty sznur do

bielizny. Na sznurze wisiały mokre rzeczy. Po co robić pranie w dniu samobójstwa?

Ruszył schodami i stanął na podeście. Dwie sypialnie z lewej. Jedna sypialnia z prawej. Na

ścianie zdjęcia dawno nieżyjących Japońców.

Wszedł do pierwszej sypialni z lewej strony. Pokój dziewczyny. Typowy pokój Japońca płci

żeńskiej.

Dziewczyna spała na macie rozciągniętej na podłodze. Trzymała na biurku drzewko bonzai.

I wypchane zwierzaki o skośnych oczach. Wśród ubrań były kimona i normalny szkolny strój.

Drzwi przejściowe były zamknięte na kłódkę. Poczuł lekkie podniecenie z tego powodu. Przeszedł

szybko do sąsiedniej sypialni. Typowy pokój Japońca płci męskiej.

Martwy chłopak wyglądał na zbuntowanego. Miał charakterystyczną latynoską fryzurę. Pewnie

dziewczyna zamknęła drzwi łączące pokoje, aby nie wpuścić go do środka.

Drzwi prowadzące na korytarz były wyposażone w zamek na klucz. Dwa zamki oznaczały, że

mogła zamknąć się w środku.

Pokój chłopaka – bałagan i coś jeszcze.

W kącie stały kije do golfa. Nad łóżkiem wisiał proporczyk ogólniaka Franklin High. Jakieś

rozrzucone komiksy. Dudley zwrócił uwagę na nazistowskich szpiegów na okładce.

Obok łóżka dzban. Cuchnąca woń moczu.

Brak ubikacji w pokoju panienki i juniora. Brak prywatności współmieszkańców.

Dudley zajrzał do szafy i komody. I co zobaczył?

Niewinne męskie ubranie. Sweter z literą „F” oznaczającą ogólniak Franklin High. Cztery

garnitury z długą marynarką. Kolejne komiksy. Dwa noże sprężynowe. Świerszczyki i wywatowane

ochraniacze na genitalia.

Sprawdził ochraniacze. Były wyłożone małymi japońskimi flagami i kobiecą bielizną. Pasującą do

bielizny jego młodszej siostry.

Została jeszcze jedna sypialnia – pokój do kimania mamusi i tatusia.

Wszedł. Zajrzał do łazienki. Zobaczył cztery szczoteczki do zębów w jednym kubku i olejek do

włosów pachuco25 na półce nad zlewem.

Sprawdził sypialnię. Zauważył kartkę przyklejoną do ściany.

Dwie linijki tekstu. Japońskie litery. Pewnie list pożegnalny.

Szafa była pełna. Mama nosiła kimono. Tata wolał kombinezony i szaty japońskich samurajów.

Komoda była szczelnie wypełniona. Dudley otworzył górną szufladę.

Zauważył: rulon japońskich jenów i szkopskich reichsmarek. I broszurę zatytułowaną Ciemiężca

z Los Angeles.

Dudley przejrzał wszystkie osiem kartek. Jakiś durny pamflet. „Pan Anonim” dyszał antyjapońską

wściekłością. Oskarżał „sKKKo rumpowane fraKKKcje w politycznej machinie Los Angeles”. Ich

sługusami byli „sKKKorumpowani funKKKcjonariusze departamentu policji i biura szeryfa”. Cięgi

dostały się burmistrzowi Fletchowi Bowronowi. Oberwał także szeryf Gene Biscailuz. Wycisk

dostali były komendant Jim Davis i komendant C. B. „Jack” Horrall. Autor chłostał Żydów,

Brytyjczyków i Chinoli.

Do pokoju wszedł Blanchard. W ręku trzymał swój kieszonkowy notatnik i butelkę piwa Lucky.

Opieprzał się na dole. Jego buty były umazane krwią.

– Nazywają się Watanabe. Tata to Ryoshi, mama – Aya, a dzieciaki – Nancy i Johnny. Dom

kupiono na nazwisko ojca. Ma dużą farmę w dolinie, jak każdy Japoniec, który nie handluje

świecidełkami i nie ma łodzi rybackiej w Pedro. Facet mieszkający obok powiedział, że to porządni

ludzie, którzy stronią od białych i obracają się we własnym gronie. Są przypuszczalnie jedynymi

Japońcami w Highland Park.

Na dole trzasnęły drzwi. Dudley przeszedł do pokoju Johnny’e go i spojrzał w dół. Z dwóch

samochodów wysiedli: Ray Pinker, Nort Layman, ten dzieciak Ashida i porucznik Thad Brown.

Podbiegli do domu. Usłyszał głośne „o kurwa”. Układny Blanchard wszedł do sypialni. Podniósł

komiksy Johnny’ego. Wypił łyk piwa.

Dudley ciachnął mu butelkę.

– Zejdź na dół i sprowadź mi tu Japońca. Raz, raz, Leland.

Blanchard się zmył. Dudley wrócił do pokoju mamy i taty. Dud ley przyjrzał się kartce.

いま迫り来たる災厄は  われらの招きたるものに非ず

われらは善き市民であり  かかる事態を知る身に非ざれば

Japoniec wszedł do pokoju. Była 1.30. Zadbany młody mężczyzna o jasnym spojrzeniu.

– Czyta pan po japońsku, doktorze Ashida?

– Tak, sierżancie.

Dudley pokazał mu kartkę. Ashida obejrzał ją uważnie.

– „Nadciągająca apokalipsa nie jest naszym dziełem. Byliśmy porządnymi obywatelami, nie

wiedzieliśmy, że się zbliża”.

9

LOS ANGELES | NIEDZIELA, 7 GRUDNIA 1941 ROKU

1.31

Dudley Smith powiedział:

– To mi wygląda na list pożegnalny.

– Tak, przypuszczalnie – odparł Ashida.

– Jest pan Nisei, doktorze Ashida?

– Tak, sierżancie.

– Czy poczynił pan jakieś obserwacje natury kulturowej, które mogłyby mnie oświecić?

Ułożenie ciał wydawało się niewłaściwe. W domu było za czysto. Seppuku często towarzyszy

chaos. Tak, w domu powinien być zdecydowanie większy bałagan.

– List dostarcza usprawiedliwienia, nie wskazuje na zniewagę lub hańbę. „Nadciągająca

apokalipsa” brzmi niejasno. Większość Japończyków, którzy popełnili zbiorowe samobójstwo,

zostawia bardziej konkretne wiadomości i podkreśla zamiar oczyszczenia honoru.

Dudley Smith się uśmiechnął. Był wysoki i wysportowany. Miał małe, brązowe oczy. Jego miękki

akcent wprowadzał w błąd podejrzanych. Błąd prowadził zwykle do komory gazowej.

– Dziękuję za pana cenne uwagi. Zostanę w tym pokoju i rozejrzę się. Proszę pomóc kolegom na

dole.

Ashida skłonił się i ruszył w kierunku schodów. Poczuł odór wnętrzności zmieszany z zastałym

powietrzem. Zszedł na dół i skręcił do salonu. Blanchard i Brown przystanęli w pewnej odleg łości

od dywanu. Zrobili minę „ale cuchnie” i wyszli na papierosa.

Ray Pinker fotografował ciała. Nort Layman dokładnie oglądał ciała. Miał kalosze do kolan.

Przyjechał przygotowany na mokrą robotę i płynny rozkład.

– Dziewczyna mi się podoba – powiedział Blanchard. – Gdyby żyła, mógłbym ją przelecieć.

– To potrwa dość długo – zauważył Brown. – Myślisz, że Ace Kwan mógłby nam podesłać jakieś

żarcie?

– Hop Sing i Cztery Rodziny poszli na wojnę. Ace ma pełne ręce roboty.

– Dudley kumpluje się z Ace’em. Załatwi nam coś do żarcia.

– Nie mów Ace’owi, że mamy tu martwych Japońców. Japońcy i Chinole mają niewyrównane

rachunki.

Dwaj pracownicy kostnicy wtaszczyli pojemniki na krew. Layman zapisał godzinę i datę na

przylepnych karteczkach. Ci z kostnicy mieli gumowe rękawiczki i metalowe łopatki. Layman

wskazał zwłoki.

– Zróbcie tu porządek. Zapieczętujcie pojemniki taśmą. Dajcie krew do lodówki, żebym mógł

rzucić okiem na komórki.

Pracownicy kostnicy przystąpili do roboty. Pobrali próbki krwi i umieścili w pojemnikach.

Layman rzucił im cztery kolejne pojemniki. Krew zaczęła krzepnąć. Sączyła się na pół wyschnięta.

Jeden z pracowników utorował sobie przejście do Ryoshiego Watanabe. Drugi wytyczył ścieżkę

do Johnny’ego. Napełnili krwią sześć pojemników. Chwycili za rączki i zabrali z dywanu.

– Jasny szlag – zaklął Blanchard.

Layman podszedł do ciał. Podniósł miecze. Położył na dywanie. Przewrócił ciała na brzuch,

a następnie opuścił spodnie, spódniczki i bieliznę. Pinker podał mu cztery termometry z gumową

opaską. Layman wetknął każdemu nieboszczykowi termometr w odbyt i odliczył sekundy na ręcznym

zegarku. Ashida odliczył na swoim. Layman wyciągnął termometry i sprawdził odczyt. Dał znak

ludziom z kostnicy, żeby się brali do roboty. Wrócili do karawanu.

Layman odchrząknął.

– Powiedziałbym, że nie żyją od dziesięciu godzin. Zostali wypatroszeni, więc pokarm w jelitach

mógł się częściowo rozłożyć we krwi na dywanie. Jeśli określę stopień strawienia, będę mógł

dokładniej ustalić czas śmierci.

Faceci z kostnicy wtoczyli czworo metalowych noszy na kółkach. Na krawędziach był odpływ na

krew. Pinker stanął nad ciałami i wykonał zdjęcia ofiar ułożonych na brzuchu.

– To samobójstwo – powiedział Brown. – Gadałem z komendantem. Powiedział, żeby zakończyć

sprawę i pozbyć się kłopotu.

Do salonu wszedł Dudley Smith.

– Skłaniam się ku samobójstwu. Niebawem wydamy oświadczenie.

Pracownicy kostnicy pochylili się nad noszami. Layman dał im znak „ruszamy”. Utworzyli linię.

Stojący na środku pokoju podnosił zwłoki, jego kolega chwytał je i odwracał, a Layman układał

denatów na noszach, twarzą ku górze.

Ashida patrzył. Przełknął ślinę i odezwał się:

– Obrzęd seppuku obejmuje rytualny posiłek spożyty na krótko przez rozcięciem brzucha. Doktor

Layman zdoła to ustalić na podstawie ilości pokarmu w przewodzie pokarmowym.

Layman zarechotał.

– Lubię dzieciaka. Może mówić mi „Nort”, a tytułuje mnie doktorem.

Pinker się roześmiał.

– Facet sam jest doktorem. Ma doktorat z pieprzonego Stanfordu.

Blanchard pokazał mu „wal się”. Dudley Smith mrugnął do Ashidy.

Japończyk się zaczerwienił. Nogi się pod nim ugięły. Patrzyło na niego ośmiu białych mężczyzn.

Podszedł do noszy. Naciągnął gumowe rękawiczki. Faceci z kostnicy spojrzeli na niego takim

wzrokiem, jakby chcieli zapytać „co to za palant?”.

Ashida odwrócił Ryoshiego. Tak – instynkt go nie mylił. Odwrócił Johnny’ego. Tak – to samo.

Odwrócił Ayę i Nancy. Tak – one również.

Przykuł ich uwagę. Ośmiu białych mężczyzn patrzyło na niego w napięciu.

– Są ślady wahania, poniżej miejsca przebicia. To nic zaskakującego, zważywszy na potworny

rodzaj śmierci. Nietypowy jest podobny kształt śladów, jeśli cztery osoby rozcięły sobie brzuch.

W przypadku seppuku ślady wahania są zwykle poniżej przebicia. Tutaj rozcięcie biegnie z boku na

bok, jakby się szarpali lub opierali impulsowi popełnienia samobójstwa w sposób, który nie został

odnotowany w pismach kryminologicznych.

Pinker i Layman podeszli bliżej. Ashida pokazał im ślady na ciele Nancy i Johnny’ego. Layman

usunął zeschłą krew. Pinker zagwizdał.

– Chłopak ma rację – powiedział Layman.

– Odnoszę wrażenie, że ułożenie ciał jest niewłaściwe – ciąg nął Ashida. – Widziałem zdjęcia

zbiorowego seppuku w japońskich podręcznikach. W chwili śmierci członkowie rodziny zawsze

obejmują się wzajemnie, nawet jeśli pierwotnie mieli zamiar leżeć obok siebie. Ciała zawsze

częściowo się przykrywały.

Dudley Smith zapalił papierosa.

– Przypuśćmy, że ślady wahania są dziełem ojca. Obawiał się, że żona, syn i córka stchórzą

w ostatniej chwili, że nie będą w stanie utrzymać ostrza. Kierował ich rękami, zabił i ułożył ciała,

a następnie sam popełnił samobójstwo. Zawahał się, bo zamordowanie rodziny wytrąciło go

z równowagi.

– Tak, to możliwe – przyznał Ashida.

Brown wzruszył ramionami.

– Zaczynamy snuć spekulacje. To pieprzone samobójstwo.

Blanchard zarechotał.

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: