http://fraktalla.com/ksiazka/Ammann-Thomas-Aust-Stefan/Saga-rodu-Porsche,64906602329KS

Pełna wersja książki w linku powyżej

ZDOBYWCY SZCZYTÓW

 

 

Frankfurt nad Menem, wrzesień 2011 roku. Pewien człowiek wchodzi na dach

wieżowca. Staje na skraju obramowania i spogląda w dół. Skacze i leci

w przepaść. Tuż przed nieuniknionym upadkiem mężczyznę zatrzymuje lina

bungee. Najpierw leci z powrotem w górę, później znów na dół, sprężynuje

w powietrzu, przez chwilę pozostaje bezradnie zawieszony gdzieś między niebem

a ziemią, aż w końcu lina powoli się opuszcza i mężczyzna pewnie stawia obie nogi na

ziemi.

W ten sposób, w przeddzień wystawy motoryzacyjnej IAA we Frankfurcie nad

Menem, w grupie Volkswagena rozpoczyna się wieczorna prezentacja najnowszego

modelu Porsche z rocznika 2011. Ktokolwiek wymyślił ów teatralny spektakl

z udziałem laserów, projekcji wideo, akrobatów oraz gwiazdy na czterech kółkach

o nazwie 911, stworzył idealną alegorię wzlotów i upadków, które firma Porsche

przeżyła w przeszłości.

Pod kierownictwem Wendelina Wiedekinga, prezesa zarządu, niewielka kuźnia

sportowych samochodów z siedzibą w Stuttgarcie-Zuffenhausen wzniosła się na

wyżyny. W ciągu kilku lat z kandydata na bankruta, którym była na początku lat

dziewięćdziesiątych, przeistoczyła się w najbardziej rentownego producenta aut na

świecie. W erze Wiedekinga sprzedaż wzrosła do stu tysięcy samochodów rocznie,

tymczasem na początku lat dziewięćdziesiątych firma zbywała zaledwie kilka tysięcy

sztuk. Jej właściciele, rodziny Porsche i Piëch, nie śmieli nawet marzyć o takich

wynikach. W czasach Wiedekinga ich fortuna pomnożyła się kilkakrotnie,

z milionerów stali się miliarderami.

Gdy za pomocą zgromadzonego miliardowego majątku podjęto wreszcie próbę

przejęcia piętnastokrotnie większego koncernu Volkswagena, wyglądało to na

zwieńczenie baśni ze świata wielkiej finansjery, konsekwencję ciągnącej się przez

kilka dziesięcioleci historii sukcesu. Nastał właśnie czas taniego pieniądza, w którym

także rodzinne frankońskie przedsiębiorstwo Schaeffler przejęło firmę Continental,

dużego kooperanta branży motoryzacyjnej, i omal nie zadławiło się kredytami.

W przypadku Porsche początkowo zdawało się, że śmiały plan się powiedzie, ale

wskutek kryzysu gospodarczego i zmasowanych protestów ze strony środowisk

politycznych i związków zawodowych firma poniosła w końcu porażkę. Nieoczekiwanie

Porsche było zmuszone zaciągnąć kredyt na jedenaście miliardów euro i przekazać

bankom w ramach zabezpieczenia akcje Volkswagena, które do tej pory udało się

skupić. Wiedeking, który wspólnie z właścicielami firmy, rodzinami Piëch i Porsche,

zainicjował interes i pewien był zwycięstwa, niespodziewanie został sam. Swoimi

zdecydowanymi, energicznymi posunięciami z poprzednich lat nie zaskarbił sobie

zbytniej sympatii ekipy z Wolfsburga i nie tylko.

Raptem Porsche z agresora samo stało się kandydatem do przejęcia, a jedynym

ratunkiem okazało się dla niego schronienie pod skrzydłami koncernu Volkswagena.

W ten sposób połączyły się dwie firmy od zawsze stanowiące całość: Volkswagen

i Porsche, a także dwie gałęzie rodu, Porsche i Piëch, które w efekcie stały się jedną

z najpotężniejszych światowych dynastii przedsiębiorców.

Wendelin Wiedeking, dawny wybawca przedsiębiorstwa, poniósł klęskę, a razem

z nim prawie cała firma Porsche. Lało jak z cebra, gdy 23 lipca 2009 roku prezes

zarządu żegnał się z personelem po szesnastu latach szefowania. Mimo rzęsistego

deszczu pracownicy wyszli przed zakłady w Zuffenhausen. Takiego zebrania załogi

nigdy chyba w Niemczech nie było. Szefa zarządu pożegnano kilkuminutową owacją

na stojąco, a członkowie rady zakładowej z płaczem ściskali go na środku placu.

Nie ułatwiacie mi odejścia – zawołał drżącym głosem do współpracowników

Wiedeking, dotychczas twardy jak stal.

Szef rady nadzorczej, Wolfgang Porsche, zawołał za nim przez łzy:

Proszę na mnie polegać. Mit Porsche żyje i nigdy nie zginie.

Tak – mit. Przecież Porsche nie jest pierwszą lepszą firmą. Niekiedy potrafi być jak

jedna wielka rodzina. I to nie dlatego, że jest jednym z ostatnich producentów

samochodów, o którego losach w pełni decydował jeden ród. Przynależność do tego

wyjątkowego grona czują pracownicy w Stuttgarcie i Lipsku, a także właściciele

porsche na całym świecie. Fani z całego świata tworzą wspólnotę żyjącą pasją dla

marki, miłością do techniki i kultywacją tradycji. Przedsiębiorstwo zapewnia, że

równo trzy czwarte kiedykolwiek zbudowanych egzemplarzy Porsche istnieje do dziś.

Praktycznie w każdym kraju, w którym znajdują się drogi, działa klub Porsche.

Największy, liczący sto tysięcy członków, istnieje w Stanach Zjednoczonych. USA

dotychczas stanowią najważniejszy rynek zbytu dla Porsche, przynajmniej do czasu,

aż Chiny wyjdą na prowadzenie. Firmowe czasopismo „Christophorus” wychodzi od

ponad sześćdziesięciu lat i obecnie sprzedawane jest na całym świecie w trzydziestu

sześciu wersjach językowych, w tym oczywiście po chińsku. Do tego w dobie Internetu

kult Porsche przybiera nowy wymiar: liczący ponad milion członków klub fanów

Porsche jest największym klubem markowym na Facebooku.

Porsche sprzedaje marzenia i już choćby z tego powodu nie da się do niego

zastosować zasad zwykłej ekonomii. Konstruuje ekskluzywne, drogie i szybkie

samochody; istnieje niewiele produktów, które od Ameryki po Azję byłyby przez

wszystkich tak podziwiane, jak sportowe auta ze Stuttgartu. Porsche – najszybsze

marzenie świata, marzenie globalne. Porsche było i jest najszybszym połączeniem

między szwabską prowincją a globalnym sukcesem. Ale nie tylko to zapewnia mu ową

wyjątkową pozycję. Ważne są również mity skupione wokół osoby założyciela,

Ferdinanda Porsche (1875–1951): historia genialnego konstruktora symbolizującego

triumfalny wjazd automobilu w minione stulecie, i historia rodziny, której nazwisko

nierozerwalnie wiąże się z przedsiębiorstwem. Ukształtowały ją trzy pokolenia:

najpierw założyciel, Ferdinand Porsche, potem jego syn Ferry (1909–1998) i córka

Louise (1904–1999), po mężu Piëch, a w końcu wnukowie Ferdinanda, Wolfgang

Porsche i Ferdinand Piëch, którzy jako protagoniści obydwu gałęzi rodu znajdują się

w centrum uwagi opinii publicznej. Owa trzecia generacja pielęgnuje tradycję, a może

nawet żyje nieco w cieniu swego potężnego pradziadka.

W dziejach Porsche odbija się także niemiecka historia XX wieku. Historia

przemysłu, gospodarki wraz z jej wszystkimi wzlotami i upadkami, a także

pomyłkami i politycznymi zawirowaniami. Hitler i Volkswagen, wojna i pokój, cud

gospodarczy niemieckiej federacji. Podniesienie się z wojennej katastrofy, kryzys

i wzrost gospodarczy, globalizacja, kryzys finansowy, a wreszcie rodzinny spór

o władzę w koncernie Volkswagena, który zamierza zdobyć najwyższą pozycję

w globalnym przemyśle samochodowym. I człowiek, który zasadniczo doprowadził

przedsiębiorstwo do punktu, w jakim się dziś znajduje: szef rady nadzorczej,

Ferdinand Piëch, jeden z wnuków konstruktora, którego pomysł samochodu dla ludu

stał się fundamentem światowego imperium motoryzacyjnego.

To fascynująca historia, która w podobnej formie nie powtórzyła się nigdzie na

świecie – mówi siedemdziesięcioletni Daniel Goeudevert, były prezes zarządu marki

Volkswagena, a zarazem dawny najgroźniejszy rywal Ferdinanda Piëcha w walce

o szefostwo w zarządzie firmy. Później został przez Piëcha zwolniony.

Nawet Fordów ani Agnellich od Fiata nie da się porównać z Porsche. To połączenie

wydarzeń rodzinnych i sagi, a do tego dochodzą oczywiście specyficzna niemiecka

historia i losy powojennego przemysłu.

 

Początki tej sagi sięgają końca XIX wieku, gdy Ferdinand Porsche konstruował

pierwsze automobile z napędem elektrycznym i hybrydowym – koncepcje, które dziś

znów niespodziewanie okazują się wyjątkowo aktualne. Podczas pierwszej wojny

światowej Porsche skonstruował czołg i inne machiny wojenne dla austriackiego

cesarza, co w roku 1917 przyniosło mu honorowy tytuł doktora Wyższej Szkoły

Technicznej w Wiedniu. Ten tytuł do dziś obecny jest w nazwie firmy: Dr. Ing. h.c. F.

Porsche AG. Później na osobiste zlecenie innego Austriaka Porsche skonstruował

Volkswagena; Hitler pragnął niemieckim obywatelom zapewnić mobilność, najpierw

na drogach, później na polu walki. Technologiczna kompetencja człowieka o nazwisku

Porsche, który podobnie jak wielu innych niemieckich inżynierów, badaczy,

naukowców i przedsiębiorców ochoczo pozwolił „wodzowi” włączyć swoją osobę

w wielki plan podboju, wspaniale wpisywała się w megalomańskie fantazje Hitlera.

Podczas drugiej wojny światowej Porsche jako „ulubiony konstruktor diabła” razem ze

swoimi czołgami idzie na dno, a niedługo później to samo dzieje się z całą Trzecią

Rzeszą.

Po wojnie jego syn Ferry kontynuował dzieło patriarchy rodu pod sztandarami

demokracji, najpierw w austriackiej miejscowości Gmünd, a następnie w Stuttgarcie.

Pod jego kierownictwem powstał pierwszy samochód sportowy o nazwie Porsche.

Na początku się rozglądałem – opowiadał później Ferry Porsche – ale nie mogłem

znaleźć auta, o jakim marzyłem. Wobec tego postanowiłem sam je sobie zbudować.

Po wojnie stary Ferdinand Porsche i jego zięć, Anton Piëch, znajdowali się w niewoli

u aliantów. W tym czasie Louise, córka Porsche, zajmowała się budowaniem sieci

sprzedaży aut w Austrii, która przejęła dystrybucję Volkswagena. Wkrótce firma

Porsche w Stuttgarcie za każdego nowo zbudowanego Garbusa kasowała pięć marek

opłaty licencyjnej, z czego finansowała budowę małych, wykwintnych i drogich

automobili, zrazu robionych ręcznie. Był to początek niebywałej, bezprecedensowej

kariery małego rodzinnego przedsiębiorstwa, drogi na szczyt prowadzącej od

skromnych warunków okresu powojennego do światowej marki i symbolu sukcesu. Do

dziś świat nieprzerwanie fascynuje się sportowymi autami ze Stuttgartu-

Zuffenhausen, nie bacząc na dyskusje na temat zmian klimatycznych oraz

oszczędzania zasobów naturalnych. Szybkie samochody sportowe Porsche są

produktem społeczeństwa dobrobytu, wydają się anachroniczne, w dużym stopniu

irracjonalne – a jednak, a może właśnie dlatego, stanowią przedmiot pożądania.

Symbolizują erę prędkości, której wielu przepowiada szybkie zakończenie.

Ostatnim samochodem – oznajmił Ferry Porsche w swej ostatniej woli – będzie

auto sportowe.

Nowy model 911, o wewnątrzzakładowym oznaczeniu 991, po raz pierwszy

zaprezentowany we wrześniu 2011 roku we Frankfurcie trzem tysiącom

międzynarodowych dziennikarzy i menadżerom Volkswagena, pokazuje, jak Porsche

postrzega sportowy samochód XXI wieku. Jako kompaktowy pakiet mocy, dyskretnie

dostosowany do trendów ekologicznych i naszpikowany najnowocześniejszymi

rozwiązaniami i technologią przyszłości: skrzynią z podwójnym sprzęgłem,

w milisekundach zmieniającą biegi, oszczędnymi silnikami, automatyką systemu

start-stop. Takiego zainteresowania, jak obecnie pod marką Volkswagena, Porsche nie

wywoływało od lat. Tymczasem ten nowy staruszek również stanowi anachronizm na

czterech kołach, ostatecznie bowiem jego konstrukcja z silnikiem umieszczonym z tyłu

opiera się właśnie na dawnym Volkswagenie, którego Porsche zaprojektował niegdyś

w ramach planu masowej motoryzacji Hitlera.

Garbus dawno umarł, z pomysłu pozostał jedynie model 911, który w roku 2013

obchodził swoje pięćdziesiąte urodziny – wygląda na to, że został skazany na żywot

wieczny. Od czasu zaprezentowania prototypu w 1963 roku jego charakterystyczna

sylwetka nie uległa większym zmianom. Model 911 ugruntował wyjątkową pozycję

przedsiębiorstwa i jego światową sławę. To męska zabawka o wyrazistych damskich

kształtach. Perfekcyjne yin i yang historii motoryzacji. Jedyny samochód sportowy,

w którym silnik pozostał z tyłu pojazdu, co nie przeszkadza mu wciąż utrzymywać się

w czołówce na torach wyścigowych. Podstawową koncepcję dzieli z Garbusem, bez

którego przedsiębiorstwo samochodowe Porsche nigdy by nie zaistniało. 911 łączy

w sobie ciągłość tradycji i postęp, jednoczy pochodzenie, którym tak się szczyci,

z przyszłością. Ucieleśnia duszę przedsiębiorstwa, istotę marki. Bez 911 Porsche nie

byłoby Porsche.

Nikt nie jest tego bardziej świadomy od mężczyzny, który w jednym ze środkowych

rzędów trybuny ze spokojnym i jak zwykle nieco zdystansowanym uśmiechem

obserwuje hałaśliwy spektakl prezentujący nowy model 911. To Ferdinand Piëch,

prezes rady nadzorczej Volkswagena, a także – po zakończeniu batalii o przejęcie

firmy – znów niepodzielny władca w królestwie światowego koncernu, wnuk

Ferdinanda Porsche i współwłaściciel, który dawniej, jako młody inżynier, brał udział

w konstruowaniu silnika 911. Jak zawsze w ciągu ostatnich lat patriarcha pojawia się

we Frankfurcie z małżonką Ursulą, która tymczasem, zgodnie z życzeniem męża,

weszła do rady nadzorczej koncernu Volkswagena. Jak zwykle cały orszak reporterów,

fotografów i operatorów kamer bacznie obserwuje każdy jego krok, każdą wypowiedź,

a nawet najmniejszy grymas twarzy. Piëch zaś wprawdzie zajął miejsce w tym samym

rzędzie, co jego kuzyn Wolfgang Porsche, ale w bezpiecznej odległości od krewniaka.

Wesoło usposobiony Martin Winterkorn, prezes zarządu Volkswagena, od dawna pełni

funkcję neutralnego bufora między kuzynami, którzy od czasu walki o hegemonię

w koncernie przestali się lubić.

Od lat panuje rywalizacja między dziećmi Ferry’ego, syna Ferdinanda Porsche,

noszącymi nazwisko dziadka założyciela, i dziećmi jego córki, Louisy Piëch. Do

eskalacji konfliktu doszło przy okazji batalii o przejęcie koncernu, która stanowiła

poniekąd potyczkę gałęzi rodu Porsche i Piëch. Doszło wtedy do wzajemnych zniewag

i afrontów. Wolfgang Porsche najprawdopodobniej planował, że po odniesieniu sukcesu

i zwycięskim wkroczeniu do Wolfsburga zastąpi nielubianego krewniaka na

stanowisku prezesa rady nadzorczej w Volkswagenie. Wiedeking zająłby miejsce na

fotelu prezesa zarządu, Winterkorn zaś musiałby odejść. Tyle na temat planu, który –

jak wiadomo, się nie powiódł. Od tamtej pory spotkania na szczycie obydwu gałęzi

rodu, mające miejsce przy publicznych okazjach, przebiegają w lodowatej atmosferze,

a Ferdinand Piëch wyraźnie daje odczuć kuzynowi ze Stuttgartu, kto jego zdaniem

zszedł z ringu jako zwycięzca. Fakt, że w wyniku manewrów związanych z próbą

przejęcia koncernu obie rodziny posiadają większość w wysokości 50,8 procent akcji

największego koncernu motoryzacyjnego Europy (przy czym udział Porsche jest nieco

większy od udziału rodziny Piëchów), może dla Wolfganga Porsche stanowić pewne

pocieszenie po porażce poniesionej w rodzinnym zatargu.

Zamiłowanie Ferdinanda Piëcha do motoryzacji jest już legendarne, ono również

stanowi spadek po genialnym dziadku. Mówi się, że jest jedynym menadżerem

przedsiębiorstwa samochodowego, który po ciemku potrafi rozłożyć auto na części

i zmontować z powrotem tak, że jest w jeszcze lepszym stanie. Równie legendarny

i sławny jest zwyczaj Piëcha, by w krótkich, beznamiętnych, rzuconych jakby

mimochodem zdaniach obwieszczać istotne dla przedsiębiorstwa informacje, a czasem

nawet kłaść kres karierom top menadżerów. Zdarzyło się to na przykład w lecie 2009

roku podczas prezentacji nowego Volkswagena Polo na Sardynii. Pewien reporter

zapytał Piëcha, czy ówczesny szef Porsche, Wiedeking, nadal cieszy się jego

zaufaniem. W odpowiedzi padło jedno jedyne słowo:

Nadal.

A po krótkiej przerwie dodał:

Słowo „nadal” może pan wykreślić.

Tym lakonicznym stwierdzeniem rozwiał wszelkie wątpliwości co do dalszej kariery

Wiedekinga w firmie Porsche.

Na imprezie we wrześniu 2011 roku Piëch okazał się jeszcze bardziej oszczędny

w słowach niż zazwyczaj. W związku z nowym nabytkiem Porsche pojawiło się akurat

sporo problemów. Tymczasowo wstrzymano działania zmierzające do planowanej od

dwóch lat fuzji z Porsche Automobil Holding SE. Po złożeniu przez kilka funduszy

inwestycyjnych z USA miliardowych pozwów, instytucjonalni inwestorzy w Niemczech

również wytoczyli przeciwko Porsche i Volkswagenowi powództwa o idące w miliardy

odszkodowania w związku z domniemaną manipulacją rynku kapitałowego przez

ówczesnego prezesa Wiedekinga i dyrektora finansowego Härtera. Pod koniec czerwca

2012 roku rozpoczęła się rozprawa przed sądem krajowym w Brunszwiku. Obydwu

byłym dyrektorom Porsche grozi dodatkowo oskarżenie przez prokuraturę

w Stuttgarcie.

Ze względu na problemy prawne i związane z nimi miliardowe ryzyko oczekiwane

rozwiązanie w postaci fuzji obu koncernów nie doszło do skutku, w ten sposób bowiem

Volkswagen automatycznie przejąłby ewentualne roszczenia odszkodowawcze z tytułu

rzekomej manipulacji. W zamian stratedzy z Wolfsburga w roku 2012 wpadli na

pomysł, jak bez ryzyka prawnego mogliby sfinalizować transakcję, a na dodatek

jeszcze uniknąć podatków. Dokonali przejęcia Porsche AG, spółki-córki holdingu

produkującej sportowe samochody, płacąc za nią osiem i pół miliarda euro i jedną akcję

Volkswagena. Przedsięwzięcie na wagę złota, ponieważ w ten sposób transakcja

została przeprowadzona jako wewnętrzna restrukturyzacja. Dzięki temu Porsche SE

zaoszczędziła około półtora miliarda euro podatków, które należałoby zapłacić

w przypadku sprzedaży. Prawdziwy wyczyn.

Na prezentacji we Frankfurcie we wrześniu 2011 roku nie zanosiło się jeszcze na tę

transakcję, toteż nie czuło się tam atmosfery zwycięstwa. W trakcie tradycyjnego

spotkania z prasą małżonka skrzętnie osłaniała Piëcha przed ciekawskimi

dziennikarzami. Człowiek, który zazwyczaj chętnie dzielił się swoim punktem

widzenia, był tego dnia wybitnie małomówny. Jakiś reporter zapytał go, czy firma

bierze w rachubę nabycie kolejnej marki, lecz odpowiedź była bardzo oszczędna:

Nasz koncern jest wystarczająco duży.

A przecież koncern bez wątpienia miał spory potencjał, na który składał się na

przykład mały model Volkswagena up!, z którym wolfsburczycy wiązali wielkie

nadzieje. I to nadzieje z wykrzyknikiem. Up! Po niemiecku: Aufwärts![2] – niewielkie

auto, które z założenia nie ma być ani małe, ani tanie. Pojazd o długości niecałych

czterech metrów wydaje się stworzony dla klientów w krajach, gdzie motoryzacja

szybko się rozwija, jak Chiny i Indie, ale nie tylko. Zgodnie z wolą swych twórców up!

ma być prekursorem całej rodziny modeli o licznych odnogach. Koncern widzi w nim

idealne rozwiązanie problemu przemieszczania się w nieustannie rosnących

światowych metropoliach: globalny Volkswagen, pojazd dla siedmiu miliardów ludzi na

wszystkich kontynentach świata, dwu- i czterodrzwiowy, w wersji miejskiej,

sportowej, rekreacyjnej czy terenowej, w zależności od potrzeb z napędem

benzynowym, elektrycznym lub diesel – do wyboru.

W tego typu małych samochodach ludzie z Wolfsburga upatrują jeden

z najważniejszych globalnych segmentów wzrostowych. Do panującej atmosfery

przełomu nie bardzo pasowały hiobowe wieści, tym razem nadchodzące z Dalekiego

Wschodu: tuż przed rozpoczęciem targów motoryzacyjnych we Frankfurcie japoński

producent Suzuki zerwał partnerską współpracę z Wolfsburgiem. Szef Suzuki

zasugerował Niemcom, by sprzedali 19,9 procent udziałów, które posiadają w jego

przedsiębiorstwie. Japończycy zagrozili, że w razie konieczności zwrócą się do

krajowego sądu arbitrażowego i zmuszą Niemców do zbycia udziałów. Wcześniej

Volkswagen zarzucił swemu partnerowi Suzuki zakup silników diesla od Fiata, a co za

tym idzie złamanie obowiązujących umów. Oto sceny w małżeństwie koncernów,

w które Volkswagen wkupił się kwotą miliarda siedmiuset milionów euro. Do

wybuchu skandalu ów mariaż uchodził za idealny związek pod kątem sprzedaży

małych samochodów w szybko rozwijających się krajach. Volkswagen liczył na

wsparcie Japończyków w wejściu na rynek najmniejszych samochodów, w cenie

poniżej dziewięciu tysięcy euro. Na pytanie do Piëcha przy okazji prezentacji: „Co

dalej?”, padła następująca odpowiedź: „Proszę zapytać operacyjnych”.

Piëch miał na myśli Winterkorna.

Niecały rok wcześniej, ta sama impreza w innym miejscu. Paryż, 30 września 2010

roku, w przeddzień inauguracji Salonu Samochodowego. Volkswagen zaprasza na

wieczorną prezentację koncernu. Wielki prezes był w dobrym humorze. Bitwa

o przejęcie została rozstrzygnięta, zakończyła się walka o władzę, firmy Porsche

i Volkswagen po raz pierwszy złączone pod jednym dachem, zarządzany zaś przez

Piëcha i Winterkorna koncern wyszedł na prowadzenie. Piëch gawędził o tym

i o owym, produkując zarazem gorące newsy dla działów ekonomicznych gazet, które

miały ukazać się następnego dnia. W którymś momencie oznajmił znienacka, że

przypuszczalnie mógłby rozważyć zakup Alfy Romeo.

Przy czym – nadmienił – na ewentualne negocjacje ceny byłoby na razie za

wcześnie, bo Fiatowi nie idzie jeszcze wystarczająco źle. Niemniej jesteśmy cierpliwi

i możemy poczekać – dodał Piëch.

Tego wieczora powstał wywiad Stefana Austa z Ferdinandem Piëchem, jedna

z najbardziej niezwykłych rozmów, w jakich obaj panowie kiedykolwiek uczestniczyli.

Zaczęło się od luźnej konwersacji pośród hałaśliwej gromady reporterów

i kamerzystów, która zmieniła się w końcu w półtoragodzinną rozmowę. Piëch przez

cały czas cierpliwie opowiadał i udzielał odpowiedzi. Małżonka Ursula regularnie

donosiła mężowi wodę mineralną, prosząc Austa, by uważał, żeby Piëch „nie

powiedział nic nieodpowiedniego”.

 

Nic takiego się nie wydarzyło. Piëch odrobinę się otworzył.

Nie sądziłem, że tak daleko zajdę. Nie jestem bowiem łatwy do zniesienia.

Mówił o wzlotach i upadkach swojej zawodowej kariery, o największym ryzyku,

jakie podjął w swoim życiu (projekt Porsche 917), o praktyce zdobytej w pracy na

stanowisku szefa zarządu Audi, o swoim stosunku do firm Porsche i Volkswagen

(„jestem za mocno zakorzeniony w Volkswagenie”), o poczuciu odpowiedzialności za

współpracowników, o szczegółach konfliktu z byłym szefem Porsche Wiedekingiem

(„nie byliśmy zgodni co do kwestii, kto kogo przejmie”) i o własnym testamencie –

fundacji, w której ulokował swą spuściznę.

Według późniejszych relacji menadżerów Volkswagena, Wolfgang, kuzyn Piëcha,

obserwował przebieg wydarzeń z pewnym niezadowoleniem. Podczas rozgrywającej się

w ciągu minionych tygodni i miesięcy walki o władzę w zarządzie Volkswagena nieraz

musiał brać głęboki oddech, bo sprytny taktyk Piëch raz za razem hamował jego

poczynania. W efekcie Ferdinand Piëch wygrał z Wolfgangiem Porsche i jego klanem

chlubiącym się „właściwym nazwiskiem”. Dramat familijny w czasach globalizacji,

a także pojedynek o niewyjaśnioną tajemnicę: który z nich jest prawdziwym

spadkobiercą wielkiego Ferdinanda Porsche?

Pierwsze pokolenie buduje – podsumował Piëch rodzinną wojnę – drugie

utrzymuje, moje pokolenie jest zaś trzecim, które zwykle rujnuje. W 2008 roku niemal

nam się to udało z Porsche i Volkswagenem.

Aust:

Wobec tego przełamał pan słabość trzeciego pokolenia?

Piëch:

Tak. Nie chciałem stracić tego, co dotychczas zostało zbudowane.

W walce o przejęcie Piëch zdołał pokonać przeciwnika jego własną bronią, głównie

dzięki związkom zawodowym i krajowi związkowemu Dolnej Saksonii. Początkowo

zamierzano pozbyć się go z zarządu, tymczasem to on został największym zwycięzcą.

Aust:

Powiedział pan kiedyś: „Nie lubię być na drugim miejscu”. Czy to stwierdzenie

odnosi się również do koncernu? Obecnie Volkswagen przygotowuje się do zajęcia

pierwszej pozycji na świecie wśród koncernów motoryzacyjnych. Właściwie po co? Jak

duże są na to szanse? I jak duża jest szansa na pozostanie na szczycie?

Piëch:

Aby to osiągnąć, musimy się jeszcze wiele nauczyć. Zdobycie szczytu jest proste,

ale trzeba się jeszcze na nim utrzymać. Tymczasem takie koncerny jak Ford i reszta

konkurencji nie czekają z założonymi rękami, pozwalając, byśmy spokojnie dotarli na

samą górę. Niepostrzeżenie sami starają się tam zajść.

Aust:

Mają szanse?

Piëch:

Nie wiem. Wciąż wierzę, że my potrafimy to lepiej.

Koncernowi ledwie udało się uniknąć ruiny, za to pod przywództwem Piëcha

i Winterkorna powstało największe obecnie po Toyocie przedsiębiorstwo

motoryzacyjne na świecie, z Porsche jako dziesiątą marką samochodową (a nawet

jedenastą, jeśli pojazdy użytkowe Volkswagena potraktuje się jako odrębną markę).

O jego losach decyduje rodzinny klan z dwoma rywalizującymi ze sobą gałęziami rodu.

W kwietniu 2012 roku Audi, spółka córka koncernu, ogłosiło, że zamierza przejąć

Ducati, włoskiego producenta motocykli o bogatej tradycji. Nieoficjalnie mówiło się, że

transakcja miałaby rzekomo opiewać na osiemset siedemdziesiąt milionów euro,

w ramach których Audi przejęłoby również dwieście milionów euro długu. Zdobycie

przez koncern Volkswagena pierwszej pozycji na światowym rynku motoryzacyjnym

wydawało się jedynie kwestią czasu. Za rok 2011 Volkswagen ogłosił rekordowe

wyniki na wszystkich frontach. Obroty wyniosły sto sześćdziesiąt miliardów euro

i były wyższe niż kiedykolwiek dotąd, zaś szesnastomiliardowy zysk w porównaniu do

poprzedniego roku został dokładnie podwojony. Przede wszystkim wiązało się to

z ogromnym wzrostem sprzedaży w Chinach i w USA, gdzie znajdują się największe

rynki motoryzacyjne. Volkswagen zarabiał na światowym boomie samochodowym jak

żaden inny koncern. Rekordowe wyniki odnotowały także wszystkie zależne spółki.

Dla Porsche rok 2011 okazał się również najzyskowniejszym w całej historii firmy. Po

raz pierwszy sprzedano prawie sto dwadzieścia tysięcy egzemplarzy aut.

Poinformowano także o dwucyfrowych stopach wzrostu za rok 2012.

A wszystko zaczęło się w gminie Maffersdorf[4], gdzie 3 września 1875 roku mały

Ferdinand Porsche ujrzał światło, które w tamtych czasach pochodziło jeszcze z lampy

naftowej. Tutaj narodziła się rodowa saga, nowoczesna Pieśń o Nibelungach,

z bohaterami i łajdakami, podróż w czasie przez wojnę i pokój. A zapoczątkowała ją

technologia, która miała podbić świat – samochód.

 

pochodzą z wywiadu udzielonego podczas wieczornej prezentacji koncernu w 2010

roku w Paryżu.

W tamtym czasie na terenie Monarchii Austro-Węgierskiej, obecnie Vratislavice

nad Nysą w Czechach.

 

o miejsce ma tradycję. Walne zgromadzenia spółki Volkswagen AG już od lat

odbywają się w Centrum Kongresowym w Hamburgu (CCH). Jednakże tym

razem jest inaczej. W kwietniu 2010 roku odbywa się pierwsze walne

zgromadzenie koncernu Volkswagena po nieudanej próbie przejęcia go przez

producenta sportowych samochodów Porsche. Obecnie połączone firmy Volkswagen

i Porsche znajdują się pod jednym dachem, chociaż fuzja obu koncernów formalnie

jeszcze się nie zakończyła. Firmy są ze sobą powiązane w wieloraki sposób, nie tylko

finansowo, ale i personalnie. Tego dnia odbywa się pierwsze spotkanie na szczycie

najważniejszych graczy w minionych rozgrywkach o przejęcie. Wśród nich są dwaj

prezesi rad nadzorczych, Ferdinand Piëch i Wolfgang Porsche, podwójny prezes

zarządu, Martin Winterkorn, oraz Christian Wulff, wówczas jeszcze prezes rady

ministrów, w 2010 roku wybrany na prezydenta (w lutym 2012 roku ustąpił z urzędu).

W jednej z wielkich sal na parterze Centrum Kongresowego koncern prezentuje się

zebranej prasie i akcjonariuszom. Od samego rana goście szturmują miejsce imprezy.

Jak na wystawie samochodów Grupa Volkswagena przedstawia najnowsze modele

wszystkich swoich marek aut osobowych: Volkswagen, Audi, Škoda, Seat,

Lamborghini, Bentley, Bugatti. Naturalnie najmłodsza córka koncernu, spółka

Porsche, także zajmuje na wystawie eksponowane miejsce. To wyraźny dowód na to,

jak wielkie zmiany zaszły w Volkswagenie od czasów minionej monokultury Garbusa.

Koncern nie zamierza skąpić na swej spektakularnej autoprezentacji, toteż

pieczołowicie zadbano o hojny poczęstunek. Na jednym z krańców sali przygotowano

dla gości kawę i śniadanie z widokiem na wyglansowane na wysoki połysk modele.

Drobni akcjonariusze powinni poczuć, że właściwie ulokowali swój kapitał. I nawet

jeśli roczna dywidenda nie okazałaby się zbyt pokaźna, to przynajmniej wypada, by

mieli możliwość dobrze się najeść.

 

Tuż po ósmej rano: przybycie patriarchy. Szef rady nadzorczej Volkswagena pojawia

się jako pierwszy w towarzystwie małżonki Ursuli. Na początek dokładnie lustruje

kolorową paletę modeli. W rzeczywistości ów spacer stanowi pewien rytuał, tradycję,

która stała się przyjemnością – dla zgromadzonych menadżerów przedsiębiorstwa, dla

gości, dla prasy, no i oczywiście dla samych Piëchów również. Para kroczy dostojnie

przez światowe królestwo motoryzacji, podchodzi do stanowisk, na których

prezentowane są kolejne marki, zatrzymuje się na krótką pogawędkę ze znajomymi

i/lub podwładnymi. Ursula na prośbę męża zajmuje miejsce w jednym z eleganckich

nowych modeli. Przy takich okazjach Piëch prezentuje się jako troskliwy towarzysz,

który nie wstydzi się nieść torebki za żoną. Władca światowego koncernu z damską

torebką od Louisa Vuittona – jedna z ulubionych scenek fotografów i kamerzystów.

Przy stanowisku Audi A8 szef osobiście wsiada na tylne siedzenie samochodu, by

przetestować pewne szczególne nowe rozwiązanie, a jednocześnie zaprezentować je

w ten sposób publiczności. Obecni dziennikarze dosłownie wciskają się do auta.

Błyskają flesze, gdy najpotężniejszy menadżer branży motoryzacyjnej z widoczną

przyjemnością powoli opuszcza się do pozycji horyzontalnej na automatycznie

regulowanej tylnej kanapie auta. Wersja high-end luksusowego Audi oferuje

zestresowanym menadżerom kosztowny dodatek zapewniający komfort, który znają

wyłącznie z biznesklasy w samolotach. Przesłanie Piëcha jest jasne: patrzcie wszyscy,

coś takiego istnieje wyłącznie w Audi, konkurencja ze Stuttgartu ani z Monachium

tego nie ma. Może jednak pamięta, że tego rodzaju mobilne łóżko polowe było już

kiedyś wbudowane w jednym jedynym samochodzie w Niemczech – w aucie marki

Horch z 1939 roku. A Horch (z łaciny: Audi) jako marka należał wszak do dawnej

spółki Auto Union.

Piëch podnosi oparcie, wraca do pozycji siedzącej i wychodzi z auta. A później

rozgrywa się scenka niepozbawiona pewnego komizmu: szef rady nadzorczej

i współwłaściciel koncernu składa zamówienie. Uprzejmie zwraca się do jednej z kobiet

w uniformie Audi:

 

Czy jest tu pan Stadler?

Chodzi o Ruperta Stadlera, prezesa zarządu Audi i jednego z wychowanków Piëcha.

Ten jest jednak nieobecny. Nie szkodzi.

Czy może pani przyjąć zlecenie? – Piëch pyta grzecznie przedstawicielkę Audi. –

Zamówiliśmy już ten samochód, a teraz chcielibyśmy mieć w nim dodatkowo jeszcze

takie siedzenie.

Damy sobie z tym radę.

Dziękuję.

Sprawa została załatwiona. Dostawę nowego rozkładanego siedzenia wraz z autem

zrealizowano najprawdopodobniej najszybciej jak to było możliwe. Piëch był i jest

władcą koncernu i w dającej się przewidzieć przyszłości może co najwyżej zostać

zastąpiony przez swoją żonę, jeśli ta, zgodnie z planem, przejmie kierownictwo

niedawno założonej przez męża fundacji. Przyszedł czas na kolejne punkty obchodu –

najpierw Bentley, później Seat i wreszcie Porsche.

Krótkie pytanie:

Czy jest pan zadowolony z rozwoju Porsche?

Pada lakoniczna odpowiedź:

Tak, dziś o tym usłyszymy.

Zaraz po ukończeniu studiów na wydziale budowy maszyn w Zurychu Piëch

rozpoczął w Porsche swoją zawodową karierę. Pod kierownictwem wuja Ferry’ego na

początku lat sześćdziesiątych uczestniczył w budowie pierwszego sześciocylindrowego

silnika bokser do modelu 911. Jego kuzyn Ferdinand Alexander Porsche, nazywany

Butzim, stworzył wówczas nieprzemijającą linię karoserii 911. I forma tego projektu,

i jego zasadnicza koncepcja mają się dobrze do dnia dzisiejszego. Ferdinand Alexander,

najstarszy z synów Porschego, zmarł 5 kwietnia 2012 roku w wieku siedemdziesięciu

sześciu lat. Twórca modelu 911 do samego końca był honorowym prezesem rady

nadzorczej Porsche AG. Jego projekt stulecia jeszcze przez długi czas będzie

kształtował obraz marki.

Już od najwcześniejszego dzieciństwa Butzi był ulubionym kuzynem Burliego, jak

zdrobniale nazywano małego Ferdinanda Piëcha. W obliczu tak dużej liczby

Ferdynandów w domu rodzinnym dla rozróżnienia chłopców używano bowiem

pieszczotliwych zdrobnień. „Wspólnie zbieraliśmy mosiężne łuski nabojów dział

lotniczych – wspomina Piëch w swojej Auto.Biografii. – Za tyle i tyle mosiądzu

dostałem niemiecki stalowy hełm [...], Butzi miał mniej mosiężnych łusek i dostał

jedynie skrzynkę Czerwonego Krzyża”.

Można by dyskutować, co w okresie powojennym było bardziej przydatne.

Piëch jest technikiem z krwi i kości, pełnokrwistym inżynierem, który najpierw

w Porsche, następnie w Audi, a później w Volkswagenie wymyślał niezliczone

prekursorskie konstrukcje albo znacząco przyspieszał prace nad nimi. Okazał się

technicznym wizjonerem przy projektowaniu silników Diesla, systemów napędowych,

lekkich karoserii, aut z silnikami spalającymi litr paliwa na sto kilometrów i wielu

innych konstrukcji. Innowacje, jak na przykład napęd na cztery koła (quattro) i silnik

TDI z bezpośrednim wtryskiem, które pod jego kierownictwem weszły do produkcji

samochodów, stanowiły wzór dla całej branży i dziś w wielu przypadkach nie można

byłoby się bez nich obejść. Poza tym Piëch jest jednym z bardzo nielicznych ludzi,

którym udało się pokonać drogę od inżyniera do dyrektora przedsiębiorstwa. Mimo to

twierdzi, iż nie jest dumny ze swoich dokonań.

Nie, wtedy człowiek szybko staje się zarozumiały – mówi w wywiadzie. – Praca

sprawia mi przyjemność, a do tego miałem jeszcze wiele szczęścia.

Piëch kocha wszystko, co ma koła i porusza się za pomocą własnego napędu:

motocykle, samochody osobowe, wyścigowe auta, ciężarówki. Ponadto nawet

w zaawansowanym wieku nadal jest brawurowym kierowcą, co może potwierdzić

każdy, kto kiedykolwiek usiadł obok niego na fotelu pasażera.

Kocha auta bardziej niż cokolwiek innego – potwierdził były menadżer

Volkswagena, Daniel Goeudevert. – Ma do nich erotyczny stosunek.

Goeudevert miał wiele okazji, by się o tym przekonać. Dawny menadżer Forda

wszedł w 1990 roku do zarządu Volkswagena; początkowo zajmował się zakupami

i logistyką, ale już wkrótce został prezesem zarządu marki dla segmentu Volkswagena

i zastępcą ówczesnego szefa Volkswagena, Carla H. Hahna. W tamtym czasie Piëch

był już od kilku lat szefem Audi, spółki zależnej Volkswagena. Obaj byli w pewnym

sensie kolegami po fachu, chociaż o zupełnie innych usposobieniach. Goeudevert

studiował literaturę we Francji, najpierw w swoim rodzinnym mieście Reims,

a później w Paryżu, następnie zaś zmienił kierunek zainteresowań i rozpoczął pracę

jako sprzedawca w salonie samochodowym. Uchodził za pięknoducha, a ze względu na

poglądy przypisywano mu sympatię do partii Zielonych, toteż na piętrze zarządu

nazywano go „nonkonformistą”, który potrafił zachwalać zalety miejskiej komunikacji

publicznej i żądał od swoich kolegów z przemysłu motoryzacyjnego, by zaczęli

konstruować auta bardziej przyjazne dla środowiska. Naprzeciw niego stał natomiast

bezkompromisowy inżynier Piëch, który w Audi na stałe wprowadził seryjny napęd na

cztery koła, w Porsche zaś wysyłał na tor samochody wyścigowe z silnikami o mocy

dochodzącej do 1100 koni mechanicznych.

Gdy zaczęto szukać następcy Hahna, wieloletniego prezesa zarządu Volkswagena,

wyłoniły się kandydatury dwóch rywali, Piëcha i Goeudeverta. „Sądzę, że razem

z Goeudevertem moglibyśmy stworzyć dobry tandem – przyznaje Piëch w swojej

Auto.Biografii. – Właśnie zestawienie dwóch tak różnych typów osobowości jak

Goeudevert i ja mogłoby zaowocować powstaniem czegoś nietuzinkowego”.

Nietrudno się domyślić, kogo Piëch swego czasu typował do roli szefa.

Nie lubię być na drugim miejscu – tak od dawna brzmiało jego credo. I do dziś nic

się nie zmieniło. Wiadomo, jak wyścig rywali się zakończył. Przegrany Goeudevert

został mianowany zastępcą nowego prezesa zarządu, ale nie zagrzał długo miejsca na

tym stanowisku. Wkrótce po objęciu funkcji Piëch zaczął torpedować wszystkie

projekty zainicjowane przez Goeudeverta, między innymi zawiązanie spółki joint

venture z twórcą zegarków Swatch, Nicolasem Hayekiem, mające na celu budowę

Swatchmobila, małego samochodu z dwoma siedzeniami i silnikiem umieszczonym

z tyłu.

Dla mnie to były wrotki dla słonia, nawet nie sensowny skuter z kabiną –

wspomina Piëch. Na innych polach również dochodziło do wzajemnych niesnasek.

Nadszedł moment, w którym pan Piëch obwieścił mi, że stracił do mnie zaufanie –

opowiada Goeudevert. – A nie jestem typem człowieka kurczowo trzymającego się

stanowiska, jeśli współpraca przestaje się układać.

Goeudevert odszedł i dziś bez urazy wspomina ów epizod z życia zawodowego. Od

jakiegoś czasu znów mieszka we Francji i pracuje jako konsultant do spraw

zarządzania, a także autor książek o tytułach takich jak: Zasada nenufaru czy

Niszcząca moc żądzy posiadania. W odniesieniu do Piëcha Goeudevert przyznaje dziś,

że ten okazał się idealnym prezesem dla Volkswagena.

Ja nie byłbym tak dobry – mówi Goeudevert – ponieważ trwałbym przy swojej

koncepcji: małe, przyjazne dla środowiska samochody. W tamtym czasie by mnie

wyśmiano.

Tymczasem wzgardzony przez Volkswagena Swatchmobil został zbudowany przez

Mercedesa. Dziś lepiej znany jest pod nazwą Smart.

Ten późny sukces rynkowy – wyznał Piëch – nie budzi we mnie najmniejszej

zazdrości. Ponieważ wiem, że odnotowują ogromne straty.

Profesjonalizm Piëcha w dziedzinie motoryzacji do dziś wzbudza podziw

u Goeudeverta. Pewnego razu cały zarząd Volkswagena wyruszył do Finlandii na

testy nowych silników Diesla.

Po długim dniu pracy dotarliśmy na miejsce – opowiada Goeudevert. – Później,

koło dziesiątej wieczorem, przyszedł Piëch i oznajmił, jak zwykle uprzejmie, ale sucho:

Jutro rano między wpół do czwartej a czwartą spotykamy się przy autach”.

Pomyślałem, że się przesłyszałem.

Nie było mowy, żeby się wykręcić. Wszyscy musieli się stawić. Jednakże Goeudevert

przyznał, że wstawszy wczesnym rankiem, zrozumiał wreszcie sens domniemanego

znęcania się nad współpracownikami.

Piëch wiedział, że podwyższona wilgotność porannego powietrza może

doprowadzić do powstania w silniku diesla owego typowego odgłosu maszyny do

szycia. Godzinę lub dwie później ten efekt już by się nie pojawił.

Drobny epizod, wskazujący na najważniejsze zasady, jakimi kierował się Piëch.

Uchodził on za fanatyka jakości, który przy projektach samochodów nie dopuszczał, by

o czymkolwiek zadecydował przypadek i sam wgryzał się w najdrobniejsze szczegóły.

To chyba jedna z tajemnic sukcesu Volkswagena – od początku lat dziewięćdziesiątych

kierują nim osoby znające się na produktach lepiej niż menadżerowie konkurencji.

 

Piëch, jak żaden z ludzi, których dotąd poznałem, stanowi wprost ucieleśnienie

przemysłu motoryzacyjnego i samego samochodu – ocenia go największy rywal,

Goeudevert.

I tak, jako kolejny główny aktor, na walne zgromadzenie Volkswagena

w Hamburgu wkracza Martin Winterkorn, wieloletni towarzysz Ferdinanda Piëcha,

który teraz kieruje zarządem w Wolfsburgu. On również, podobnie jak Piëch, jest

inżynierem, a dopiero w drugiej kolejności menadżerem finansowym. Winterkorn był

szefem do spraw jakości, a później rozwoju w Volkswagenie, następnie szefem zarządu

Audi, a w końcu, po odejściu Bernda Pischetsriedera, został mianowany prezesem

zarządu Volkswagena. Winterkorn pojawia się tego ranka z małą świtą i w szybkim

tempie obchodzi wszystkie auta prezentowane w wielkiej sali Centrum Kongresowego.

Wszystkie po kolei. A są ich dziesiątki. Wsuwa się do dużego Audi A8, by skontrolować

jakość wykonania, ze spokojem prezentując fotografom siedzenie. To koszmarna

sytuacja dla każdego doradcy od kreowania wizerunku, tymczasem Winterkorn

demonstruje pewność siebie i opanowanie. Klęka przy tyle któregoś z Seatów,

sprawdzając mocowanie zderzaka. Później postanawia dokonać inspekcji wnętrza

terenowego Volkswagena Amarok, ale lewe drzwi są zamknięte. Niezadowolony fuka

na jednego z otaczających go dziennikarzy w ciemnym garniturze, którego pomylił

z pracownikiem:

Dlaczego drzwi są zamknięte?

Prawe drzwi są otwarte – odpowiada mężczyzna.

Dlaczego tylko prawe? – rzuca i rusza dalej.

Szef Volkswagena wyjątkowo długo oddaje się swemu ulubionemu zajęciu:

sprawdza, czy spojenia karoserii są dokładnie dopasowane. Do tego używa kart

bankowych, które pożycza od współpracowników. W otoczeniu Winterkorna zawsze

dobrze jest mieć przy sobie odpowiednią kartę. Winterkorn przesuwa ją wzdłuż

szczelin między błotnikami a maską albo między drzwiami a nasadą dachu, jak

zwykle robi się to za pomocą lasera. I nie wybiera samochodów na chybił trafił, ale

kontroluje systematycznie każdy model, który ma pod ręką. Dodatkowo szef sprawdza

dłonią spojenia między częściami nadwozia i jakość lakieru.

On głaszcze samochód – zaobserwował już wcześniej Daniel Goeudevert. – Nigdy

tego nie rozumiałem, ale zawsze podziwiałem.

Szef Winterkorna, Ferdinand Piëch, również znany był w koncernie z owej sztuki

wyczuwania fug, dzięki czemu wśród współpracowników zdobył sobie przydomek Ferdl

Fuga albo też Fetyszysta Szczelinomierz. Dla Piëcha, a tym samym także dla

Winterkorna, była to niezwykle istotna kwestia. „Lepsze wykonanie – tłumaczy Piëch

w swojej Auto.Biografii – postrzega się jako widoczny składnik jakości”.

Jego zainteresowanie „najdrobniejszym milimetrem” zaczęło się jeszcze w czasie

pracy w Audi, kiedy to intensywnie analizowano jakość wykonania japońskich

samochodów. Japończycy uchodzili wówczas za wzór i w spoinach byli o pół milimetra

lepsi od Niemców. Winterkorn był swego czasu odpowiedzialny za zapewnienie jakości

i sprawdził się w kwestii spoin. Piëch uważa, że inni producenci zdołali tymczasem

zbliżyć się znacząco do poziomu Volkswagena, mimo to jego marka w większości

przypadków wciąż utrzymuje „minimalną przewagę”.

Winterkorn przystaje na chwilę przy stanowisku nowej spółki-córki Porsche. Od

końca 2009 roku jest także prezesem zarządu Porsche Automobil Holding SE, właśnie

tej firmy, która kilka miesięcy wcześniej, pod innymi auspicjami, zamierzała połknąć

koncern Volkswagena. Winterkorn z upodobaniem przygląda się sportowemu

samochodowi ze swojej szwabskiej ojczyzny: Boxsterowi. Obok Porsche 911, Cayenne,

a przed nim pierwszy raz zaprezentowany model Panamera. Obydwa powstały jeszcze

w epoce Wiedekinga. Tu też następują nieuniknione testy, czy jakość karoserii spełnia

już standardy Volkswagena. Taki fanatyk jakości jak Winterkorn powinien wyczuć

niedociągnięcia, przede wszystkim w jakości lakieru. Tymczasem inne kłopoty leżą mu

na sercu: pozostałe po poprzednim zarządzie Porsche miliardowe długi z tytułu

spekulacji akcjami. W tygodniu poprzedzającym walne zgromadzenie w 2010 roku

Volkswagen z podwyższenia kapitału uzyskał dokładnie cztery miliardy euro, ale długi

koncernu wynoszą jedenaście miliardów. Rzecz jasna nowi panowie z Wolfsburga liczą

na to, że w przyszłości rentowne luksusowe auta z Zuffenhausen wniosą do firmowej

kasy swoją część zysku. Wolfsburczycy już zapowiedzieli, że marka ma ogromny

potencjał i po nowych modelach spodziewają się zwiększenia obrotów o pięćdziesiąt

procent. Wówczas sprzedaż wyniosłaby sto pięćdziesiąt tysięcy samochodów rocznie,

albo i więcej...

Pojawia się okazja do krótkiego wywiadu.

Czy jest pan zadowolony z włączenia do koncernu nowej spółki-córki?

Bardzo zadowolony.

Czy wszystko idzie po pańskiej myśli?

Tak. Wszystko zmierza we właściwym kierunku, tak jak się spodziewaliśmy.

Co szczególnego widzi pan w Porsche?

Markę. Markę Porsche, fascynację tą marką, jej mit. To fascynujące samochody.

Jedyne w swoim rodzaju?

Tak.

Wchodzi Wolfgang Porsche, prezes rady nadzorczej Porsche Holding SE, rzecznik

gałęzi rodu Porsche, a jednocześnie człowiek, który w konsekwencji odpowiada za

nieudane przejęcie. Specjalnie dla fotografów zajmuje miejsce w nowym Boxsterze

Spyder. Na miejscu pasażera, ale nie należy uważać tego za symboliczny gest. Za

kierownicą siedzi Michael Macht, ówczesny szef zarządu spółki Porsche AG, niedługo

później mianowany dyrektorem do spraw produkcji w Volkswagenie. Porsche i Macht

uśmiechają się do kamer. Wiara – to ich dewiza. Oto pierwsze walne zgromadzenie od

czasu, gdy Porsche stracił, a precyzyjniej rzecz ujmując, przegrał, swą od

sześćdziesięciu lat utrzymywaną niezawisłość.

Pada pytanie skierowane do Wolfganga Porsche:

Co oznacza dla pana dzisiejszy dzień?

To szczególny dzień. Pierwszy raz bierzemy udział w zgromadzeniu, a połączony

koncern działa bez zarzutu. To przecież zawsze był nasz cel.

Tak czy inaczej?

Tak czy inaczej.

Czy jest pan nieszczęśliwy z powodu rozwoju wypadków?

Nie wszystko można sobie poukładać. Ale kierunek jest dobry, a razem tworzymy

siłę. To najważniejsze, w końcu jesteśmy jeszcze odpowiedzialni za współpracowników.

Należy robić to, co jest możliwe do zrobienia.

W lipcu mówił pan o micie Porsche. Co się z nim stało albo co się z nim dzieje

teraz?

Uważam, że przetrwa. Jeżeli przedsiębiorstwu pozostawi się pewną

samodzielność, a jestem przekonany, że tak będzie. Nie wolno nas chować pod

pierwszym lepszym kapeluszem, wtedy staniemy się... Po prostu trudno jest ten mit

przełożyć na słowa. Trzeba nim żyć. A do tego łatwo go zniszczyć.

 

Porsche to teraz też jeden z Volkswagenów. Tymczasem do sali, w której ma się

odbyć zgromadzenie, przybywają pozostali członkowie rady nadzorczej. Prezes rady

ministrów, Christian Wulff, posiadający dwadzieścia procent udziałów w Volkswagenie

przedstawiciel kraju związkowego Dolna Saksonia stoi w pomieszczeniu dla gości.

Natychmiast otacza go wianuszek dziennikarzy. Wulff oznajmia, że według niego

Volkswagen znajduje się w fazie konsolidacji i nie dąży do dalszej ekspansji. Jego

zdaniem Volkswagen powinien zachować rozsądek i nie zmieniać kursu. Zgodnie

z zasadą „pogłębienie przed poszerzeniem”, jak mawiają politycy.

W tym czasie na podium pojawiła się interesująca grupka. Bernd Osterloh,

wpływowy szef rady zakładowej Volkswagena i jeden z najzagorzalszych wrogów

Wiedekinga w rozgrywkach o przejęcie firmy, z demonstracyjną uprzejmością

pozdrawia Ferdinanda Piëcha. Winterkorn przyłącza się do zebranych. Stoją razem,

rozmawiają, dowcipkują i uśmiechają się serdecznie. Tego typu obrazki mają pokazać

opinii publicznej, kto z kim najlepiej się dogaduje u największego europejskiego

konstruktora aut. Kto z kim zupełnie się nie dogaduje, okaże się dopiero wtedy, gdy

się dokładniej przyjrzymy. Tymczasem na podium wspiął się Wolfgang Porsche,

członek rady nadzorczej Volkswagena. Kątem oka obserwuje kuzyna Ferdynanda,

dyskretnie, ale bardzo uważnie. Gdy ten niespodziewanie się odwraca, dochodzi

prawie do spotkania. Wolfgang Porsche wykonuje gest, jakby chciał kuzynowi podać

rękę, ale Piëch wymija go, nie podnosząc wzroku. Porsche nieruchomieje na chwilę.

Dzieli ich od siebie niecały metr. Tyle na temat rodzinnych więzów.

Piëch spełnia prośbę fotografów i razem z Winterkornem i Wulffem ustawia się

przed obiektywami. Scenka przypomina pozowanie do obowiązkowego zdjęcia

zwycięzców Formuły 1. Na Wolfganga Porsche, który usiadł w swoim fotelu, w drugim

rzędzie po prawej od góry, właściwie nikt nie zwraca uwagi. Układ sił między dwoma

kuzynami uległ drastycznej zmianie. W radzie nadzorczej Porsche, reprezentowana

przez Wolfganga rodzina Porsche zawsze miała o jeden głos więcej od klanu Piëchów.

Teraz przedsiębiorstwo opanował Volkswagen i kuzyn Ferdynand Piëch razem ze

swoim zaufanym człowiekiem, Martinem Winterkornem, a także kraj związkowy

Dolna Saksonia, dyktują swoje warunki w królestwie wolfsburczyków. Później

w sprawozdaniu z walnego zgromadzenia znajdzie się notatka, że Piëch pozostanie na

fotelu szefa gremium kontrolnego do 2012 roku, albowiem Volkswagen jest niezwykle

bliski jego sercu. W związku z powyższym do tego czasu zamierza dopilnować, by

w 2012 roku nie pozostało po nim puste miejsce. W kwietniu 2012 roku Piëch skończył

siedemdziesiąt pięć lat i postanowił przedłużyć swoją kadencję prezesa rady nadzorczej

o kolejne pięć lat. Sześćdziesięciopięcioletni Winterkorn też na razie nie myśli

o emeryturze. Będzie szefem zarządu koncernu co najmniej do 2016 roku. Możliwe

nawet, że rok lub dwa dłużej, albowiem ma jeszcze wiele planów. Z kolei później

mógłby przejąć, w schedzie po swoim mentorze Piëchu, stanowisko szefa gremium

kontrolnego w radzie nadzorczej.

Tymczasem obecny prezes rady nadzorczej, Piëch, udziela głosu obecnemu

prezesowi zarządu, Winterkornowi, który kieruje się w stronę mównicy. Wszystko

dzieje się w rok po wielkim kryzysie ekonomicznym. Sprzedaż w Europie Zachodniej

znów spadła, gdy wygasły państwowe programy dofinansowania, na przykład premie

za złomowanie pojazdów. Mimo to Winterkorn epatuje wiarą. Przedsiębiorstwo

pokłada nadzieje w szybko rozwijających się rynkach, jak Chiny i Indie, a także

w Europie Wschodniej, Brazylii i Stanach Zjednoczonych.

Zarobimy więcej pieniędzy i poprawimy wynik działalności operacyjnej – obiecuje

akcjonariuszom i analitykom.

W ubiegłych miesiącach Winterkorn ogłosił swoją Strategię 2018, zgodnie z którą

Volkswagen do roku 2018 ma się znaleźć na szczycie światowej czołówki producentów

aut pod względem ekonomicznym i ekologicznym. Krótko mówiąc, ma zostać

numerem jeden na świecie. Volkswagen daje sygnał do ataku: jeszcze więcej modeli,

przyjazne dla środowiska systemy napędowe, konsekwentne wykorzystywanie

systemu budowy modułowej, co pozwoli na znaczne obniżenie kosztów prac

rozwojowych i produkcji, oraz rozszerzenie globalnej ekspansji.

W tę strategię wpisują się również wielkie plany co do małej firmy sportowych aut

Porsche.

W przyszłym roku – zapowiada Winterkorn na walnym zgromadzeniu 2010 –

chcemy połączyć Porsche SE z Volkswagenem AG w jeden silny, zintegrowany

koncern. W ten sposób wykorzystamy historyczną szansę, która otworzyła się dla obu

przedsiębiorstw.

W tym czasie Volkswagen i Porsche znów połączyły się pod wspólnym znakiem. Tak,

jak w przeszłości.

 

aga Porsche zaczęła się przed ponad stu trzydziestu laty w położonej na dwóch

brzegach Nysy miejscowości Maffersdorf (dziś Vratislavice nad Nysą

w Czechach). Nastał wiek przemysłu. Swój triumfalny pochód rozpoczęły

żelazo i stal, elektryczność i ropa. Maffersdorf też przeżywało rozkwit. Mieszczące się

tutaj fabryki dywanów znane były daleko poza granicami państwa i przyciągały

robotników z całego kraju. W 1850 roku Maffersdorf liczyło trzy tysiące mieszkańców,

zaś w 1880 miało ich już pięć tysięcy.

W położonym nieopodal apteki domu numer trzydzieści osiem przy ulicy

Hauptstrasse Anna Porsche, żona hydraulika Antona, obdarowała męża trzecim

dzieckiem. Ochrzcili je imieniem Ferdinand. Wydarzyło się to 3 września 1875 roku.

Porschowie stanowili w Maffersdorfie szanowaną rodzinę. Anton Porsche, mistrz

hydrauliki, był założycielem miejscowego stowarzyszenia oświatowego,

przewodniczącym okręgowego związku strażackiego, założycielem i kapitanem straży

pożarnej w Maffersdorfie, przewodniczącym związku weteranów i zastępcą

burmistrza. Posiadał kilka konnych powozów.

 

W domu rodziny Porsche obowiązywały surowe zasady. Poglądy Antona dotyczące

wychowania dzieci były bardzo wiktoriańskie. Ferdinand dorastał wraz z trójką

rodzeństwa: Anną, Hedwigiem i Oskarem.

 

Ferdinand Porsche był już na świecie, gdy człowiek nazwiskiem Siegfried Marcus,

mechanik i wynalazca z Wiednia, eksperymentował z wozem napędzanym silnikiem.

Był to pierwszy benzynowy pojazd drogowy, który na razie nie wzbudził większego

zainteresowania. W roku 1886, kiedy Ferdinand miał jedenaście lat, dwaj

przedsiębiorcy, Gottlieb Daimler w Cannstatt i Carl Benz w Mannheim, skonstruowali

swoje pierwsze pojazdy silnikowe. We wrześniu 1886 roku prasa w Mannheim w ten

oto sposób opisywała trzykołową konstrukcję Benza: „ten pojazd ma przed sobą

przyszłość”, ponieważ „bez większych kłopotów można go uruchomić i przy

maksymalnej prędkości będzie najtańszym środkiem transportu dla podróżujących

w interesach, a ewentualnie również dla turystów”.

Początek ery samochodów nie zrobił na mieszkańcach Maffersdorfu specjalnego

wrażenia. Inaczej natomiast przedstawiała się sprawa ze światłem elektrycznym,

wynalazkiem Amerykanina Thomasa Alva Edisona, które dotarło do niewielkiej gminy

za pośrednictwem pewnej centrali handlowej w Budapeszcie. Owa tajemnicza siła

wzbudziła ogromne zainteresowanie małego Porsche, który już jako trzynastolatek

zaczął eksperymentować z elektrycznością. Lampy gazowe zastąpiono światłem

elektrycznym, a w głowie Ferdinanda Porsche zaczęły rodzić się nowe pomysły

dotyczące jego własnej przyszłości, całkowicie różne od planów ojca, który zamierzał

przyuczyć syna do zawodu hydraulika i uczynić swoim następcą. Anton Porsche

zabronił chłopcu zajmować się elektrycznością, ale ten w tajemnicy dalej robił swoje.

Na zdjęciu z tamtego okresu Ferdinand stoi obok instalacji elektrycznej, którą

skonstruował dla matki. Dom rodziny Porsche był przez długi czas jedynym miejscem

w całej miejscowości, które dysponowało światłem pochodzącym z tego źródła.

Po szkole podstawowej Porsche rozpoczął naukę w zakładzie hydraulicznym ojca,

popołudniami zaś uczęszczał na wieczorowe kursy państwowej szkoły rzemiosła

w oddalonym o pięć kilometrów Reichenbergu. Ale młodego Ferdinanda ciągnęło

w świat i po jakimś czasie udało mu się odnieść zwycięstwo nad surowym ojcem, który

pozwolił mu pojechać do Wiednia. Stolica Monarchii Austro-Węgierskiej była wówczas

trzecią co do wielkości metropolią świata i przyciągała ówcześnie każdego, kogo

interesował gwałtowny rozkwit nauki. Ferdinand Porsche w wieku osiemnastu lat

podjął pracę jako praktykant w zakładach Vereinigte Elektrizitätswerke AG Béla

Egger w Wiedniu, później znanych pod nazwą Brown Boveri. Szybko poczynił

pierwsze kroki na drodze kariery zawodowej. W ciągu czterech lat Porsche awansuje

na stanowisko kierownika cechowni.

Podczas jazdy próbnej pojazdem z silnikiem elektrycznym Béla Egger młody Porsche

wpada w oko fabrykantowi Ludwigowi Lohnerowi. Lohner w trzecim pokoleniu

prowadzi w Wiedniu fabrykę powozów konnych i od roku 1897 ma prawo mienić się

dostawcą dworu Monarchii Austro-Węgierskiej. Ludwig Lohner dostrzegł znak czasu

i wierzył w przyszłość pojazdów z napędem silnikowym. Od 1897 roku zaczął budować

pierwsze samochody benzynowe. Rok później zaś zwerbował młodego Ferdinanda

Porsche do swojej firmy.

Był to początek niezwykłej kariery.

 

Nie znam nikogo, kto w całej historii motoryzacji miałby taki wpływ na rozwój

samochodu i taką produktywność, chociaż nigdy nie studiował – powiedział Carl H.

Hahn, późniejszy szef Volkswagena. Hahn, urodzony w 1926 roku, zdążył jeszcze

poznać Ferdinanda Porsche. Ojciec Hahna był menadżerem w DKW i w latach

trzydziestych XX wieku należał do założycieli spółki Auto Union, dla której Porsche

skonstruował między innymi tak zwane Srebrne Strzały. W owym czasie nazwą tą

określano wszystkie samochody rajdowe uczestniczące w wyścigach Grand Prix.

Wiedziałem, że jest ważną postacią – wspomina Carl H. Hahn. – Pewnego razu

siedziałem w jednym z jego samochodów wyścigowych, a pracownicy mnie pchali. To

było oczywiście prawdziwe spełnienie chłopięcych marzeń.

Pierwszym autem zbudowanym przez Porschego, gdy ten miał dwadzieścia cztery

lata, był Lohner-Porsche, najnowocześniejsza konstrukcja w owym czasie. Obydwa

silniki umieszczone w piastach kół na przedniej osi dawały przez dwadzieścia minut po

siedem koni mechanicznych każdy, podczas gdy normalnie moc wynosiła dwa i pół

konia. Akumulator zapewniał zasięg pięćdziesięciu kilometrów. Minimalna prędkość

pojazdu wynosiła siedemnaście kilometrów na godzinę, a maksymalna prawie

pięćdziesiąt. Elektryczny hamulec działał na przednie koła, zaś mechaniczny hamulec

taśmowy na tylne. Samochód ważył równo tonę, przy czym waga samego akumulatora

wynosiła czterysta dziesięć kilogramów, a każde z przednich kół wraz z silnikiem

elektrycznym po sto piętnaście kilogramów.

Epokowe odkrycie – napisano w jednym z ówczesnych fachowych pism. – Produkcja

pierwszego na świecie pojazdu bez transmisji polega na całkowitym pozbyciu się

przekładni pośrednich, jak koła zębate, pasy, łańcuchy, dyferencjały i tym podobne”.

Jak donosiła prasa fachowa, „samochód nie traci stabilności na ostrych zakrętach ani

na gładkim bruku, chyba że na krótko, podobnie jak pojazdy konne, w których bardzo

rzadko i tylko przez chwilę odczuwa się przykre zarzucanie”.

 

Prawie siedemdziesiąt lat później przełomowe odkrycie Porschego znalazło

zastosowanie w epoce lotów kosmicznych. W misjach Apollo 15, 16 i 17 NASA

wykorzystało pomysł silnika umieszczonego w piaście koła do konstrukcji pojazdów

księżycowych, które łącznie przejechały po Księżycu około dziewięćdziesięciu

kilometrów. Pomysły Porschego są dziś bardziej aktualne niż kiedykolwiek dotąd.

Jeśli spojrzymy na to przez pryzmat bieżących dyskusji na temat przyszłości

samochodu, idącej w kierunku napędu elektrycznego – mówi Carl H. Hahn –

i uświadomimy sobie, że młody Porsche w wieku dwudziestu lat odebrał swój pierwszy

patent na silnik umieszczony w piaście koła, to trudno sobie wyobrazić coś

piękniejszego.

Lohner-Porsche zrobił furorę na paryskiej wystawie światowej w 1900 roku.

Wynalazek sprawił, że Porsche w ciągu jednej nocy stał się sławny, Lohner zaś

sprzedał równo trzysta egzemplarzy swego pojazdu. W zależności od wersji nadwozia

i mocy silnika Lohner-Porsche kosztował od dziesięciu do trzydziestu pięciu tysięcy

koron austriackich i był znacznie droższy od samochodu napędzanego benzyną. Tak

więc już w tamtym czasie posiadanie Porsche było czymś ekskluzywnym. Klientela

składała się głównie z prominentów, jak wiedeński potentat kawowy Julius Meinl,

książę Egon von Fürstenberg, fabrykant czekolady i pionier kina Ludwig Stollwerck,

bankier baron Nathan Rothschild czy książę Max Egon von Thurn-Taxis. W roku 1900

Porsche budował również samochody wyścigowe napędzane silnikami w piastach, przy

czym same akumulatory potrzebne do uzyskania odpowiedniej mocy ważyły około

tysiąca ośmiuset kilogramów. Porsche osobiście testował wszystkie swoje konstrukcje,

również w warunkach rajdowych. „Jako kierowca rajdowy też chyba nieźle sobie

radził, ale nigdy nie ciągnęło go do jazdy innymi samochodami niż własne – wyjaśnia

Ferdinand Piëch w swojej Auto.Biografii. – Podobnie było zresztą z Ettore Bugattim.

Dwie młode gwiazdy kilka razy miały okazję się spotkać”. Niespełna sto lat później

dawni rywale, Porsche i Bugatti, zgodnie połączyli się pod jednym dachem – stało się

to za sprawą Piëcha, wnuka Porschego.

Ferdynand Porsche dalej głowił się nad swymi konstrukcjami, szukając przede

wszystkim możliwości zwiększenia zasięgu, a jednocześnie utrzymania rozsądnej wagi

pojazdu. W tamtych czasach pojazdy napędzane wyłącznie elektrycznie już po

kilkudziesięciu kilometrach musiały zatrzymać się i doładować akumulatory. To

zresztą zasadniczy problem elektrycznego auta, który po ponad stu latach nie doczekał

się jeszcze skutecznego rozwiązania.

Później wpadł na pomysł, by w pojeździe umieścić silnik, który z kolei napędzałby

generator i ładował baterie – tłumaczy Carl H. Hahn. – Innymi słowy, wszystko, co

dziś dyskutuje się na poziomie najnowszych technologii i koncepcji, Porsche wymyślił

już jako dwudziestoletni chłopak.

Podczas paryskiego Salonu Samochodowego w 1901 roku Ferdinand Porsche

zaprezentował swój nowy projekt – Semper Vivus (zawsze żywy). Ten wynalazek

ponownie zaprowadził wizjonera na niezbadane tereny. Pojazd miał dwa metry

wysokości i posiadał dwa silniki spalinowe, do tego dwa elektryczne silniki w piastach

oraz akumulator do magazynowania energii – było to pierwsze auto hybrydowe na

świecie. Semper Vivus miał łącznie 2,7 konia mechanicznego i poruszał się

z prędkością trzydziestu pięciu kilometrów na godzinę. W trakcie jazdy oba

jednocylindrowe silniki napędzały generator, nieprzerwanie ładując akumulator.

Prototyp przejeżdżał do dwustu kilometrów bez postoju. Porsche nie zaprzestał prac

nad konstrukcją pojazdu i w końcu przygotował go do produkcji seryjnej. Od roku

1902 oferowano go jako model Mixte. Tymczasem opracowana technologia nie była

zadowalająca, z uwagi bowiem na ciężar przednich kół samochodem ciężko było

kierować, a ponadto kosztował dwa razy więcej niż konwencjonalne pojazdy.

 

Dokładnie sto dziesięć lat później przedsiębiorstwo Porsche doprowadziło do

zmartwychwstania „zawsze żywego” prototypu z 1901 roku. W ciągu trzyletniej

współpracy z fachowcami z Porsche Engineering i wyspecjalizowaną w budowie

karoserii firmą Drescher z Hinterzarten w Szwarzwaldzie powstał identyczny

z oryginałem bliźniak modelu Semper Vivus. Postanowiono nie tylko uzyskać

identyczny wygląd i odtworzyć wszystkie detale, ale także moc oryginału.

Po dawnym prototypie nie pozostało nic poza kilkoma starymi szkicami

i pożółkłymi czarno-białymi fotografiami – powiedział uczestniczący w pracach

rekonstrukcyjnych Benjamin Drescher.

Szczęśliwym trafem udało się gdzieś zdobyć obydwa oryginalne silniki benzynowe.

Na jeden z nich restauratorzy natknęli się przypadkiem na bazarze z częściami

samochodowymi w Strasburgu, drugi zaś znaleźli w Anglii. Szacuje się, że

rekonstrukcja kosztowała około pół miliona euro. Teraz pojazd znajduje się w trasie

i jest prezentowany publiczności.

Obecnie rozwiązanie technologiczne, którym Ferdinand Porsche zaskoczył świat

motoryzacji, przeżywa w Porsche swój comeback. Dyskusje na temat ochrony

środowiska i tu znalazły swe odbicie. Powstały pierwsze seryjne modele hybrydowe:

samochód terenowy Cayenne i sportowa limuzyna Panamera. Napęd hybrydowy ma

przestać stanowić tabu nawet dla modelu 911. Musiało upłynąć ponad sto lat, by

ponownie zainteresowano się połączeniem silnika z napędem elektrycznym

i benzynowym. W obecnej sytuacji przypomnienie epokowego wynalazku założyciela

przedsiębiorstwa, będącego dowodem wieloletniego doświadczenia firmy

i wskazującego na jej fachowe kompetencje, na pewno nie zaszkodzi wizerunkowi

spółki.

Ponowne wejście Porsche w epokę elektryczności miało miejsce podczas

Genewskiego Salonu Samochodowego w 2010 roku. Firma w obecności wnuków

Porsche i całego zarządu uroczyście przedstawiła nowiutkiego oldtimera, hybrydowego

Porsche, zbudowanego według wzoru starego modelu z 1901 roku. Porsche 918

Spyder, sportowy samochód z technologią plug-in, może jeździć zarówno na benzynę,

jak i na prąd. Ówczesny szef Porsche, Michael Macht, zapowiedział, że jest to

całkowicie nowy rozdział w historii przedsiębiorstwa”.

W ten sposób sto dziesięć lat po prototypie Ferdinanda Porsche jeszcze raz

wynaleziono elektryczne auto – ostatni krzyk mody przemysłu motoryzacyjnego.

Według danych Porsche, nowy 918 Spyder łączy w sobie najnowszą technologię

rajdową z napędem elektrycznym, tworząc przy tym fascynujące spektrum: z jednej

strony zużycie paliwa jak w najmniejszych samochodach małolitrażowych, wynoszące

około trzech litrów na sto kilometrów, z drugiej zaś osiągi sportowego supersamochodu

uzyskującego prędkość ponad trzystu dwudziestu kilometrów na godzinę. W marcu

2011 roku rozpoczęła się przedsprzedaż 918 Spydera, w 2013 roku firma zaczęła

dostarczać go nabywcom. Auto kosztuje siedemset sześćdziesiąt osiem tysięcy

dwadzieścia sześć euro. W ten sposób stał się najdroższym samochodem

produkowanym seryjnie, jaki kiedykolwiek sprzedawano w Niemczech.

918 Spyder jest dokładnie tym, czego nasi klienci oczekują od Porsche – wyjaśniał

ówczesny szef Porsche, Macht, podczas prezentacji w Genewie. – W przyszłości nadal

chcą jeździć sportowymi samochodami, z drugiej strony musimy przecież zareagować

na ograniczenia emisji spalin i oczywiście wyczerpywanie się naturalnych rezerw.

Tym autem natomiast można sobie pozwolić na sportową jazdę, a dodatkowo

dwadzieścia pięć kilometrów da się przejechać wyłącznie na prądzie.

 

 

 

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

ZDOBYWCY SZCZYTÓW

VOLKSWAGEN I PORSCHE – POWRÓT DO PRZYSZŁOŚCI

PIONIER FERDINAND PORSCHE I AUTO Z NAPĘDEM ELEKTRYCZNYM –

WCIĄŻ GORĄCY TEMAT

PORSCHE PRYWATNIE – POCZĄTEK DYNASTII

PODRÓŻ W CZASIE DO MITÓW PORSCHE – Z PEŁNĄ PRĘDKOŚCIĄ W WIEK

MOTORYZACJI

HITLER I JEGO ULUBIONY KONSTRUKTOR – MOTORYZACJA DLA MAS JAKO

PROJEKT PROPAGANDOWY

VOLKSWAGEN – PROJEKT NARODOWYCH SOCJALISTÓW – PORSCHE

KONTRA PRZEMYSŁ MOTORYZACYJNY

NARODOWY SAMOCHÓD WYŚCIGOWY” – PORSCHE I BRUNATNE SREBRNE

STRZAŁY

ZWYCIĘSTWA NA WSZYSTKICH FRONTACH – NIEMIECKA „WUNDERWAFFE”

NA TORACH WYŚCIGOWYCH

MAŁY SAMOCHÓD I MANIA WIELKOŚCI – DROGA DO VOLKSWAGENA

OD SAMOCHODU DLA LUDU DO AUTA KDF – NARODOWOSOCJALISTYCZNE

PAŃSTWO ZAPEWNIA OBYWATELOM MOBILNOŚĆ

PROTOTYP: TYP 64 – PRADZIAD WSZYSTKICH SAMOCHODÓW PORSCHE

PRZYSTOSOWANIE PRODUKCJI DO CELÓW WOJENNYCH. KDF STAJE SIĘ

POJAZDEM TERENOWYM

MIEJSCE UCIECZKI: AUSTRIA – KONIEC WOJNY I NOWE POCZĄTKI

LICENCJA NA SUKCES – CUD GOSPODARCZY W WOLFSBURGU

ŚLADAMI PORSCHE

PORSCHE I WYŚCIGI – BOHATEROWIE, TRAGEDIE I MITY

TRZECIE POKOLENIE – WNUKI FERDINANDA PORSCHE SPIERAJĄ SIĘ

O WŁADZĘ

Z TURBODOŁADOWANIEM W CZASY KRYZYSU – AUTA SPORTOWE

WYCHODZĄ Z MODY

Z FILOZOFIĄ KAIZEN DO SUKCESU – WENDELIN WIEDEKING UZDRAWIA

PORSCHE PO JAPOŃSKU

WALKA O WOLFSBURG – FERDINAND PIËCH PRZEJMUJE STER

VOLKSWAGENA

SYSTEM VOLKSWAGENA – BLISKIE POROZUMIENIE MIĘDZY KAPITAŁEM

A PRACĄ

AFERA BURDELOWA W VOLKSWAGENIE – UPADEK DWÓCH SUPERGWIAZD

POKER O WŁADZĘ: KTO KOGO PRZEJMIE?

KASYNO PORSCHE – SZALEŃSTWO NA GIEŁDZIE

PORSCHE I VOLKSWAGEN – CZYLI O TYM, JAK ŁĄCZY SIĘ COŚ, CO ZAWSZE

STANOWIŁO JEDNĄ CAŁOŚĆ

NA DOBRE I NA ZŁE – VOLKSWAGEN I PORSCHE POD WSPÓLNYM

BLASZANYM DACHEM

ŹRÓDŁA I LITERATURA

ŹRÓDŁA ILUSTRACJI

Dedykacja

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału:

DIE PORSCHE SAGA- EINE FAMILIENGESCHICHTE DES AUTOMOBILS

Quadriga Verlag 2012, Berlin, in der Bastei Lübbe GmbH & Co. KG

Copyright © 2012 by Bastei Lübbe GmbH & Co. KG, Köln

Copyright © 2014 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2014 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie Stefana Austa © Spiegel Verlag

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Agata Szczyrba, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7508-986-8

 

Pełna wersja książki http://fraktalla.com/ksiazka/Ammann-Thomas-Aust-Stefan/Saga-rodu-Porsche,64906602329KS

http://fraktalla.com/ksiazka/Ammann-Thomas-Aust-Stefan/Saga-rodu-Porsche,64906602329KS

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: