Pełna wersja książki oraz wersja audio  dostępna na

http://fraktalla.com/ksiazka/Gardner-Lisa/Samotna,59099202329KS

http://fraktalla.com/artykul/Gardner-Lisa/Samotna,58242302329KS

 

 

 

Tytuł oryginału:

ALONE

Copyright © 2005 by Lisa Gardner, Inc.

Copyright © 2012 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2012 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Wykorzystanie przekładu za zgodą Wydawnictwa AMBER Sp. z o.o.

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Korekta: Mariusz Kulan, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7508-563-1

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax. 32 253 77 28

 

Rozdział 1

Kiedy dostał wezwanie, pracował już od piętnastu godzin. Zbyt wielu

niecierpliwych kierowców na drodze numer 93 i zbyt wiele kraks. Jak zwykle o

tej porze roku. Drzewa były nagie, mrok zapadał szybko, zbliżało się Święto

Dziękczynienia. Zimno i mokro. Sezon letniego grillowania dawno minął, a na

ulicach słychać było tylko szelest suchych liści na zimnym bruku.

Wielu policjantów narzekało na krótkie szare dni lutego, ale Bobby Dodge

szczerze nie cierpiał listopada. Od zawsze.

Jego zmiana zaczęła się od drobnej stłuczki, potem były dwie następne. Po

czterech godzinach papierkowej roboty myślał, że najgorsze ma już za sobą.

Jednak wczesnym popołudniem, kiedy nawet na słynącej z korków drodze 93

powinno być luźno, doszło do karambolu pięciu samochodów. Rozpędzony

taksówkarz próbował za jednym zamachem przeskoczyć cztery pasy, a

zestresowany japiszon w hummerze zajechał mu drogę. Hummer zniósł cios jak

mistrz wagi ciężkiej, rozklekotana taksówka natomiast została znokautowana i

przy okazji załatwiła trzy inne wozy. Bobby wezwał pomoc drogową,

naszkicował przebieg wypadku i aresztował japiszona, kiedy okazało się, że do

lunchu wypił kilka martini.

Zatrzymanie pod zarzutem jazdy pod wpływem alkoholu oznaczało więcej

papierkowej roboty, wyprawę na komisariat w południowym Bostonie (i to w

godzinach szczytu, kiedy nikt nie ustępuje miejsca nawet policji) i scysję z

nadzianym japiszonem, który nie miał ochoty wejść do celi.

Facet był jakieś dwadzieścia kilo cięższy od Bobby’ego. Jak wiele osób w

podobnej sytuacji, uznał, że większa masa równa się większej sile, i jakoś

umknęły mu wszelkie sygnały dowodzące czegoś wprost przeciwnego. Prawą

ręką złapał za framugę i rzucił się do tyłu. Na co właściwie liczył? Że powali

policjanta i ucieknie z komisariatu pełnego jego uzbrojonych kolegów? Bobby

zrobił unik, wysunął nogę i grubas runął na ziemię z donośnym hukiem. Kilku

policjantów, zadowolonych z darmowego przedstawienia, zaczęło bić brawo.

— Do sądu cię podam! — ryknął podpity japiszon. — Ciebie, twojego szefa i

całe zasrane Massachusetts. Wykupię ten burdel. Słyszysz? Będę miał cię w

garści!

Bobby dźwignął go z podłogi i ścisnął mu kciuk, ściągając na siebie kolejne

przekleństwa. Wepchnął grubasa do celi i zatrzasnął drzwi.

— Jakbyś miał rzygać, kibel jest tam — rzucił, widząc, że facet lekko

pozieleniał.

Grubas zdążył jeszcze pokazać podniesiony środkowy palec, po czym zgiął się

wpół i zwymiotował na podłogę.

Bobby pokręcił głową.

— Nadziany kutas — mruknął.

Takie dni się zdarzają, zwłaszcza w listopadzie.

Teraz było parę minut po dziesiątej. Japiszon wyszedł za kaucją wniesioną

przez jego zbyt wysoko opłacanego adwokata, cela została umyta i skończyła się

zmiana Bobby’ego, która trwała od siódmej rano. Wreszcie mógł wrócić do

domu. Zadzwonić do Susan. Przespać się, zanim o piątej zapiszczy budzik i cała

bieganina zacznie się od nowa.

Ale, ku swojemu zaskoczeniu, był jakiś rozdygotany. W żyłach miał za dużo

adrenaliny jak na człowieka, który uchodzi za uosobienie spokoju.

Nie poszedł do domu. Przebrał się w dżinsy i flanelową koszulę i postanowił

zajrzeć do baru.

Przy półkolistym kontuarze w Boston Beer Garden siedziało czternastu

klientów. Palili papierosy i sączyli piwo, gapiąc się tępo w płaskoekranowe

telewizory. Bobby skinął głową kilku znajomym, machnięciem ręki przywołał

sześćdziesięcioletniego barmana Carla i zajął wolny stołek z dala od

pozostałych. Sally jak zwykle przyniosła mu nachos, a Carl colę.

— Ciężki dzień, Bobby?

— Jak zawsze.

— Susan przyjdzie?

— Ma próbę.

— No tak, niedługo koncert. Za dwa tygodnie, zgadza się? — Carl pokręcił

głową. — Nie dość, że piękna, to jeszcze utalentowana. Mówię ci, Bobby, masz

szczęście.

— Uważaj, bo Martha usłyszy — ostrzegł Bobby. — Widziałem, jak przetacza

beczki. Aż strach pomyśleć, co mogłaby zrobić wałkiem.

— Ja też mam szczęście — zapewnił Carl. — Dlatego jeszcze żyję.

Carl zostawił Bobby’ego z colą i nachos. W telewizji mówili o jakimś zajściu

w Revere. Facet ostrzelał sąsiadów, a potem zabarykadował się w domu.

Antyterroryści byli już na miejscu i „nikt nie zamierzał ryzykować bez

potrzeby”.

Tak, listopad to dziwny miesiąc. Wszyscy są podminowani, nie wiedzą, jak się

bronić przed nadciągającą ponurą zimą. Nawet tacy ludzie jak Bobby muszą

wytężać siłę woli, by nie zwariować.

Dokończył nachos. Wypił colę. Zapłacił i w chwili, kiedy przekonał sam siebie,

że może już wrócić do domu, odezwał się biper, który nosił przy pasie. Ledwie

rzucił okiem na wyświetlacz, już był za drzwiami.

Dzień był ciężki. Teraz zanosiło się na ciężką noc.

Catherine Rose Gagnon również nie przepadała za listopadem, choć jej

kłopoty tak naprawdę zaczęły się w październiku. Dokładnie dwudziestego

drugiego października 1980 roku. Wracała do domu ze szkoły. Było ciepło,

słońce ogrzewało jej twarz. Niosła książki, miała na sobie swój ulubiony szkolny

strój: brązowe podkolanówki, ciemnobrązową sztruksową spódniczkę i żółtą

bluzkę z długimi rękawami.

Podjechał samochód. Początkowo nie zwróciła na niego uwagi. Dopiero kiedy

się z nią zrównał, zauważyła go kątem oka. Niebieski chevy. Usłyszała męski

głos. „Hej, skarbie. Zginął mi piesek. Nie pomogłabyś mi go poszukać?”

Później był ból, krew i stłumione okrzyki sprzeciwu. Łzy płynące po

policzkach. Przygryziona dolna warga.

I ciemność, i jej cichy, pozbawiony nadziei krzyk: „Jest tam kto?”

A potem bardzo długo nic.

Powiedzieli jej, że trwało to dwadzieścia osiem dni. Nie mogła tego wiedzieć.

W ciemnościach czas nie istniał, była tylko samotność. A oprócz niej zimno, cisza

i chwile, kiedy wracał. Przynajmniej coś się działo. Nicość, niekończąca się

nicość mogła doprowadzić do obłędu.

Znaleźli ją myśliwi. Osiemnastego listopada. Zauważyli klapę ze sklejki,

załomotali w nią kolbami strzelb i ku swojemu zaskoczeniu usłyszeli słaby krzyk.

Uratowali ją, triumfalnie otworzyli jej małe więzienie i wydobyli ją na rześkie

jesienne powietrze. Później widziała zdjęcia w gazetach. Swoje ciemne wielkie

oczy, wychudłą twarz, skulone ciało. Wyglądała jak mały brązowy nietoperz,

brutalnie wywleczony na światło dnia.

Dziennikarze nazwali ją Cudem Święta Dziękczynienia. Wróciła do domu, do

rodziców. Sąsiedzi i krewni paradowali przed nią, wołając „Dzięki Bogu!”, „W

samą porę na Święto Dziękczynienia!” i „Nie do wiary, naprawdę nie do wiary...”

Ona siedziała i słuchała, co mówią. Podkradała jedzenie z talerzy i chowała je

do kieszeni. Miała spuszczoną głowę i zwieszone ramiona. Wciąż jeszcze była

małym nietoperzem i z powodów, o których nie potrafiła mówić, bała się światła.

Przyjechała policja. Opowiedziała im o mężczyźnie, o jego samochodzie.

Pokazali jej zdjęcia. Wskazała jedno z nich. Po kilku dniach czy tygodniach — co

za różnica? — poszła na komisariat i z poważną miną znów wskazała tego

samego człowieka.

Pół roku później rozpoczął się proces Richarda Umbria. Po trzech

tygodniach, ubrana w prostą niebieską sukienkę i pantofelki, złożyła zeznania

przed sądem. Po raz ostatni wskazała palcem tego człowieka. Richard Umbrio

dostał dożywocie.

A ona wróciła do domu.

Niewiele jadła. Ciągle chowała jedzenie po kieszeniach albo po prostu

trzymała je w ręku. Mało spała. Leżała w ciemnościach, oczami nietoperza

wypatrując czegoś, czego nie potrafiła nazwać. Często nieruchomiała i

sprawdzała, czy potrafi cicho oddychać.

Czasem w drzwiach jej pokoju stawała matka, nerwowo skubiąc bluzkę

bladymi palcami. Z głębi domu dochodził wtedy głos ojca: „Chodź do łóżka,

Louise. W razie czego cię zawoła”.

Ale Catherine nigdy jej nie wołała.

Mijały lata. Catherine dorastała, jej ramiona wyprostowały się, włosy urosły i

wkrótce odkryła, że obdarzona jest tą dziwną, magnetyczną urodą, dla której

mężczyźni tracą głowę. Miała białą skórę, proste czarne włosy i wielkie

granatowe oczy. Mężczyźni jej pragnęli. Dlatego wykorzystywała ich bez

skrupułów. Nie jej wina. Nie ich wina. Po prostu niczego nie czuła.

Matka umarła w 1994 roku. Na raka. Na pogrzebie Catherine próbowała

płakać. Nie potrafiła jednak wycisnąć z oczu nawet jednej łzy, a jej chrapliwy

szloch brzmiał nieszczerze.

Wróciła do pustego domu i próbowała więcej o tym nie myśleć, choć czasami

ni stąd, ni zowąd przypominała jej się matka stojąca w drzwiach pokoju. „Chodź

do łóżka, Louise. W razie czego cię zawoła”.

„Hej, skarbie. Zginął mi piesek. Nie pomogłabyś mi go poszukać?”

Listopad roku dziewięćdziesiątego ósmego. Kobieta nazwana niegdyś Cudem

Święta Dziękczynienia leżała naga, skulona w białej wannie i drżała z zimna,

ściskając w dłoni brzytwę. Miało stać się coś złego. Zapadały ciemności. Tym

razem nie będzie powrotu.

„Chodź do łóżka, Louise. W razie czego cię zawoła”.

„Hej, skarbie. Zginął mi piesek. Nie pomogłabyś mi go poszukać?”

Ostrze, cienkie i lekkie. Pieszczotliwie muskające nadgarstek. Ciepłe,

czerwone strużki spływające po skórze.

Zadzwonił telefon. Catherine ocknęła się z letargu i odebrała. Ten telefon

ocalił jej życie. Cud Święta Dziękczynienia się odrodził.

Myślała o tym w tej chwili. W tle słychać było głos spikera:

— Uzbrojony mężczyzna zaczął strzelać do swoich sąsiadów, po czym

zabarykadował się w domu. Zdaniem bostońskich antyterrorystów sytuacja jest

napięta i niezwykle niebezpieczna.

Synek szlochał w jej ramionach!

— Mamusiu, mamusiu, mamusiu.

A z dołu dobiegł ryk męża:

— Wiem, co knujesz! Masz mnie za głupka? Wybij to sobie z głowy. Nie ujdzie

ci to na sucho, żeby nie wiem co. Nie tym razem!

Jimmy wbiegł po schodach do ich sypialni.

Telefon już raz ocalił Catherine Gagnon życie. Modliła się, by stało się tak i

tym razem.

— Halo, policja? Słyszycie mnie? Chodzi o mojego męża. Chyba ma broń.

Rozdział 2

Bobby od sześciu lat był członkiem Specjalnej Grupy Taktyczno-Operacyjnej

policji stanu Massachusetts (STOP). Wzywany był na akcje co najmniej trzy razy

w miesiącu — i to najczęściej w święta — więc myślał, że nic go już nie zaskoczy.

Tego wieczoru okazało się, że się mylił.

Pędził ulicami Bostonu. Z piskiem opon skręcił w prawo na Park Street,

kierując się ku zwieńczonej złotą kopułą siedzibie parlamentu stanowego, odbił

w lewo na Beacon, wzdłuż parku. O mało nie dał plamy — próbował dojechać

Arlington do samego Marlborough, ale poniewczasie uprzytomnił sobie, że

Marlborough jest jednokierunkowa i prowadzi w złym kierunku. Tak to jest, gdy

się zwykle omija centrum szerokim łukiem. Jak szaleniec wcisnął hamulec,

skręcił kierownicę i z wciśniętym klaksonem przeciął trzy pasy ruchu, by

pozostać na Beacon. Teraz miał trudniejsze zadanie, musiał wypatrywać bocznej

drogi dochodzącej do Marlborough. W końcu ruszył za erką jadącą na sygnale.

Po przybyciu na róg Marlborough i Gloucester od razu zauważył wiele

szczegółów. Niebieskie radiowozy policji miejskiej i stanowej zablokowały

kwartał ulic w samym sercu Back Bay. Między kilkoma kamienicami rozciągała

się żółta taśma i umundurowani policjanci zajmowali stanowiska na

skrzyżowaniach. Na miejscu była już erka i kilka wozów transmisyjnych

lokalnych stacji telewizyjnych.

Zaczynało się.

Bobby zaparkował crown vica obok radiowozu, wyskoczył z samochodu i

pobiegł do bagażnika. Miał w nim wszystko, czego potrzebuje dobrze

wyszkolony snajper policyjny. Karabin, celownik optyczny, amunicję, mundury

polowe — czarny i maskujący, siatkę maskującą, kamizelkę kuloodporną,

ubranie na zmianę, coś na ząb, wodę, poduszkę, okulary noktowizyjne, lornetkę,

dalmierz, wojskowy szwajcarski scyzoryk, farbę do twarzy i latarkę. Policjanci z

miasta wozili w bagażniku zapasowe opony, a policjant stanowy mógł przeżyć

miesiąc, nie ruszając się z samochodu.

Bobby wyjął plecak i rozejrzał się.

W odróżnieniu od innych oddziałów antyterrorystycznych, członkowie

jednostki Bobby’ego nigdy nie przybywali na miejsce zdarzenia w grupie. Było

ich trzydziestu dwóch, rozrzuconych po całym Massachusetts, od Cape Cod po

pogórze gór Berkshire. Kwatera główna mieściła się w Adams, w zachodniej

części stanu. To tam dowódca Bobby’ego przyjął wezwanie od Framingham

Communications i zadecydował o przystąpieniu do akcji.

W takich sytuacjach jak ta — gdy uzbrojony napastnik bierze zakładników —

wzywano wszystkich trzydziestu dwóch członków jednostki. Niektórym dojazd

zajmie trzy do czterech godzin. Innym, tak jak Bobby’emu, niecały kwadrans.

Tak czy inaczej, dowódca jednostki szczycił się tym, że w ciągu godziny może w

dowolne miejsce ściągnąć co najmniej pięciu ludzi.

Bobby rozejrzał się i zauważył, że przybył jako jeden z pierwszych.

Oznaczało to, że nie ma chwili do stracenia.

Większość oddziałów antyterrorystycznych składała się z trzech grup:

szturmującej, blokującej i snajperskiej. Grupa blokująca ma za zadanie

zabezpieczyć okolicę. Snajperzy zajmują pozycje na zewnątrz zablokowanego

obszaru i pełnią funkcje zwiadowcze — przez celownik lub lornetkę obserwują,

co dzieje się wewnątrz budynku, i składają regularne meldunki. Drużyna

szturmowa natomiast przystępuje do akcji tylko w ostateczności — jeśli

negocjatorowi nie uda się nakłonić podejrzanych do poddania się, wdziera się do

budynku. Na ogół kończy się to krwawo i raczej starano się tego unikać, ale

czasem nie było innego wyjścia.

Każdy członek jednostki STOP mógł wykonywać wszystkie te zadania, nie

było specjalizacji. Ponieważ przyjeżdżali na miejsce zdarzenia oddzielnie,

szkolono ich we wszystkich aspektach działań antyterrorystycznych po to, by

mogli z marszu przystąpić do akcji. Innymi słowy, choć Bobby był jednym z ośmiu

snajperów w jednostce, na razie nie szukał dobrej snajperskiej pozycji.

Najpierw należy zabezpieczyć okolicę. To rozwiązuje dziewięćdziesiąt

procent problemów. Kontrolować i blokować. Do tego potrzeba co najmniej

dwóch ludzi ustawionych na przeciwległych skrzyżowaniach i obserwujących

okolicę po przekątnych.

Bobby to jeden. Teraz trzeba znaleźć drugiego. Przy krawężniku stały trzy

radiowozy policji stanowej, więc gdzieś tu muszą być ludzie z jego jednostki.

Zauważył białą furgonetkę służącą za stanowisko dowodzenia. Zarzucił plecak

na ramię i podbiegł do niej.

— Bobby Dodge, policja stanowa — powiedział, wchodząc do środka i

wyciągając rękę.

— Porucznik Jachrimo. — Dowódca uścisnął mu dłoń, mocno i szybko. Był z

policji miejskiej, nie stanowej. To Bobby’ego nie zdziwiło; sprawa podlegała

jurysdykcji policji bostońskiej, a komendant policji stanowej pewnie był dwie

godziny drogi stąd. Choć Bobby wolałby mieć do czynienia ze swoim dowódcą,

nauczył się być grzeczny dla innych. Oczywiście bez przesady.

Jachrimo rysował wykres Gantta w górnym lewym rogu wiszącej przed nim

białej tablicy.

— Pozycja? — spytał.

— Snajper.

— Możesz zabezpieczać okolicę?

— Tak jest.

— Super, super, super. — Obok furgonetki przeszedł policjant w mundurze.

Porucznik Jachrimo oderwał się od białej tablicy, wystawił głowę z wozu i ryknął:

— Hej, ty tam! — Machnął na niego. — Muszę pogadać z kimś z firmy

telefonicznej. Rozumiesz? Połącz się z centralą, niech tam zadzwonią, bo w tym

wozie nic nie działa, a co to za stanowisko dowodzenia, skoro nie można z niego

dowodzić. Rozumiesz?

Mundurowy pobiegł gdzieś, a zaaferowany Jachrimo zwrócił się do

Bobby’ego.

— No dobra, co wiesz?

— Podejrzany, prawdopodobnie uzbrojony, zabarykadował się w domu z żoną

i dzieckiem. — Bobby słowo w słowo powtórzył wiadomość, jaka przyszła na

jego pager.

— Podejrzany nazywa się Jimmy Gagnon. Mówi ci to coś?

Bobby pokręcił głową.

— To nawet lepiej. — Jachrimo skończył rysować wykres, po czym na dolnej

części tablicy zaczął szkicować plan okolicy. — Wygląda to tak. Około wpół do

dwunastej na policję zadzwoniła kobieta podająca się za Catherine Gagnon,

żonę Jimmy’ego. Powiedziała, że pijany mąż grozi jej i synkowi pistoletem.

Operator próbował wyciągnąć z niej więcej szczegółów, ale połączenie zostało

przerwane. Jakąś minutę później na policję zadzwonił sąsiad i zgłosił, że słyszał

dwa strzały. Dzwonili do komendy głównej, ale nasi są na akcji w Revere, więc

oddałem sprawę Framingham Communications, a oni skontaktowali się z twoim

szefem. Wasza jednostka poprowadzi akcję, może od początku do końca, może

do czasu, aż nasi nie załatwią sprawy w Revere. Nie wiem. Na razie mundurowi

odcięli dostęp do budynku. Są tu, tu i tu, a samochody tu i tu blokują ulice.

Jachrimo naniósł na szkic kilka iksów i jeden kwartał został odcięty od reszty

dzielnicy.

— Gagnonowie zajmują ostatnie cztery piętra domu numer 4-15 — ciągnął. —

Nasi ludzie ewakuowali ludzi z niższych pięter i sąsiednich kamienic. Na razie

nie udało nam się skontaktować z żadną z osób przebywających w mieszkaniu,

co szczerze mówiąc, wcale mnie nie cieszy. Moim zdaniem powinniśmy byli

zabezpieczyć okolicę dziesięć minut temu, a negocjatorzy powinni tu być od

ośmiu minut. Ale co ja tam wiem...

— Ilu mamy ludzi?

— Na miejscu są już Fusilli, Adams i Maroni z policji stanowej. Obserwują

dom, starają się odciąć wszystkie drogi dostępu, może nawet spróbują dostać się

do środka. Jeden z moich ludzi szuka planów budynku, a drugi, miejmy nadzieję,

zaraz połączy mnie z tą zasraną firmą telefoniczną.

— Co mówią sąsiedzi?

— Według tego z parteru przez ostatnich pięć lat Gagnonowie całkowicie

przemeblowali mieszkanie. Poddasze przerobili na wysoko sklepiony sufit

trzeciego piętra, gdzie podobno mają wielgachną sypialnię z balkonem. Co się

tyczy samego budynku, na parterze jest jedna mała sypialnia i hol z klatką

schodową i windą, którą można wjechać do apartamentu Gagnonów. Piwnica

została przerobiona na dwupokojowe mieszkanie. Ewakuowaliśmy mieszkające

tam małżeństwo. Nic nam nie powiedzieli, nie wiedzą, gdzie są przewody

wentylacyjne, wyjścia awaryjne i tym podobne. To stary dom, więc raczej nie

powinno być żadnych niespodzianek. Wygląda na to, że Gagnonowie nie są

towarzyscy i nawet jeśli urządzali jakieś imprezy, to rzadko zapraszali sąsiadów.

Znani są z częstych kłótni, nieraz już nas do nich wzywano. Dziś pierwszy raz

któreś z nich sięgnęło po broń. On? Ona? Cholera wie. W każdym razie dziecko

ma przechlapane. Tak wygląda sytuacja.

Porucznik skończył w samą porę. Przyszli ludzie z firmy telefonicznej. I

kolejny członek jednostki Bobby’ego.

— No to super — mruknął porucznik. Wskazał palcem nowo przybyłego

policjanta stanowego. — Zabezpieczysz okolicę domu. A ty — palcem wskazał

Bobby’ego — znajdź sobie dobrą pozycję. Chcę wiedzieć, co się dzieje w tym

domu. Gdzie mąż, gdzie żona, gdzie dzieciak? I czy jest tam jeszcze ktoś żywy?

Bo od ponad pół godziny niczego nie słyszeliśmy.

Bobby wyszedł z centrum dowodzenia i przyspieszył kroku. Teraz, kiedy znał

już swoje zadanie, musiał podjąć kilka decyzji. I to szybko.

Po pierwsze, jaki ekwipunek wybrać. Zdecydował się na mundur maskujący w

odcieniach szarości. Gdyby ubrał się na czarno, jego sylwetka byłaby zbyt

dobrze widoczna, za to w uniformie, którego barwy stwarzają złudzenie głębi,

może wtopić się w otoczenie.

Na wierzch włożył lekką kamizelkę kuloodporną. Inni antyterroryści mieli

kamizelki z kevlaru, z borowymi płytami, jednak dla snajpera byłoby to za duże

obciążenie. Bobby musiał być w stanie szybko przenosić się z miejsca na

miejsce i tkwić przez wiele godzin w niewygodnej pozycji. Zwykła kamizelka

kuloodporna i hełm muszą wystarczyć.

Teraz pora na karabin, celownik i amunicję. Wziął na ramię sig sauera 3000 i

wybrał celownik leupold 3-9x 50. Był ustawiony na odległość stu metrów,

standardową dla policyjnego snajpera (w odróżnieniu od snajperów wojskowych,

którzy ustawiali celowniki na pięćdziesiąt metrów. Oni jednak biegali po

bagnach w mundurach maskujących. Praca Bobby’ego rzadko bywała aż tak

interesująca).

Zastanowił się, czy wziąć okulary noktowizyjne, ale było jasno jak w dzień,

więc sobie darował.

Została jeszcze amunicja. Wybrał naboje do remingtona kaliber .308 i

specjalne pociski ze wzmocnionymi czubkami. Te pierwsze były częścią

standardowego wyposażenia, a tymi drugimi lepiej strzelało się przez szyby.

Ponieważ noc była zimna, a okna w mieszkaniu pozamykane, postanowił zacząć

od pocisków ze wzmocnionymi czubkami. Kiedy ma się tylko jeden strzał, nie

można ryzykować.

Zostawił w plecaku trzy butelki wody, dwa batony energetyczne, lornetkę i

dalmierz, resztę rzeczy wyjął. Zamknął bagażnik.

Ekwipunek już miał, teraz pora znaleźć odpowiedni punkt obserwacyjny.

Back Bay to stara ekskluzywna dzielnica: wysokie wąskie kamienice

ozdobione granitowymi łukami, misternymi balkonami z kutego żelaza i wielkimi

wykuszowymi oknami. Grube drzewa, piękne latem, teraz nagie, rozpościerały

bezlistne korony nad bmw, saabami i mercedesami, szary bluszcz piął się po

ścianach z czerwonej cegły i pieścił futryny okien w blasku policyjnych

reflektorów. Piękna, zamknięta, nieco arogancka okolica.

Bobby mógłby pracować latami, a i tak nie byłoby go stać, by zaparkować

wóz na takiej ulicy, a co dopiero tu zamieszkać. Zabawne, że niektórzy mają

wszystko, a i tak potrafią spieprzyć sobie życie.

Stwierdził, że odległość nie będzie problemem. Kamienice stały blisko siebie,

ulica miała góra pięćdziesiąt metrów szerokości. Gorzej z kątem strzału. Gdy

jest większy niż czterdzieści pięć stopni, zaczynają się kłopoty. Kamienica, o

którą chodziło, miała cztery piętra i piwnicę z oknami. Porucznik mówił jednak,

że czwarte piętro zostało przerobione na sklepiony sufit.

To zgadzało się z tym, co zaobserwował Bobby — światła paliły się na

trzecim piętrze, za tarasem okolonym misterną balustradą z kutego żelaza.

Przeszedł na drugą stronę ulicy, by mieć lepszy widok. Między prętami

balustrady było z pięć centymetrów przerwy. To nie problem, zważywszy na to,

że na comiesięcznych ćwiczeniach trafiał do celu szerokości dwóch

centymetrów. Problem stanowił jednak kąt strzału; trafić w pięciocentymetrową

lukę to bułka z masłem, ale zrobić to z dołu lub z góry, przy kącie wynoszącym

ponad trzydzieści stopni...

Zdecydowanie musi wejść gdzieś wyżej.

Spojrzał na trzypiętrową kamienicę naprzeciwko domu Gagnonów i po chwili

już pukał do jej drzwi. Choć porucznik Jachrimo powiedział mu, że policja

ewakuowała wszystkich okolicznych mieszkańców, Bobby nie zdziwił się ani

trochę, kiedy stare drewniane drzwi otworzyły się i stanął w nich starszy,

wyraźnie podekscytowany mężczyzna w ciemnozielonym szlafroku. To

niesamowite, jak wiele osób nie chciało opuścić swoich domów, nawet gdy

otaczali je uzbrojeni po zęby ludzie.

— Hej — powiedział mężczyzna — pan z policji? Mówiłem już pańskiemu

koledze, że nigdzie się stąd nie ruszę.

— Muszę się dostać na ostatnie piętro — wyjaśnił Bobby.

— To karabin?

— Proszę pana, sprawa jest poważna. Muszę dostać się na ostatnie piętro.

— Dobrze. Tam jest główna sypialnia. Aaa — mężczyzna otworzył szeroko

oczy — rozumiem. Mój balkon jest naprzeciwko balkonu Gagnonów. Pan pewnie

jest snajperem. Hm, może coś panu przynieść?

— Wystarczy, że wpuści mnie pan na ostatnie piętro. I to szybko.

Mężczyzna był bardzo uprzejmy. Nazywa się George Harlow i jest

konsultantem, o czym powiadomił Bobby’ego, prowadząc go szerokimi schodami

na górę. Prawie bez przerwy jest w rozjazdach, to doprawdy szczęśliwy zbieg

okoliczności, że akurat dziś został w domu. Jego kamienica jest mniejsza od

pozostałych i może nie tak ładna, ale za to w całości należy do niego. Sąsiedzi

zachodzą w głowę, ile mogłaby kosztować. W zeszłym miesiącu jedna z

okolicznych kamienic poszła za prawie dziesięć milionów dolarów. Dziesięć

milionów. Tak, ojciec George’a, choć pijak, zostawił mu niezły spadek. Wszystko

byłoby cacy, gdyby nie te cholerne podatki od nieruchomości.

Czy mógłby dotknąć policyjnego karabinu?

Bobby powiedział, że nie.

Weszli do sypialni. Była przestronna, ale prawie nieumeblowana, na ścianach

nie wisiały żadne obrazy. Facet rzeczywiście musiał rzadko tu bywać. Bobby

widywał przytulniejsze pokoje w hotelach. Za to ściana od strony ulicy była cała

oszklona, z rozsuwanymi drzwiami na środku. Idealnie.

— Proszę zgasić światła — powiedział.

Harlow wykonał polecenie, tłumiąc chichot.

— Ma pan jakiś stół? — zapytał Bobby. — Byle jaki. Krzesło też by się

przydało.

Miał stolik do kart. Bobby rozstawił go, a gospodarz przyniósł składane

metalowe krzesło. Oddech Bobby’ego był przyspieszony. Od wspinaczki na

trzecie piętro? A może od przypływu adrenaliny wywołanego świadomością, że

zaraz wszystko się zacznie?

Był na miejscu zdarzenia od piętnastu minut, niezły, ale nie nadzwyczajny

wynik. Pewnie przyjechali już inni członkowie jego jednostki. Blokada się

zacieśniała. Wkrótce miał przybyć następny obserwator, a potem grupa

negocjatorów nawiąże kontakt z ludźmi w mieszkaniu.

Bobby położył sig sauera na stoliku. Uchylił drzwi balkonowe na tyle, by w

szparze zmieściła się lufa. Usiadł na metalowym krześle Harlowa, włączył radio

zamontowane w kamizelce kuloodpornej i zaczął mówić do odczytującego

drgania szczęki mikrofonu połączonego z odbiornikiem, który umieścił w uchu.

— Snajper Jeden zgłasza się.

— Słucham, Snajper Jeden — odpowiedział porucznik Jachrimo.

Bobby przyłożył oko do celownika i wreszcie poznał Gagnonów.

Rozdział 3

Widzę odwróconego plecami białego mężczyznę, mniej więcej metr

osiemdziesiąt wzrostu, krótkie brązowe włosy, ciemnoniebieska koszula. Stoi

metr od drzwi balkonowych od frontu budynku, który będę nazywał stroną A.

Drzwi mają około metra szerokości, otwierają się na zewnątrz i są trzecim

otworem w ścianie od lewej strony. Pierwszy to okno odsuwane do góry, ma

około pół metra szerokości i dwóch metrów wysokości. Otwór drugi to okno

tego samego typu, o rozmiarach czterdzieści centymetrów na dwa metry. Tak

samo wygląda otwór numer cztery.

Opisując trzecie piętro domu Gagnonów, Bobby uważnie obserwował.

Mężczyzna za szybą stał nieruchomo. Patrzył na kogoś, szukał czegoś? Obie

ręce trzymał przed sobą, więc nie było widać, czy jest uzbrojony.

Bobby wypatrywał kobiety i dziecka. Bezskutecznie.

Na środku sypialni, równolegle do drzwi balkonowych, stało wielkie łóżko z

kutego żelaza, z lekkimi białymi draperiami. Za nim widać było szereg białych

rozsuwanych drzwi; to pewnie garderoba. Po lewej stronie wnęka, a w niej

chyba następne drzwi. Co jest za nimi? Łazienka? Salon?

Duży pokój, z wieloma kryjówkami. Robi się coraz ciekawiej.

Wyregulował ostrość, usiłując zobaczyć, co kryje się we wnęce po lewej

stronie, ale nic to nie dało. Rzucił okiem na pozostałe okna, w których paliło się

światło, lecz nie zobaczył ani śladu pozostałych mieszkańców.

Więc gdzie jest żona i dziecko? Schowali się za draperiami? W garderobie? A

może leżą martwi na podłodze?

Poczuł ucisk w żołądku. Zmusił się, by głęboko zaczerpnąć powietrza i je

wypuścić. Skup się. Bądź częścią wydarzeń, a zarazem poza nimi. Nabierz

dystansu.

Znacie różnicę między strzelcem a snajperem? Strzelec ma puls. Snajper nie.

Bobby przygotował się na długie oczekiwanie: poprawił karabin, ułożył go na

poduszce tak, by lufa była na odpowiedniej wysokości. Przesunął krzesło i oparł

się o stolik, przyciskając kolbę do ramienia. Kiedy było mu już wystarczająco

wygodnie, a broń stała się niczym trzecia ręka, wychylił się do przodu, przyłożył

policzek do kolby i spojrzał w celownik, który zdawał się obejmować cały świat.

Teraz nic mu już nie umknie.

Znów spojrzał w okno. Mężczyzna zaglądał za łóżko.

Koniec wersji demonstracyjnej

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: