Pełna wersja książki

http://fraktalla.com/ksiazka/Ebert-Sabine/Znikniecie-znachorki,69485402329KS

 

 

 

Tytuł oryginału:

 

DIE SPUR DER HEBAMME

 

Copyright © 2007 by Droemersche Verlagsanstalt Th. Knaur Nachf. GmbH & Co. KG, Munich, Germany. This book was negotiated

 

through AVA

 

Copyright © 2013 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

 

Copyright © 2013 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

 

Projekt okładki: Wydawnictwo Sonia Draga

 

Wykonanie okładki: DT Studio s.c.

 

Redakcja: Małgorzata Kur

 

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Iwona Wyrwisz

 

ISBN: 978-83-7999-236-2

 

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

 

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

 

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

 

 

 

 

Spis treści

 

 

Dramatis Personae

 

Prolog

 

CZĘŚĆ PIERWSZA. Niebezpieczne spotkania

 

Chrystianowo, marzec roku Pańskiego 1173

 

Nowiny

 

Dzień sądu

 

Drażliwe kwestie

 

 

 

Maj roku Pańskiego 1173, zjazd dworski w Goslarze

 

Spotkanie

 

Powrót

 

Przepowiednia Józefy

 

Ostatnie szczęśliwe dni

 

Narzeczona Łukasza

 

CZĘŚĆ DRUGA. Zaginiona bez śladu

 

Oskarżona

 

Bez śladu

 

Poszukiwania Chrystiana

 

Uwięziona

 

Bolesne spotkanie

 

Powrót do domu

 

Krwawy dzień

 

Czarny jeździec

 

Poród

 

Rozgrzeszenie i zemsta

 

CZĘŚĆ TRZECIA. Czas tchórzy i zdrajców

 

Miśnia, wiosna roku Pańskiego 1174

 

Narada wojenna

 

W ukryciu

 

Przednia straż

 

Decyzja margrabiego

 

Srebrny skarb

 

Joanna

 

Odroczenie terminu

 

Zemsta Randolfa

 

Ślub

 

CZĘŚĆ CZWARTA. Na śmierć i życie

 

Poszukiwania

 

Alchemik

 

Powrót

 

Turniej

 

Pojedynek

 

Pan i pani Chrystianowa

 

Epilog

 

 

Styczeń roku Pańskiego 1176, Chiavenna

 

 

 

Posłowie

 

Epilog

 

Dodatek. Brzemienny w skutki mail od fana

 

Przypisy

 

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

 

Nakładem Wydawnictwa Sonia Draga ukazały się

 

następujące powieści tej autorki:

 

 

Tajemnica znachorki

 

Zniknięcie znachorki

 

Wybór znachorki

 

 

Dramatis Personae

 

 

Wykaz najważniejszych postaci występujących w powieści.

 

Postacie historyczne oznaczono gwiazdką.

 

 

Mieszkańcy Chrystianowa1

 

 

 

Chrystian*, rycerz w służbie margrabiego miśnieńskiego Ottona z Wettinu

 

Marta, młoda akuszerka i zielarka, żona Chrystiana

 

Tomasz i Klara, ich dzieci, a także Joanna i Maria, pasierbice Marty

 

Randolf, zagorzały wróg Chrystiana i kasztelan Chrystianowa

 

Rycheza, jego żona

 

Łukasz, niegdyś giermek Chrystiana, obecnie rycerz w jego drużynie

 

Jakub, młodszy brat Łukasza, giermek Chrystiana

 

Gero i Ryszard, rycerze i przyjaciele Chrystiana

 

Herwart, dowódca straży w Chrystianowie

 

Jonasz, kowal, i jego młoda żona Emma

 

Karol, kowal i pasierb Marty

 

Agnieszka, żona Karola

 

Mechthilda, kucharka w domu Chrystiana

 

Till, sekretarz Chrystiana, niegdyś grajek znany jako Ludmił

 

Hildebrand, niegdyś starosta wioski, i jego żona Gryzelda

 

Kuno i Bertram, początkujący wartownicy w służbie Chrystiana

 

Bartłomiej, wiejski proboszcz

 

Herman, mistrz górniczy

 

Hans i Fryderyk, niegdyś przewoźnicy soli z Halle

 

Piotr i jego siostra Anna, sieroty

 

Hilbert, kapelan w domu Chrystiana

 

Józef, handlarz suknem

 

Anzelm, krawiec

 

medyk

 

Tilda, prowadząca zamtuz

 

 

Miśnia

 

 

Otto z Wettinu*, margrabia miśnieński

 

Hedwiga*, małżonka Ottona

 

Albrecht* i Dytryk*, synowie Ottona i Hedwigi

 

Zofia* i Adela*, córki Ottona i Hedwigi

 

Oldrzych z Czech*, mąż Zofii

 

Marcin, biskup miśnieński

 

Zuzanna, służąca Hedwigi

 

Józefa, znachorka i przybrana matka Chrystiana

 

 

Arystokracja i duchowieństwo

 

 

cesarz Fryderyk ze Staufen*, zwany Rudobrodym

 

Beatrycze z Burgundii*, małżonka Fryderyka

 

Henryk Lew*, książę Saksonii i Bawarii

 

Matylda*, małżonka Henryka

 

Jordan z Blankenburgu*, stolnik Henryka

 

Dytryk z Landsbergu*, margrabia Marchii Wschodniej, brat margrabiego Ottona

 

Konrad*, syn margrabiego Dytryka

 

Dedo z Grójca*, Henryk z Wettinu*, Fryderyk z Brehny*, pozostali bracia margrabiego Ottona

 

Wichman, arcybiskup Magdeburga*

 

Ludwik Pobożny*, landgraf Turyngii

 

Otto Brandenburski*, Herman z Weimaru-Orlamünde*, Dytryk z Werben* i Bernhard

 

z Aschersleben*, synowie Albrechta Niedźwiedzia* i bracia Hedwigi

 

 

Pozostałe postaci

 

 

Ekkehart, Giselbert i Elmar, rycerze i przyjaciele Randolfa

 

Rajmund, rycerz w służbie Ottona i przyjaciel Chrystiana

 

Elżbieta, jego żona

 

Sigrun, narzeczona Łukasza

 

Sebastian, jej spowiednik

 

Bertold* i Konrad*, właściciele wsi sąsiadujących z Chrystianowem i przyjaciele Randolfa

 

Marcin i Gertruda, dawni mieszkańcy Chrystianowa, którzy przenieśli się do sąsiedniej wioski

 

Hilda, znachorka

 

Melchior, przywódca i mistrz złodziejskiej bandy dzieci

 

Alojzjusz, astrolog

 

 

Prolog

 

 

Z całą odwagą, na jaką było ich stać, i pośród niewypowiedzianych trudów wyruszyli niegdyś, by

 

 

 

szukać na obczyźnie szczęścia i rozpocząć życie jako wolni ludzie.

 

A potem w ich nowej ojczyźnie znaleziono srebro. Niewyobrażalne ilości srebra.

 

Wieść, że w Chrystianowie szczęście leży na ulicy, szybko się rozprzestrzeniła.

 

Lecz przez cierpienie musieli się nauczyć, że szczęście wcale nie leży na ulicy. Trzeba je sobie

 

wywalczyć.

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

 

Niebezpieczne spotkania

 

 

Chrystianowo, marzec roku Pańskiego 1173

 

 

Panie, musimy mieć zamtuz!

 

 

 

Zdumiony jeździec, ciemnowłosy, około trzydziestoletni rycerz o ostrych rysach twarzy, popatrzył

 

na starą kobietę, która pomimo padającego śniegu wybiegła mu naprzeciw i rzuciła się na kolana, by

 

poskarżyć się zrzędliwym głosem.

 

Z cichym westchnieniem ściągnął wodze swojego siwka. Od wielu dni był w drodze pośród

 

chłodu i śniegu, był więc zmęczony, głodny, przemarznięty i przemoknięty. I tęsknił do swojej żony.

 

Boże w niebiesiech, wiem, że powinniśmy miłować bliźniego swego, lecz przez takie jazgotliwe

 

baby naprawdę mi to utrudniasz – pomyślał z irytacją o zrzędliwej starusze.

 

Oburzona wieśniaczka zdawała się nie dostrzegać jego niechęci.

 

– Nie da się przejść przez wieś, żeby nie napotkać tych bezwstydnic z obnażonymi piersiami

 

i pożądliwymi spojrzeniami! – uniosła się gniewem. – Zaczepiają nawet żonatych. Ale gorsze jest to,

 

że odkąd osiedliły się tutaj te dzikusy, żadna szanująca się kobieta nie może czuć się bezpieczna.

 

Ciebie na pewno nikt nie napastuje – pomyślał rycerz. Lecz musiało się coś wydarzyć, skoro stara

 

zaczaiła się na niego w taką pogodę, zanim zdołał dotrzeć do domu.

 

– Zajmę się tym, Gryzeldo – powiedział niecierpliwie. – A teraz wracaj do siebie, do ciepłego

 

paleniska!

 

Wydawało się, że tego roku zima się nie skończy. A była już przecież połowa marca. Jeśli śnieg

 

wkrótce nie stopnieje, zasiew zacznie się z opóźnieniem. Ale jeśli wieści, które uzyskał od swojego

 

pana, margrabiego Ottona, okażą się prawdziwe, jego wioska będzie miała wkrótce większe

 

zmartwienia niż opóźniony wysiew.

 

– Tak, panie. Oczywiście, panie. – Stara ukłoniła się gorliwie i podreptała do domu, a rycerz

 

ruszył konia. Siwek od dawna wiedział, że jego stajnia jest blisko, więc sam przyśpieszył.

 

Jak zawsze, gdy wracał do domu po dłuższej nieobecności, Chrystian przyglądał się polom

 

i gwałtownym przemianom, jakie następowały w jego wiosce, odkąd przed niemal sześciu laty

 

przybył tutaj z grupą frankońskich osadników. Opuścili swą ojczyznę i wyruszyli z nim w nieznane,

 

 

by po pełnej niebezpieczeństw podróży przez dzicz i pustkowia wydrzeć Ciemnemu Lasowi2 skrawek

 

 

 

ziemi i zagospodarować go. A potem odkryto u nich bogatą żyłę rudy srebra. Wkrótce sprowadzili

 

się tutaj górnicy i rzemieślnicy w takiej liczbie, że z pierwotnych czterech tuzinów mieszkańców

 

zrobiło się ich już kilka setek. A wraz z nimi przybywali także złodzieje, poszukiwacze przygód

 

i dziwki, z którymi podczas jego nieobecności musiało znowu dojść do jakiegoś konfliktu, jeśli

 

wierzyć Gryzeldzie.

 

Mężczyźni i kobiety, rozpoznawszy swojego pana, witali go, kłaniając się z szacunkiem.

 

W przeciwieństwie do innych wiosek tutaj nie panował typowy dla zimy spokój. Ze wszystkich

 

stron dobiegał stukot górniczych kilofów w kopalniach, które zajmowały tutejsze tereny w miejsce

 

pól, uderzenia młotków przy ławach, gdzie rozbijano mniejsze odłamki, oraz hałasy z kuźni. Znad

 

szmelcarni przy strumieniu unosił się gęsty dym.

 

Pełen radosnego wyczekiwania Chrystian skierował siwka na dziedziniec swojej posiadłości.

 

Lecz zamiast Marty wybiegła mu naprzeciw jedna ze służek.

 

Po co mi jasnowidząca żona, skoro nawet nie przeczuwa, że przyjeżdżam – pomyślał

 

rozczarowany.

 

– Bogu niech będą dzięki, że wróciliście cali i zdrowi, panie – powitała go służąca ze szczerą

 

radością.

 

Podziękował jej za powitanie.

 

– A gdzie moja żona?

 

– Przykro mi, panie. Powiedziała, że dzisiaj na pewno przybędziecie. Mamy zupę na piecu

 

i gorącą wodę do kąpieli. Ale ona musiała wyjść. Dopiero co w kopalni zdarzył się wypadek.

 

Chociaż tyle, że nie wezwali jej do porodu – pomyślał Chrystian. Wtedy mogłoby się zdarzyć, że

 

nie zobaczyłby jej przez cały dzień. Lecz w następnej chwili zbeształ się za takie myśli. Może byli

 

tam ranni, a może i ktoś zginął.

 

– Niech ktoś powiadomi ją, że przybyłem. A gorąca kąpiel to świetny pomysł.

 

Służka oddaliła się pośpiesznie, a Chrystian zaczął wycierać do sucha swojego ogiera. Siwek był

 

nieobliczalny i nie mógł zostawić go samemu stajennemu. Gdy podał koniowi porządną porcję owsa,

 

wszedł w końcu do domu. Tam czekała już na niego dziesięcioletnia Maria, jedna z pasierbic jego

 

żony z jej pierwszego, wymuszonego i nieszczęśliwego małżeństwa. Trzymała za rękę jego syna,

 

Tomasza. Maria nieśmiało powitała przybyłego, natomiast zaledwie trzyletni chłopiec zachwycony

 

rzucił się w stronę ojca. Najpierw objął go za nogi, a potem wyciągnął rączki, żeby wziąć go do

 

góry. Maluch przytulił twarz do policzka Chrystiana, żeby zaraz potem odchylić się i głośnio

 

poskarżyć na kłujący zarost.

 

– Później każę się ogolić – obiecał z uśmiechem Chrystian. Z dumą i czułością patrzył na syna,

 

który z czarnymi włosami i ciemnymi oczami wyglądał jak jego wierna kopia.

 

– A co robi twoja siostra? – zapytał.

 

– Śpi. I wciąż jeszcze nie umie chodzić – oburzył się Tomasz, rozbawiając ojca. – Ale wszyscy

 

mówią, że niedługo się nauczy – dodał z poważną miną.

 

Klara miała dziewięć miesięcy. Jej brat od dnia jej narodzin pałał do niej iście rycerskim

 

uczuciem i dokładnie obserwował wszystkie postępy, jakie czyniła.

 

Chłopiec zamachał nogami, żeby go postawić na podłodze i pociągnął ojca w stronę kołyski, ku

 

której ten ruszył bez ociągania. Wzruszony popatrzył na córkę. Tomasz wrodził się w niego,

 

natomiast Klara ze swymi zielonymi oczami i kasztanowobrązowymi włosami to wykapana matka.

 

Rzeczywiście spała. Jej malutkie usteczka poruszały się, jakby ssała. Miała okrągłą twarzyczkę

 

i różaną cerę. Chrystian każdego dnia dziękował Bogu za to, że pobłogosławił go dwójką zdrowych

 

dzieci i że jego żona przeżyła oba porody. Nie mógł sobie wyobrazić, jak miałby żyć bez niej. Była

 

miłością jego życia.

 

Przyszła do nich Mechthilda, kucharka.

 

– Chcecie gorącej zupy, panie? Kąpiel zaraz będzie gotowa.

 

Chrystian postanowił, że każe sobie podać jedzenie w kuchni, która ze względu na ryzyko pożaru

 

mieściła się w pewnym oddaleniu od głównego budynku. Było tam cieplej, a posiłki nie stygły po

 

drodze do jadalni. Kucharka napełniła mu miskę i podsunęła pajdę chleba. Świeżo upieczony,

 

zauważył Chrystian po pierwszym kęsie i powdychał rozkoszny aromat zupy, zanim zaczął jeść.

 

Fasolowa, przyprawiona ziołami na szczególny sposób, który znała tylko Marta. Zamoczył chleb

 

w misce i dał ugryźć synkowi.

 

Gorąca zupa i ogień paleniska dobrze mu zrobiły. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest zmęczony

 

i przemarznięty. Długa jazda sprawiła, że spocił się pomimo chłodu. Jego biegła w sztuce leczenia

 

żona kazałaby mu jak najszybciej zdjąć mokre odzienie i zanurzyć się w gorącej kąpieli.

 

Podsunął miskę z resztą zupy synowi, który obserwował go zaspanym wzrokiem.

 

– Jak zjesz, idziesz spać.

 

Chłopiec skrzywił się.

 

– Jeszcze nie – poprosił.

 

– Bądź posłuszny, to jutro rano pojedziemy gdzieś razem.

 

Tomasz rozpromienił się. Chrystian pogładził jego jedwabiste włosy. Gdy przekazał syna

 

z powrotem Marii, wszedł na górę do sypialni, gdzie w dzieży parowała już gorąca woda, a obok

 

czekały czyste ręczniki.

 

Rozkoszując się tym, jak jego ciało odpręża się i ogrzewa, rozmyślał o podróży, z której właśnie

 

powrócił.

 

To, co zlecił mu jego pan lenny, margrabia Otto z Miśni, może wywołać poważne kłopoty. Znów

 

zagrożony był jego własny los i los jego wioski. Srebro było błogosławieństwem, a jednocześnie

 

przekleństwem. Pomogło im osiągnąć względny dobrobyt w porównaniu z niedostatkami pierwszych

 

trudnych lat po przybyciu na to pustkowie, lecz jednocześnie wzbudziło chciwość we wrogach,

 

powodując cierpienia i przelew krwi.

 

Lecz tak naprawdę bardziej zajmowała go inna myśl. Następne tygodnie wyjaśnią, co stało się

 

z jego najzagorzalszym wrogiem, którego powrotu spodziewał się już od miesięcy. Z mężczyzną,

 

którego przysiągł zabić.

 

Z zamyślenia wyrwało go skrzypnięcie drzwi.

 

Stała tam, szczupła i delikatna, z płatkami śniegu na opończy. Jej twarz promieniała radością.

 

Chrystian zerwał się i wyszedł z dzieży.

 

Marta chwyciła za ręcznik i podeszła do niego, żeby go wytrzeć. Lecz on nie pozwolił jej na to,

 

tylko mocno ją do siebie przytulił.

 

– Tęskniłem za tobą.

 

Powitalny pocałunek zdawał się nie mieć końca. Gdy oderwała się od niego, spoglądając w dół

 

jego ciała, stwierdziła ze śmiechem:

 

– Właśnie widzę. – Zarzuciła mu ręce na szyję, pocałowała delikatnie i szepnęła: – Ja też za tobą

 

tęskniłam.

 

Zsunął jej czepek z głowy, by móc popatrzeć na jej kasztanowobrązowe włosy i przeczesać je

 

palcami. Później zdjął jej z ramion opończę. A potem wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka.

 

Gdy jego usta pieściły jej ramiona, jego ręce wędrowały w górę ud, które chętnie rozsunęła.

 

Marta niecierpliwie szarpała wiązania sukni. Czasem nie wiedziała, jak mogła wytrzymać bez

 

niego choćby jeden dzień. Za każdym razem, gdy wracał, rzucali się na siebie jak wygłodniali.

 

Tym razem nawet nie rozebrała się do końca. Była równie niecierpliwa jak on.

 

Objęła go, wygięła ciało w jego stronę i jęknęła z ulgą, gdy wsunął się w nią i zaczął szybko się

 

poruszać. Już po chwili oboje krzyczeli z rozkoszy.

 

– Wygniotłem ci suknię – powiedział z udawaną skruchą, gdy leżeli obok siebie mokrzy od potu,

 

zdyszani i szczęśliwi. – Tak nie możemy pójść do jadalni, bo wszyscy w domu nie wiadomo co sobie

 

pomyślą.

 

Marta roześmiała się cicho.

 

– Po hałasie, którego narobiliśmy i który słychać było chyba aż w sąsiedniej wiosce, stan mojej

 

sukni raczej nikogo nie zaskoczy. – Delikatnie pogładziła go po twarzy. – Przecież i tak wiedzą, jak

 

między nami jest.

 

Nagle w jej szarozielonych oczach pojawił się figlarny błysk.

 

– Zresztą czy jako twoja małżonka nie mam obowiązku spełniać wszystkich twych życzeń?

 

Nie potrafił opanować uśmiechu.

 

– Jak najbardziej.

 

Marta usiadła.

 

– Pomożesz mi to rozsznurować? Założę tę zieloną.

 

Cierpliwie rozsupływał tasiemki, które poplątała w pośpiechu, zdjął jej przez głowę najpierw

 

suknię wierzchnią, a potem spodnią i popatrzył na nią zakochanym wzrokiem. Dwie ciąże prawie nie

 

zmieniły jej ciała, miała dziewiętnaście lat i figurę wciąż tak dziewczęcą, jak w dniu, w którym

 

połączyli się po wielu trudach i przygodach. Tylko piersi miała teraz pełniejsze.

 

Gdy zobaczył ją po raz pierwszy, była młodziutką akuszerką, bezradną i ściganą. Okrutny kasztelan

 

kazał odciąć jej stopy i dłonie, gdy jego żona urodziła martwego syna. Chrystian właśnie wyruszał

 

wtedy z grupą osadników, których miał doprowadzić do Marchii Miśnieńskiej, i zaproponował jej

 

ochronę przed prześladowcami. Jej bystry umysł i umiejętność leczenia wkrótce sprawiły, że zwrócił

 

na nią uwagę. Lecz nie tylko on. Gdy zabrał Martę do miśnieńskiego zamku, by uleczyła

 

najmłodszego syna Ottona, zapobiegła wtedy próbie otrucia margrabiny Hedwigi, ściągając w ten

 

sposób na siebie uwagę wrogów margrabiego. Gdy w ich wiosce odkryto złoża srebra, wypadki

 

potoczyły się błyskawicznie. Margrabia wyznaczył na kasztelana przyszłego grodu Chrystianowa

 

najpotężniejszego wroga Chrystiana, rycerza Randolfa. W wiosce zapanowały jego okrutne rządy.

 

Chrystian został zamknięty w lochu pod fałszywym zarzutem, gdzie go torturowano. Ryzykując

 

własne życie, Marta i giermek Chrystiana, Łukasz, uratowali go i wykryli spisek przeciwko

 

margrabiemu Ottonowi. Marta uleczyła zamęczonego niemal na śmierć Chrystiana. I zanim stanął do

 

walki na śmierć i życie, by uwolnić swą wioskę od Randolfa, wyznali sobie miłość, miłość

 

wydawałoby się niemożliwą do spełnienia, miłość między rycerzem i młodą zielarką.

 

 

Margrabia Otto wysłał Randolfa w ramach pokuty do Ziemi Świętej, a prostego ministeriała3

 

 

 

Chrystiana i jego młodziutką żonę Martę uczynił członkami stanu szlacheckiego.

 

Że też ona znowu potrafi się śmiać! – pomyślał Chrystian, przyglądając się Marcie w milczeniu.

 

Zbyt długo widział, jak niszczą ją kłopoty i strapienia. Miłość uleczyła ich oboje, jego wyzwoliła

 

z długiej żałoby. Lecz na duszy pozostały blizny, które pewnie znów się zaognią w obliczu tego,

 

o czym musiał ją powiadomić.

 

Marta chciała wstać, żeby przynieść sobie ze skrzyni zieloną suknię, lecz on chwycił ją za rękę

 

i przyciągnął z powrotem na łóżko. Widok jej nagiego ciała na nowo obudził w nim pożądanie, lecz

 

było w tym coś jeszcze. Jakby mógł w swych objęciach ochronić ją przed wszelkim złem. Chciał, by

 

była szczęśliwa.

 

Bez oporu opadła obok niego i przeczesywała palcami jego sięgające ramion włosy, gładziła jego

 

twarz i muskularne ramiona. A potem zaczęła wodzić palcem po każdej bliźnie na jego tułowiu, co

 

robiła często, gdy leżeli obok siebie.

 

Przerwał tę czynność, kładąc się na nią. Tym razem działał powoli, głaskał i całował jej szyję,

 

piersi i uda.

 

Lecz ona wkrótce straciła cierpliwość.

 

– Chodź – zażądała i swą szczupłą dłonią dała do zrozumienia, że nie chce już dłużej czekać.

 

Nie było go prawie dwa tygodnie. Wydawało jej się, że to wieczność.

 

– Na Boga, wszyscy w domu pomrą z głodu, jeśli zaraz nie zejdziemy na dół. A jeśli ja nie wstanę, to

 

zasnę i obudzę się dopiero za dwa dni – powiedział później.

 

Marta uśmiechnęła się.

 

– Ty jesteś panem tego domu. Możemy zostać tutaj i powiedzieć im, żeby zjedli sami –

 

zaproponowała.

 

Lecz on na to nie przystał, choć pomysł mu się spodobał. Zwyczajem stało się, że wieczorem po

 

jego powrocie z podróży zasiadają do stołu ze wszystkimi domownikami, a on słucha opowieści

 

o tym, co wydarzyło się w wiosce podczas jego nieobecności.

 

– Na pewno kazałaś kucharce przygotować coś wyjątkowego. Więc nie możemy jej rozczarować.

 

Teraz, w czasie postu i gdy niemal wszystkie zapasy zostały zużyte, ciężko było ugotować smaczny

 

posiłek. Nie mógł liczyć na nic innego jak bezmięsną zupę albo soloną rybę.

 

Zanim zeszli na dół, zajrzeli do dzieci, które spały spokojnie w izbie obok.

 

– Są cudowne – szepnął i po raz kolejny przyciągnął Martę do siebie.

 

– Tak, to prawda – odparła równie cicho. – Witamy w domu.

 

 

Nowiny

 

 

Chrystian i Marta razem poszli do głównej sali swego domostwa, gdzie służki już ustawiały stoły

 

 

 

i ławy. Pomagały im w tym pasierbice Marty.

 

– Jak się masz, Joanno? – rycerz pozdrowił starszą z nich, bo nie widział jej jeszcze od swojego

 

powrotu. Z pewnością była razem z Martą u rannych górników.

 

– Dobrze, mój panie – odparła nieśmiało, ukłoniła się i odsunęła kosmyk jasnych włosów, który

 

wysmyknął się z jej warkocza. – Choć mamy teraz dużo pracy. Zimowa gorączka… I do tego jeszcze

 

to nieszczęście w kopalni. Dwóch górników zostało rannych. Ale wkrótce będą mogli wrócić do

 

pracy.

 

– Jestem pewien, że zrobiłaś, co w twojej mocy – powiedział uprzejmie rycerz.

 

Dwunastoletnia Joanna wcześnie zaczęła interesować się pracą Marty i zdobyła już znaczne

 

umiejętności w stosowaniu ziół.

 

Po ślubie z Martą Chrystian przyjął do swego domu także jej pasierbice. Te dwie śliczne, kochane

 

i pracowite dziewczynki z jasnymi lokami nadal okazywały w jego obecności nieśmiałość. Wciąż nie

 

oswoiły się z faktem, że panem ich domu nie jest już stary prosty chłop, tylko prawdziwy rycerz.

 

Zwłaszcza że mieszkańcy wioski rzadko widywali uśmiech na twarzy Chrystiana, którego uważali za

 

surowego, ale sprawiedliwego. Tylko gdy był sam z Martą albo pośród przyjaciół, pokazywał się

 

z innej strony.

 

W przeciwieństwie do swojej młodszej i wesołej siostry, Marii, Joanna była poważna i wycofana.

 

Lecz już jako ośmiolatka wykazała się wielką odwagą, gdy wraz z Martą uratowała życie swojemu

 

starszemu bratu Karolowi i kowalowi Jonaszowi. Randolf skazał wówczas tych dwóch młodych

 

mężczyzn, którzy należeli do zaufanych sojuszników Chrystiana, na okrutną i niesprawiedliwą karę.

 

Dzięki wsparciu Joanny Marta, narażając życie, zakradała się do nich w nocy, by udzielić im

 

pomocy. Gdyby Chrystian nie pojawił się w ostatniej chwili z mieczem w dłoni, zarówno Marta, jak

 

i Joanna nie uniknęłyby krwawej kary.

 

 

– Biegnij do ojca Bartłomieja, do bergmajstra4 oraz do Jonasza i jego żony i zaproś ich na

 

 

 

wieczerzę – poprosił Chrystian. – I przyprowadź też swojego brata.

 

Karol, starszy brat dziewczynek, pracował w kuźni u Jonasza i mieszkał w chacie, która należała

 

wcześniej do ich ojca.

 

Dziewczynka skinęła głową, chwyciła swoją opończę i wybiegła z domu, aż zatrzepotały jej jasne

 

loki.

 

Niedługo potem siedzieli już wszyscy przy stole i zajadali z apetytem. Obok Chrystiana zasiedli

 

goście honorowi: ksiądz, bergmajster i starosta wioski. Ojciec Bartłomiej był miłym człowiekiem

 

z wianuszkiem siwych włosów, który przyjął święcenia kapłańskie i przed sześciu laty opuścił swój

 

klasztor, by wraz z osadnikami wyruszyć do Ciemnego Lasu i dbać o zbawienie ich dusz.

 

Bergmajstrowi Hermanowi podlegało wszystko, co dotyczyło kopalni i szmelcarni. Obok siedzieli

 

kowal Jonasz i Emma, jego śliczna żona o rudoblond włosach. Pomimo młodego wieku Jonasza

 

mieszkańcy wioski przed trzema laty wybrali go na starostę. Jego poprzednik, Hildebrand, mąż

 

Gryzeldy, która zaczepiła Chrystiana w drodze powrotnej do domu, w chwili zagrożenia okazał się

 

tchórzem.

 

Przy Marcie siedzieli bracia Gero i Ryszard, rycerze bez ziemi i przyjaciele Chrystiana, których

 

wziął do siebie na służbę trzy lata temu. Brakowało jeszcze dwóch: Łukasza, który był niegdyś

 

giermkiem Chrystiana, a za swą odwagę został przed czasem pasowany na rycerza osobiście przez

 

margrabiego Ottona, i jego młodszego brata, Jakuba, który teraz z kolei służył Chrystianowi jako

 

giermek. Chrystian wysłał ich obu do domu, ponieważ posłaniec przyniósł wieść, że ich ojciec

 

ciężko zachorował.

 

Przy długim stole zasiedli też do uroczystej wieczerzy wszyscy domownicy Chrystiana: Maria,

 

Joanna, Karol, kucharka, służki, chłopcy stajenni i wdowa Hiltruda, która na polecenie Chrystiana

 

nadzorowała we wsi warzenie piwa i pieczenie chleba. Jej mąż zginął w wyjątkowych

 

okolicznościach po tym, jak podrzucił ukradkiem Chrystianowi i cieśli Guntramowi skradzione

 

srebro. Guntram został za to powieszony przez ludzi Randolfa.

 

To, że Chrystian nie uznał jej za współwinną zdrady męża, napełniło przerażoną Hiltrudę

 

bezgraniczną wdzięcznością. W mig odczytywała każde jego życzenie, a po śmierci brutalnego męża

 

dosłownie rozkwitła.

 

Chrystian z zadowoleniem powiódł wzrokiem po siedzących przy stole. W tym towarzystwie czuł

 

się o wiele lepiej niż pośród intrygantów i pochlebców na dworze. Siedząca obok niego Marta

 

promieniała szczęściem, na górze spokojnie spały ich dzieci. Niestety, nie dane mu będzie długo

 

cieszyć się tą idyllą.

 

Gdy wszyscy skończyli już posiłek, gospodarz odsunął miski, kazał podać piwo i wygodnie się

 

rozsiadł.

 

– Co tam nowego w wiosce? – zapytał towarzystwo.

 

– Już troje dzieci zmarło na gorączkę, która wciąż szaleje – poskarżył się ojciec Bartłomiej. –

 

A w najgorszy śnieg przybyło do nas dwóch trędowatych. Kazaliśmy zbudować im szałas na skraju

 

wioski i regularnie stawiamy przed nim jedzenie. Drewno na opał mogą sobie zebrać sami. Gdy

 

śnieg stopnieje, chcą ruszyć dalej, jeśli tylko dożyją.

 

– Gryzelda skarżyła mi się, żądając założenia zamtuza. Co się wydarzyło? – zapytał Chrystian.

 

Jonasz nie potrafił powstrzymać uśmiechu.

 

– Jedna z tych ślicznotek robiła piękne oczy do jej Hildebranda, a ten nie potrafił oderwać od niej

 

wzroku. W końcu te dwie baby rzuciły się na siebie i pobiły na oczach wszystkich.

 

– Nie można tolerować takich sytuacji – rzucił surowo ojciec Bartłomiej. – Może zamtuz

 

rzeczywiście byłby dobrym rozwiązaniem. Wtedy nie wszyscy musieliby oglądać te grzeszne widoki.

 

To byłoby lepsze również dla kobiet.

 

– Potrzebujemy ladacznic – burknął bergmajster. – Pośród moich ludzi i pośród straży jest zbyt

 

wielu kawalerów. Jeśli nie będą mogli od czasu do czasu mieć kobiety za pieniądze, będziemy mieć

 

jeszcze więcej problemów. Już i tak skaczą sobie do oczu o tych parę bab.

 

– Przybyło tutaj tylu awanturników i złodziei, że myślałem, że ladacznice same tu ściągną –

 

stwierdził Chrystian, rzucając Marcie bezradne spojrzenie. Ona uśmiechnęła się w duchu. Chrystian

 

chyba najchętniej jej zostawiłby rozwiązanie tego delikatnego problemu.

 

– Na temat grzesznych żądz cielesnych i swarliwych bab wypowiem się na najbliższej mszy. Ale ty

 

powinieneś jak najszybciej zwołać sąd, mój synu. Ostatnio mnożą się kradzieże. Twoi strażnicy

 

złapali chłopca, który ukradł wdowie Elzie sakiewkę – doniósł ojciec Bart łomiej.

 

Chrystian zmarszczył czoło. Niechętnie wydawał wyroki obcięcia dłoni na złodziei, którzy byli

 

jeszcze dziećmi. Lecz nie mógł też tolerować, by ktoś pozbawiał mieszkańców wioski owoców ich

 

pracy. Pracy w ich wiosce nie brakowało, a w porównaniu z innymi miejscami ludziom powodziło

 

się nieźle. Kto cierpiał biedę, mógł zarobić na chleb przy oddzielaniu rudy od skał albo rozkruszaniu

 

 

jej odłamków5. Nawet kalecy i żebracy, którzy mieszkali w wiosce, otrzymywali hojną jałmużnę.

 

 

 

Srebro dało wielu ludziom większe bogactwo, niż kiedykolwiek mogliby osiągnąć w swoich

 

rodzinnych stronach.

 

Marta położyła mężowi rękę na ramieniu.

 

– Powinieneś dokładnie zbadać tę sprawę. Myślę, że ktoś sprowadził całą bandę dzieciaków,

 

którym każe dla siebie kraść. Wypytaj tego wygłodzonego i posiniaczonego chłopca i znajdź tego

 

człowieka.

 

Gdy towarzystwo zaczęło się później rozchodzić, Chrystian w uprzejmych słowach zwrócił się

 

bergmajstra, żeby został jeszcze chwilę.

 

Pełnym żalu wzrokiem poprosił Martę o wybaczenie za to, co musiał teraz powiedzieć.

 

– Margrabia Otto chce, żebym tuż po Wielkanocy towarzyszył mu na cesarskim zjeździe

 

w Goslarze. Mam tam zwerbować kolejnych górników. Po otrzymaniu od was najnowszych wieści

 

o pobliskich żyłach margrabia również tam chce jak najszybciej rozpocząć wydobycie.

 

Bergmajster rzucił mu zdumione, niemal przerażone spojrzenie.

 

– Macie pod bokiem cesarza werbować górników z jego własnego miasta?

 

– Rozumiem wasze obawy, bergmajstrze. Lecz rozkaz margrabiego jest jednoznaczny – odparł

 

zdecydowanym głosem Chrystian. Tuż po odkryciu srebra margrabia Otto kazał sprowadzić do

 

Chrystianowa górników i nalegał na rozpoczęcie wydobycia. Teraz miał jednak dodatkowy powód,

 

by przyśpieszyć prace. Cesarz, któremu Lombardowie nadali szyderczy przydomek „Rudobrody”,

 

 

obwieścił, że zamierza rozpocząć kolejną kampanię w Italii6. Niemieccy książęta wcale nie mieli

 

 

 

ochoty w niej uczestniczyć. Ostatnia włoska kampania, która zakończyła się przed sześciu laty,

 

okazała się katastrofą, a niewiele przemawiało za tym, by kolejna miała się zakończyć lepiej. Otto

 

chciał, podobnie jak inni, wykupić się od udziału w kampanii. I dlatego potrzebował srebra. Bardzo

 

dużo srebra.

 

Chrystian kontynuował już spokojniej.

 

– Chętnie wziąłbym ze sobą do Harcu kogoś z waszych ludzi. Nie was, to za bardzo zwracałoby

 

uwagę. Może któregoś ze sztygarów, kogoś, kto ma tam krewnych, których bez większego

 

zamieszania będzie mógł przekonać do przeniesienia się tutaj.

 

– Wyznaczę jutro kogoś dla was – powiedział zamyślony Herman i pożegnał się, dziękując za

 

wieczerzę.

 

Chrystian wiedział, że zbliża się moment, gdy zostanie z Martą sam i będzie musiał w końcu

 

przekazać najgorsze wieści. Lecz wciąż był z nimi Karol, któremu najwyraźniej coś ciążyło na sercu.

 

Choć młody kowal był prawdziwym siłaczem, a i w niebezpieczeństwie nieraz dowiódł swojej

 

odwagi, teraz wyglądał na naprawdę przestraszonego.

 

Jonasz popchnął go delikatnie w stronę Chrystiana. Marta uśmiechnęła się do niego zachęcająco.

 

Chrystian skrzyżował ramiona i czekał w napięciu.

 

Karol podszedł krok bliżej z zakłopotaną miną.

 

– Panie, chciałbym poprosić was o pozwolenie na ślub – wydusił z siebie w końcu.

 

Chrystian nie ukrywał zaskoczenia.

 

– A kto jest tą szczęśliwą wybranką?

 

– Agnieszka, córka nadsztygara. Dam radę ją wyżywić, w kuźni mamy mnóstwo pracy – pośpieszył

 

z zapewnieniem, gdyż mając zaledwie dwadzieścia lat, był właściwie za młody, by założyć własną

 

rodzinę.

 

Chrystian przypomniał sobie tę dziewczynę: nieśmiała panna z kasztanowobrązowym warkoczem,

 

trochę podobna do Marty. Miał wielką nadzieję, że Karol naprawdę pragnie właśnie jej, nie tylko

 

jako namiastki Marty, w której się kiedyś kochał. Ale dla Agnieszki to nie było złe rozwiązanie.

 

Karol, jako kowal, był dobrą partią, a poza tym był silnym i przystojnym mężczyzną, który z czułością

 

traktował swoje młodsze siostry.

 

– Co na to jej ojciec?

 

– Zgadza się.

 

– A ona?

 

Karol uśmiechnął się i jeszcze bardziej zmieszał.

 

– Ona też.

 

Chrystian położył mu dłoń na ramieniu.

 

– Kiedy chcecie się pobrać?

 

– Zgadzacie się? – zapytał Karol z taką ulgą, jakby zamiast pozwolenia spodziewał się ostrej

 

reprymendy.

 

– Oczywiście. Macie moje błogosławieństwo.

 

– W maju skończę dwadzieścia jeden lat – powiedział rozpromieniony Karol.

 

– A więc po sianokosach. Pasuje? Jeśli twoja macocha się zgodzi, przekażemy wam dom i ziemię

 

twojego ojca. – Wiedział, że Marta zaaprobuje tę decyzję, gdyż już kiedyś o tym rozmawiali.

 

– Zrobilibyście to? – wydukał zdumiony Karol.

 

– Mamy za co żyć. Twój ojciec oddał życie, by uratować Martę. Przejmij więc należne ci

 

dziedzictwo.

 

Spojrzał na Jonasza.

 

– Co powiesz, jeśli on urządzi tam drugą kuźnię? Narzekasz przecież, że ledwo wyrabiacie się

 

z robotą. Wtedy każdy z was mógłby sobie wziąć pomocnika i moglibyście się też dzielić zleceniami.

 

Jeden pracowałby dla górników, a drugi wykuwał gwoździe i podkowy oraz naprawiał lemiesze. Czy

 

jak tam będziecie chcieli. Nie będę się wtrącać. Z jednym wyjątkiem. Ty zajmiesz się bronią.

 

Jonasz skinął głową.

 

– To dobry pomysł. Chcesz od razu omówić szczegóły?

 

Karol wydawał się nieco oszołomiony.

 

– Pozwólcie mi najpierw pójść do Agnieszki i przekazać jej dobre wieści. – I już go nie było.

 

Jonasz i Emma wymienili ukradkowe spojrzenia, po czym i oni się pożegnali.

 

– Wiedziałaś o tym? – zapytał Chrystian Martę, wciąż zaskoczony nowinami.

 

– Już od pewnego czasu coś się między nimi działo – odpowiedziała z uśmiechem. – I zanim

 

zadasz kolejne pytanie: tak, rozmawiał ze mną, bo nie był pewien, czy to będzie dobry moment na

 

poproszenie cię o zgodę, i nie wiedział, jak zareagujesz.

 

Pociągnął ją po schodach do izby, w której spali.

 

– Dlaczego miałbym mieć coś przeciwko temu? To wspaniały chłopak, i do tego sumienny –

 

burknął.

 

– Na pewno będą ze sobą szczęśliwi – stwierdziła Marta, gdy dotarli na górę. A potem sięgnęła po

 

dzban i napełniła dwa kubki.

 

– No dalej. Co przemilczałeś, żeby powiedzieć mi dopiero teraz?

 

Zrezygnowany Chrystian opadł na stołek. Przed nią naprawdę nie dało się nic ukryć. Nagle poczuł

 

się zmęczony. Przeczesał ręką włosy.

 

– Po pierwsze, to okropne, że wkrótce znowu muszę wyjechać. I tym razem nie możesz mi

 

towarzyszyć na zjeździe.

 

– Klara i tak jest za mała na taką podróż. A ponieważ wciąż karmię ją piersią, wzbudziłabym tylko

 

zdziwienie. Poza tym słyszałeś przecież, że szaleje tutaj groźna gorączka, umarło już troje dzieci.

 

Z Joanną od rana do wieczora jesteśmy zajęte doglądaniem chorych.

 

– Na Boga, omal nie zapomniałem! – Chrystian zerwał się i przeskakując po kilka stopni, zbiegł na

 

dół. Marta popatrzyła za nim zdumiona. Chwilę potem pojawił się z jakimś miękkim zawiniątkiem.

 

– To dla ciebie.

 

Zaskoczona rozwinęła pakunek i z oszołomienia aż zabrakło jej tchu. Była to obszyta futrem

 

opończa z kapturem z ciemnobłękitnego sukna. Wzruszona nałożyła piękny płaszcz na ramiona

 

i pogładziła miękki materiał.

 

– To przepiękne, ale musiało kosztować majątek. Czy stać nas na to?

 

– Mówisz tak za każdym razem, gdy kupuję ci ubrania. Wiesz przecież, że nie robię tego tylko po

 

to, żeby cię wystroić.

 

Marta popatrzyła na niego sceptycznie.

 

– Chcesz, żebym odwiedzała w tym chorych?

 

Zdecydowanie pokiwał głową.

 

– Drogie odzienie świadczy o stanie, do którego się należy. Jeśli nadal chcesz wykonywać swoją

 

pracę, nikt nie może uważać cię za małą bezbronną zielarkę, którą można traktować jak popychadło.

 

Nie zapominaj, że kiedyś chcieli cię zabić jako czarownicę.

 

Marta westchnęła w duchu. Już nieraz prowadzili takie rozmowy, a ten temat zawsze wywoływał

 

w niej nieprzyjemnie uczucia. Nie tylko ze względu na pieniądze. Jedna wioska jako lenno to za

 

mało, by rycerz mógł zadbać o swoje uzbrojenie i wypełnić zobowiązania wobec swojego pana.

 

Lecz ich wieś rozrosła się i wzbogaciła dzięki srebru. Jednak Chrystian niemal wszystkie swoje

 

dochody przeznaczał na wystawianie i dozbrajanie straży. Nie bez powodu. Srebro było wielką

 

pokusą dla złodziei i już nieraz musieli odpierać ataki na wioskę.

 

Ona miała na dodatek innych wrogów. Jeśli nie tutaj, to w sąsiedniej wiosce, gdzie rządzili

 

przeciwnicy Chrystiana i gdzie mieszkała kobieta, która kiedyś oskarżyła ją o czary. Marta uciekła

 

wtedy prześladowcom tylko dlatego, że jej pierwszy mąż stanął im na drodze, poświęcając swe

 

życie. Z pewnością chciał w ten sposób odpokutować za to, że źle traktował ją jako żonę.

 

Chrystian wciąż powtarzał, że drogie odzienie będzie ją chronić tak, jak jego chroni kolczuga.

 

A potrzebowała tej ochrony, kiedy go nie było. Dlatego uparcie domagał się, żeby również wtedy,

 

gdy zajmowała się chorymi, ubierała się jak szlachcianka.

 

A ona przecież nie lubiła afiszować się ze swoim stanem. W głębi serca wciąż uważała się za

 

prostą dziewczynę, a nie panią, i czuła się dziwnie, gdy jej dawni towarzysze kłaniali się przed nią,

 

a nawet przyklękali.

 

Władza to obosieczny miecz. Łatwo może zniszczyć tego, kto ją posiada.

 

Marta starała się nie myśleć o tym, jak ma utrzymać w czystości kosztowną opończę w wąskich

 

i zadymionych chatach chłopów i górników.

 

– Dziękuję – powiedziała cicho, wzruszona, że tak się o nią troszczy. A potem popatrzyła na niego

 

z powagą. – Ale co tak naprawdę cię dręczy? Pomijając to, że niedługo znów musisz wyjechać i po

 

raz kolejny narażać się dla Ottona?

 

Chrystian przez chwilę wpatrywał się przed siebie.

 

– Przeżyliśmy trzy spokojne i szczęśliwe lata – powiedział i skierował wzrok na żonę. – Możliwe,

 

że ten spokój wkrótce się skończy.

 

Marta rzuciła mu pytające spojrzenie.

 

– Margrabia Otto otrzymał wiadomość, że Henryk Lew wrócił na początku tego roku z pielgrzymki

 

do Ziemi Świętej – oznajmił Chrystian. – Ponoć mieszkańcy Brunszwiku z radością powitali jego

 

i pięciuset rycerzy z jego świty. Przywiózł ze sobą cenne relikwie i zamierza teraz wybudować

 

imponującą kolegiatę. Mówią też, że po drodze wszędzie witano go niczym króla albo cesarza.

 

Marta natychmiast pojęła, co to może oznaczać.

 

Przed siedmiu laty margrabia Otto wraz z wieloma innymi książętami i dostojnikami kościelnymi

 

przyłączył się do buntu przeciwko Henrykowi Lwu, potężnemu księciu Saksonii i Bawarii. Była

 

razem z Chrystianem przy tym, jak cesarz na zjeździe w Würzburgu obwinił buntowników o atak na

 

jego najpotężniejszego i najwierniejszego wasala. Przeciwnicy Lwa uniknęli kary tylko dlatego, że

 

zgodzili się wtedy zawrzeć kruchy pokój.

 

– Ale przecież większość przywódców rebelii nie żyje: Albrecht Niedźwiedź, Ludwik z Turyngii,

 

Chrystian z Oldenburga… Myślisz, że mimo tego znowu dojdzie do wojny? – zapytała cicho.

 

– Dzięki pielgrzymce Henryk zdobył jeszcze więcej władzy i wpływów. Prędzej czy później

 

choćby z tego powodu dojdzie do nowego konfliktu. Między nim a książętami, a może nawet między

 

nim a cesarzem.

 

Marta na chwilę zamknęła oczy. Ujrzała przed sobą spalone wioski, stosy okaleczonych ciał kobiet

 

i dzieci, martwych mężczyzn, wszystko to, co było ceną za prowadzenie okrutnych waśni. Czy

 

Chrystian będzie musiał wkrótce wyruszyć na wojnę? Czy plądrujące i palące wszystko hordy

 

przybędą wtedy także tutaj? Bo Chrystianowo nie było już nieznanym nikomu przysiółkiem pośród

 

Ciemnego Lasu, lecz słynęło z opartego na srebrze bogactwa.

 

– To wciąż jeszcze nie jest wszystko, co chciałeś mi powiedzieć – drążyła dalej.

 

– Nie. – Chrystian głęboko zaczerpnął powietrza. – Szpiedzy Ottona donoszą, że z Ziemi Świętej

 

w świcie Henryka powrócił również miśnieński rycerz szlachetnej krwi.

 

Marta zgarbiła się na stołku, choć od dawna spodziewała się takiej wiadomości.

 

Randolf wrócił. Mężczyzna, który wraz ze swymi kompanami uprowadził ją i brutalnie zgwałcił,

 

gdy miała zaledwie czternaście lat. Mężczyzna, który pod fałszywym zarzutem uwięził Chrystiana

 

i zamęczył go niemal na śmierć, a Otto za te występki wysłał go tylko na pielgrzymkę. Lecz by ją

 

chronić, po wyroku margrabiego Chrystian z ciężkim sercem zrezygnował z wyzwania Randolfa na

 

pojedynek i zamiast tego poprosił o przyjęcie Marty do stanu szlacheckiego.

 

Chrystian wziął żonę za rękę, która nagle stała się lodowata, i przyłożył ją sobie do piersi, by ją

 

ogrzać.

 

– Może to nie on. A jeśli tak, to może wstąpił do służby u Henryka. Czy w przeciwnym razie nie

 

przyjechałby najpierw do domu, żeby zobaczyć się z żoną i synem?

 

Oboje wiedzieli, że Randolf tuż przed wyruszeniem do Ziemi Świętej poślubił młodą wdowę, by

 

nie zostawiać swych posiadłości pod nadzorem samego zarządcy. Podczas jego nieobecności żona

 

urodziła syna, który był niemal co do dnia w tym samym wieku co ich Tomasz.

 

Marta podniosła wzrok i spokojnie popatrzyła Chrystianowi w oczy.

 

– Sam w to nie wierzysz. Ilu jeszcze rycerzy Otto wysłał do Ziemi Świętej? A poza tym Otto go

 

potrzebuje, tak samo jak cesarz Henryka. To są ich najpotężniejsi sojusznicy, podczas kampanii

 

wojennych wystawiają najliczniejsze oddziały. Więc Otto obieca mu jeszcze więcej władzy

 

i wpływów, żeby zatrzymać go w Marchii Miśnieńskiej. – Głęboko zaczerpnęła powietrza. – Wiesz

 

równie dobrze jak ja, że nie trzeba będzie długo czekać, zanim Randolf znów się tu pojawi. Niech

 

Bóg ma nas wszystkich w opiece.

 

 

Dzień sądu

 

 

Następnego ranka Marta już o świcie została wezwana do zrozpaczonej Emmy, której dzieci

 

 

 

gorączkowały. Szybko chwyciła koszyk z maściami i nalewkami i pobiegła do młodej kobiety, która

 

pochodziła z tej samej wsi co ona i od dawna była jej przyjaciółką.

 

Chrystian też nie przebywał w domu dłużej, niż to było konieczne. Miał mnóstwo spraw do

 

załatwienia, zanim znów będzie musiał wyjechać. Wyszedł przed drzwi i przez chwilę cieszył się

 

otaczającym go widokiem. Śnieg przestał padać, a świecące słońce sprawiało, że biała pokrywa

 

skrzypiąca przy każdym kroku aż się skrzyła.

 

Minęło go jakieś pędzące zawiniątko, potknęło się i z parsknięciem wylądowało w śniegu.

 

– Hopla! – Chrystian błyskawicznie chwycił chłopca za kubrak i mocno go przytrzymał. To był

 

mały Chrystian, pierwsze dziecko, które urodziło się w tej wiosce i na prośbę rodziców otrzymało

 

jego imię. Chłopiec miał już sześć lat.

 

– Jak się miewa twoja matka? – zapytał Chrystian.

 

– Dobrze, panie – skrzeknął w odpowiedzi chłopiec. Mąż Berty był cieślą, którego Randolf kazał

 

powiesić z powodu fałszywych oskarżeń. Bergmajster wziął ją potem do siebie, żeby prowadziła mu

 

dom. Jego żona nie żyła już od dawna, a córkę wypędził po tym, jak oskarżyła Martę o czary, żądając

 

jej śmierci.

 

– Idź do mojego domu i poproś, żeby kucharka dała ci coś do jedzenia. I wysusz się przy ogniu –

 

nakazał Chrystian chłopcu z udawaną surowością. Ten podziękował rozpromieniony i w podskokach

 

pobiegł do domu. Większość mieszkańców otaczała małego Chrystiana szczególną opieką, nie tylko

 

dlatego, że był półsierotą, ale przede wszystkim dlatego, że większość ludzi widziała w nim symbol

 

powodzenia ich nowej ojczyzny, Chrystianowa.

 

Chrystian poszedł do stajni i przywitał się z końmi.

 

– Zabierzesz mnie ze sobą? Obiecałeś – usłyszał za sobą czysty głosik swojego syna.

 

Obrócił się do niego z uśmiechem.

 

– Powiadom Marię albo kucharkę, żeby nikt cię nie szukał.

 

Zachwycony Tomasz pobiegł po śniegu z powrotem do domu.

 

Chrystian poklepał swojego siwka, Drago, po szyi.

 

– Przykro mi – powiedział do niego – ale skoro jadę z tym moim trzpiotem, muszę wziąć innego

 

konia.

 

Choć Drago już wkrótce miał być zbyt stary, by dźwigać rycerza w pełnej zbroi, to wciąż był

 

nieobliczalny i nie akceptował na swoim grzbiecie nikogo poza Chrystianem. By powstrzymać

 

Tomasza od prób jeżdżenia na dzikim siwku w przyszłości, celowo nie zapoznawał z nim syna.

 

Osiodłał młodego karego rumaka z wybujałym temperamentem. Większość ludzi uznałaby, że to też

 

nie jest koń, na którego można posadzić trzylatka, jednak Chrystian chciał, żeby jego syn jak

 

najszybciej zaznajomił się z końmi. A sam był tak doświadczonym jeźdźcem, że miał pewność, iż

 

wychowa rozbrykanego młodego ogiera na godnego zaufania towarzysza. Kary był podarunkiem

 

ślubnym od jego przyjaciela Rajmunda, który hodował konie i nieraz pożyczał Drago do krycia. Tym

 

hojnym darem Rajmund podziękował też za to, że kiedyś, gdy był ciężko ranny, Marta uratowała mu

 

życie.

 

Tomasz już stał obok niego i patrzył na ojca rozpromienionym wzrokiem. Chrystian posadził syna

 

przed sobą w siodle i ruszył w stronę zachodniego wjazdu do wioski, gdzie wartownicy, których

 

wystawił, mieli swoje kwatery, stajnie i plac do ćwiczeń, na którym trenowali młodych chłopców na

 

swoich pomocników. Druga strażnica znajdowała się na północnym skraju wsi, skąd wyruszało się

 

w drogę do Miśni.

 

Gdy Chrystian dotarł do strażnicy, mężczyźni zajęci byli ćwiczeniami z bronią. Zadowolony

 

pozdrowił Herwarta, ich kapitana, który byłby doskonałym rycerzem, gdyby pochodził ze szlachty.

 

Zbliżał się już do czterdziestki, miał za sobą wiele walk, lecz mimo upływu lat wciąż dziarsko

 

wymachiwał mieczem.

 

– Jak się dziś spisują nowi ludzie? – zapytał Chrystian.

 

– Najlepsi są w gębie – odparł Herwart z uśmiechem, który sprawił, że zmarszczki na jego

 

kanciastej ogorzałej twarzy jeszcze się pogłębiły.

 

Przywołał do siebie gestem młodzieńców, jednego rudego, z buzią obsianą niezliczoną ilością

 

piegów, i jego równolatka, z potarganymi czarnymi włosami.

 

– Wy tam, pan chce wiedzieć, czego się już nauczyliście. Pokażcie nam.

 

Obaj podeszli bliżej i ukłonili się. Kuno i Bertram byli szesnastolatkami, którzy przybyli tutaj wraz

 

z pierwszymi osadnikami, aż tryskając żądzą przygód. Lecz w sytuacjach zagrożenia wykazali się

 

odwagą. Chrystian spełnił więc ich gorące pragnienie i pozwolił im kształcić się w posługiwaniu

 

bronią. Rudowłosy Kuno był sierotą, jego przybrana matka, stara Greta, została zasztyletowana przez

 

Randolfa po tym, jak go przeklęła. A rodzice Bertrama, poprzedni starosta i jego zrzędliwa żona

 

Gryzelda, która zaczaiła się poprzedniego dnia na powracającego do domu Chrystiana, nie odważyli

 

się sprzeciwić decyzji rycerza.

 

Choć obu żądnym przygód chłopcom brakowało wprawy w posługiwaniu się bronią, nadrabiali to

 

swym temperamentem. Przynajmniej po części.

 

– Nabraliście szybkości – stwierdził z uznaniem Chrystian. – Ale brakuje wam ostrożności.

 

Odpiął pas z mieczem, podał Herwartowi swoją broń i kazał podać sobie jeden z kijów, którymi

 

ćwiczyli chłopcy. Potem przywołał do siebie rudzielca.

 

– Chwyć kij i staraj się przede mną obronić.

 

Kuno z wahaniem podszedł bliżej. I tak trudno było jako tako radzić sobie pośród ludzi, którzy

 

mieli za sobą lata ćwiczeń. A Chrystian słynął z umiejętności walki mieczem. Kuno kilka razy na

 

własne oczy widział, jak jego idol pokonywał przeciwników wyższych i silniejszych od siebie. Ale

 

nie mógł się wycofać. Przystąpił więc z energią do walki.

 

Lecz już po trzecim czy czwartym ruchu Chrystian bez żadnych trudności i z wielką siłą opuścił na

 

niego swój kij, zatrzymując go zaledwie na odległość dwóch palców od miejsca, gdzie szyja Kuna

 

łączyła się z jego ramieniem.

 

– Jeśli twój przeciwnik jest od ciebie wyższy, bardzo prawdopodobne, że od razu zaatakuje cię

 

z góry. Ale ty w ogóle nie osłoniłeś się przed moim uderzeniem – wytknął mu rycerz.

 

Zazwyczaj rezolutny Kuno wydawał się jednocześnie rozczarowany i zawstydzony.

 

Chrystian powtórzył swój atak, lecz tym razem zrobił to powoli.

 

– Jeśli będziesz wystarczająco szybki, możesz wykorzystać moment, w którym przeciwnik robi

 

zamach. Ma wtedy odsłonięty tułów – wyjaśnił Kunowi, dając mu swoimi powolnymi ruchami

 

okazję, by zadać cios. – Ucz się przewidywać, co w następnej kolejności zrobi twój przeciwnik –

 

napomniał go, zakładając z powrotem swój pas z mieczem. – Twoje życie od tego zależy.

 

– Ośmieszyliście mnie, niedojdy – zagrzmiał Herwart. – Każę wam za to czyścić kolczugi z rdzy aż

 

do świtu, żebyście, słabeusze, w końcu nabrali mięśni.

 

– Nie teraz, Herwarcie – przerwał mu Chrystian.

 

Popchnął swojego syna w kierunku chłopców.

 

– Popilnujcie go przez jakiś czas. Ale nie oddalajcie się, mam dla was zadanie.

 

Jego ostatnie słowa dodały Kunowi otuchy.

 

– Tak, panie.

 

– Nie myślcie sobie, że się wam upiecze – zagroził Herwart.

 

Chrystian rzucił okiem na chłopców, za którymi jego syn pobiegł z zachwytem, ponieważ wiedział,

 

że zawsze płatają jakieś figle. A potem wszedł z Herwartem do wartowni.

 

– Zaraz po Wielkanocy muszę znów wyruszyć, na zjazd cesarski – poinformował dowódcę straży.

 

– Niech czterej twoi najlepsi ludzie przeniosą się na czas mojej nieobecności do mego domu.

 

Ten rozkaz sprawił, że Herwart uniósł brwi. Ale powstrzymał się od zadawania pytań. Chrystian

 

z pewnością powie mu wszystko, co trzeba. Dowódca straży podrapał się po zarośniętym policzku.

 

– Jeśli wasi domownicy potrzebują ochrony, najlepiej będzie, jeśli ja sam się tam przeniosę.

 

Ćwiczenia możemy odbywać na waszym dziedzińcu, a ja będę zawsze na miejscu.

 

– Dobrze. – Chrystian z ulgą przystał na tę propozycję. – A co z tym małym złodziejaszkiem,

 

którego złapaliście?

 

– Ma ledwo siedem lat, a już wielkie doświadczenie w odcinaniu sakiewek. Trzymamy go

 

w zasieku.

 

Herwart wyjął ze skrzyni płócienne zawiniątko.

 

– Znaleźliśmy to przy nim. Stara Elza od razu rozpoznała swoją własność, po tym wyhaftowanym

 

znaku.

 

Chrystian rozwiązał chustę, w którą zawinięto miedzianą miseczkę, w jakich przechowywano

 

 

ułożone jeden na drugim cienkie fenigi, żeby się nie połamały7.

 

 

 

– Niczego nie brakuje?

 

Herwart skinął głową.

 

– Moja żona przypuszcza, że grasuje tutaj cała banda młodych złodziejaszków, których wysyła na

 

łowy ktoś starszy.

 

– Ja też tak uważam, ale na razie nikogo nie udało nam się znaleźć. W każdym razie ostatnimi czasy

 

aż roi się tutaj od małych i bardzo zręcznych kieszonkowców. Nie wiem, skąd oni się tu wszyscy

 

biorą, szczególnie o tej porze roku. Przecież wszystkie sieroty z naszej wioski mieszkają u krewnych.

 

– Przyprowadź tego chłopca. I porządnie go przede mną nastrasz – powiedział Chrystian.

 

Herwart szeroko się uśmiechnął.

 

– Z przyjemnością.

 

Chwilę później wrócił z więźniem, na wpół wygłodzonym i obdartym chłopcem, który ze

 

wszystkich sił starał się sprawiać wrażenie dzielnego i opanowanego. Nawet w półmroku wartowni

 

Chrystian zauważył, że jego twarz, półnagie ramiona i nogi pokrywają liczne ślady długotrwałego

 

bicia.

 

– Uklęknij przed panem tej wioski – szepnął Herwart do chłopca, który natychmiast posłuchał.

 

– Jutro odbędzie się sąd nad tobą – surowo oznajmił Chrystian. – Żeby cię powiesić, musiałbym

 

zawieźć cię do Miśni, a na to nie mam czasu. Więc każę ci obciąć dłoń. Ale okażę łaskę. Możesz

 

wybrać, czy prawą, czy lewą.

 

Blady jak ściana chłopiec wpatrywał się w niego, starając się opanować strach. Lecz nie

 

powiedział ani słowa.

 

– Kto ci pomagał? – zapytał Chrystian szorstko, pochylając się ku niemu.

 

– Nie mogę wam tego powiedzieć, panie – odpowiedział chłopiec łamiącym się głosem.

 

– A dlaczego nie? Jeśli powiesz prawdę, wydam łagodniejszy wyrok.

 

Mały złodziej długo walczył ze sobą, aż w końcu powiedział cicho:

 

– Bo wtedy on bardzo skrzywdzi moją siostrę…

 

Chrystian zapytał przyjaźniej:

 

– Mężczyzna, który wysyła was, żebyście kradli?

 

Chłopiec skinął głową i wytarł sobie nos w rękaw.

 

– Mistrz dba o nas, żebyśmy nie pomarli z głodu. Nie mamy przecież nikogo innego…

 

– Widzę tylko, że was bije, wysyła, byście kradli, i nie obchodzi go, że za to zawiśniecie – odparł

 

ostro Chrystian. – Ilu należy do waszej zgrai? Gdzie ukrywa się ten wasz „mistrz”?

 

– Panie! – wykrzyknął chłopiec, któremu łzy spływały po twarzy. – Nie wolno mi wam tego

 

powiedzieć, bo on pobije moją małą siostrę na śmierć.

 

– Jak ona ma na imię? I jak ty się nazywasz?

 

– Jestem Piotr. A ona ma na imię Anna. Nie ma jeszcze sześciu lat. – Wychudły złodziejaszek

 

pociągnął nosem. – Już tylko my zostaliśmy z naszej rodziny…

 

– Powiedz mi, gdzie go znajdę, a ja zadbam o to, żeby wam się nic nie stało. Masz moje słowo.

 

Chwilę później Chrystian wyszedł na zewnątrz i odszukał Kuna i Bertrama. Obaj wraz z jego synem

 

kręcili się wokół koni i z wyraźną przyjemnością opowiadali mu krwawe historie o słynnym księciu

 

Słowian Radomirze, którego imię nosił kary rumak Chrystiana.

 

– I on naprawdę pił wino z czaszek swoich zabitych wrogów? – pytał właśnie Tomasz z lśniącym

 

wzrokiem.

 

– No pewnie – odparł Kuno. – Jego oczy ciskały płomienie, a włosy miał kruczoczarne, takie jak

 

sierść ogiera twojego ojca. A gdy wpadła mu w oko jakaś ładna dziewczyna…

 

– Wystarczy już na dziś opowieści mrożących krew w żyłach – przerwał mu Chrystian. – Kuno,

 

Bertramie, musicie znowu się przebrać. Załóżcie kapoty górników albo chłopskie odzienie

 

i rozejrzyjcie się po dzielnicy rzemieślników.

 

Dzięki temu, czego dowiedział się przed chwilą, mógł dać im dokładne wskazówki.

 

– Ale poczekajcie do popołudnia – postanowił. – Najpierw trzeba załatwić coś innego.

 

Gdy Chrystian wrócił do domu wraz z synkiem, Marta stała akurat w kuchni i gotowała jakiś środek

 

na kaszel. Zapach był jakby znajomy, lecz pomimo upływu lat nie był pewien, co ona tam miesza,

 

może tymianek? Koniuszki palców miała całe zielone, jak zwykle przy tym zajęciu.

 

– Jak się mają dzieci Emmy i Jonasza? – zapytał, gdy Tomasz przywitał już matkę gorąco

 

i podekscytowany przekazał jej straszne opowieści Kuna.

 

– Gorączka nie jest tak bardzo wysoka – opowiedziała Marta, nie przerywając rozdrabniania ziół.

 

– Na szczęście Emma przyszła po mnie w samą porę.

 

Wydawała się przygnębiona. Chrystian wiedział, że czyni sobie wyrzuty, że nie uratowała dzieci,

 

które umarły z powodu gorączki. Dzieci i starcy zawsze umierali pierwsi podczas epidemii. Ale

 

w ich młodej wsi starszych osób prawie nie było.

 

W pełną niebezpieczeństw drogę na wschód na obczyznę, do nieznanej, niewykarczowanej nawet

 

ziemi, wyruszali niemal bez wyjątku młodzi i silni ludzie, którzy pragnęli lepszego życia.

 

– Robisz, co możesz – próbował ją pocieszyć. – Wszystkich nie dasz rady uratować. – Wyjął jej

 

nóż do siekania ziół z dłoni i powiedział: – Ale ja znam kogoś, kogo możesz uratować. Czy jesteś

 

gotowa podjąć niewielkie ryzyko?

 

Gdy wyjaśniał jej swój plan, widział, jak ożywa jej twarz, która wyrażała na zmianę gniew i chęć

 

działania.

 

– Przykażę Joannie, żeby to skończyła – powiedziała, wytarła ręce i przyniosła wytworną opończę,

 

którą podarował jej mąż.

 

Marta zdecydowanym krokiem szła w stronę dzielnicy rzemieślników i kupców, która wyrosła

 

w wiosce podczas ostatnich trzech lat, odkąd oprócz chłopów i górników do Chrystianowa ściągać

 

zaczęli także powroźnicy, garncarze, bednarze, kotlarze, kołodzieje i wielu innych. Tylko garbarze

 

i mydlarze mieszkali nieco na uboczu z powodu nieprzyjemnych zapachów związanych z ich

 

rzemiosłem. Pozostali rzemieślnicy oraz kupcy pobudowali swe domostwa poniżej chłopskich zagród

 

i wkrótce będą mieli nawet swój własny kościół, który zapowiadał się imponująco. Miał nosić imię

 

świętego Mikołaja i dlatego tę część osady nazywano już teraz Mikołajowem. Osiedle górników

 

natomiast mieszkańcy nazywali Saksonią, gdyż większość górniczej braci pochodziła z Saksonii:

 

z Gór Harcu, z cesarskiego miasta Goslaru lub z Zellersche Feld.

 

Na razie nowy kościół miał tylko fundamenty, których głębokość zawsze zadziwiała Martę.

 

Pierwsze rzędy kamieni zostały otulone słomą dla ochrony przed chłodem. Z warsztatów

 

budowniczych dochodziły odgłosy pracy kamieniarzy, którzy opracowywali kształty ozdobnych

 

elementów kolumn.

 

Kupcy i rzemieślnicy musieli nieźle zarabiać, skoro mogli sobie pozwolić na wzniesienie kościoła

 

z kamienia. Dwa pozostałe kościoły we wsi, pierwszy, który osadnicy zbudowali tuż po przybyciu,

 

oraz kościół w osadzie górników pod wezwaniem świętego Jakuba, były prostymi drewnianymi

 

budowlami.

 

Marta minęła powstającą świątynię i skręciła w jeden z zaułków, po którym wałęsało się kilka

 

wychudłych psów. Tutaj śnieg zamienił się już w brudną breję, choć wciąż przykrywał większość

 

nieczystości szpecących ulicę.

 

Celowo powolnym krokiem przemierzała zaułki, ukradkowo się rozglądając. U świecarza kupiła

 

kilka świec, u żony garncarza obejrzała kubki i dzbany i omówiła z nią parę wzorów, które jej się

 

podobały. Podczas dalszej wędrówki czuła już, że obserwuje ją wiele par oczu.

 

Niosąc przed sobą nowy dzban i zawiniątko ze świecami, poszła do handlarza suknem, który

 

osiedlił się tutaj jesienią, żeby obejrzeć jego towar.

 

– Mistrzu Józefie, ja chcę kupić cztery łokcie, a nie całą belę – zganiła go, gdy podał zbyt wysoką

 

cenę. Pod niebiosa wychwalał jakość swojego towaru, a potem zaczął się targować. Marta

 

wiedziała, że chce ją oszukać, ponieważ sądził, że z niewiastą łatwo sobie poradzi. Lecz ona bez

 

ceregieli przerwała potok jego słów. – Zaproponuj mi o wiele lepszą cenę, to wtedy złożymy

 

zamówienie u ciebie. Mój mąż chce na Wielkanoc sprawić wszystkim domownikom nowe ubrania.

 

Lecz jeśli wasz towar okaże się zbyt drogi, nabędziemy go od mistrza Wolframa z Miśni.

 

Marta zwykle nie zachowywała się tak po wielkopańsku, lecz nauczyła się już, że to bardzo

 

pomaga w przekonywaniu innych do swoich racji.

 

Po jej słowach przez twarz mistrza Józefa przemknęły i chciwość, i strach. Kłaniając się jej

 

i zasypując ją swymi zapewnieniami, odprowadził klientkę do drzwi.

 

Gdy wyszła z jego domu, miała już pewność, że jej śladem podąża w ukryciu cały ogonek dzieci.

 

Wkrótce znalazła to, czego szukała.

 

Przywołała do siebie małą i chudą dziewczynkę o potarganych włosach, która stała w śniegu boso

 

i w podartej sukience, obserwując ją płonącym wzrokiem.

 

– Ty tam! Możesz ponieść mi zakupy do domu. Zapłacę ci za to – zawołała przywykłym do

 

posłuchu głosem. Dziewczynka natychmiast podbiegła.

 

– Bardzo chętnie, szlachetna pani – szepnęła i sięgnęła po zawiniątko ze świecami, przypatrując

 

się talii Marty. Ta domyśliła się, że dziewczynka szuka wzrokiem sakiewki przytroczonej do pasa

 

pod opończą.

 

Marta mocno chwyciła dziewczynkę za rękę, żeby nie mogła jej uciec, a potem zdecydowanym

 

krokiem ruszyła do domu. Chciała, żeby to półnagie dziecko jak najszybciej znalazło się w cieple,

 

i czuła się coraz bardziej nieprzyjemnie pod wieloma śledzącymi ich ukradkiem spojrzeniami.

 

Zaprowadziła dziewczynkę do kuchni, przysunęła ją do paleniska i odebrała zakupy.

 

– Chcesz coś zjeść? – zapytała.

 

Dziewczynka, której oczy zalśniły, pokiwała głową, lecz zaraz potem zamarła bez ruchu.

 

– Powiedzieliście, że mi zapłacicie, pani – powiedziała z lękiem.

 

– Tak też uczynię – uspokoiła ją Marta i napełniła miskę gorącą kaszą. – Masz, jedz.

 

Nakazała kucharce, by pilnowała dziewczynki, która z wilczym apetytem pochłaniała kaszę,

 

i wyszła, żeby sprowadzić Chrystiana.

 

Gdy po chwili weszła wraz z nim do kuchni, dziewczynka drgnęła, pośpiesznie wsunęła do ust

 

ostatnią łyżkę kaszy i przyklękła, wpatrując się z lękiem w miecz przypięty do pasa rycerza o srogim

 

wyglądzie.

 

– Masz na imię Anna, tak? – zapytała Marta, uzyskując w odpowiedzi zaskoczone spojrzenie

 

dziecka. – To jest Chrystian, pan tej wioski – mówiła dalej spokojnym głosem. – Jutro będzie sądzić

 

twojego brata, którego przyłapano na kradzieży.

 

Dziewczynka znów z lękiem popatrzyła na Chrystiana.

 

Ponieważ nikt nic nie mówił, wstała z klęczek i zrobiła dwa kroki w jego stronę.

 

– Proszę was, panie, nie róbcie nic mojemu bratu. Wtedy ja też będę dla was bardzo miła –

 

szepnęła i uniosła do góry podartą sukienkę, ocierając sobie jednocześnie nieporadnie rękawem łzy

 

płynące z oczu.

 

Marta i Chrystian wymienili ponure spojrzenia. Oboje wiedzieli, że w dużych miastach

 

pozbawieni sumienia herszci tresowali całe bandy dzieci na złodziei, a nierzadko zmuszali je także

 

do zaspokajania żądz różnych zwyrodnialców. Ale tutaj? A przecież ta chudzina nie miała nawet

 

sześciu lat!

 

Chrystian odchrząknął.

 

– Opuść sukienkę. Tutaj wobec nikogo nie musisz być miła w ten sposób.

 

– Ale jeśli każecie obciąć mojemu bratu rękę, to nie będzie mógł wykonywać żadnej pracy, panie.

 

Wtedy mistrz go wypędzi, on umrze z głodu, a ja zostanę całkiem sama – wygadała się dziewczynka.

 

– Powiedz nam tylko, gdzie się ukrywacie. Wtedy postaram się, żebyś wraz z bratem miała dach

 

nad głową i tyle jedzenia, żebyś nie musiała kraść… ani być miła dla mężczyzn – przekonywał ją

 

Chrystian.

 

– Ale wtedy on ukarze nas i pozostałych… Wszyscy umrzemy – jęknęła dziewczynka, przygryzając

 

dłoń zwiniętą w pięść.

 

– Daję ci moje słowo. Ten wasz „mistrz” nie będzie już mógł nikomu z was nic zrobić. Kto

 

z twoich towarzyszy zechce tu pozostać, będzie mógł zarobić na chleb uczciwą pracą.

 

Na następny dzień Chrystian zwołał całą wieś na sąd. Ciężkie przestępstwa, za które groziła kara

 

śmierci, a do których zaliczała się także kradzież, osądzano w Miśni, spory między górnikami

 

rozstrzygał bergmajster, natomiast wszelkie inne sprawy podlegały Chrystianowi. Przysługiwała mu

 

część zasądzonych grzywien, a także część opłat za korzystanie z młyna, wspólnego pieca oraz za

 

prawo do warzenia piwa. Potrzebował pieniędzy, by mieć środki na zapewnienie wiosce ochrony.

 

Podczas jego nieobecności doszło do różnych wykroczeń, które właśnie teraz miał osądzić.

 

Jako pierwszy wystąpił handlarz winem, który wysunął oskarżenie wobec prowadzącego

 

wioskową łaźnię cyrulika.

 

– Akurat czternaście dni po Gromnicznej wykupił niemal połowę moich zapasów.

 

– To żadne przestępstwo – natychmiast zaoponował cyrulik.

 

I faktycznie nie było to przestępstwo, lecz najwyraźniej dla wszystkich było to zuchwalstwo, gdyż

 

po stronie publiczności natychmiast rozległy się pomruki. Handlarz winem otrzymał mniej lub

 

bardziej głośne wyrazy współczucia, podczas gdy cyrulik usłyszał parę plugawych wyzwisk.

 

Chrystian nakazał zgromadzonym zachowanie spokoju. Każdego roku na święto Matki Boskiej

 

Gromnicznej odbywało się tak zwane „psucie monet”. Trzeba było u wysłannika margrabiego

 

wymienić wszystkie stare fenigi na nowe. Lecz za cztery stare monety otrzymywało się tylko trzy

 

 

nowe, czwarta przypadała margrabiemu8. Starych monet można było używać jeszcze tylko przez dwa

 

 

 

tygodnie. A więc kto dwa tygodnie po Gromnicznej posiadał gotówkę zamiast towaru, tracił jedną

 

czwartą jej wartości. Można było co prawda zachować stare monety, ich wartość w srebrze nie

 

ulegała zmianie, lecz puszczanie ich w obieg było karane. Każdy więc starał się wymienić swoje

 

fenigi na towary tuż przed lub tuż po Matki Boskiej Gromnicznej. Skoro cyrulik wcisnął handlarzowi

 

winem stos fenigów akurat w ostatni dzień terminu, wyglądało to na działanie złośliwe. Ale z drugiej

 

strony kupiec nie musiał godzić się na transakcję.

 

Słowa, które wypowiedział w następnej chwili handlarz winem, potwierdziły przypuszczenia

 

Chrystiana.

 

– Chciał mi w ten sposób odpłacić za to, że zapłaciłem mu tylko połowę ceny za wyrwanie zęba,

 

bo przy okazji złamał mi szczękę – poskarżył się kupiec.

 

– Przecież ci ją nastawiłem, i to za darmo – skontrował natychmiast cyrulik.

 

– Czy masz wobec handlarza winem jakieś roszczenia za leczenie? – zapytał Chrystian.

 

Cyrulik dramatycznie rozpostarł ramiona.

 

– Ależ skąd, mój panie. Jestem uczciwym człowiekiem. Skoro nie był zadowolony, mógł zapłacić

 

mniej. Ale żeby ciągać mnie przed sąd tylko dlatego, że u niego kupuję, nie, naprawdę! Moi goście są

 

spragnieni i chcą pić.

 

– Sprzedałeś mu więc tyle wina, ile chciał? – zapytał Chrystian kupca. Ten skinął głową. – Więc

 

nie możesz go oskarżyć. Musisz wymienić pieniądze. Takie jest prawo – oznajmił Chrystian.

 

Triumfujący cyrulik zbierał się do odejścia, natomiast handlarz winem spuścił nos na kwintę, lecz

 

Chrystian zatrzymał ich obu.

 

– Możliwe, że w przyszłym roku czternaście dni po Gromnicznej do twojej łaźni przyjdzie

 

szczególnie wielu gości, którzy zapłacą ci fenigami – zawołał za cyrulikiem.

 

Reakcja mieszkańców wioski, którzy natychmiast zaczęli szeptać i chichotać, pokazała, że jego

 

zawoalowana propozycja trafiła na podatny grunt. Przy następnym „psuciu monet” cyrulik nie będzie

 

się mógł opędzić od klientów i nie będzie miał okazji, by pozbyć się przyjętych w ramach zapłaty za

 

swe usługi monet. Ta wizja rozjaśniła też oblicze handlarza winem. Obaj odeszli pośród śmiechu

 

publiczności.

 

Następną sprawą, jaką miał się zająć Chrystian, była publiczna bójka między Gryzeldą a jedną

 

z ladacznic. W tym przypadku publika też nie szczędziła zgryźliwych komentarzy. Zwłaszcza że

 

pikantny był nie tylko sam incydent. Jako świadkowie przesłuchani mieli zostać dwaj przewoźnicy,

 

Hans i Fryderyk. Ponieważ znani byli jako żartownisie, zapowiadała się świetna zabawa. Obaj

 

 

bracia jeszcze przed paru laty przewozili sól z Halle9 do Czech, a podczas pobytu w Chrystianowie

 

 

 

znaleźli pierwszą rudę srebra, którą zabrali ze sobą i dali do zbadania w Harcu. Korzystając

 

z propozycji Chrystiana, przenieśli swoje przedsiębiorstwo do jego wioski. Gdy wieźli drewno do

 

jednej z kopalń, przypadkiem stali się świadkami stoczonej na śniegu walki.

 

Fryderyk, starszy z braci, zamierzał szczegółowo przedstawić przebieg zdarzenia, lecz ku

 

ubolewaniu publiczności Chrystian mu na to nie pozwolił. Nie tylko po to, by oszczędzić niewiastom

 

wstydu, lecz także dlatego, że mieli do wyjaśnienia pilniejsze sprawy. Nałożył na obie kobiety karę

 

grzywny.

 

– Następnym razem postawię was pod pręgierzem. I to razem – oznajmił, a jego groźba znów

 

wywołała śmiech mieszkańców, którzy wyobrazili sobie tę scenę.

 

Potem Chrystian kazał wystąpić Piotrowi. Natychmiast zapadła cisza, gdyż wszyscy wiedzieli, że

 

teraz rozpatrywana będzie najtrudniejsza sprawa.

 

Marta wyczuła, że pośród tłumu zapanował jakiś szczególny nastrój. Mieszkańcy wioski pragnęli

 

surowej kary. Większość tych, którzy jeszcze przed chwilą się śmiali, chciała teraz rozlewu krwi.

 

Kradzież uważano za niemal tak wielkie zło jak morderstwo. Kto ograbiał uczciwych ludzi

 

z owoców ich pracy, temu bezwzględnie należała się kara.

 

– Ten chłopiec jest złodziejem – oznajmił surowo Herwart, dowódca straży. – Okradł wdowę Elzę

 

i jest wystarczająco duży, by wymierzono mu pełną karę za to przestępstwo.

 

Chłopiec stał blady jak płótno przed Chrystianem, z trudem powstrzymując łzy.

 

Z tłumu dobiegło kilka drwiących okrzyków, lecz Chrystian gestem dłoni sprawił, że umilkły.

 

– Chłopiec nie kradł dla siebie, tylko na zlecenie człowieka, który przed dwoma tygodniami

 

przybył do naszej wioski z grupą zagłodzonych sierot wytresowanych do kradzieży.

 

Chrystian dał strażnikom znak, by wypchnęli na środek chudego mężczyznę. Miał kosmatą brodę,

 

a za odzienie służyła mu brudna owcza skóra. W jego oczach płonęła nienawiść.

 

Kuno i Bertram wytropili go poprzedniego dnia dzięki wskazówkom Marty i z ukrycia

 

obserwowali jego kryjówkę. Gdy po zapadnięciu zmierzchu dzieci wróciły, by oddać hersztowi łupy,

 

strażnicy aresztowali go.

 

– Sprawdź, czy niczego nie brakuje – zawołał Chrystian i rzucił zdumionej wdowie Elzie jej

 

owiniętą w chustkę miseczkę na monety.

 

– Ty sukinsynu, ty mały szczurze, zdradziłeś mnie! Zatłukę cię za to! Ciebie i tę gówniarę, twoją

 

siostrę! – Obdartus już miał się rzucić na Piotra, lecz strażnicy natychmiast zareagowali i mocno go

 

przytrzymali.

 

– Tutaj nikogo nie zatłuczesz – stwierdził Chrystian z gniewem. – Czy możesz wezwać

 

poręczyciela, który zaświadczy, że pieniądze, które u ciebie znaleziono, zdobyłeś uczciwą pracą? –

 

zapytał potem. Lecz przybysz splunął tylko, za co oberwał od Herwarta pięścią.

 

– Mamy więc tutaj dwóch złodziei, dużego i małego – powiedział Chrystian głośno do tłumu.

 

Marta uspokajająco pogłaskała Annę po świeżo umytych włosach. Dziewczynka chowała się za

 

nią i właśnie zaczęła kwilić.

 

– Chłopca skazuję na rok pracy u wdowy Elzy w ramach zadośćuczynienia za jego występek.

 

Będziesz jej pomagać, zbierać dla niej chrust, przynosić wodę i robić wszystko, co tylko ci każe. Czy

 

to jasne?

 

Piotr skwapliwie pokiwał głową, ocierając sobie jednocześnie z brudnej buzi łzy ulgi.

 

– Jeśli się poskarży, że jesteś leniwy, że coś ukradłeś albo że chciałeś uciec, kara cię nie ominie –

 

upomniał rycerz surowo chłopca.

 

Ten opadł na kolana i zwrócił się do niego z rozpromienioną twarzą:

 

– Niech Bóg pobłogosławi was za waszą łaskę! Będziecie ze mnie zadowoleni, mój panie!

 

– Ty szczurze! Już ja cię dopadnę! – syknął do Piotra obdartus.

 

– Milcz! – ofuknął go Chrystian. – Od dziś nie wolno ci zbliżać się do tego miejsca na odległość

 

mniejszą niż dwadzieścia mil. By ostrzec przed tobą wszystkich innych, zostaniesz napiętnowany.

 

Podczas gdy publiczność z zadowoleniem komentowała wyrok, kilka małych obdartych postaci na

 

skraju tłumu wydało z siebie okrzyki przerażenia. Na znak Chrystiana Jonasz przyniósł misę

 

z rozżarzonymi węglami i podkową. Kowal bardzo się rozgniewał, gdy poprzedniego wieczoru

 

Chrystian i Marta opowiedzieli mu o tym, jak Anna zaproponowała, że będzie „miła”. Jego własna

 

córka była w podobnym wieku co ta zaniedbana dziewczynka, którą tamten drań najwyraźniej

 

sprzedawał już mężczyznom, a może i sam wykorzystywał.

 

– Kto z was chce znaleźć sobie tutaj dom i uczciwą pracę, niech przyjdzie do mnie – zawołał

 

Chrystian głośno w tę stronę, gdzie skupiły się wychudzone i obdarte postacie. – Pozostałych

 

obowiązuje ten sam zakaz. Jeśli kiedykolwiek was tu jeszcze zobaczymy, spotka was to samo co

 

jego.

 

W międzyczasie dwóch strażników poderwało herszta złodziejskiej bandy z ziemi, a trzeci zbliżał

 

się do niego z rozżarzoną podkową.

 

– Przeklinam was! Was i waszą podstępną niewiastę! – pluł jadem skazaniec.

 

– Zamilcz, bo jeszcze każę cię powiesić – ofuknął go Chrystian.

 

A potem rozległ się syk żelaza, którym wartownik wypalał skazańcowi na policzku złodziejskie

 

piętno. Herszt bandy krzyknął przeraźliwie, upadł na ziemię, a potem z trudem podniósł się

 

z powrotem.

 

– Przeklinam was! Zapamiętajcie me imię. Jeszcze usłyszycie o Melchiorze, mistrzu złodziei! –

 

zawołał, gdy mieszkańcy pośród szyderstw wypędzali go ze swojej wioski.

 

Po krótkim wahaniu ruszyło za nim kilku większych chłopców spośród gromadki obdartusów.

 

Dziewczynka i czterech chłopców w wieku Anny i Piotra zostali z niepewnymi minami. Marta

 

przepchnęła się przez tłum w ich stronę i powierzyła dzieci swojej kucharce.

 

– Ona was zabierze, da wam coś do jedzenia, a potem zastanowimy się, gdzie was ulokować.

 

Zgoda? – powiedziała zachęcająco do swoich nowych podopiecznych.

 

Mechthilda nie wahała się długo i zaraz popędziła dzieci przed sobą.

 

– Najpierw przyda wam się trochę wody i mydła – mruknęła pod nosem. Choć minę miała zwykle

 

ponurą, cieszyła się, gdy mogła komuś pomatkować, choćby Marcie, bo jej własne dzieci

 

poumierały.

 

Tłum zaczął się rozchodzić, by szczegółowo przedyskutować wydane wyroki w drodze do domu

 

albo w gospodzie.

 

Marta ruszyła w kierunku Chrystiana i dotarła do niego akurat w chwili, gdy ten z surową miną

 

zwrócił się do małego złodzieja:

 

– Miałeś dzisiaj wielkie szczęście, chyba to rozumiesz?

 

– Nigdy was nie zawiodę, szlachetny panie – ponownie zapewnił go chłopiec. – Cokolwiek

 

rozkażecie, uczynię to. Czy będę mógł wam służyć, gdy skończy się moja praca u wdowy Elzy?

 

– Zobaczymy – odparł Chrystian. Popatrzył na Annę, która podbiegła do brata i mocno się do niego

 

przytuliła. – Najpierw weźmiemy do siebie twoją siostrę.

 

Lecz przez twarz dziewczynki przemknął strach.

 

– On was przeklął. Mistrz rzucił na was przekleństwo – szepnęła. – On wróci i zrobi nam

 

krzywdę.

 

Marta uspokajająco pogładziła ją po policzku.

 

– Nieprawda. Teraz, dzieci, znajdujecie się pod ochroną jednego z najdzielniejszych rycerzy

 

w całej Marchii Miśnieńskiej.

 

 

Drażliwe kwestie

 

 

Marta obudziła się ze snu z przyduszonym okrzykiem. Chrystian natychmiast zerwał się

 

 

 

i z odsłoniętym mieczem stanął przy łóżku, wypatrując intruza.

 

– To tylko sen – powiedziała, drżąc na całym ciele, bo przed oczami wciąż miała tamtą koszmarną

 

wizję. Była przykuta łańcuchami do ściany ponurego lochu, a cienkie, przypominające odnóża pająka

 

palce sięgały ku jej nagiemu ciału.

 

Od czasu ucieczki ze swej rodzinnej wsi Martę często nawiedzały niepokojące wizje i sny, które

 

później zawsze się w ten czy inny sposób potwierdzały. Lecz nie zdarzały jej się po ślubie, co

 

tłumaczyła sobie ciążami i macierzyństwem. Z drugiej strony ostatnie trzy lata obfitowały co prawda

 

w rozmaite zdarzenia, lecz minęły stosunkowo spokojnie w porównaniu z wcześniejszymi krwawymi

 

wydarzeniami.

 

Nie do końca uspokojony Chrystian odłożył miecz z powrotem obok łóżka, gdzie leżał zawsze

 

gotowy do użycia. Lecz zamiast znowu położyć się obok niej, zapalił świecę i odsunął zasłonę łoża,

 

żeby światło padło na Martę. Zrobiło jej się jeszcze zimniej, ale zrozumiała. Chrystian chciał, żeby

 

nie bała się demonów, które ją nawiedziły.

 

– Czy to ta klątwa? – zapytał w końcu.

 

Marta przekręciła się na plecy i popatrzyła w górę. Koszmarna wizja była zbyt niepokojąca, by

 

mogła o niej teraz porozmawiać.

 

– Ona albo obawa, że on może wrócić i się zemścić – powiedziała, czując wyrzuty sumienia, że

 

przemilcza swój sen.

 

Koszmarna scena w lochu, którą wciąż miała przed oczami, napełniła ją śmiertelnym

 

przerażeniem. Czy było to ostrzeżenie przed czymś, co faktycznie się wydarzy? Marta żałowała, że

 

nie ma przy niej Józefy, starej znachorki z Miśni. Wychowywała ona Chrystiana, dopóki nie został

 

wezwany na zamek, po tym jak jego ojciec został stracony jako szpieg na służbie margrabiego Ottona,

 

a matka zmarła ze zgryzoty. Józefa wiedziałaby, co ta wizja oznacza.

 

Chrystian zatopił się w ponurych myślach.

 

– Sądzisz, że byłoby lepiej skazać go na śmierć? Ale w Miśni prędzej powiesiliby chłopca niż

 

tego Melchiora – powiedział, siedząc na skraju łoża. Nie zwracał uwagi na chłód, natomiast

 

przemarznięta Marta otuliła się kołdrą. – Nie myślałem, że pójdzie za nim aż tylu.

 

– Tak, i dalej będą dla niego kraść. A on wkrótce znowu pobije jakieś maluchy i zacznie zmuszać

 

je do „bycia miłymi” – stwierdziła gorzko.

 

– Nie możemy ulepszyć całego świata – odparł niecierpliwie Chrystian. – Wystarczająco trudne są

 

starania, by ta jedna wieś była spokojnym miejscem.

 

A jeśli Randolf naprawdę tu wróci, także to marzenie będziemy mogli pogrzebać – pomyślał

 

ponuro.

 

Nadal siedząc, obrócił się ku niej, a jego głos zabrzmiał podejrzanie obojętnie.

 

– Jak będę na zjeździe, Herwart wprowadzi się do naszego domu z paroma swoimi ludźmi.

 

Omówiłem to z nim dziś rano.

 

Zaskoczona Marta usiadła i podciągnęła kołdrę aż po szyję.

 

– Czego się obawiasz?

 

Chrystian roześmiał się krótko.

 

– Przeczucia to w naszej rodzinie twoja domena. To tylko zwykły środek ostrożności.

 

Wstał, zgasił świecę i z powrotem położył się obok niej.

 

Lecz w tej krótkiej chwili, zanim na nowo otoczyła ich ciemność, Marta spostrzegła w jego

 

oczach, że i jego dręczą demony przeszłości.

 

Gdy następnego dnia Chrystian wyszedł wraz z synem, Marta zajęła się delikatną kwestią.

 

Wezwała do siebie Annę, która świeżo wykąpana i ubrana w za dużą sukienkę, należącą niegdyś

 

do jednej z córek kucharki, pomagała jej w kuchni.

 

– Czy chciałabyś odwiedzić brata? – zapytała Marta dziewczynkę, która wpatrywała się w nią

 

wielkimi oczami i natychmiast pokiwała głową. Marta opisała jej, jak trafić do domu Elzy,

 

i wcisnęła jej do ręki płócienny woreczek z tymiankiem. – Zapytaj Elzę uprzejmie w moim imieniu,

 

czy mogłaby zwolnić twojego brata na pół dnia i wysłać go do mnie. Daj jej za to ten lek na kaszel.

 

Powinna codziennie zaparzyć łyżkę tego zioła, odcedzić i wypić napar.

 

Anna nieśmiało powtórzyła polecenie i pośpieszyła je wypełnić. Niedługo potem pojawiła się

 

z powrotem z bratem.

 

– Czego tylko zapragniecie, piękna pani, natychmiast to otrzymacie – oznajmił dumnie i głęboko

 

skłonił się przed Martą, uśmiechając się rezolutnie. Anna patrzyła na niego z podziwem.

 

Marcie zrobiło się ciepło na sercu, gdy widziała, jak rodzeństwo rozkwita. Co też może sprawić

 

dach nad głową, trochę jedzenia, woda, mydło i odrobina uwagi – pomyślała.

 

– Mam dla ciebie ważne zadanie. Ale nie będzie łatwo je wykonać.

 

– Powiedzcie tylko, a natychmiast wyruszę – zapewnił gorliwie były złodziejaszek.

 

– Odszukasz po kolei wszystkie ladacznice z tej wioski i zaprosisz je do mojego domu. Powiedz

 

im, że mamy coś ważnego do omówienia – oznajmiła Marta.

 

Zdumiony chłopiec szeroko otworzył oczy, powstrzymał się jednak od komentarzy i popędził

 

wykonać polecenie. Marta była pewna, że doskonale poradzi sobie z tym zadaniem. Był ulicznikiem,

 

a odkąd przybył do Chrystianowa, miał czas zorientować się, co się tu dzieje. Będzie wiedział, kiedy

 

i gdzie można natknąć się na te kobiety.

 

I rzeczywiście nie trwało długo, gdy nadeszła cała ich grupa. Niektóre z ladacznic były bardzo

 

młode, inne, starsze, miały widoczne braki w uzębieniu. Po dwóch było widać, że są w ciąży. Jedna

 

była tuż przed porodem.

 

Głośno rozmawiając, stały przed domem pana wioski, dopóki Marta nie zaprosiła ich do środka.

 

– Chcecie uzyskać od nas parę porad, jak przez łóżko przywiązać swego małżonka do siebie? –

 

zapytała jedna przemądrzale.

 

– A może to my mamy się o niego zatroszczyć? Takim przystojnym i majętnym rycerzem każda

 

z nas na pewno chętnie by się zajęła – wtrąciła jakaś inna.

 

– Hm… To nie będzie konieczne. Dajemy sobie radę – mruknęła Marta, a jej policzki spłonęły

 

rumieńcem.

 

– Tak też słyszałyśmy – wykrzyknęła ze śmiechem jedna z młodych ladacznic o gęstych jasnych

 

lokach.

 

Drzwi znów się otwarły. Kowal Jonasz wszedł do środka i wybawił Martę z zakłopotania, bo

 

wszystkie kobiety natychmiast go otoczyły.

 

– Jaki silny i młody mężczyzna. Jeśli zechcesz, spełnię twoje najskrytsze pragnienia – zagruchała

 

do niego jedna z nich pośród śmiechu swych towarzyszek, gładząc Jonasza po muskularnym ramieniu.

 

– Głupia gęś! Chcesz przez nierząd z żonatym zostać wypędzona? – upomniała ją starsza,

 

rudowłosa kobieta.

 

Lecz zirytowany Jonasz już uwolnił swe ramię i usadowił się obok Marty. Właściwie to on, jako

 

starosta wioski, powinien załatwić tę sprawę. Lecz choć nie lękał się żadnych innych zadań, akurat

 

takiego zachowania się obawiał i dlatego poprosił Martę o pomoc.

 

– Mamy dla was propozycję – zaczęła, a pośród ladacznic, które patrzyły na nią z ciekawością,

 

natychmiast zapanowała cisza. – Zdajecie sobie sprawę, że z waszego powodu we wsi coraz częściej

 

dochodzi do konfliktów. Zamężne kobiety skarżą się na was, a ostatnio doszło nawet do bójki.

 

Proboszcz jest rozgniewany publicznym nierządem. Z drugiej strony przed kilkoma dniami jedną

 

z was tak załatwiono na ulicy, że przez tydzień nie mogła pracować.

 

– Chcecie nas odesłać? – zawołała dziewczyna z jasnymi lokami. – To dopiero się zdziwicie, jak

 

zaczną rozrabiać niewyżyte chłopy.

 

– Nie, nie – uspokoiła ją Marta. – Chcemy wam zaproponować budowę domu, w którym

 

mogłybyście mieszkać i wykonywać swoją pracę. Nie musiałybyście szukać klientów na ulicy i nie

 

dochodziłoby już do publicznych sporów.

 

– Dom? A czemu nie od razu pałac? Gdybyśmy mogły pozwolić sobie na dom, nie

 

wystawałybyśmy na ulicy, odmrażając sobie tyłki – zawołała ponuro jedna ze starszych ladacznic.

 

– Jest wiele możliwości – głos znów zabrał Jonasz. – Niektóre z was mogłyby zapytać o pracę

 

u cyrulika. Z tego co słyszałem, chce powiększyć swoją łaźnię.

 

– Ten szczur! – wtrąciła się kolejna. – Źle płaci i do tego ciągle mu się chce.

 

– Albo – kontynuował niewzruszenie Jonasz – wioska wyznaczy kilku ludzi, którzy zbudują dla

 

was dom. Będziecie się tam mogły wprowadzić i będziecie za to co miesiąc oddawać część tego, co

 

zarobicie.

 

– Nie chcemy właściciela, który będzie nas bić, odbierać wszystkie pieniądze i jeszcze wiecznie

 

domagać się bezpłatnej obsługi – oznajmiła zdecydowanym głosem rudowłosa. Większość

 

pozostałych kobiet przytakująco pokiwała głowami.

 

– Same możecie między sobą uzgodnić, jak będziecie prowadzić wasz dom – uspokoiła je Marta. –

 

Nie musicie się od razu decydować. Naradźcie się i dajcie mistrzowi Jonaszowi znać. Ale na ulicach

 

nie będzie już więcej żadnych awantur – dodała surowo, patrząc po kolei na każdą z nich.

 

Znała już większość tych kobiet, gdyż przez te parę lat niemal wszystkie trafiły do niej z jakąś

 

dolegliwością. Tylko jednej nigdy dotąd nie spotkała, młodziutkiej dziewczyny, najwyżej

 

dwunastoletniej, która wyglądałaby naprawdę pięknie, gdyby jej twarzy nie szpeciły wyraźne ślady

 

bicia.

 

Postanowiła, że zbada tę sprawę dyskretnie, i odesłała ladacznice z napomnieniem, aby dobrze

 

sobie przemyślały ich propozycję. Zatrzymała tylko starszą kobietę z rudymi włosami.

 

– Jak twoje dolegliwości, Tildo? – zapytała. Kobieta ta przyszła jej kiedyś z pomocą

 

w niebezpieczeństwie i Marta obiecała, że będzie ją odtąd leczyć za darmo.

 

– Pogarsza się, jak jest zimno – jęknęła rudowłosa. – Ale nie będę się skarżyć, Hannie jest o wiele

 

gorzej, ona chyba już długo nie pociągnie. Ma gorączkę…

 

Marta nalała jej do glinianej buteleczki nieco wyciągu z orlika i dokładnie ją zakorkowała.

 

– Masz, zanieś jej to. Niech wypija po łyżce kilka razy dziennie.

 

Ladacznica popatrzyła na nią z pełnym szacunku zdumieniem, a potem opadła na kolana.

 

– Niech Bóg was błogosławi! Naprawdę jesteście świętą kobietą. Kiedyż to się zdarzyło, żeby

 

biedna dziewczyna została wielką damą i nie zapomniała o tych, którym źle się wiedzie!

 

– Wstań – powiedziała zakłopotana Marta. Gdy rudowłosa zmierzała do wyjścia, zatrzymała ją

 

ponownie. – Kim jest ta młódka? I kto ją tak pobił?

 

Nagle twarz Tildy przybrała obojętny wyraz.

 

– Nie wiem. I lepiej, żebyście wy też nie wiedzieli – odparła krótko i wyszła.

 

W końcu pogoda się odmieniła, a ciepły wiatr i cztery dni ciągłego deszczu sprawiły, że śnieg szybko

 

stopniał. Na zabłoconych ulicach z powrotem pojawiły się wszelkiego rodzaju nieczystości,

 

rozsiewając wokół nieprzyjemny odór. Chrystian powinien rozkazać, żeby podczas sprzątania

 

domów przed Wielkanocą zamieciono także ulice w całej wiosce – pomyślała Marta, która założyła

 

na buty drewniane trepy, żeby przejść przez dziedziniec suchą stopą. Ten niezwykły pomysł na pewno

 

zdumiałby mieszkańców wioski, ale jej było to obojętne.

 

Mała Anna, którą wysłano do pilnowania gęsi, wpadła do domu podekscytowana, wyrywając

 

Martę z zamyślenia.

 

– Jedzie tutaj dwóch jeźdźców, pani – wyrzuciła z siebie, z trudem łapiąc oddech.

 

Marta zadrżała. To Randolf! – pomyślała od razu. Z każdym dniem, który mijał, odkąd Chrystian

 

przekazał jej nowiny z Brunszwiku, żywiła wbrew prawdopodobieństwu coraz większą nadzieję, że

 

znienawidzony przez nią człowiek jednak się nie pojawi.

 

Wyszła przed drzwi, a na jej twarzy natychmiast odmalowały się ulga i radość. Przybyszami byli

 

Łukasz i jego brat Jakub.

 

– Stajesz się coraz piękniejsza, pani Marto – pozdrowił ją Łukasz i mrugnął, zanim pochylił się

 

nad jej dłonią, by ją ucałować.

 

– A ty jak zawsze sobie ze mnie żartujesz – odparła z uśmiechem Marta.

 

Młody rycerz, starszy od niej zaledwie o trzy lata, był jej najbliższy ze wszystkich przyjaciół

 

Chrystiana. A poznali się, gdy ona była młodziutką, ściganą akuszerką, a on giermkiem Chrystiana,

 

zawsze skorym do figli jasnowłosym ulubieńcem służek na miśnieńskim zamku. Wspólnie pokonane

 

niebezpieczeństwa zbliżyły ich do siebie bardziej, niż wskazywałoby na to ich różne pochodzenie.

 

Kochała go jak własnego brata.

 

– To nie był żart – zaprotestował Łukasz. Lecz gdy ich spojrzenia spotkały się, Marta wiedziała, że

 

nic nie zmieniło się w sprawie, o której nigdy ze sobą nie rozmawiali. On też ją kochał, ale nie jak

 

siostrę, choć była dla niego nieosiągalna jako żona jego pana i najlepszego przyjaciela.

 

Mały Tomasz wybawił ich z zakłopotania, bo przybiegł i z impetem rzucił się na Łukasza.

 

– Przewieziecie mnie na swoim ogierze? – zaczął się dopraszać. – Tata nie pozwala mi wsiadać

 

na Drago.

 

Łukasz podniósł chłopca wysoko, zakręcił się razem z nim, a potem odstawił go z powrotem. –

 

Później, mój mały rycerzu. Teraz konie zasłużyły na odpoczynek i porcję owsa.

 

Marta zaprosiła Łukasza i jego młodszego brata do domu i zadbała o to, by dostali gorącą zupę,

 

a do niej świeżo upieczony chleb i piwo.

 

Chrystian dołączył do nich i przywitał przyjaciela, serdecznie klepiąc go w ramię. Niemal dziesięć

 

lat różnicy oraz to, że Łukasz był wcześniej giermkiem Chrystiana, wcale nie szkodziły ich przyjaźni.

 

Chrystian uważał, że młodszy kolega w pełni zasłużył sobie na jego szacunek i przyjaźń za sprawą

 

swej odważnej postawy podczas okrutnego panowania Randolfa. To, że obaj miłowali tę samą

 

niewiastę, było tematem, który zgodnie pomijali milczeniem.

 

– Jak się miewa twój ojciec? – zapytał Chrystian.

 

– Ten stary lis jakimś cudownym sposobem znowu ozdrowiał, gdy wymusił na mnie zgodę na

 

zaręczyny – oznajmił ponuro pogodny zazwyczaj Łukasz. – Jedyny syn naszego sąsiada zginął

 

podczas turnieju. Więc ja powinienem koniecznie poślubić jego najstarszą córkę, żeby można było

 

połączyć majątki.

 

– Brzmi rozsądnie – odparł Chrystian, nie zwracając uwagi na markotną minę Łukasza, gdyż

 

wiedział, jaki ciężar spoczywa na barkach jego byłego giermka. Od jego korzystnego ożenku

 

zależało, czy ojciec będzie miał pieniądze na uzbrojenie i posagi dla młodszego rodzeństwa. Dlatego

 

ojciec młodego rycerza naciskał na jak najszybsze zrękowiny i był nawet gotowy w dniu wesela

 

wycofać się i przekazać pierworodnemu dziedzictwo. Lecz ten jak dotąd nie wykazywał

 

zainteresowania ożenkiem.

 

– To dlatego sprowadzili ją z klasztoru. Pozwólcie, że nie będę wdawać się w szczegóły –

 

powiedział Łukasz niezwykle szorstko, nie pozostawiając wątpliwości, że uważa ten temat za

 

wyczerpany.

 

Jak zawsze gdy Chrystian miał wyjechać, Marta z troską odliczała dni, które pozostały do jego

 

odjazdu. W ciągu dnia nie było jeszcze tak źle, umysł miała zajęty pracą. Jej uwagi domagały się

 

dzieci, epidemia gorączki, która w końcu zaczęła ustępować, i wiele innych rzeczy, które trzeba było

 

zrobić, by utrzymać porządek w sporym domostwie. Poza tym zbliżała się Wielkanoc, której

 

mieszkańcy wioski wypatrywali z radością, gdyż oznaczała koniec postu i nadzieję na cieplejszą

 

pogodę i nowe życie na polach i łąkach. Marta wraz z Mechthildą sprawdzała wszystkie zapasy

 

i obliczała, co jeszcze jest potrzebne. Chrystiana też nie było całymi dniami, bo zajmował się

 

szkoleniem strażników, omawiał z bergmajstrem dochody z kopalni, odwiedzał wytapiaczy

 

pracujących w szmelcarniach i wraz z Jonaszem i Karolem planował budowę drugiej kuźni.

 

Lecz wieczorami, gdy mieli w końcu czas dla siebie, robiło jej się coraz ciężej na sercu.

 

– Myślałam, że z czasem będzie mi łatwiej, gdy będziesz wyjeżdżał, ale za każdym razem jest

 

jeszcze gorzej – powiedziała zatroskana, przytulając się do niego.

 

– Przecież nie idę na wojnę – próbował ją pocieszyć. Kiepska to była pociecha, z czego oboje

 

zdawali sobie sprawę. Każde z nich mogło umrzeć każdego dnia, na podstępną chorobę, w wypadku,

 

w pożarze albo podczas napadu.

 

Marta znów w środku nocy zerwała się przerażona ze snu. W ostatnich dniach zdarzało się to coraz

 

częściej. Lecz tym razem nie obudził jej ów powtarzający się i niepokojący koszmar o lochu

 

i palcach przypominających pajęcze odnóża. Choć cały dom pogrążony był we śnie, wydawało jej

 

się, że usłyszała coś podejrzanego, jakiś dźwięk dochodzący z głównej izby.

 

Jej pierwsza myśl: ogień! Lecz nie czuła dymu. Czyżby ktoś zakradł się do ich domu?

 

Z niepokojem popatrzyła na puste łóżko obok siebie.

 

Chrystian pojechał rano do swojego przyjaciela Rajmunda, który także był rycerzem na służbie

 

u margrabiego Ottona. Jego ziemie graniczyły bezpośrednio z majątkiem Randolfa. Przed wyprawą na

 

zjazd chciał koniecznie sprawdzić, czy jego przeciwnik przybył w międzyczasie do rodzinnej

 

posiadłości.

 

Jeśli teraz zawoła Łukasza albo jednego z wartowników, to obudzi cały dom. Postanowiła więc po

 

chwili wahania, że najpierw sama sprawdzi, kto lub co kręci się po głównej izbie. Jeśli uzna, że

 

grozi jej jakieś niebezpieczeństwo, w każdej chwili będzie mogła zawołać pomoc.

 

Wzięła sztylet, który zawsze trzymała pod poduszkami w zasięgu ręki, gdy Chrystiana nie było

 

w domu, i narzuciła na siebie nową opończę. Boso i starając się nie zrobić najmniejszego hałasu,

 

zeszła po schodach, licząc stopnie, by nie nadepnąć na te, które najgłośniej skrzypią. W pogrążonym

 

w mroku domu panował lodowaty chłód, lecz wkrótce dostrzegła na dole słabe światełko.

 

Jak to możliwe? Przecież przed pójściem spać, jak każdego wieczoru, przeszła przez cały dom,

 

żeby sprawdzić, czy wszystkie świece zostały zgaszone, a ogień w palenisku osłonięty. Każda

 

gospodyni tak robi. Zbyt wielkie jest niebezpieczeństwo, że przez czyjeś zaniedbanie wybuchnie

 

pożar.

 

Ruszyła szybciej, nie przejmując się już skrzypiącymi stopniami. Z dołu dobiegł ją przyduszony

 

jęk, a potem coś ciężko uderzyło o drewno. Czyżby ktoś został ranny?

 

Marta, która dotarła do głównej izby, spodziewała się wszystkiego, ale na pewno nie takiego

 

widoku. Przy stole przy zapalonej świecy siedział Łukasz. Głowę oparł na dłoni, a w drugiej trzymał

 

kubek. Przed nim stał wielki dzban. Młody rycerz stanowił ucieleśnienie bezbrzeżnej rozpaczy, a gdy

 

po kolejnym cichym jęku podniósł wzrok, zobaczyła, że jest na najlepszej drodze, żeby się

 

beznadziejnie spić.

 

Jeszcze nigdy go takim nie widziała. Łukasz zawsze dotąd emanował radością życia, wygłaszał

 

bezczelne uwagi i często zachowywał się beztrosko, jeśli nie wręcz lekkomyślnie.

 

– Co z tobą? – zapytała, podbiegając do stołu. Odłożyła sztylet i chwyciła go za rękę.

 

Łukasz popatrzył na nią i przez chwilę jakby jej nie poznawał. A potem bez słowa potrząsnął

 

głową i pociągnął tęgi łyk z kubka.

 

– Będzie ci jutro potężnie huczeć w głowie, jeśli zaraz nie przestaniesz i nie położysz się do łóżka

 

– próbowała go przekonać.

 

– Nie szkodzi. Wtedy przynajmniej nie będę mógł myśleć – odparł szorstko i uwolnił rękę, żeby

 

dolać sobie napitku. Marta zdecydowanie chwyciła dzban i odsunęła go tak, by Łukasz nie mógł go

 

dosięgnąć, nie wstając. Po jego minie widać było, że walczy ze sobą, czy ma pokłócić się z nią

 

i wstać z ławy, czy też siedzieć dalej. W końcu z rezygnacją opuścił dłoń i zapadł się w sobie.

 

– To przez to wesele, tak? – zapytała cicho Marta. Od dawna podejrzewała, że ta sprawa bardziej

 

Łukaszowi dokucza, niż jest skłonny przyznać. – Czy twoja narzeczona jest aż tak wstrętna?

 

Gorzko się roześmiał.

 

– Widziałem ją dopiero dwa razy. Ubiera się jak zakonnica i zachowuje się jak zakonnica…

 

Nienawidzi mnie i będzie mnie nienawidzić zawsze.

 

– Skąd możesz to wiedzieć? Daj jej trochę czasu, niech cię pozna.

 

Łukasz znów krótko się roześmiał i potrząsnął głową.

 

– To nie ma sensu. Ona wolała zostać w klasztorze. Ojciec wyciąg nął ją stamtąd i nalega na

 

wesele.

 

Marta nic nie mówiła, patrzyła tylko na niego, czekając, co powie dalej.

 

– Pragnie pozostać dziewicą, by dostać się do nieba. A ja jej to zepsuję. Przeżegnała się na sam

 

mój widok, jakbym był diabłem wcielonym, i zaczęła ryczeć. Ponieważ uważa, że sprowadzę ją do

 

piekła, postanowiła urządzić mi je już tutaj.

 

Marta przygryzła wargę. Sprawa rzeczywiście wyglądała fatalnie. Gdyby dziewczyna bała się

 

małżeństwa tylko ze względu na swoje niedoświadczenie i potrzebowała jedynie czasu, by lepiej

 

poznać swojego przyszłego męża, nie byłoby wątpliwości, że Łukasz zdoła ją przekonać. Pomimo

 

młodego wieku był doświadczonym rycerzem, przystojnym, o ujmującym charakterze.

 

Ale w takiej sytuacji? Kościół nauczał, że tylko dziewice trafiają do nieba. Wierne żony, które

 

urodziły dzieci, i cnotliwe wdowy miały na to kiepskie szanse. I jeśli narzeczona Łukasza widziała

 

w nim tego, który jej tę szansę odbierze, jeśli nie tylko się go bała, lecz wręcz nienawidziła…

 

– Ja jej wcale nie chcę – kontynuował Łukasz. – Już na samą myśl o spędzeniu nocy poślubnej

 

z tym wodospadem łez… – Ukrył twarz w dłoniach. – Jeszcze nigdy nie trzymałem w ramionach

 

dziewczęcia, które by mnie nie chciało. Ale wygląda na to, że ją będę musiał siłą zaciągnąć do łóżka.

 

Nagle jęknął i wsunął dłonie w swą jasną czuprynę.

 

– Nie mogę uwierzyć, że rozmawiam o tym akurat z tobą.

 

– Nikomu nic nie powiem – zapewniła go prędko Marta. – Nawet Chrystianowi. Masz moje

 

słowo.

 

Tymczasem myśli wirowały jej w głowie. Kiedyś okrutnie ją zhańbiono, a potem w pierwszym

 

małżeństwie musiała znosić zaloty niekochanego męża. Lecz nigdy nie myślała o tym, co dla

 

mężczyzny oznacza konieczność zbliżenia z kobietą, która go nienawidzi i się nim brzydzi. Dla

 

mężczyzny, który nie napawa się lękiem i odrazą ofiary, lecz który chciałby być przyjęty w łożu

 

z miłością. Teraz nie wiedziała już, komu bardziej powinna współczuć: Łukaszowi czy jego

 

narzeczonej.

 

– A jeśli nie skonsumujecie małżeństwa od razu? – zapytała ostrożnie. – Może z czasem

 

przekonasz ją do siebie albo każesz anulować ten związek i dopiero potem poszukasz sobie

 

narzeczonej, której będziesz pragnął i która będzie chciała ciebie?

 

Łukasz popatrzył na nią takim wzrokiem, że mimo słabego świat ła, jakie dawała świeca, jego

 

spojrzenie wstrząsnęło nią do głębi. Potem chyba sam zauważył, że się zdradził, więc szybko spuścił

 

wzrok i potrząsnął głową.

 

– Nasi ojcowie kazali nam przysiąc na krucyfiks, że tego nie zrobimy. I chcą być świadkami, gdy

 

nasze małżeństwo będzie konsumowane.

 

Marta była przerażona. Łukasz miał pozbawić dziewictwa swoją wystraszoną narzeczoną na

 

oczach swojego ojca i teścia! Cóż za obrzydliwy pomysł dwóch staruchów!

 

– To może powinniśmy zaprosić twoją narzeczoną tutaj – zaczęła się zastanawiać na głos. – Lepiej

 

by cię poznała, a ja mogłabym z nią porozmawiać… Bardzo delikatnie oczywiście.

 

Łukasz spojrzał na nią umęczonym wzrokiem.

 

– Zrobiłabyś to? – Nagle całkowicie wytrzeźwiał. – Ale bądź ostrożna! Ona jest… To po prostu

 

dewotka.

 

– Przynajmniej spróbujmy. A teraz idź już spać, zanim przez to zimno dostaniesz gorączki.

 

Rano Łukasz bez słowa zjadł soloną rybę, którą podała mu Marta, wypił kubek piwa, a potem szybko

 

pobiegł do Jakuba, który zajmował się końmi.

 

– Dalej, braciszku, koniec leniuchowania!

 

Kazał mu przynieść sobie miecz i natychmiast zaczął swoim ostro atakować szesnastolatka.

 

– Jesteś słaby, jesteś powolny i nie przewidujesz tego, gdzie trafi mój następny cios – zarzucał

 

bezlitośnie młodzieńcowi, po czym tak mocno podważył miecz w jego dłoni, że ten aż wyleciał

 

w powietrze wysokim łukiem. Jakub cały czerwony zaniósł swoją broń z powrotem.

 

– Nie wiń go za swój zły humor – napomniała cicho Łukasza Marta, która widziała, jak Jakub

 

rzucił bratu nienawistne spojrzenie, gdy sądził, że ten na niego nie patrzy. Chłopcu na pewno nie było

 

łatwo, skoro szkolił go najstarszy brat. Jakub nie tylko cały czas pamiętał, że to nie on, tylko Łukasz

 

odziedziczy ojcowiznę, lecz musiał także wysłuchiwać ciągłych wymówek, że nie potrafi dorównać

 

starszemu bratu.

 

Lecz Łukasz ani myślał łagodzić swój surowy ton.

 

– Tu nie chodzi o mój humor – odparł szorstko. – Wcale mu się nie przysłużę, jeśli będę go

 

oszczędzać. Jeśli się tego w końcu nie nauczy, to nie przetrwa swojej pierwszej prawdziwej walki.

 

Umiałem walczyć tak jak on, zanim jeszcze zostałem giermkiem.

 

W tej kwestii Marta musiała się z nim zgodzić. Poznała Łukasza, gdy był mniej więcej w wieku

 

swojego brata, i rzeczywiście obchodził się wówczas z bronią zdecydowanie lepiej niż Jakub

 

dzisiaj.

 

To się jakoś ułoży – pomyślała.

 

O wiele bardziej martwiło ją w tym momencie to, jak miała zmienić nastawienie narzeczonej

 

Łukasza.

 

Na cóż się porwała? Jeśli ta młoda kobieta, nawet nie znała jej imienia, rzeczywiście jest tak

 

pobożna, to raczej wybuchnie gniewem, gdy Marta zacznie z nią rozmawiać na tak drażliwy temat. To

 

bardzo prawdopodobne. Ale muszę coś zrobić, jestem to winna Łukaszowi – pomyślała. Przecież

 

z całego serca życzę mu szczęścia.

 

Z zamyślenia wyrwał ją powrót Chrystiana. Szybko wybiegła mu naprzeciw.

 

– Nic – odparł na jej nieme pytanie, zeskakując z konia. Jego przyjaciel uważnie obserwował

 

rodowy majątek Randolfa, a nawet słuchał plotek czeladzi, która przy różnych okazjach kontaktowała

 

się ze służbą sąsiada. – Ani listu, ani posłańca, nie mówiąc o przybyciu samego Randolfa.

 

Żadne z nich nie wyraziło słowami swoich nadziei, bo żadne z nich tak naprawdę w to nie

 

uwierzyło.

 

 

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: