Pełna wersja książki dostępna

http://fraktalla.com/ksiazka/Chalandon-Sorj/Czwarta-sciana,74520002329KS

 

Tytuł oryginału:

LE QUATRIÈME MUR

Copyright © Éditions Grasset & Fasquelle, 2013.

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Cet ouvrage, publié dans le cadre du Programme d'aide à la publication

BOY-ŻELEŃSKI, a bénéficié du soutien du Service de Coopération et d’Action Culturelle de l’Ambassade de France en Pologne.

Książęwydano dzięi dofinansowaniu Wydział Kultury Ambasady Francji w Polsce w ramach Programu Wsparcia

Wydawniczego BOY-ŻLEŃKI.

Projekt graficzny okłdki: Monika Drobnik-Słcińka

Redakcja: Bożna Sę

Konsultacja jęykowa arabistyczna: Marek M. Dziekan

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-534-9

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

 

Spis treści

Dedykacja

Prolog

1. Trypolis, północny Liban

2. Samuel Akunis

3. Alois Brunner

4. Natalia Stiepanowna

5. Louise

6. Joseph Boczov

7. Aurore

8. Jean Anouilh

9. Maurice Duruflé

10. Marwan

11. Iman

12. Jusuf Butrus

13. Nabil, Nimer, Husajn i Chadidża

14. Haimon

15. Simona

16. Echkol Cohen

17. Chór

18. Nakad

19. Antygona

20. Mimi-Linotte

21. Léopoldine

22. Kreon

23. Trypolis, północny Liban

24. Georges

Epilog

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Valentine,

która pyta, czy będzie mogła

zabrać swoją przytulankę do nieba…

Prolog

Otóż tak. Te tutaj osoby odegrają dla was historię Antygony. Antygona to ta mała chuderlawa, co tam

przycupnęła i nic nie mówi. Patrzy prosto przed siebie. Rozmyśla. Rozmyśla o tym, że już za moment stanie

się Antygoną, że nagle przeobrazi się w nią z chuderlawej, czerniawej i skrytej dziewczyny, której nikt

w rodzinie nie brał dotąd na serio, że stanie sama jedna w obliczu świata, sama wobec Kreona, swojego wuja,

który jest królem. Rozmyśla o tym, że umrze, że jest młoda i że ona także bardzo by chciała żyć. Na imię jej

Antygona i będzie musiała odegrać swą rolę do końca…1

JEAN ANOUILH

Antygona (1942)

1

Trypolis, północny Liban

czwartek, 27 października 1983 roku

Upadłem. Podniosłem się. Wszedłem do garażu, potykając się o gruz. Płomienie, dym, kurz,

wypluwałem gips, który palił mi gardło. Zamknąłem oczy, zatkałem uszy. Uderzyłem o murek,

pośliznąłem się na kablach. Wybuch oberwał połowę sufitu. Wszędzie wokół spadał z plaskaniem

rozżarzony beton. Za wrakiem samochodu dziura. Zrobiona przez wojnę szczelina, asfalt rozchylający

swe płatki aż do jądra z piasku. Rzuciłem się w rumowisko jak ktoś, kto traci równowagę, jak szmaciana

lalka, z żołądkiem w strzępach. Trząsłem się. Nigdy jeszcze tak się nie trząsłem. Moja prawa noga

chciała uciec, opuścić mnie niczym wystraszony pasikonik w letniej trawie. Przygwoździłem ją do ziemi

obiema rękami. Moja szalona noga krwawiła. Nic nie poczułem. Myślałem, że rana i ranny tworzą

jedność. Że w chwili uderzenia ból z wrzaskiem daje o sobie znać. Ale to krew oznajmiła mi złą nowinę.

Nie wstrząs, nie cierpienie, tylko mój lepki sok. Miałem rozdarte spodnie. Dymiło się z nich. Noga

rwała mnie z przeszywającą siłą. Koszula kleiła mi się od potu. Chwyciłem torbę, ale nie wziąłem

z samochodu Marwana kurtki, papierów, pieniędzy, niczego, co mi zostało. Nie przypuszczałem, że

czołg może otworzyć ogień do taksówki.

– Wysiadaj, Georges!

Jechaliśmy wzdłuż wybrzeża. Za wzgórzami wstawało słońce. Tuż za zakrętem przyczajony olbrzymi

czołg syryjski w piaskowym kolorze. Tarasował nam drogę. Mój druz zaklął. Zahamował gwałtownie.

Spałem. Poderwałem się. Spanikował, wycofał się na górującą nad morzem skarpę.

Pancerz się obudził. Prawie nic, podmuch. Obracająca się metalowa lufa.

– Schowaj się, kurwa mać!

Wysunąłem rękę w kierunku tylnego siedzenia, chwyciłem torbę, wymacałem kurtkę, paszport, nie

spuszczając wzroku ze śmierci. A potem zrezygnowałem. Przed nami ział stalowy pysk. Huczało mi

w głowie.

– Nie strzeli! Przecież nie może strzelić do taksówki!

Na wieżyczce namalowany był czerwony romb i żółte kółko. Figury znane ze szkolnej tablicy. A także

odrysowane od szablonu trzy białe cyfry arabskie. Marwan przechodził przez drogę zgięty wpół.

Zmierzał do kryjówki, do rozwalonego garażu. Mury były podziurawione odłamkami, czarne od sadzy.

Otworzyłem drzwi, pobiegłem do ziejącej ruiny z rozdziawionymi ustami.

– Jak spadają pociski, otwieraj usta – powiedział mi przyjaciel za pierwszym razem. – Jeśli nie

zmniejszysz ciśnienia, popękają ci bębenki.

Kiedy wszedłem do garażu, on właśnie z niego wybiegał.

– Zostawiłem kluczyki na desce rozdzielczej!

Kluczyki? Zdanie to brzmiało absurdalnie. Lufa podążała za nami. Za mną, który wchodziłem, za

nim, który wychodził. Wahała się między naszym strachem.

Wystrzał rozległ się w chwili, gdy stawiałem stopę na cieniu.

Upadłem jak ktoś, kto umiera, na brzuch, z potłuczonym czołem, z karkiem rozpłaszczonym na ziemi

przez podmuch ognia. Częściowo w środku, częściowo na zewnątrz, ze stopami na krawędzi szczeliny,

z dłońmi na betonie. Moje ciało było w szoku. Beton rozdzierało przysypane pyłem światło. Podniosłem

się. Ciężki dym, szary kurz. Dusiłem się. Miałem piasek w gardle, rozciętą wargę, włosy mi dymiły.

Byłem ślepy. Powieki rozrywały mi srebrne drobinki. Pocisk uderzył, lecz jeszcze nie przemówił. Grom

po błyskawicy, rozpruta stal. Zapach prochu, gorącego oleju, spalonego metalu. Rzuciłem się do rowu,

gdy rozległ się huk. Żołądek podjechał mi do gardła. Zwymiotowałem. Strumień żółci i kawałków mnie.

Wykrzyczałem swój strach. Z zaciśniętymi pięściami, z krwawiącymi uszami, pokryty słoną ziemią

i przesłonięty tłustym cieniem.

Tank podążał naprzód. Sunął ze zgrzytem w stronę garażu. Nie widziałem go, słyszałem jego siłę.

Lufa się wahała. W prawo, w lewo, zgrzytanie mechanizmu. Łuska pocisku została odrzucona. Trzask

wydrążonego metalu spadającego na drogę. Cisza.

– To sowiecki T55, stary dziadek.

Drgnąłem. Ochrypły głos, kiepska angielszczyzna. W półmroku obok mnie w dziurze leżał na

plecach starszy mężczyzna. Nie zauważyłem go wcześniej.

– Opuść głowę, zaraz zacznie od nowa.

Kufija, biała broda, papieros trzymany w dwóch palcach. Mimo czołgu, zagrożenia, końca naszego

świata palił z rozchylonymi ustami, pozwalając, by spokojny dymek błądził po jego wargach.

– Wygodnie tak?

Wskazał gestem na mój brzuch. Przygniatałem jego broń, kolba przylegała mi do uda, a magazynek

wbijał się w piersi. Rzuciłem się na karabin, chcąc uniknąć pocisku. Nawet nie drgnąłem. Pokiwał

głową z uśmiechem. Na zewnątrz tank ruszył. Ryk obcesowo potraktowanego silnika.

– Cofa się – szepnął starzec.

Cień czołgu ustąpił miejsca światłu brzasku i zwęglonej trawie. Tank nadal się cofał. Czekałem na

śmiech mew, by oddychać. Podniosłem się. Na łokciu, z otwartymi ustami. Poszukałem Marwana

w zgiełku, potem w ciszy. Łudziłem się, że mój przyjaciel pojawi się roześmiany, wymachując

kluczykami od samochodu nad głową. Śpiewając, że chyba zwariował, skoro wrócił się do taksówki.

Zwariował przede wszystkim dlatego, że dał mi się wciągnąć w tę idiotyczną historię. Obejmie mnie

w braterskim uścisku, dziękując niebiosom, że nas oszczędziły. Długo się łudziłem. Na zewnątrz ludzie

strzelali z lekkiej broni. Krzyki, rozkazy, wojenny harmider. Długa seria z karabinu maszynowego.

Przeturlałem się na bok. Z nogi sikały mi silne strumienie krwi. Palestyńczyk zdjął mi bez ceregieli

pasek i zrobił z niego opaskę uciskową na wysokości uda. Leżałem na plecach. Ból atakował z siłą młota.

Mężczyzna podsunął mi pod głowę koc, uniósłszy mnie delikatnie pod krawędź dziury.

Wtedy ujrzałem Marwana. Jego nogi wystawały na drogę. Upadł na plecy, zakrwawiony i nagi,

eksplozja zerwała z niego ubranie.

Czołg ciągle kaszlał, wyżej. Znów rozległ się jęk wiatru. Oddech morza. Stary Palestyńczyk przewrócił

się na bok, opierając łokieć na ziemi i kładąc policzek na dłoni. Przyjrzał mi się. Pokręciłem głową. Nie,

nie płakałem. Zabrakło mi łez. Powiedział, że trzeba zachować ich troszkę na życie. Że mam prawo do

strachu, do gniewu, do smutku.

Usiadłem z trudem. Odepchnąłem stopą jego broń. Przysunął się. On i ja w dole. W klapce kieszonki

emaliowany znaczek FATAH-u. Chwycił mnie delikatnie za podbródek, nie stawiałem oporu. Odwrócił

mi twarz ku światłu dnia. A potem się pochylił. Pod wytartym wąsem widniały otwarte usta.

Pomyślałem, że zaraz mnie pocałuje. Wpatrywał się we mnie. Szukał czegoś. Spoważniał.

– Otarłeś się o śmierć, ale nie zabiłeś – szepnął.

Sądzę, że poczuł ulgę. Zapalił papierosa, przysiadł na piętach. Następnie zamilkł, wpatrzony w wątłe

światło na zewnątrz.

Ja zaś nie miałem odwagi mu powiedzieć, że się myli.

2

Samuel Akunis

Przez wiele miesięcy nie miałem pojęcia, że Sam jest Żydem. Był Grekiem i nie twierdził nic innego. Ja

i moi koledzy często jednak zadawaliśmy pytania. Był cudzoziemcem, starszym od nas, innym niż my.

Pamiętam, jak pewnego kwietniowego dnia 1974 roku maszerowaliśmy w Paryżu na Palais de la

Mutualité. Zajmowaliśmy całą ulicę. Z powodu zadyszki Sam szedł chodnikiem. Był spięty, miał zaciętą

twarz. Na nasze okrzyki „Palestyna zwycięży” odpowiadał„alestyna bęzie żł”, ja zaśnie

zastanawiałm sięnad różicą jakądostrzegałpomięzy zwyciężniem a przeżciem. Niosłm puszkęzielonej farby. Towarzysze z tył taszczyli białą czerwonąi czarną Na dwie godziny przed zebraniem

syjonistó mieliśy namalowaćprzed drzwiami budynku palestyńkąflagę

–To nie jest dzieńna wywieszanie flag –sprzeciwiłsięSam.

Poprzedniego dnia, w czwartek 11 kwietnia 1974 roku, trzej człnkowie Ludowego Frontu

Wyzwolenia Palestyny dokonali zamachu w mieśie Kirjat Szemona w Galilei. Chcieli napaśćna szkołę

tylko ż był zamknięa z powodu śięa Paschy. Wobec tego weszli do pierwszego lepszego budynku

i zabili osiemnaśie osó, w tym dziewięioro dzieci, po czym targnęi sięna włsne żcie.

–Moglibyśy przełżćnasząakcję nie? –podsunąłSam.

Z całj naszej grupy tylko on sprzeciwiałsiętemu wojennemu malowaniu. Poddaliśy jego

propozycjępod głsowanie. Po jednej stronie on, zupełie sam. Po drugiej ci, któzy uważli, ż ta rzeźnie ma żdnego wpłwu na bó Palestyny.

–To cena walki –stwierdziłwręz jeden z nas.

–Dziewięioro dzieci? –zapytałSam.

Wstałpotęży, spokojny. W ciąu trzech miesięy jego uchodźtwa we Francji nigdy nie słszałm,

żby użwałostrego tonu, nigdy nie widziałm, żby zaciskałpięśi czy marszczyłbrwi. Kiedy siębiliśy, nie odmawiałchwytania za żlazny prę. Powtarzał ż butelka z benzynąto nie jest argument.

Sam byłwysoki, sterany i zarazem umięśiony, mocny niczym sęate drzewo oliwne. Czasami ludzie

brali go za gliniarza. Te jego krókie siwe włsy pośó naszych lewicowych czupryn, ta jego tweedowa

marynarka przy naszych kurtkach, ten jego sposó przygląania sięuważie jakiemuśmiejscu,

patrzenia komuśw oczy. Ten jego zwyczaj, by nigdy nie ustęować Chyba ż cofaćsiępowoli,

wyzywająo mierzą wzrokiem przeciwnika zmrożnego jego lodowatym uśiechem. Obawialiśy sięrónocześie policji, skrajnej prawicy albo zasadzki syjonistó, ale jemu nic z tego nie był straszne.

Poznawszy dyktaturę zamieszki w Atenach i więienie, twierdził ż nasze walki to cośw rodzaju

operetki. Nie oceniałnaszego zaangażwania. Zapewniałpo prostu, ż nazajutrz rano nikogo nie

zabraknie. Ż nigdy nie zostawimy za sobąmartwego ciał. Mawiał ż nasz gniew to slogan, nasze

rany to siniaki, a przelana przez nas krew zmieśi sięw chustce do nosa. Obawiałsiępewnikó, nie

przekonań

Pewnego dnia na skrzyżwaniu zabroniłmi krzyczećz innymi „RS = SS”2. Tak po prostu, kładąc mi

dłoń na ramieniu, zatapiając swe czarne oczy w moich. Potraktowano nas gazem łzawiącym. Pomiędzy

dwoma wspaniałymi napadami kaszlu zapytał, czy słyszałam o Aloisie Brunnerze. Spojrzałem na

niego, nie rozumiejąc, przerażony jego spokojem. Alois Brunner? Tak, oczywiście, nazistowski

zbrodniarz wojenny. Gaz łzawiący miał zapach siarki, nasze kamienie trafiały w niebo, słychać było

krzyki, pałki rytmicznie uderzały o tarcze. Znajdowaliśmy się na chodniku, ja, on. Wyrwał mi żelazny

pręt i wrzucił do rynsztoka. Zsunął chustkę i popchnął mnie przed sobą. Wyrwałem się gwałtownie.

– Jesteś stuknięty!

Prowadził mnie do kordonu policji niczym inspektor w cywilu ciągnący swą ofiarę do radiowozu.

– Pokaż mi Brunnera, Georges! No dalej!

Staliśmy naprzeciwko kordonu CRS, sami na środku ulicy, gdy tymczasem nasi towarzysze

wycofywali się na wszystkie strony. Policjanci szykowali się do natarcia. Oficer szedł wzdłuż szeregów,

wrzeszcząc, żeby zwarli szyki.

– Który z nich to Brunner? No powiedz!

Nie zwalniał uścisku. Kolejno wskazywał palcem mężczyzn w hełmach.

– Ten? Ten? Gdzie się ukrywa ten łajdak?

Po czym mnie puścił. Policjanci napierali z rykiem. Otworzył drzwi jakiegoś budynku i wepchnął

mnie do środka. Płakałem, trząsłem się z braku powietrza. A on się dusił. Za zamkniętymi drzwiami

walczyła ulica. Wrzaski, jęki, huk gazu łzawiącego. Siedziałem pod skrzynkami na listy, oparty o drzwi

wejściowe. A Sam przycupnął naprzeciw mnie, z ręką na ścianie łapiąc oddech. Palcem zsunął mi

chustę.

– Aloisa Brunnera tam nie było, Georges. Ani żadnego innego esesmana. Ani ich psów, ani ich

pejczów. Więc nigdy więcej nie chrzań takich głupot, dobra?

Zgodziłem się z nim. Trochę. To nie było łatwe. Mogłem odpowiedzieć, że slogan to obraz, kontur,

zarys myśli, nie miałem jednak ani ochoty, ani odwagi tego zrobić. Wiedziałem, że on ma rację.

– Chroń inteligencję, proszę – rzekł Sam.

Po czym pomógł mi wstać.

W Atenach śpiewał „Chleba, nauczania, wolności”. Najpięniejsze hasł, nigdy nieprzerobione przez

ludzki gniew, mawiał I włśie on, grecki dysydent, sprzeciwiałsiępomysłwi z palestyńkąflagą

Powtarzał ż mazanie po ulicy nazajutrz po masakrze to błą. Byłbardziej spięy niżzwykle. Spogląałkażemu w oczy, usiłją nas przekonać Z trudem oddychał zapominałfrancuskie słwa, mieszałnasz jęyk ze swoim, powracałdo wymowy wygnańa. Myśę ż tamtego dnia przemawiałprzez niego

w tajemnicy Żd, człwiek, któy chciałżć a nie zwyciężć Przy głsowaniu podniółręę On jeden.

Zaśmy wszyscy podnieśiśy swoje, żby zmusićgo do uległśi. Przegrał Pamięam, ż klaskałm

bez sensu. Wszyscy przyjaciele, dziewczyny i chłpaki, cieszyli sięjak w cyrku. Nie po to, żby uczcićśierćdziewięiorga dzieci, tylko żby ogłsićwłsnądeterminację

–Nikt z was nigdy nie byłw niebezpieczeńtwie –odparłSam.

Mó grecki przyjaciel spuśiłwzrok. Móły wyjśćz sali, ale to nie leżł w jego zwyczaju. Nigdy nie

trzasnąły drzwiami przed przyjaciółi. Po prostu powiedział co uważ za słszne. A nawet zgłsiłsięna ochotnika, żby nam towarzyszyć

–Dzięi temu nie namalujecie flagi odwrotnie –rzuciłbez uśiechu.

*

W styczniu 1974 roku, kiedy Samuel Akunis wkroczyłw moje żcie, mieliśy jużw naszych szeregach

dwóh Chilijczykó. Należli do Ruchu Lewicy Rewolucyjnej. Opuśili Santiago kilka dni po zamachu

stanu. Po miesięznym pobycie w Londynie wybrali Francjęze wzglęu na jęyk i Paryżze wzglęu na

Komunę Żli tu w ukryciu. Z kolei Grek przyjechałot tak. Przybyłz Aten do auli 34 B w kampusie

Jussieu, aby daćśiadectwo o dyktaturze pułownikó. Sala był wypełiona po brzegi, ja siedziałm

w pierwszym rzęzie na stopniach z prawąnogąwyprostowaną Zadrżłm. Oto mieliśy przed sobądysydenta.

–Nazywam sięSamuel Akunis. I przywożęwam dzisiaj pozdrowienie od studentó politechniki,

któzy rzucili wyzwanie czołom dyktatury…

–A od studentek nie? –przerwałczyjśgłs z sali.

Cisza wśó zgromadzonych. Kilka kobiet przyklasnęł tej uwadze. Natomiast Grek sięuśiechnął

Byłrozbawiony. Popatrzyłna dziewczynęstojąąw rzęzie krzeseł Miał na imięAurore.

–Myśałm, ż to sięrozumie samo przez się panienko. Ale najwyraźiej w waszym kraju tak nie

jest. Włdałznakomitąfrancuszczyzną jakby nauczyłsiętego jęyka po kryjomu. Wypiłszklankęwody

stojąąna stole, obserwują milcząy tłm. Siedząy obok mężzyzna zachęiłgo, by móiłdalej. Nie

byłto ani żden z naszych towarzyszy, ani profesor. Wszedłdo sali razem z Grekiem. Jego twarz był

mi znajoma.

–A wię nazywam sięSamuel Akunis. I przywożęwam dzisiaj pozdrowienie od studentek

i studentó politechniki, któzy rzucili wyzwanie czołom dyktatury; słwo to zasłgiwałby na rodzaj

męki…

Oklaski, śiechy. Nawet Aurore podniosł ręęna znak, ż siępoddaje. A potem Samuel rozpocząłswąopowieść Pozbawionąefektó, emocji, konkretnąponurąopowieść 14 listopada 1973 roku zwiąek

studentó Politechniki Ateńkiej ogłsza strajk. Przyłązająsiędo niego setki studentó ze wszystkich

uczelni, nawołją do obalenia dyktatury. W nocy tysiąe zbierająsięwokółbudynku. Nazajutrz

przybywająposiłi mieszkańó. Młdzi, starzy, rodziny z dzieći. Nastęuje okupacja politechniki,

studenci zamykająbramy na kłókę Powołje sięsłży porząkowe, przydziela zadania. Aprowizacja,

noclegi, kontrola wchodząych. Powstaje izba chorych, wykonane domowym sposobem wolne radio

nadaje w całm mieśie. Na ulicach wznosi siębarykady. I oto przybywająkomitety rolnikó,

robotnikó, zwykli ludzie, któzy majądosyćpułownikó. Oto Nikos Ksyluris, kreteńki artysta,

śiewa wśó strajkująych: „ró wszedłdo miasta”.

Grek cał czas móił Aula milczał. Nie przywykliśy do takiej oszczęnośi słó i gestó.

Opowiadałtak, jakby to był spowiedź nabierają powietrza jak po wynurzeniu sięz wody. Przyszł mi

na myś astma. A zatem i Guevara. Nie oczekiwałod nas ani gratulacji, ani współzucia dla tego, co

miał nastąić Dla końa, któy znaliśy na pamięć ponieważtyle razy czytaliśy o nim w nic

nierozumiejąych gazetach. Dla bohaterstwa, któe podzielaliśy z całąwśiekłśią dla patetycznego

pięna gołch rą naprzeciw luf pojazdó pancernych. Ilu z nas widział sięprzykutych do bram

uczelni, stawiająych czoł śierci? Ja byłm jednym z nich. Wyobraziłm sobie, jak wdrapujęsięna

czoł, wrzucam do wieżczki granat, a tłm wiwatuje na mojącześć unoszą pięśi. Powtarzałm ó

bohaterski gest w myśach. Czasami wymachiwałm greckąflagą innym znó razem czerwonym

sztandarem. Po kilku piwach, niesiony przez muzykęskrzypiec Mikisa Theodorakisa, padałm pod

rycząe gąienice. Ogląają film „”, ratowałm Grigorisa Lambrakisa i dźigałm na plecach Yves’a

Montanda.

Siedziałm tam, naprzeciwko Greka, i chłnąłm każe jego słwo. Wstydziłm sięswoich

tajemnych wizji. Tużprzed zaśięiem stawiałm czoł historii gołmi pięśiami. I to był śieszne.

W 1967 roku, w proteśie przeciw wojnie w Wietnamie, spaliłm książczkęwojskowąw Central Parku.

W 1969 broniłm katolickich gett w Belfaśie. W 1971 uwolniłm AngelęDavis, a potem sięz niąożniłm. W 1973 ratowałm greckich rebeliantó. W 1974 spuszczałm wzrok przed partyzantem.

Marzyłm, ż jestem bohaterem. Nie miałm jużodwagi spojrzećSamuelowi Akunisowi w oczy.

Opowiadało tragicznej sobotniej nocy 17 listopada. Po pięćziesięiu sześiu godzinach okupacji

uczelnięotacza ponad dwadzieśia pojazdó opancerzonych. W śodku jest przeszł pięćtysięy ludzi,

a na przyległch ulicach dziesięćtysięy. „ie bócie sięczołó!”, powtarza w kóło dysydenckie radio.

Studenci próująwynegocjowaćhonorowe wyjśie. Żąająpółgodziny na opuszczenie kampusu. Tylko

ż czoł M40 taranuje bramęw blasku wojennych reflektoró. Miażż żlazne wrota, za któymi

skupili sięstudenci. I nie ma nikogo, kto wskoczyły na wieżczkę Nie ma granatu. Nie ma marzenia.

Nie ma małgo francuskiego Mao na postumencie. Po prostu klapa.

–Siedziałm okrakiem na bramie, kiedy wjechałw niączoł. Pospadaliśy jeden na drugiego.

Policjanci strzelali gazem ławiąym. Inni celowali w nas z karabinó. W całm mieśie ginęi ludzie.

Trzydzieśioro, byćmoż czterdzieśioro. Był setki rannych. Wielu odmóił póśia do szpitala, żby

ich nie aresztowano.

Grek wypiłkolejnąszklankęwody.

–Zraniłmnie prę od bramy, któy wbiłmi sięw udo jak strzał. Dokuśykałm do domu, wrzuciłm

paręrzeczy do torby i pojechałm sięukryću przyjaciółw Salonikach. Byłm znany jako opozycjonista.

Na drugi dzieńprzyszł po mnie policja, ale sięspóźił. Dopiero po roku otrzymałm paszport

turystyczny i wizęważąna Europę Po tygodniu byłm we Włszech. A dzisiaj jestem tutaj, wśó was,

któzyśie nas wspierali. Wiem o tym i dzięujęwam za to.

Pokryłm zakłpotanie kaszlnięiem. Reszta klaskał. Jakiśchłpak z najwyżzego rzęu wyjąłz torby greckąflagęi wymachiwałniąjak chusteczkąna peronie.

–Samuel Akunis niewiele móiło sobie, wobec tego ja to zrobię–ośiadczyłmężzyzna siedząy

obok niego. –Ze wzglęu na zaszczyt, jaki nam uczynił bęą dzisiaj jednym z nas.

Grek sprawiałwrażnie poirytowanego, mimo to tamten móiłdalej. Po kilku zdaniach, któe

wypowiedział starannie, przypomniałm go sobie. Zwłszcza jego głs. Pełn melancholii, cośpomięzy szeptem a poufałśią Byłto aktor, drugoplanowy aktor teatralny. Widziałm go jesieniąw „horym z urojenia”, w kostiumie zaprojektowanym przez Jacques’a Marilliera. Dzisiaj jednak, wśó

nas, z powodu marynarki, dżnsó, rozpięej pod szyjąkoszuli i braku makijaż nie rozpoznałm go.

–Człwiek, któy przed nami stoi, sprzeciwiłsięreżmowi Papadopulosa jużdwudziestego drugiego

kwietnia sześćziesiąego siómego roku, nazajutrz po zamachu stanu –zacząłaktor. –Był to sobota,

a ja znajdowałm sięw Atenach…

W przeciwieńtwie do Greka on deklamował Przybierałpozy, pozwalałsobie na miny. Z jego

wypowiedzi bił powaga, publicznośćsłchał go w skupieniu. Mnie ó intruz przeszkadzał w auli

panował wszakż cudowne napięie. Skupiłm wię całąuwagęna Akunisie, tak aby do moich uszu

docierał wyłąznie treśćsłó tamtego.

–Ogłszono stan wyjąkowy. Żłierze przy wsparciu czołó zajęi pozycje w całm mieśie,

otaczają budynki publiczne. Nie był gazet, telefonó, żdnego radia poza radiem siłzbrojnych.

Banki pozamykano, podobnie jak restauracje, muzea. Na skrzyżwaniach nie był jużśiateł Przestał

jeźzićautobusy, taksóki, tylko karetki i dżpy. Cał miasto poruszał sięna piechotęi w zwolnionym

tempie. Żłierze ostrzegali, ż po zachodzie słńa bęąstrzelaćdo każego.

Grek napełiłswojąszklankęwodąi podsunąłjąaktorowi.

–Jeszcze tego samego wieczoru zarezerwowałm bilet na „bu króa” wyreżserowanego po

francusku przez Samuela Akunisa.

Byłm pod wrażniem. Wyreżserowanego. Reżser. Grek przychodziłz teatru tak jak ja. Rozbolał

mnie kolano. Podniosłm się Pozycja siedząa przestał mi odpowiadać Oparłm sięo śianę

stanąłm ramięw ramięz towarzyszami. Reżser. Oczywiśie. Rzecz jasna. Ten jego sposó

porząkowania gestó, słó, ta elegancja umożiwiająa zajmowanie przestrzeni przy jednoczesnym

pozostawieniu nas w śietle. Serce mi walił. Postawa, krok, spojrzenie. Grek, dysydent, artysta. To

wiele jak na jednego człwieka.

–Byłm przekonany, ż Teatr Rebetiko zostanie zamknięy jak wszystkie inne, ale postanowiłm

sprawdzić Nie wykazałm siężdnąodwagą znajdowałsięnaprzeciw mojego hotelu. Śiatł fasady

był pogaszone, afisze pozdejmowane, lecz jakiśmłdy człwiek trzymałuchylone drzwi i wprowadzałtych, któzy siętam zapuśili. Byłto Samuel Akunis. Zamknąłza mnąbramę W teatrze był nas

zaledwie trzydziestka, poza tym brakował dwojga aktoró: króowej Rozamundy i rotmistrza Bardiora.

Aktor opróżiłszklankę Grek nie wiedział co zrobićz oczami.

–Był to osobliwe przedstawienie, pomieszanie aktoró i kukiełk. Lecz tamtego wieczoru trupa

improwizował. To, co rozgrywał sięna scenie, odpowiadał teatrowi ulicy.

Po czym aktor stanąłprzed tłmem. Przybierałrozmaite pozy, przeskakiwałz miejsca na miejsce,

naśadują kolejno głóne postaci. Mimo tej pantomimy na sali nie rozległsiężden śiech. Wszyscy

mieli skupione twarze.

UBU

Grrówno!

UBICA

Och! Ładnie, mości Jeorjos, straszliwe z ciebie chamidło.

UBU

Iżbym cię nie zakatrupił, mościa Ubu.

UBICA

Nie mnie, Jeorjos, ale kogo innego trzeba by zakatrupić3.

Aktor zamilkł, unosząc wyimaginowany sztylet, po czym usiadł z powrotem.

– Jak zrozumieliście, Samuel Akunis kazał aktorom zastąpić „Ubu Ojca” Jeorjosem, imieniem szefa

junty wojskowej. –Aktor odwróiłsięw stronęGreka. –Wśó widzó znajdowałsięszpicel. Albo ktoś

kto nie zniółznieważnia Jarry’ego. Dwa dni późiej obecny tu nasz przyjaciel zostaje zatrzymany

i przesłchany przez Asfalięw budynku bezpieki. Wyrwano mu paznokcie, przypalono pierśpapierosami, podeszwy stó pokaleczono ołwianąrurką Oprawcy dusili go gazem, chlorem

w aerozolu wtłczanym do ust.

Zamilkł obserwował jakie zrobiłwrażnie, niczym adwokat, któy zdobywa przysięłch.

To nie był astma.

–Nigdy nie zostałosązony ani uwięiony, lecz deportowany na rok do obozu w Oropos razem

z setkami innych, w tym z Mikisem Theodorakisem.

Fala gorąa. Spuśiłm głwę

–Po zwolnieniu byłśedzony, nie chciałjednak opuśićkraju. Dopiero po strajku okupacyjnym na

politechnice, gdzie dałprzedstawienie „ntygony” Anouilha na dziko, Samuel Akunis zdecydowałsięna wygnanie.

Nastęnie aktor wstałpo raz ostatni. Chwila ta musiał byćjednąz jego najpięniejszych ró.

Odwróiłsięw stronęGreka, skłnił a potem zaklaskałna jego cześć Ja klaskałm razem z nim. Przed

innymi, przed całąaulą na stojąo, zagłszają ciszęz zaciśięymi zęami.

Wtedy włśie przepchnąłm sięprzez tłm. Podszedłm do biurka. Aurore rónieżzeszł z torbąprzewieszonąprzez ramię Grek ani drgnął Wpatrywałsięwe włsne dłnie, kiedy wyciąnąłm do

niego ręę

–Mam na imięGeorges, jestem reżserem.

–Ja jestem Aurore. Próujęrobićteatr.

Wstałlekko zaskoczony. Uśiechnąłsiędo nas.

Nie lubiłm tej dziewczyny. Po swym drapieżym wystąieniu przyszł siępokajaćz oczyma

pełymi łz. Jej obecnośćzakłóał nasząintymność

–Ja teżdostałm w nogę…

Grek ponownie skupiłuwagęna mnie.

–W zeszłm roku, od faszystó.

Skinąłgłwą Nie wiem, dlaczego mu to powiedziałm. Bez ogróek po tym wszystkim, co ten

człwiek nam wyjawił Zrobił mi sięwstyd. Znó spuśiłm wzrok. Strzelił mi w kolanie.

Wyprostowałm się On nadal trzymałmojądłńw swojej.

–To zaszczyt –szepnąłSamuel Akunis.

Liczyłwtedy 34 lata, Aurore 22, a ja 24.

Miałmi byćjak brat. Ona zaśmiał zostaćmojążną

3

Alois Brunner

W dniu 23 lipca 1974 roku Sam zabrał mnie na jednego na boulevard de Sébastopol. Tylko mnie, nie

naszą małą trupę. Przyszedł po mnie do gimnazjum po moim dyżurze. Rozszyfrowaliśmy się

wzajemnie jako przeciwstawne zwierzęta. On wesołość, ja smutek. On wiosenne serce, ja ponura

jesienna mina.

– Zbyt wiele wycierpiałem, żeby być nieszczęśliwym – powtarzał często. Po czym spoglądał na mnie

z uśmiechem. – Ale ty możesz sobie jeszcze na to pozwolić.

Od tamtej pory dzieliliśmy między siebie świat, żartując. Dla mnie to co mroczne, dla niego to co

pełne blasku. Jego przebłyskom dowcipu odpowiadał mój niezręczny humor. Nasze rozmowy

przebiegały wedle tego przepisu i nigdy jeszcze nie posunęliśmy się dalej. Nie było między nami

bliskości. Z mojej strony wstydliwość, również szacunek. Ilekroć szliśmy razem, odgrywałem

niezgrabnie świtę człowieka udręczonego.

– Jesteś bardziej udręczony ode mnie – rzucił pewnego dnia, gdy we wszystko zwątpiłem.

Tamtego wieczoru na tarasie było mi wszakże niemal lekko na sercu. Od samego rana w radiu

mówiło się wyłącznie o Grecji. Po zamachu stanu na Cyprze pułkownicy oddali władzę cywilom. Koniec

dyktatury. Siedem lat nieszczęścia wymazane ot tak. Powiedziałem o tym uczniom na przerwie tonem

nauczyciela, który oddaje znakomite prace domowe.

W tamten lipcowy poranek, kiedy Sam zjawił się w naszej siedzibie w Jussieu, dziewczyny

wycałowały go i złożyły mu gratulacje. Chłopcy natomiast pytali, kiedy wyjeżdża.

– Pewnie kiedyś – odparł Grek.

Dawno już zrozumiałem, że złożył nam wizytę grzecznościową. Jeśli wziął udział w kilku zebraniach,

jeśli podnosił ospale czerwony sztandar, jeśli czasem manifestował w naszych szeregach, nie robił tego

z przekonania, tylko po to, by podziękować za wsparcie. A zresztą co z nas zostało?

Nasi przywódcy rozwiązali Ruch. Gazetka „La Cause du peuple” przestał sięukazywaćdziewięćmiesięy wcześiej. Od tamtej pory kumple pogubili sięw żciu. Jeden z towarzyszy siępowiesił Inny

strzeliłsobie w usta. Michel, któy powróiłdo łbuzerki, zginąłz rą włśicielki bistra. Wielki

Jacques, robotnik w fabryce Renault, znó pracowałprzy taśie. Ci, któzy nadal siętrzymali, jeszcze

walczyli, za to z ciężim sercem. Nowi zwolennicy stali sięna powró dzieći i kolejno uciekali z frontu

na banalne tył. Siedziba peła ulotek, porozrzucanych niczym zwięł kotyliony, wygląał jak sala

balowa o śicie. Trudno był nam przestaćśiewaćbojowe pieśi. Myśałm o żłierzu, któy odniółrany w czasach pokoju, o powrocie szarej rzeczywistośi, o normalnośi, o ciszy. Po wyczerpaniu

pewnikó staliśy sięsierotami ideologii. Ja zaświedziałm, ż kolejne dni bęąśięowaćbez nas.

Włśie dlatego zależł mi na Samie. On byłmojąresztkąoczywistośi. Nie slogan, nie fragment

książi ani rozkaz wymalowany na miejskim murze, lecz Samuel Akunis ucieleśiałnasząwalkę Jego

wstąienie w nasze szeregi, nawet spóźione, nawet nieśiał, dodał mi z powrotem odwagi. On byłmoim oporem i naszągodnośią

–Godność Najpięniejsze słwo w jęyku francuskim –uśiechałsięSam.

Siedzą na tarasie przy owym smutnym bulwarze, spogląałm na innych przechodnió. Sam

zamóiłpiwo, ja sązyłm kieliszek białgo wina. Czekałm. Skoro poprosił bym mu towarzyszył to

znaczy, ż miałmi cośdo powiedzenia. Nigdy dotą nie byliśy sami. On sięze mnądroczyłprzy

wszystkich, ja próowałm ripostować

–Jesteśszczęśiwy?

Powiedziałm to, żby przerwaćmilczenie. Pokiwałgłwąz ustami w pianie i z błszcząymi

oczami.

–Dwaj ludzie zapewniająmi dzisiaj szczęśie.

Przysunąłm siębliżj. Uwielbiam chwile zwierzeń

–Po pierwsze, Karamanlis. On do nas wrói, to pewne. Utworzy rzą, obali monarchię usunie

wszystkie te sta rocie.

Sam przygląałmi sięznad szklanki.

–Wyobraższ sobie Konstandinosa? Mojego przyjaciela jako premiera?

Pokiwałm głwąze śiechem. Nie. Nie wyobrażłm sobie. Nie wiedziałm nawet, ż Karamanlis

ma greckich przyjaciółwe Francji.

Sam otworzyłstarątorbęOlympic Airlines ozdobionąkolorowymi kółami. Ten stary plastikowy

worek byłjednąz niewielu rzeczy, jakie pozostał mu z kraju. Wyciąnąłzłżnągazetęi rozpostarłna

całąszerokość

–A moje drugie szczęśie nazywa sięEddy Merckx!

Zatkał mnie. Przez cał lata czytałm wyłąznie „a Cause du peuple”, ostatecznie przystałm na

„ibéation”, Sam zaśczytał„’Éuipe”. Połżłdziennik na stole, odsunąszy szklanki, a wraz z nimi

całąGrecję

–Osiem wygranych etapó, wyobraższ sobie? Byłpierwszy w prologu i wygrałdwudziesty drugi

etap!

Nie wyobrażłm sobie, nie. Ciąle nie. Tour de France zakońzyłsięprzed dwoma dniami. Belg

zwyciężłpo raz piąy. I co z tego? No co? Dla mnie owego 21 lipca cypryjska Gwardia Narodowa

obronił miasto Kyrenia przed tureckim najazdem. A połdniowowietnamskie marionetki włśie

rozpoczęł wielkąofensywęprzeciw komunistom z Tâ Ninh.

Czułm sięniezręznie. Móiłgłśo, śiałsię zapominałfrancuskich słó. Twierdził ż to teżjest żcie, człwiek na rowerze, któy pokonuje kolejne kilometry, wrzeszczą z bóu. Twierdził ż sport

to inny sposó stawiania czoł. Sobie, trudnośiom, złj pogodzie, melancholii, któa tak bardzo do

mnie pasuje.

–Słchasz mnie, Georges?

Drgnąłm. Byłm trochęrozczarowany, błąziłm myśami gdzie indziej. Owa magiczna chwila

mięzy nim a mną mięzy greckim bojownikiem a działczem internacjonalistą przeobraził sięw karawanęsamochodó na Tour de France wraz z klaksonami, reklamami proszku do prania

i trąkami kibicó.

–Byli w ogóe jacyśgreccy kolarze?

Sam roześiałsięz moich starań Myśę ż czytałwe mnie jak w otwartej księze.

–Byłwyśig o Trofeum Starożtnośi, cośw rodzaju Tour de Grèe. Tylko ż koszulka lidera miał

kolor niebieski.

–Nie znam sięna sporcie, nie jestem nacjonalistą–oznajmiłm.

Zdanie to wypowiedziałm przez zęy, rzuciłm je znienacka. Sam zastygłz podniesionąszklanką

nie spuszczają ze mnie wzroku.

–Wyznajesz antynacjonalizm? To luksus człwieka, któy ma naró.

Miałponurąminę ociężł ruchy i zamglony wzrok. Nigdy go takiego nie widziałm.

–Opowiedz mi o swoich rodzicach, Georges.

Drgnąłm. Wyznałm mu wcześiej niewiele, żby nie zdradzićsięz sieroctwem. Matka zmarł,

kiedy byłm mał. Nastęnie ojciec, całiem przytłczony mną dźigająy ciężr żcia ażdo grobu.

Sam pozwolił by moje milczenie podszepnęł resztę Nikt nie zdołły poskłdaćdo kupy ucznia,

któy zrywa kwiatek, aby pożgnaćmatkę

–A ja? Wiesz, kim jestem i ską pochodzę

Machnąłm ręą jakby to był cośoczywistego. Samuel Akunis, grecki partyzant.

–Urodziłm sięw Salonikach czwartego stycznia czterdziestego roku jako syn Joszuy Akunisa

i Racheli Aelion. Mó starszy brat miałna imięPepo, a siostra Reina.

Wpatrywałm sięw niego, nie pojmują. A raczej pojmują. Dostałm gęiej skóki. Drżłm

z niecierpliwośi, by siędowiedzieć Samuel Akunis byłŻdem.

–Przodkowie mojego ojca przybyli z hiszpańkiej Majorki. Przodkowie matki z Portugalii. Wieki

wymazał pamięćo nich i ich imiona. Wiem, ż trudnili sięwytwarzaniem weły dla imperium

osmańkiego. Mó ojciec byłkomunistą matka syjonistką On byłpiekarzem, ona wychowywał dzieci.

Mieszkaliśy w dzielnicy Hirsch, blisko dworca. W paźzierniku czterdziestego roku, jak Włsi

napadli na nasz kraj, Joszua Akunis zaciąnąłsiędo armii greckiej. Zostałranny w brzuch. Uważł ż

jesteśy Grekami na zawsze. Tylko ż byłw tym osamotniony.

Sam wstał zostawiają pełąszklankę Zaskoczyłmnie tym. Połżłna stole kilka monet, płcą za

swoje piwo i moje wino. Po czym zachęiłmnie, bym takż wstał Odsunąłm wię krzesł. Sam nie

odchodził nie opuszczałmnie tam. Po prostu musiałiść Tak jakby tego wszystkiego nie dał sięopowiedziećna siedząo, ze szklankąw dłni. Spogląałprzed siebie na beztroski tłm, na chyląy sięku zachodowi dzień na drzewa szepcząe o lecie.

–Moi rodzice nie mieli narodu, mieli gwiazdę

Przeprosiłm. Uśiechnąłsię

–Za co ty przepraszasz?

Po nadejśiu Niemcó Samuela oddano pod opiekęAllegry, jego ciotki. Kobieta zabrał dziecko na

Korfu, do włskiej strefy, gdzie ukrywali sięprzez całąwojnę chowają sięwśó drzew oliwnych

u pewnej rodziny robotnikó rolnych. Joszuę Rachelę Pepa i Reinęwywieziono do Birkenau

w transporcie 15 marca 1943 roku.

Sam przerwałswąopowieść

–Wiesz, ilu Żdó z Salonik zginęł w obozach?

Pokręiłm głwą

Podjąłswó powolny spacer po paryskim bulwarze.

–Prawie pięćziesią pięćtysięy. Włśie Brunner zaplanowałzagłdęŻdó. –Dałmi kuksańa

w bok. –Alois Brunner. Przypominasz sobie?

Wpatrywałsięw moje pełe żlu oczy. Roześiałsię Powiedział ż mam pstro w głwie i o jedno

serce za duż.

*

Kilka dni późiej po raz pierwszy rozmawialiśy o teatrze. Sam zostałzaproszony na festiwal

w Vaison-la-Romaine, gdzie wystawiano „ntygonę” Anouilha w reżserii Géarda Dournela. Liliane

Sorval grał cókęEdypa, króa Teb. Natomiast w rolęjej wuja Kreona wcieliłsięJean-Roger

Caussimon. Przedstawienia w młdzieżwych domach kultury, próy generalne z wielkąpompączy

poufne debaty –grecki przyjaciel nie odmawiałżdnej prośie. Byłsymbolem teatru zakazanego.

–Niedłgo znó zabioręsiędo pracy, ale jeszcze nie jestem gotowy. Patrzę uczęsię słcham,

nadrabiam stracone dni.

Wtedy wspomniałmi o „ntygonie” po raz drugi. Wystawiałjąna Politechnice Ateńkiej, zanim

nadjechał czołi. Teraz wyjeżżł aby jąodnaleźćna połdniu Francji.

Wyciąnąłz torby egzemplarz „ntygony” wydany w 1945 roku nakłdem La Table Ronde,

z litografiami w kolorach umbry i czarnym autorstwa Jane Péheur. Potrząnąłnim jak uniesionąpięśią

–Cierpiałm razem z „ałąchuderlawą”. A ona walczył u mojego boku.

Znajdowaliśy sięna place du Palais-Royal, piją kolejne piwo na chodniku.

–Małąchuderlawą

Sam zesztywniał Ten jego sposó marszczenia brwi. Zawsze mrużłoczy, jakby intensywnie

rozmyśał

–Nie pamięasz prologu? „tóżtak. Te tutaj osoby odegrajądla was historięAntygony. Antygona to

ta mał chuderlawa, co tam przycupnęł i nic nie mói”.

Jego teatralny głs miałinne brzmienie. Szeptałjedwabiśie.

–Kiedy kurtyna idzie w góę aktorzy sąna scenie zajęi niepatrzeniem na nas, osłnięi czwartąśianą

–Czwartąśianą

Słszałm jużto wyrażnie, choćnie znałm jego znaczenia.

–Czwarta śiana to coś co nie pozwala aktorowi flirtowaćz publicznośią–odparłSamuel Akunis.

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: