Fragment książki Marty Obuch Precz z brunetami

link do książki

http://fraktalla.com/ksiazka/Obuch-Marta/Precz-z-brunetami,75011001710KS

 

 

Walduś przepadł.

Przepadł tak, jak tylko potrafi przepaść facet, kiedy znika z mieszkania kobiety, nie zostawiwszy po sobie nawet wciśniętej pod łóżko skarpetki. Po prostu któregoś wieczoru Madzia wróciła z pracy (robiła zdjęcia dla jednej z katowickich gazet) i w domu nie było już śladu po mężczyźnie życia, który pasł się przy jej boku przez ostatnie cztery jakże słodkie miesiące. Po pierwszym ataku babskiej histerii dotarła do niej brutalna prawda – ukochany nie konał gdzieś w drodze do szpitala jako ofiara wypadku samochodowego ani nie leżał na szynach kolejowych, gdzie dogorywał w drgawkach przejechany przez pociąg.

Po prostu ją zostawił.

Spakował się i wyniósł, nie zaszczycił jej nawet pożegnalną karteczką w stylu: „ODCHODZĘ!”, która, choć banalna w formie, niosłaby przynajmniej za sobą konkretną treść. Madzia wiedziałaby, na czym stoi. A tu chała. A może… Znowu zaczęła rozmyślać. A może Walduś wcale się nie wyniósł, tylko musiał nagle gdzieś wyjechać i nie zdążył jej poinformować? Może ukradli mu komórkę? Może ten pociąg, drgawki, masakra na drodze…

Może to wszystko wcale nie takie niedorzeczne?

Jednocześnie w zbolałej od nadmiaru pytań głowie Madzi błysnęła kilkoma karatami zdradziecka myśl: „Znowu będę mogła chodzić w szpilkach!”. W sekundę potem myśl zdechła, padła i ślad po niej nie pozostał. I co z tego, że znowu wskoczy w swoje ukochane butki, skoro Waldemar, skądinąd bez kapelusza ledwie metr siedemdziesiąt, przestał się włóczyć co ranek po jej sypialni.

A włóczył się zniewalająco!

Rozchełstany biały szlafrok, zmierzwione seksapilem czarne włosy i w ogóle… jakaż wielka, obezwładniająca męskość od niego biła. Buchała nawet! Musiała buchać, skoro do tej pory słowo „facet” oznaczało dla Madzi osobnika płci męskiej absolutnie około metr dziewięćdziesiąt, a tu proszę… Marna stosiedemdziesiątka i szał ciał. Nawet zmieniła dla niego łóżko. Bo jej dotychczasowa kanapka ze względu na rozmiary okazała się dla Waldusia przestrzenią absolutnie aseksualną. Madzia szarpnęła się więc i nabyła prawie statek kosmiczny, nie kanapę. Na takim łożu można było odlecieć już od samego leżenia, a co dopiero…

No właśnie.

Walduś okazał się bezkonkurencyjnym kochankiem – smak i technika pierwsza klasa, może tylko ten romantyzm pałętał się gdzieś poza łożem zdecydowanie, bo w pakiecie z kurduplem pod kołdrą go nie było. Za to Madzia nadrabiała wszelkie braki z nadwyżką: kupowała wybrankowi różne męskie drobiazgi, organizowała obiady i kolacyjki. A kuchciła znakomicie, co Waldek – wyborny smakosz – umiał docenić. Szczerze mówiąc, chyba nawet wyżej cenił sobie kulinarną osobowość swojej tymczasowej połówki niż względy okazywane mu przez nią na zakupionym łożu. Z półsłówek Madzia wydedukowała, że jest w tych sprawach za wygodna – oczekiwała, ha! męskiej inicjatywy. Tym wymaganiem jej luby zdawał się zniesmaczony. Kobieta powinna otwarcie wyrażać swoje chęci, choć on i tak zdecydowanie wolał być oporządzany, niż sam miałby oporządzać.

Ale kto by się tam czepiał szczegółów.

– Naprawdę, już bym wolała znać najgorszą prawdę, niż tak się męczyć – wyznała przyjaciółce przybitym głosem. – Ile to już minęło, jak go nie ma? Tydzień! Powiedz, czy ja byłam dla niego niedobra? A może mam krzywe kopyta, cztery miesiące chodziłam bez obcasów. Pierwszy raz w życiu, może mi się poskręcały?

Słowa te kierowała do Anety, czyli Nety, walczącej właśnie ze słodzikiem, który, skubaniec, za nic nie chciał wypluć kilku kalorii dla osłodzenia czarnej cieczy w filiżance.

Neta przyjęła pytanie z ironicznym uśmiechem.

– Moim zdaniem, z którym ty się w ogóle nie liczysz, więc nie wiem, po co pytasz, wręcz przeciwnie. Byłaś za dobra – stwierdziła. – Dobra nie w sensie: aureola mi świeci, ale… Wiem, byłaś za miękka! Faceci nie lubią miękkich kobiet… Co ja mówię? – zreflektowała się nagle. – Lubią, nawet bardzo, co to za komforcik mieć babę, która na wszystko pozwala. Ale nie liczą się z taką. To chciałam powiedzieć. Włażą jej na głowę, i tyle. A nóżki masz eleganckie, nie wydziwiaj.

– Chociaż nóżki… – Madzia pociągnęła nosem, ale humor jej się trochę poprawił. – Za dobra? To co, jakąś francę mam udawać czy jak? Teatrzyk Domowy przedstawia…? Przestań.

Odgrywanie przed bliską osobą, że jest się kimś innym niż w rzeczywistości, Madzia stanowczo wykluczała. Później nie miałaby pewności, kogo jej wybraniec obdarzył uczuciem: ją samą czy produkt, który mu w swojej głupocie podsunęła.

Neta zdawała się mieć inne zdanie.

– Dlaczego od razu teatrzyk? Każda baba jest trochę francą, musisz to po prostu z siebie wydobyć. Dla zasady… A ty się boisz, że koleś przestanie cię kochać, bo potrafisz walnąć pięścią w stół i powiedzieć, co ci się nie podoba. – Jakby na poparcie swoich słów zaczęła z zawziętością okładać plastikowym pudełeczkiem kuchenny blat. – Widzisz, ja to mam we krwi.

– Może faktycznie… Za grzeczna chyba byłam. – Madzia nie mogła nie przyznać przyjaciółce racji. Tak naprawdę zdarzało się, że upojne chwile z Waldusiem zakłócały czasem jej natrętne rozważania, czy ukochany aby nie terroryzuje jej odrobinę, ale szybko się z takimi paskudnymi myślami rozprawiała. Lepszy chyba facet męski i twardy niż rozmemłana, potulna sierota. – Czemu do facetów nie ma instrukcji obsługi? – spytała żałośnie.

– Bo każdego obsługuje się inaczej… A gdzie ten twój piękny pracował, może tam byś go poszukała? – zasugerowała Neta.

Madzia westchnęła głęboko i nieszczęśliwie.

– Już dawno bym to zrobiła, gdybym znała adres – musiała wyznać, chociaż domyślała się reakcji przyjaciółki.

I nie pomyliła się.

Neta zamarła ze słodzikiem w ręce.

– Czy ty…?

– Nie. – Madzia uprzedziła jej pytanie. – Nie żartuję. Wiem tylko, że ta jego firma komputerowa mieści się w Rudzie Śląskiej. Ale gdzie konkretnie, nie interesowałam się.

– To może chociaż dzwonił do ciebie z pracy?

– Dzwonił, ale na stacjonarny. Numer się nie wyświetla, a na bilingu figuruje numer zastrzeżony.

– Hmmm… – Neta postanowiła nie dobijać przyjaciółki i nie wyrażać swojego zdania w kwestii naiwności niektórych jednostek płci pięknej, chociaż właściwie wystarczyło na nią spojrzeć, żeby się domyślić, co sądzi.

– Wiem – powiedziała z poczuciem winy Madzia. – Masz mnie za zboczenicę i dziwadło. Ale co, miałam o wszystko wypytywać? Wydzwaniać, kiedy pracował, i żądać PESEL-u? Przestań, facet też chce sobie od baby odpocząć.

– Teraz to ty sobie odpoczniesz od chłopa – wyrwało się jednak Necie.

– Czyli faceta trzeba jednak tłamsić?! – zirytowała się Madzia.

– Czemu od razu używasz takich brzydkich słów? Tłamsić… Ja bym raczej powiedziała: trzymać rękę na pulsie, czuwać, dyskretnie kontrolować sytuację. Zaraz tłamsić! A poza tym… Powiedz, czy on faktycznie zasługuje, żeby się nim tak przejmować? Przypomnij sobie coś nieprzyjemnego, co ci zrobił. Trochę chyba tego było?

Madzia sięgnęła pamięcią do wcale nie tak odległych czasów.

No, owszem, trochę by się znalazło.

Święte oburzenie Waldka, kiedy zaglądał do kuchni, w której stały stosiki brudnych naczyń i garnki z hodowlą pleśni domowej (wielkie mi co…). Burczenie pod nosem nad zbieranymi po niej ciuchami, które z przyzwyczajenia rzucała na krzesło, zamiast pędzić ze ściągniętą z siebie garderobą od razu do szafy. Wreszcie, wymowne ściągnięcie brwi nawet przy tak głupiej czynności jak krojenie przez Madzię pomidora w grubaśne, czterocentymetrowe plastry, bo tak lubiła, a on, perfekcjonista i esteta, nie mógł na to patrzeć. I za każdym razem Walduś dawał upust swojemu rozczarowaniu.

I, co tu kryć, bywał w tym upuście nieprzyjemny.

Dotąd za nią chodził i suszył jej głowę, aż w końcu dawała za wygraną. Coś ją tam przy tej okazji drapało w duszy pazurami, a nawet wbijało te pazury aż do krwi, ale zaciskała usta i robiła, co chciał. A cienki plasterek pomidora wlatywał jej do żołądka tak szybko, że nawet nie czuła jego smaku.

Zaraz, czy ona naprawdę była tak nieprzytomnie szczęśliwa?

– Pomidora! Jak zaraz nie zjem pomidora, to zdechnę – oświadczyła z determinacją pod wpływem wspomnień. – Pomidora!

Neta spojrzała na przyjaciółkę ze zdumieniem, ale nie zgłosiła protestu. Wiadomo przecież, że kobiety różnie reagują, kiedy tracą obiekt westchnień. Jeśli może na to poradzić zwykłe warzywo…

– Idę po słodzik, bo z cukrem kawy nie wypiję, to ci przy okazji kupię. Ty w tym czasie może coś zrób. Zajmij czymś główkę, najlepiej rączkami. Nie wiem, wyszoruj podłogę czy coś. Wracam za chwilę.

– Rączkami to ja się dzisiaj mogę tylko upić – zakrzyknęła buntowniczo Madzia.

Ale tego Neta już nie usłyszała; zdążyła wyjść. Trzaśnięcie drzwiami zabrzmiało w opustoszałym mieszkaniu jednak nadzwyczaj nieprzyjemnie. Tak nieprzyjemnie, że Madzia westchnęła, jak umiała najciężej, i podeszła do lodówki. Nie miała dużego wyboru.

– Czysta… Ohyda! O, nie, dzisiaj nic mnie nie zniechęci – postanowiła. – Ty albo ja – powiedziała, sięgając zdecydowanym ruchem po butelkę. – Nie Krwawą, tylko Krwistą Mary, zakrwawioną zrobię. Za twoje zdrowie wypiję, Waldek. Żeby cię jasny szlag trafił!

Neta, która pobiegła po słodzik do siebie, czyli do bloku naprzeciwko, wróciła zaledwie po piętnastu minutach. Tymczasem właśnie kwadrans wystarczył Madzi na podjęcie decyzji, która przesądziła o jej przyszłym życiu, o czym ona sama nie miała w tym momencie zielonego pojęcia.

Waldusia należy odnaleźć.

Należy go odnaleźć i spojrzeć mu w twarz.

I albo mu w tę gębę napluć, albo z tej gęby usłyszeć słowa wyjaśnienia.

Koniec, kropka!

Neta zastała swoją przyjaciółkę zamyśloną nad szklanką jakiegoś przezroczystego płynu. Odbijająca się w nim twarz wyrażała wręcz morderczą zaciętość. Nie drgnęła, nawet kiedy Neta położyła na stole dorodnego czerwonego pomidorka.

– Halo! Łączymy się.

– Ja go znajdę – zapowiedziała Madzia twardo i przeciągle, nie spuszczając wzroku ze szklanki.

– Kogo?

– Jak to kogo? Waldusia!

– Tak? A to w jaki sposób? – zapytała z uprzejmym zainteresowaniem Neta, łapiąc za swoją kawę. – Przecież prawie nic o tym bubku nie wiesz. Pójdziesz do wróżki?

Madzia przeniosła spojrzenie na przyjaciółkę.

W jej oczach malowała się żądza krwi.

– Nie pójdę do żadnej wróżki, pójdę do… detektywa – oświadczyła z mocą.

Ostatnie słowo kazało Necie nachylić się nad Madzią i jej napojem. Zapach mówił sam za siebie.

– Ile tego wychlałaś? – spytała podejrzliwie.

– Wynajmę detektywa. – Madzia nie zważała teraz na nic. – I znajdę drania!

– Jakby tak wszystkie puszczone w trąbę latały do detektywów… Co to w ogóle za idiotyzm? Może raczej powinnaś wyciągnąć wnioski i położyć na jełopie krzyżyk? Zająć się zdjęciami? Wiesz co, może jednak sobie drinknij. – Neta poddała się i sama zaczęła szukać wzrokiem pustego naczynia.

Tymczasem unieruchomienie Madzi rozwiało się w sekundzie. Gwałtownie zerwała się na nogi i wpatrzona w jakiś punkt na ścianie zacisnęła pięści.

Jacy mężczyźni?

Jaka rozpacz i żal…?

– Drinknę, żebyś wiedziała. Zrobię Krwistą Marychę i drinknę, a potem poszukam detektywa. Chociaż nie, najpierw założę buty. – Nagle zmieniła zdanie i obróciła się na pięcie. – A ja z nim dzieci chciałam mieć! – rzuciła już z przedpokoju, gdzie w amoku otwierała szafę, po czym zaśmiała się tubalnie.

Przypomniała sobie o pięknych, czarnych pantoflach, które kupiła tuż przed pojawieniem się w jej M3 Waldemara, a potem z lekkim dziabnięciem w sercu schowała do pudełka na sto dwadzieścia długich dni. Poczuła naraz nieodpartą chęć włożenia ich na nogi.

I wszystko zaczęło wyglądać inaczej.

– Piękne, prawda? – Wkroczyła do kuchni jako całkiem inna osoba.

Buty zalśniły wytworną skórką.

I jednocześnie wizja Waldka jakby zbladła, sklęsła, chociaż, nie da się ukryć, wciąż dyszała astmatycznie gdzieś w oddali.

Madzia miała na punkcie butów regularnego bzika. Oprócz zdjęć – jedynego. Mogła cały miesiąc ciągnąć choćby na chińskich zupkach, ale jeśli poraziły ją jakieś buty, musiała je mieć. Nawet jeśli kosztowały połowę pensji. Na ogół nie ubierała się elegancko, nie miała czasu na żadne kobiece, oszałamiające zabiegi i turboszmaciane zakupy, zresztą trudno robić zdjęcia w seksownych szmatkach i nienagannej koafiurze. Często wręcz musiała wtopić się w tłum, żeby pstryknąć niespodziewanie migawką. W ciuszkach od razu byłaby widoczna, a to mogło oznaczać klapę. Te niedogodności zawodu rekompensowała sobie właśnie butami. Buty zawsze kupowała obłędne i wygodne. I czuła się w nich seksownie. Chociaż w nich.

– Widzę, że wracasz do życia – skwitowała z zadowoleniem jej przemianę Neta. – Słyszałaś, gdzie kobiety mają punkt G?

– No?

– Na końcu słowa shopping. Hi, hi. A, właśnie… Skoro już mowa o seksie, pociesz się, że dzieci nie będziesz miała z tym twoim, bo wyszłyby wam kurdupelki.

Małe Waldusie stanęły Madzi przed oczami jak żywe. I po raz pierwszy od paru dni dostała ataku wesołości. W duecie z Netą, oczywiście.

– Ale ja z tym detektywem nie żartuję – zastrzegła po chwili, a Neta poczuła, że bucha z niej jakieś gorąco. Zdaje się, że ta wariatka rzeczywiście myślała o wynajęciu… detektywa!

A jeśli Walduś się znajdzie?

Czy cała romansowa impreza zacznie się kręcić od nowa? Aż ścierpła na taką myśl. Energicznym ruchem zamieszała kawę i spróbowała. Zaraz skrzywiła się z niesmakiem.

– Zimna, nie znoszę zimnej. Mogę nową? Albo nie, polej mi też na żołądek, bo mnie ściska.

Madzia postukała w pantoflach do lodówki. Nalała do szklanki alkoholu i wyciągnęła z szuflady nóż. Aż zabłyszczał.

– A to po co? Ja tylko wódki chciałam. – Neta popatrzyła nieufnie.

– Pociacham pomidora, ty nalej soku pomidorowego. Nie wiem, czy to ta kolejność. Najpierw leje się wódkę czy sok?

– Nie mam pojęcia. Nigdy nie robiłam Krwawej Mary, ale nie słyszałam, żeby tam ktoś wrzucał żywego pomidora.

– Jak go pokroję, to już nie będzie żywy. Czy ja muszę robić wszystko tak jak inni?

– Nigdy nie robisz, w tym problem – zauważyła Neta, mimowolnie marszcząc czoło z dezaprobatą. – Tym detektywem też mnie zażyłaś, jak ty to sobie wyobrażasz?

– Popytamy znajomych, może ktoś jakiegoś zna. – Madzia jak zwykle wtedy, kiedy wymyśliła coś, delikatnie mówiąc, oryginalnego, nie widziała problemu. – To nie może być ktoś z ulicy. Koniecznie trzeba popytać.

– Tak, moi znajomi znają detektywów na pęczki. W Polsce każdy wynajmuje detektywa przynajmniej raz w roku. – Neta, zdegustowana pomysłem, wypiła od razu całość przygotowanego właśnie napoju. – Zośce w tamtym tygodniu zginął jamnik, zapytam, może korzystała z usług jakiegoś fajnego biura – dodała zjadliwie.

Madzia w odpowiedzi przyjrzała jej się wymownie, ale Neta nie pojęła rangi spojrzenia. Nalała sobie kolejną szklankę wódki i uzupełniła sokiem, a potem ponuro wzniosła toast.

– Twoje zdrówko! – Pociągnęła większy łyk i nagle zebrało jej się na szczerość. – Jak chcesz wiedzieć… ten twój Walduś zawsze wyglądał mi na świnię – powiedziała wojowniczo i czekała na reakcję Madzi.

– Ooo… a można wiedzieć dlaczego? – Ta zadała pytanie nieco oficjalnym tonem, choć bardzo się starała, by zabrzmiało neutralnie.

Owszem, po tym, jak Waldek ją potraktował, też jej się coś podobnego pałętało po widnokręgu, ale żeby tak od razu z grubej rury… Ten człowiek, mimo wszystko, dużo jeszcze dla niej znaczył. Pewnych sytuacji, przeżyć, spojrzeń nie da się tak od razu wymazać z pamięci, a tym bardziej z serca, chociaż zaczynała już do tego dojrzewać.

– Bo jemu odpowiadało, że to ty się do niego migdalisz, a on sam taki niby poważny, powściągliwy gość. – Neta dalej marudziła. – A tak się dla niego starałaś… Pasożyt, i tyle, rał… Pardon, raj na ziemi tu miał. Pamiętasz, jak się oburzyłaś, kiedy ci powiedziałam, że powinien się dokładać do mieszkania? – Czekając na odpowiedź, ponownie opróżniła szklankę i nalała sobie trzeciego drinka, którego także od razu wypiła. Ciurkiem, jak herbatę, nie zważając na drobny fakt, że zaczyna jej się dość poważnie kręcić w głowie.

– Ja do miłości podchodzę uczciwie – próbowała oponować Madzia, ale widziała, że jej argumenty docierają do Nety w zwolnionym tempie. Alkohol stanowczo źle na nią wpływał i prawie natychmiast po wypiciu uderzał do głowy. Przyjaciółce wystarczyło powąchać przysłowiową nakrętkę, żeby popaść w stan upojenia, o czym zdawała się w tym momencie nie pamiętać.

– Jak kretynka podchodzisz! Yyy… – Zamrugała oczami. – Wybacz kretynkę, nie chcę cię tu zwyzywać, ale mnie to już os… osłabia. Miłość miłością, ale najpierw popatrz dokładnie, do kogo uderzasz, a dopiero potem się w tej miłości taplcz, taplaj, czy jak tam… Plątek mi się pojęzykał. Język mi się plątka… plącze raczej. A do dupy z taką imprezą!

– To ja się miałam urżnąć – zaprotestowała cicho Madzia, w ostatniej chwili podtrzymując stołek, z którego Neta usiłowała wstać.

– Dlaczego my zawsze w tej kuchni pijemy, gadamy raczej? Kuchnia i kuchnia, przecież wyrko masz bycze jak…

Neta, odprowadzona na fotel w dużym pokoju, ułożyła się na nim i w ekspresowym tempie odpłynęła. Nie mogła więc przyglądać się dalszemu rozwojowi wypadków. Na przykład temu, jak Madzia przykrywa ją troskliwie kocem. Troskliwie, bo nie miała jej przecież za złe tych kilku słów prawdy, które padły w emocjach. W duchu częściowo przyznała Necie rację, ale Waldusia odnaleźć zamierzała.

A nawet więcej.

Postanowiła, że zacznie już teraz, po co czekać do jutra.

Niech sobie Neta trzeźwieje, ona weźmie byka za rogi. Ściągnęła pantofle, sprzątnęła kuchenne pobojowisko i ze szklaneczką Krwawej Mary w jednej ręce a „Wyborczą” w drugiej, również usiadła w fotelu. Przejrzała ogłoszenia, ale nie wpadło jej w oko nic ciekawego. Jak tu znaleźć detektywa? Może lepiej w Panoramie firm, a potem jeszcze w Internecie? Wyciągnęła z półki grubą żółto-czarną książkę i zaczęła wodzić palcem po stronach. Wtedy właśnie przyszło jej do głowy, nie wiadomo skąd, dziwne skojarzenie.

Waldek zniknął bez słowa.

Zupełnie jak… złodziej.

A może musiał nagle z niewiadomych przyczyn przed kimś uciekać? Na przykład przed policją? Była to jednak tak wydumana ewentualność, że Madzia nie poświęciła temu przypuszczeniu więcej uwagi.

A szkoda.

 

heart.jpg

 

Neta miała wyrzuty sumienia, że urwał jej się film w trakcie tak ważnej dla przyjaciółki rozmowy. Nie powinna była tyle pić, bo pić nie umiała. Tak samo niepotrzebnie uniosła się i nagadała wczoraj bzdur. Każdy ma prawo do własnej definicji miłości. Ale co zrobić, jak tylko wspomniała tego pacana, Waldusia, nóż jej się w kieszeni otwierał – w przenośni, oczywiście. A swoją drogą, nóż w tych odrażająco umięśnionych plecach prezentowałby się całkiem, całkiem.

Dlatego od samego rana, kiedy tylko otworzyła oczy, zastanawiała się, jak by wynagrodzić Madzi wczorajszy wieczór.

I wymyśliła!

Chce Madzia tego detektywa, niech ma.

Ona przypadkiem znała kogoś, kto znał kogoś, kto mógł znać takiego człowieka. Zamierzała właśnie skorzystać z przerwy w zajęciach i zadzwonić z tą rewelacją do przyjaciółki. Niestety, w gabinecie ktoś wisiał na telefonie, Neta musiała więc zejść do dziekanatu. Trudno, pani Kasia, sekretarka, trochę się nasłucha dziwnych opowieści.

– Madzia, jeszcze raz sorry za wczoraj – znowu zaczęła od przeprosin. – Nie gniewasz się?

– Już mnie bladym świtem męczyłaś tym sorrowaniem – wypomniała jej poranny pełen skruchy telefon. – Przestań mnie przepraszać, bo ja właśnie wstałam.

– Jak to wstałaś? Nie załamuj mnie, myślałam, że już jesteś na nogach. Dochodzi jedenasta! – Zerknęła na zegarek. Madzi to dobrze, nie musiała udawać przed studentami, że jest zupełnie, ale to zupełnie trzeźwa, podczas gdy w żołądku szum fal, a w głowie tupot mew… – Ja już miałam dwa wykłady. Na kacu. – Ostatnie słowa wyszeptała, gdyż wydawało jej się, że pani Kasia zastrzygła uszami. – Nie pamiętam, co mówiłam o ósmej, ale teraz poszło nieźle.

– Nie zapominaj, moja droga, że ty wczoraj odpłynęłaś o dziewiątej, a ja jeszcze siedziałam do drugiej w ciemni. Miałam przez Waldka straszne zaległości. – Madzia ziewnęła do słuchawki.

– Czy ty faktycznie chcesz szukać jakiegoś detektywa? – upewniła się Neta. – Nie pokręciłam czegoś? Pytam, bo Asia ma brata w policji, on pewnie kogoś zna. Mogę z nią porozmawiać.

– To porozmawiaj, dobranoc. – Madzia bez ceregieli zakończyła rozmowę.

Ledwie zdziwiona Neta odłożyła słuchawkę, usłyszała konfidencjonalny szept pani Kasi:

– Pani Anetko, czy ja dobrze słyszałam, że pani będzie się rozglądać za detektywem? Przepraszam, ale…

– Dobrze pani słyszała, moja przyjaciółka ma pewne kłopoty… – Neta nie czuła się upoważniona do zdradzania intymnych szczegółów z życia Madzi, więc zamilkła znacząco, co pani Kasia zinterpretowała na swój sposób.

– Małżonek zdradza? – Pokiwała ze współczuciem głową. – Pani Anetko, ja mam jednego takiego znajomego, syn koleżanki. Genialny chłopak, on już tyle spraw rozpracował, że szkoda gadać. Prowadzi biuro detektywistyczne, mogę polecić z ręką na sercu. – W tym momencie pani Kasia potarmosiła wylewający się zza biurka biust z takim zapamiętaniem, że Neta, chcąc skrócić te cierpienia, pozwoliła sobie wcisnąć do ręki wizytówkę rzekomego geniusza. Przeczytała.

– Bond’s Serwis? Matko, a co to? – wyrwało jej się mało taktownie.

– Tak ma być, pani Anetko! Mało poważnie, kamuflaż, rozumie pani. Bo on ma zleceń zatrzęsienie. Jakby było poważnie, toby już w ogóle nie mógł normalnie żyć. A tak wszyscy go sobie z polecenia biorą, on się nawet już nie ogłasza. A Bonda uwielbia od dziecka, sam też robi różne takie gadżety, wie pani… Papieros jako gaz pieprzowy ostatnio mi pokazał. Coś niesamowitego!

Netę usłyszane informacje raczej zniechęciły.

Od świrów wolała trzymać się z daleka.

– A koncesję ma? – zapytała uprzejmie, ale pytanie było chyba nie na miejscu. Pani Kasia spojrzała na nią pełna potępienia i znowu złapała się za serce.

– Ja tylko pytam.

– On ma wszystkie koncesje i nie tylko. Pani przyjaciółka będzie zadowolona, choć on nie lubi sercowych spraw, od sercowych woli przestępstwa. No, chyba żebym z nim pogadała… To już jak pani chce. Nie namawiam – dodała wyraźnie urażona i wróciła do papierów.

Widać było, że za tego swojego Bonda dałaby sobie co najmniej pierś uciąć.

– W sumie co mi szkodzi, niech pani pogada. – Po krótkim zastanowieniu Neta zmieniła jednak zdanie.

Pani Kasia w jednej chwili rozpromieniła się nieziemsko i złapała za słuchawkę.

– No, to już! Pani zaczeka chwileczkę, ja przedzwonię i wszystko będzie wiadomo. Przemiły chłopak, mówię pani! – Wystukała numer i po chwili szczebiotała już przymilnie: – Dzień dobry, Mareczku. Mówi Kasia, koleżanka mamusi, poznajesz po głosie? Oczywiście? No to bardzo się cieszę, bo widzisz, mamy tu z jedną moją znajomą kłopot i od razu pomyślałam o tobie. O męża chodzi. – Tu się lekko zawahała, widząc Netę protestującą gwałtownie rękami. – Poczekaj chwileczkę…

– Pani Kasiu, to nie mąż i chyba nawet nie chodzi o zdradę, ale o zniknięcie czy zaginięcie, cholera wie – zaplątała się Neta.

Pani Kasia pojęła w lot.

– Mareczku, może będzie lepiej, jak ona sama ci wszystko wyjaśni – zakwiliła ponownie. – Dziękuję serdecznie, pozdrów mamusię!

Neta dość niepewnie przejęła wciśniętą jej słuchawkę.

– Dzień dobry, z tej strony Aneta Polańska. – Starała się, żeby ton nie zdradził jej sceptycznego nastawienia. – To właśnie ja, to znaczy nie ja, tylko koleżanka koleżanki, której zaginął… – przełknęła ślinę – narzeczony.

W tej samej chwili pomyślała, że Madzię, nieszczęsną, zachwyciłaby ta matrymonialna nomenklatura, choć ostatnie słowo ledwo przeszło jej przez gardło. No cóż, trzeba trzymać fason przed panią Kasią. W porównaniu z gachem czy kochankiem „narzeczony” brzmiał w uczelnianym wnętrzu daleko bardziej elegancko.

– Witam, Kłosek. – W słuchawce zabrzmiał męski głos tchnący, o dziwo, profesjonalizmem. – Na początek proszę powiedzieć, kiedy narzeczony wyszedł z domu i czy koleżanka zgłosiła już zaginięcie.

Netę lekko sparaliżowało.

Jakkolwiek by nie patrzeć, była to pierwsza w jej życiu rozmowa, o rany, z detektywem!

– Koleżanka nie poszła na policję, bo sądzi, że nie ma takiej potrzeby. A ten pa… – w ostatniej chwili ugryzła się w język – …ten pan wyszedł z domu równo tydzień temu i na szczęście nie daje znaku życia.

– Na szczęście? – W głosie mężczyzny usłyszała rozbawienie.

– A jak powiedziałam? – Lekko się spłoszyła. – Na nieszczęście miało być.

Co też człowiek plecie, kiedy się rozpędzi.

– Dobrze, porozmawiamy na miejscu. Z tym że ja mogę albo dzisiaj, powiedzmy… o dwudziestej pierwszej, albo dopiero za tydzień. Inaczej nie dam rady, co pani na to?

– Super, o dwudziestej kończę trening, Madzia ma teraz zawsze czas, więc bez problemu dzisiaj.

– Trening? Aaa… – tym razem wyczytała w głosie rozmówcy wahanie – można wiedzieć, co pani trenuje? Skrzywienie zawodowe – usprawiedliwił swoją ciekawość.

– Żadna rewelacja, ale życiowo przydatna. Karate. – Neta nie lubiła opowiadać o swoim hobby mężczyznom, gdyż zazwyczaj po tej informacji zaczynali traktować ją z dystansem, dlatego szybko ucięła temat. – To… do widzenia. Adres na wizytówce aktualny? – upewniła się jeszcze i zakończyła rozmowę.

Zastanawiające. Czy jej się wydawało, czy faktycznie pałętał się między nimi to w tę, to w tamtą jakiś impuls? Bynajmniej nie telekomunikacyjny.

Biust pani Kasi zafalował niczym wydymana wiatrem firanka.

– I co, prawda, że milutki?

 

heart.jpg

 

– Bond’s Serwis? – Madzi trudno było ogarnąć nazwę fonią, przeszła więc na wizję i od pewnego czasu wpatrywała się z niedowierzaniem to w Netę, to w wizytówkę. – Nazwa jest co najmniej… debilna – wyraziła bez ogródek opinię. Waldka zamierzała odnaleźć, a to oznaczało, że miała oddać sprawę we właściwe ręce. – Chyba nie mówisz poważnie. Bond? – Ostatnie słowo wymówiła z pobłażaniem.

– Mnie osobiście najbardziej podobał się Connery, a tobie? – Neta paplała wesoło ożywiona rozmową z detektywem i zdawała się w ogóle nie zauważać wątpliwości przyjaciółki. – Bo Brosnan… nie wiem zresztą, nie mogę się zdecydować. Też niezły kawałek 007.

– Connery jest fajny teraz, prawie rocznik dla mnie, hi, hi. – Madzia na chwilę dała się wciągnąć w konwersację i wyszła z roli, ale szybko wróciła do poprzedniego tematu. – A co z tym? – Pomachała wizytówką. – Bond, też coś. Przecież to idiotyzm!

Neta wzruszyła ramionami.

– Jak z nim gadałam, nie sprawiał wrażenia… idioty, dlatego się umówiłam. Czasem najlepsze rzeczy zaczynają się kretyńsko, a te wspaniałe padają na twarz w przedbiegach.

– Co racja, to racja. – Madzia złożyła broń, w końcu wiedziała co nieco o głupich pomysłach. – Teatralna? Przynajmniej w centrum. Gdybym miała jechać do Chebzia, nie zaciągnęłabyś mnie tam nawet karetą.

– To co, jedziemy?

– Raz kozom śmierć…

Na Teatralnej przed godziną dwudziestą pierwszą słyszało się odgłosy miasta komunikujące, że młodzież cieszy się początkiem wakacji. W zalegającym na ulicy mroku unosił się ekscytujący szumek, w którym mieszały się odgłosy z knajp, kafejek i innych miejsc obleganych przez długonogie i gołopępne dziewczyny i ich wyfiokowanych młodzieńców. Jednak Teatralna nie była ulicą letnich ogródków. Tu już nikt się nie kręcił. Prawą stronę ulicy zajmował Teatr Wyspiańskiego, po lewej natomiast znajdowały się sklepy i gmachy użyteczności publicznej. W tym największym – budynku katowickiego ZUS-u wykonanym w całości z błękitnego szkła – odbijał się blady, ale już obecny na niebie księżyc.

Dziewczyny rozejrzały się bezradnie.

– I co, żadnego szyldu sobie nie pierdyknął? – spytała z niechęcią Madzia. Zapał do pomysłu Nety zdążył już jej przejść.

– Podobno mu nie zależy. I tak ma klientów… Teatralna dziewięć A, idziemy? To chyba na końcu, bo ulica jest przecież krótka.

Budynek opatrzony wspomnianym numerem był, jak na złość, jedyną odpychającą kamienicą na całej ulicy. Brudny, zaniedbany, z odpadającą od ścian farbą bardziej przypominał menelownię niż siedzibę agencji detektywistycznej. Po uchyleniu drzwi, których nie zamknięto pomimo zainstalowanego domofonu, Madzię i Netę dosięgła zdecydowanie nieprzyjemna woń. Na klatce panowała ciemność, a z wnętrza zapuszczonego domiszcza dolatywał upiormy dźwięk kojarzący się ze skrzypieniem nienaoliwionych drzwi tudzież z obrabianiem czegoś na tępej szlifierce. Dźwięk powodował gęsią skórkę nawet na brwiach.

Madzią budynek dosłownie wstrząsnął.

– Aż miło wejść… Czy to też specjalnie, bo mu nie zależy na klientach? – zapytała ironicznie. – Tak, to jest to! Tego szukałam. Bond’s Serwis, perełka śląskiej detektywistyki!

– Dobrze, że chociaż humor cię nie opuszcza. Madzia, jak już tu jestem, nie myśl, że zrezygnuję – zastrzegła Neta, widząc, że przyjaciółka szykuje się do odwrotu. – Latarka jest w aucie, jakby co, ale najpierw proponuję czynność dla dwóch blondynek banalną. Odnalezienie pstryczka. – Mówiąc to, wkroczyła odważnie w bramę niczym w rozwartą paszczę cuchnącego odchodami potwora.

Po chwili na klatce schodowej rozlało się mętne, żółtawe światło. Dźwięk jednak nie ustawał i rżnął uszy dalej.

– A tego nie umiesz wyłączyć? – spytała ponuro Madzia, ale wcale nie czekała na odpowiedź. – Co to może być, i o tej godzinie? U nas już by wzywali policję.

– Chodź na piętro, bo zdaje się, że ten koń właśnie gdzieś tu na blachę leje. Wyżej tak nie słychać.

– Koń? – Madzia nie zrozumiała. – Jaki koń?

– Takie powiedzenie jest…

– To ze śmiechem ma być ten koń, wariatko. Mówi się tak, jak ktoś się idiotycznie śmieje, a nie jak słychać dźwięki. Polonistka…

– Daj spokój. Ciszej tu, ale nigdzie nie widać tabliczki. – Neta rozejrzała się po piętrze. – Chodźmy wyżej.

Obejrzały dokładnie każdą z kondygnacji. Na próżno. Biura nie było. Bynajmniej się nie zmartwiły. Budynek, aczkolwiek już oświetlony, nie stał się nagle hotelem Sobieski. Schodziły więc zadowolone, że za chwilę znajdą się na świeżym powietrzu i wskoczą do auta, gdy raptem z drzwi na półpiętrze wychylił się zapijaczony chłopek, który wyglądem przywoływał skojarzenie z – wypisz, wymaluj – korniszonem.

Malutki, chudziutki i zielonkawy na twarzy. Uradowana fizjonomia nakrapiana była obficie kwitnącymi krostami, a wraz z nim na korytarzu zawitał smrodek alkoholu. Wąskie przejście między piętrami sprawiło, że Madzia z Anetą szybko znalazły się w tej woniejącej chmurce. Fuj!

– Proszę, proszę, zapraszam panie do środka. – Facet zaszurał kończynami w ukłonie.

Po pierwszym zaskoczeniu odetchnęły. Pijaczyna był nieszkodliwy. Należało go po prostu grzecznie przeprosić i iść dalej. Przepraszanie wzięła na siebie Neta, która czuła się odpowiedzialna za zorganizowanie tej wycieczki.

– Dziękujemy, szukamy detektywa. A może pan wie, czy w tej kamienicy jest jakiś Bond’s Serwis? – spytała raczej bez nadziei na odpowiedź.

Zdziwiła się, gdyż facet najpierw potrząsnął głową, jakby przywoływał się do porządku, potem wyszedł na klatkę, zamknął za sobą starannie drzwi i w miarę składnie odpowiedział:

– Bond? James Bond? Na dole, jak do piwnicy. Buźka! – Posłał im obśliniony pocałunek, po czym zszedł pierwszy, wzbudzając w dziewczynach podziw dla akrobatyki schodowej.

Musiało istnieć coś takiego, facet był w tej dziedzinie mistrzem. Wszystkie figury odwalił w kapciach! Zejście najwyraźniej przeżył, gdyż na dole usłyszały:

– Spokoju trochę dla porządnych ludzi! Spokooojuuu!

Faktycznie, dźwięk jakby tężał i rósł. Poza tym przeszedł w inną jakość. Co parę sekund zapadała grobowa cisza i coś rzęziło dalej, zacinając się i charkocząc.

– Znajdźmy wreszcie tego Bonda i spadajmy stąd. – Madzia była u kresu wytrzymałości psychicznej. Miała wrażenie, jakby trafiła do innego świata: okropny dom, okropne dźwięki, okropni mieszkańcy…

Na szczęście zawiany akrobata nie pomylił się w ocenie sytuacji. Tuż przy zejściu do piwnicy, za załomem ścian, odnalazły drzwi. Nie zajrzały tam wcześniej, gdyż piwnica z daleka odpychała i trudno było podejrzewać, że w jej sąsiedztwie może znajdować się mieszkanie, a co dopiero biuro. Na drzwiach, o dziwo porządnych, widniała cyfra cztery i złota, a jakże, tabliczka z wygrawerowanym, znanym im już z wizytówki, napisem. Drzwi były lekko uchylone i to właśnie stamtąd niósł się ten makabryczny dźwięk przetwarzany teraz w głowie Madzi w kwiczenie zarzynanego prosiaka.

Spojrzały na siebie i wspólnie podjęły niewypowiedzianą decyzję.

Weszły.

W środku zacharczało jeszcze rzęźliwiej.

 

 

 

 

 

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: