http://fraktalla.com/ksiazka/Ornacka-Ewa-Pytlakowski-Piotr/Wojny-kobiet,71363200208KSRozdział 2

Lucyna, oskarżycielka mafii

 

Ta historia ma początek nad mazurskimi jeziorami. W ostatni dzień maja 2003 roku w okolicach Kisielic koło Iławy zaginęli dwaj mężczyźni. Pracowali w szarej strefie, sprowadzali z Litwy papierosy bez akcyzy. I chociaż obaj trzymali się z dala od przemytników zrzeszonych w gangi, jako wolni strzelcy nie mieli szans na przetrwanie. Zostali zamordowani, a ich ciał dotąd nie odnaleziono. Tamtego dnia świat ich żon rozpadł się na miliony kawałków. Aby poskładać go na nowo, wdowy musiały stawić czoło śmiertelnie groźnej organizacji. W walce z tzw. polską mafią okazały się skuteczniejsze niż policja: zdemaskowały bezkarnego przez lata capo di tutti capi, oskarżyły go o podwójne zabójstwo i posłały na dożywocie.

 

 

 

Niezwykłą historię dwóch zwykłych – jak mówią o sobie – kobiet opowiada nam jedna z nich, Lucyna Biej. Umawiamy się w jej domu w Policach.

– Gdyby nie zaufanie, jakim darzyliśmy się w małżeństwie, prawda o losie mojego męża i jego kolegi, Jerzego Ornowskiego, prawdopodobnie na zawsze pozostałaby mroczną tajemnicą – zaznacza już na wstępie. – Policja wmawiała nam przecież, że Staszek i Jurek porzucili nas dla młodszych kobiet i wyjechali z nimi w siną dal. Nigdy w to nie uwierzyłyśmy.

– Co dało wam taką siłę do działania? Chęć zemsty, pragnienie sprawiedliwości?

– Przede wszystkim miłość – odpowiada bez wahania Lucyna. – W tej historii jest więcej miłości niż walki.

– Lubimy miłosne historie.

– W takim razie zapraszam do środka. – Uśmiecha się ciepło.

 

 

Szkolna miłość

 

Wypatrzyła sobie męża już w podstawówce. Staszek Biej przerastał o głowę wszystkich chłopaków z klasy. Miał ciepły głos i zniewalający uśmiech. O zgodę na ślub musieli prosić sąd – Lucyna zaszła w ciążę, zanim oboje stali się pełnoletni. Urodziła dwóch synów: najpierw Daniela, po kilku latach zaś Rafała (o młodszym mówi „skóra zdjęta ze Staszka”). Spędzili ze sobą ponad 20 lat.

– Kiedyś, gdy chłopcy byli jeszcze mali, pojechaliśmy we czwórkę na wczasy do Zakopanego – wspomina Lucyna Biej. – Ostatnie pieniądze wydaliśmy pod Gubałówką. Kupiliśmy szczeniaka, bernardyna. Mała, puchata kulka, cały bialutki. Nazwaliśmy go Baca. Staszek stracił dla niego głowę. Szczeniak wyrósł na olbrzyma, który bał się burzy. Kiedy zaczynało grzmieć, wpadał w panikę. Przeskakiwał ogrodzenie i gnał na oślep przed siebie. Mówiliśmy, że Bacuś poszedł w szkodę. Czasami mąż szukał go całymi nocami. A gdy już znalazł – brudnego i przemoczonego – wyzywał od najgorszych: „Gdzie się szlajałeś, łajzo?”. Ale w domu tulił się do niego jak dziecko do pluszaka – mówi. – Był miłością mego życia. Bawił i wzruszał mnie do łez. W ogóle nie umiałam gniewać się na niego. Nie mieliśmy cichych dni. Jeśli już o coś miałam „focha”, to jedynie o to, że był łatwowierny. Zupełnie nie dostrzegał, że ludzie go wykorzystywali. Dla synów był wzorem. Potrafili we trzech godzinami grzebać w silnikach samochodowych. A dla mnie był całym światem. Okazywał mi uczucia… motoryzacyjnie. – Uśmiecha się do wspomnień. – Kupował mi nowe samochody, chociaż wcale go o to nie prosiłam. Przyzwyczaiłam się do swojego mercedesa, ale on uważał, że jest dla mnie za wolny. Któregoś dnia wziął tego mercedesa do przetestowania i stwierdził, że w razie zagrożenia na drodze nie zdążę uciec. Nieważne było, że lubiłam to auto. Uparł się i kupił szybsze, nowocześniejsze. „Kocham cię, dlatego musisz mieć najbezpieczniejszy samochód”, tłumaczył cierpliwie, podczas gdy ja kręciłam nosem. Dbał potem, żeby nowy nabytek był czysty, bo ja nie miałam nawyku jeżdżenia do myjni. „To wstyd, żeby kobieta takim brudnym autem jeździła”, ganił mnie za każdym razem, oddając kluczyki.

Lucyna przekonuje, że pieniędzy im nie brakowało. Jej mąż był obrotny, nie bał się ryzyka. Zanim zajął się przemytem, prowadził firmę handlującą stalą, miał lombard, kupował nieruchomości. Mogła skupić się na wychowywaniu dzieci i nadzorowaniu budowy domu. Kiedy chłopcy podrośli, zaczęła prowadzić butik. Jest krawcową, z czasem otworzyła salon sukien ślubnych. Jej kreacje niczym nie ustępują projektom ze znanymi metkami.

Jednak to nie suknie dawały największy zastrzyk gotówki, ale sprowadzane z Litwy papierosy bez akcyzy. Staszek zrzucił się z dwoma kolegami na tira z towarem. Włożyli po trzydzieści tysięcy złotych. Jednym ze wspólników był mąż Henryki – Jerzy. Pracował kiedyś w komendzie wojewódzkiej policji jako kierowca. Odszedł i założył firmę transportową. Staszek i Jurek zaprzyjaźnili się, mieli do siebie zaufanie.

Staszek konsekwentnie unikał rozmów o papierosachmówi Lucyna. – „Zajmij się domem, a o moje interesy nie pytaj”, ucinał, gdy drążyłam temat. Martwiłam się o niego. Bałam się, że trafi do więzienia. Uspokajał, że za to grożą jedynie kary finansowe. Pewnego razu, gdy wpadł jeden transport, mąż spodziewał się, że policja po niego przyjdzie. Pamiętam, co mi wtedy powiedział: „Nie bój się. Nic nikomu nie jestem winny, więc nikt nie ma prawa żądać od ciebie pieniędzy. Swoją działkę zawsze biorę na końcu”.

Mylili się oboje, sądząc, że to policja jest zagrożeniem.

 

 

 

Podróż na dwa auta

 

Lucyna Biej i Henryka Ornowska po raz ostatni widziały mężów 30 maja 2003 roku. Wyjeżdżali do Piły w interesach granatowym audi Jerzego, najnowszym modelem. W Polsce było wtedy tylko kilka takich aut. Zapowiedzieli, że wrócą wieczorem. Stanisław dzwonił do Lucyny z drogi, ale nie odebrała. Była wtedy w hurtowni, pojechała po materiał na suknie, nie miała czasu rozmawiać. Oddzwoniła po kilku godzinach, pod wieczór. „Tak tylko dzwoniłem. U mnie wszystko w porządku” – powiedział.

Żona Jerzego była tamtego dnia w auli uniwersyteckiej na absolutorium kuzynki. Tam odebrała telefon od męża. Mówił, że nie pojechali do Piły – jak planowali – tylko na Mazury. „Jesteśmy u Jana. Coś idzie nie tak” – powiedział. W auli było głośno, ledwie go słyszała. Wstała z miejsca. Ruszyła do drzwi. „Zaraz do ciebie oddzwonię. Muszę tylko wyjść na korytarz” – wyjaśniła i rozłączyła się. Nie przypuszczała nawet, że to była ich ostatnia rozmowa.

Dzwoniła setki razy. Telefon Jerzego już nie odpowiadał.

Lucyna pamięta, że Henia szalała z niepokoju i ponaglała ją, by skontaktowała się z mężem. Lucyna zadzwoniła więc do Staszka, ale jego komórka też była wyłączona.

– Uspokajałam Henię, chociaż udzielało mi się jej zdenerwowanie – opowiada. – Dziwiło mnie, że Staszek i Jurek zamiast do Piły pojechali na Mazury. Nie miałam pojęcia, kim jest ten Jan, o którym mówił Jurek. Nigdy o nim nie słyszałam. Pocieszałam Henię, jak mogłam, bo naprawdę myślałam, że chłopaki popiły i rozładowały im się komórki. Czasami mieli szalone pomysły. Kiedyś, też w trasie, siedzieli gdzieś w przydrożnym zajeździe i zobaczyli program o niepełnosprawnym chłopcu z domu dziecka. Jego marzeniem było mieć komputer, chciał być programistą. Zamiast wrócić do domu, jak zapowiadali, następnego dnia pojechali do tego domu dziecka. Po drodze kupili komputer, o jakim marzył bohater reportażu. Byłam przekonana, że teraz też coś im strzeliło do głowy. Mówiłam to Heni, jednak ona już wtedy miała złe przeczucia. Mnie tknęło dopiero następnego dnia, kiedy telefon męża – jak nigdy dotąd – wciąż był wyłączony.

Pełna obaw Lucyna z samego rana pojechała do Heni. Skontaktowały się z trzecim wspólnikiem od papierosów. Dowiedziały się od niego, że Jan, do którego pojechali ich mężowie, to lokalny działacz samorządowy z Kisielic koło Iławy. Od lat jest przykuty do wózka inwalidzkiego. Z racji kalectwa ma pseudonim Kulawy. Zdobyły jego telefon i adres. Wsiadły do samochodu, zatankowały do pełna i tak jak stały, wyruszyły na Mazury.

Były zdesperowane, ale nie na tyle, aby jechać same. Drugim samochodem wyruszyli ich synowie. One pojechały przez Piłę, oni przez Gdańsk – na wszelki wypadek, bo nie było wiadomo, jaką trasą podróżowali zaginieni. W każdym mieście sprawdzały szpitale, pytając, czy nie doszło może do wypadku z ich udziałem. Zatrzymywały się też na wszystkich stacjach benzynowych, dowiadując się, czy nie tankowano granatowego audi, najnowszego modelu.

Do Kisielic dotarły w środku nocy. Z samego rana wykręciły numer Jana R. „Teraz nie mogę was przyjąć. Jestem po imprezie rodzinnej. Czekajcie do dziesiątej” – usłyszały jego zaspany głos. W tym samym czasie synowie Heni i Lucyny dojeżdżali do komisariatu w Iławie. Poinformowali dyżurnego, że ojcowie zaginęli, a matki jadą właśnie do Kulawego. Policjant zalecił ostrożność. „To podejrzany człowiek, waszym matkom grozi niebezpieczeństwo” – powiedział bez ogródek.

Lucyna i Henia nie wytrzymały do dziesiątej. „My nie śpimy, pan też nie będzie spał” – oświadczyły Janowi R. przez telefon. Próg jego rezydencji, ukrytej za wysokim murem, przekroczyły godzinę przed czasem. „To istna forteca. Widać gospodarz ma wiele do ukrycia” – myślały. Wtedy jeszcze nie miały pojęcia, że w drodze do Jana R. były bacznie obserwowane. Kierowca schowany za ciemną szybą nie spuszczał z nich oka. Jechał za nimi przez całe Kisielice. Synowie Lucyny i Henryki zostali na stacji CPN. Umówiły się z nimi, że chłopcy będą co jakiś czas dzwonić i sprawdzać, czy z matkami wszystko w porządku.

Podczas spotkania z żonami zaginionych Jan R. nie grzeszył uprzejmością. Kiedy zasypały go pytaniami o mężów, lawirował, nie patrząc im w oczy. Opowiadał w kółko o chorej matce i swoich obolałych nerkach. Najpierw w ogóle zaprzeczał, że Stanisław i Jerzy byli u niego. Ale one nie dały się zwieść. Powiedziały, że Jerzy telefonował do żony właśnie z Kisielic i przekazał, że są u Jana. Kulawy żachnął się i tłumaczył pokrętnie. „Byli i pojechali” – przyznał w końcu, nie wchodząc w szczegóły. Wyraźnie nie pasowała mu ta rozmowa. – „Idźcie na policję. Ja wam pomóc nie mogę”. – Rozkładał ręce zirytowany.

Henia wpadła w furię, a ja płakałamopowiada Lucyna. – Błagałam żonę Kulawego, żeby nie robili krzywdy naszym mężom. „Oddamy wam wszystko, co mamy, tylko pozwólcie im odejść”. Ale ona była niewzruszona. Patrzyła na nas z pogardą i spuściła ze smyczy dwa ogromne owczarki kaukaskie. Uciekałyśmy stamtąd ile tchu w piersiach. Dochodziła dziesiąta. Właśnie o tej porze miałyśmy się zjawić u Kulawego. Przed domem panował spory ruch: parkowały jakieś samochody, schodzili się jacyś mężczyźni. Wyglądali groźnie. Rozmawiali przez komórki i blokowali wyjazd z posesji. Wybiegłyśmy przed bramę, przedarłyśmy się przez szpaler „mięśniaków” i na miękkich nogach pognałyśmy do zaparkowanego kilkadziesiąt metrów dalej auta. Odjechałyśmy w popłochu – mówi i kontynuuje: – Wiele miesięcy później zobaczyłyśmy tych mężczyzn ponownie. Trwało już śledztwo, a oni mieli w nim status podejrzanych o zabójstwo naszych mężów. W lokalnym półświatku mówiono o nich Kacpry, od pseudonimu szefa grupy, blisko dwumetrowego Marcina K. pseudonim Kacper.

Kacpry słynęli z okrucieństwa i całkowitego oddania „Kulawemu”. Byli gotowi zrobić dla niego wszystko. Pochodzili z Elbląga. Świadkowie zeznawali, że to oni uprowadzili mężów Lucyny i Henryki. Opowiadali prokuratorowi, że grupa Kacprów zjechała do domu Kulawego, gdzie Stanisław i Jerzy rozmawiali z gospodarzem. Mieli na twarzach kominiarki. Wpadli i wypadli. Wykręcili przyjezdnym ręce, obezwładnili ich i wywieźli białym busem nie wiadomo dokąd. Świadkowie przekonywali, że Kacpry już wcześniej przeprowadzali takie akcje. Los uprowadzonych przez nich ludzi podobno wciąż jest nieznany. Policjanci z Centralnego Biura Śledczego w Olsztynie pokazali kobietom tablice ze zdjęciami Kacprów. Nie miały wątpliwości, że to oni zjechali się o dziesiątej. „Groziło wam śmiertelne niebezpieczeństwo” – usłyszały wtedy. – „Przyjechali was zabić, bo robiłyście za dużo szumu. Gdybyście zjawiły się u Kulawego o umówionej porze, śladu by po was nie było”.

 

 

 

Od detektywa do jasnowidza

 

Po powrocie z Mazur natychmiast zgłosiły w swoim komisariacie zaginięcie mężów, ale odesłano je do Iławy, „bo tak będzie szybciej”. Znów pokonały setki kilometrów, ponieważ czas mógł mieć decydujące znaczenie. Jednak policjanci znad wielkich jezior nie potraktowali sprawy poważnie.

– Sugerowali, że powinnyśmy wrócić do siebie i cierpliwie czekać, aż mężowie wytrzeźwieją i znajdą drogę do domów – opowiada Lucyna. – Na samo wspomnienie krew mi się burzy! Po dwóch miesiącach funkcjonariusz z Iławy radził: „Dajcie sobie spokój. Sprawa i tak będzie umorzona. Wasi mężowie pewnie wylegują się gdzieś na ciepłej plaży”. Czułyśmy się bezradne i upokorzone. Postanowiłyśmy wynająć detektywa, tego najsłynniejszego i – podobno – najskuteczniejszego. Widziałyśmy jego program w telewizji, sprawiał wrażenie supermena. Detektyw skasował dwadzieścia cztery tysiące i dostał nasze pełnomocnictwo do poszukiwań. Aby się czegokolwiek dowiedzieć, jeździłyśmy za nim po Polsce, gdyż nie miał czasu spotkać się z nami w umówionym miejscu o wyznaczonej porze. Kiedyś umówił się z nami we Wrocławiu. Henia została w domu i usiłowała się do niego dodzwonić, co wcale nie było łatwe. W końcu odebrał. Zaspanym głosem oznajmił, że jest w Łodzi. Wkurzyłam się i zawróciłam do domu. Innym razem wyznaczył nam spotkanie w swoim biurze poselskim. Ale to nie on na nas tam czekał, tylko my na niego. Posła-detektywa nie było, ponieważ wybrał się z córką na konie. Jeździłyśmy za nim również do Gdańska i niestety, był to stracony czas. Już podczas pierwszego spotkania w Zgorzelcu, gdy przekazywałyśmy mu pieniądze, oznajmił, że nasi mężowie prawdopodobnie nie żyją – wspomina Lucyna Biej. – Wyjaśnił, że miał już do czynienia z Janem R. i wie, co to za człowiek. „Jeżeli wasi mężowie robili z nim interesy, a do tej pory nie wrócili do domów, to spotkało ich najgorsze”, usłyszałyśmy. Chciałyśmy konkretów, bo wziął honorarium, a wciąż nas zwodził, jednak w końcu, na prośbę policji, cofnęłyśmy mu pełnomocnictwo. Bardziej przeszkadzał, niż pomagał – podsumowuje.

Detektyw powiedział im jeszcze o jednym, czego wówczas nie chciały przyjąć do wiadomości: „Nie odnajdziecie zwłok. Oni zostali zmieleni”. Miało do tego dojść na terenie masarni Kulawego. Tak okrutne, że aż niewiarygodne. Może właśnie dlatego podświadomie odrzucały tę wersję. Wciąż miały nadzieję, że „to się nie dzieje naprawdę”. Szukały Staszka i Jurka wśród żywych, a nie martwych.

– Śledztwo stało w miejscu, a my nie potrafiłyśmy biernie czekać – opowiada dalej Lucyna Biej. – Musiałyśmy działać, i to natychmiast. Pojechałyśmy do Warszawy, wzięłyśmy udział w programie redaktora Fajbusiewicza. Kiedy zobaczyłyśmy na ekranach hipotetyczną rekonstrukcję zbrodni, to zabrakło nam tchu w piersiach. Aktorzy odgrywający zabójców, niczym w gangsterskim filmie, przewiercali kolana „naszym mężom”, a potem likwidowali zwłoki. W rzeczywistości Staszek i Jurek nie byli gangsterami. W imię czego mieliby ginąć w mękach? Dlaczego w ogóle ktokolwiek mógł chcieć ich śmierci? Policja apelowała w tym programie o pomoc, szukała świadków, tropu, czegokolwiek. Po emisji 997 rozdzwoniły się telefony. Różni ludzie mówili różne rzeczy: że widzieli, że słyszeli… Nic się nie potwierdziło. Kontaktowali się z nami więźniowie z różnych zakładów karnych. Prosili, aby do nich przyjechać, bo „mają wiedzę o sprawie”. Jechałyśmy na darmo. Żerowali na naszym nieszczęściu, chcieli wyłudzić pieniądze.

Ruszyły w Polskę, by porozwieszać plakaty ze zdjęciami zaginionych mężów i samochodu, którym jechali. Obiecywały nagrodę za informacje, dzięki którym uda się ich odnaleźć. Najwięcej plakatów ponaklejały na stacjach benzynowych w Pile, Iławie, Elblągu i Gdańsku, czyli tam, gdzie Stanisław i Jerzy mogli zawitać podczas swojej ostatniej podróży.

Do jasnowidza z Człuchowa wysłały synów. O Krzysztofie Jackowskim słyszały różne opinie, nie zawsze pochlebne, ale postanowiły się nie zrażać. Chłopcy wrócili z odręcznie zapisaną przez niego kartką. Czytały ją tysiące razy, treść notatki znają na pamięć: „Ci ludzie nie żyją. Zostali zwabieni przez czterech mężczyzn. Oszukano ich, gdy pojechali po pieniądze, a w umówionym miejscu, gdzie mieli się spotkać – zostali zaatakowani, zastraszeni i zabici. Zastrzelono ich, a ciała wrzucono do białego busa i wywieziono w rejon Ostródy. Zwłoki obciążono i wrzucono do Jeziora Drwęckiego”.

Scenariusz zbrodni z wizji Krzysztofa Jackowskiego zaskakująco zgadzał się z późniejszymi ustaleniami śledczych, m.in. co do motywu zbrodni i okoliczności poprzedzających zaginięcie mężczyzn. „Rzeczywiście sprawców było czterech” – powiedział nam jeden z policjantów olsztyńskiego CBŚ, który brał udział w zatrzymaniu Jana R. – „Do dziś nie mogę zrozumieć, skąd ktoś niewtajemniczony w sprawę mógł znać taki szczegół. Byliśmy zaintrygowani do tego stopnia, że nurkowie przeszukali jezioro wskazane przez jasnowidza. Ciał jednak nie odnaleźli”.

 

 

 

Opatrzność, czyli palec boży

 

Przełom w poszukiwaniach nastąpił w Malborku, na stacji benzynowej. Podróżujący z plakatami synowie Lucyny i Heni zatrzymali się, aby chwilę odpocząć przy kawie. Obaj zwrócili uwagę na pewien samochód. Ściślej mówiąc – na jego supernowoczesne, bardzo drogie felgi. Marcin Ornowski był pewien, że pochodzą one z granatowego audi taty.

– Miały charakterystyczne nacięcie – wyjaśnia Lucyna. – Henia opowiadała mi, że Jurek miał w zwyczaju znakować swoje rzeczy i tak właśnie zrobił w tym przypadku. Zadzwoniłyśmy do detektywa i powiedziałyśmy, że dzięki spostrzegawczości chłopców mamy trop w sprawie. Wyśmiał nas, mówiąc, że samochodów z takimi felgami są na polskich drogach tysiące. Policjanci też nie dowierzali, ale postanowili to sprawdzić. Przesłuchali właścicielkę auta. Kobieta powiedziała im, że kupiła je niedawno od mechanika. Policjanci pojechali do warsztatu, zabrali mechanika na komisariat. Podczas przesłuchania mężczyzna przyznał, że felgi pochodzą z granatowego audi przeznaczonego do totalnego zniszczenia. „Auto ma zniknąć z powierzchni ziemi”, oznajmił jeden z Kacprów, który przyjechał tym audi do warsztatu. Takie polecenie wydał jego pracodawca Jan R. pseudonim Kulawy. Audi Jerzego Ornowskiego zostało pocięte i wrzucone do Wisły pod Gdańskiem. Mało brakowało, aby całkowicie „zniknęło z powierzchni ziemi”. Wtedy prawda o losie zaginionych, podobnie jak zatopiony wrak, ległaby na dnie rzeki. Pracownicy warsztatu połasili się jednak na kilka elementów drogiego samochodu. Odkręcili felgi, które rozpoznał Marcin, i reflektory. Policja odnalazła je na zapleczu, wśród wielu innych części motoryzacyjnych. Właścicielowi warsztatu postawiono zarzut paserstwa. Pracownik, przez którego wszystko się wydało, po przesłuchaniu powiesił się w warsztacie.

Posesję Jana R. opanowali antyterroryści. Policjanci Centralnego Biura Śledczego znaleźli na jej terenie broń, amunicję, auta z przebitymi numerami, gotowe do odpalenia bomby i kilka kilogramów materiałów wybuchowych. Kulawy, jego żona i banda Kacprów trafili za kraty.

– Kiedy policja wyławiała z Wisły pocięty i spalony wrak samochodu Jurka, stałyśmy z Henią nad brzegiem rzeki nieświadome jeszcze, że ta chwila zmieni całe nasze życie – wspomina Lucyna. – Jeden z funkcjonariuszy podszedł do nas i powiedział, że nasi mężowie nie żyją. Miał o tym świadczyć sposób, w jaki zniszczono auto. Nigdy nie zapomnę krzyku Heni: przerażającego, przeszywającego do szpiku kości. Ciarki przechodzą na samo wspomnienie. Stałyśmy tam wtulone w siebie i płakałyśmy, nie wiem jak długo. Policjanci rozpierzchli się do swoich zajęć, widać nie chcieli nam towarzyszyć. Właściwie nie dziwię im się. Chyba nikt nie byłby w stanie znieść tego szlochania.

Śledztwo wykazało, że zatopiony wrak to audi Jerzego. Silnik miał takie same charakterystyczne nacięcia jak felgi. Łut szczęścia sprawił, że w ogóle sprawa wyszła na jaw. Inwalida na wózku – człowiek o łagodnych rysach twarzy, wrażliwy na los biednych dzieci, którym robił paczki za diety radnego – okazał się szefem organizacji przestępczej wzorowanej na sycylijskiej mafii. Jego „żołnierze” ślubowali bezwzględne posłuszeństwo, całowali go w rękę, ślepo wykonywali wszystkie polecenia. Korumpował lokalną policję, lekarzy i biegłych. Okoliczni mieszkańcy sprzyjali mu, bo dawał im pracę. Ogłoszenia o zaginięciu obu mężczyzn rozwieszane przez wdowy wisiały w Kisielicach najwyżej kilka minut. Zrywano je, gdy tylko się pojawiały.

Sprawa trafiła do Andrzeja Litwińczuka, ambitnego prokuratora z Białegostoku. Drobiazgowo zbadał przeszłość inwalidy. Fakty, do których dotarł, świadczyły o tym, że Jan R. przez lata był nietykalny. Bezwzględny dla wrogów. Śmiertelnie skuteczny w eliminowaniu konkurencji. Wypuszczany z aresztu mimo poważnych przestępstw zbudował sobie legendę człowieka bezkarnego. Mężowie Lucyny i Henryki weszli mu w drogę i dlatego zginęli. Kulawy posądzał ich, że wystawili policji jego transport papierosów. Mylił się, chociaż niewykluczone, że mężczyźni nieświadomie doprowadzili funkcjonariuszy do „dziupli”, w której znajdował się towar Jana R. Od jakiegoś czasu obaj byli śledzeni, podejrzewano ich o przemyt. Z ustaleń śledczych wynikało, że żaden z nich nie doniósł policji na Kulawego, świadomie nie naraził go na straty.

– Dopiero śledztwo uświadomiło mi, z jakimi ludźmi mąż robił interesy – przyznaje Lucyna. – Tamtego dnia pojechał z Jurkiem po 95 tysięcy euro, które Kulawy był im winien za przemycony towar. Nie mogę sobie wybaczyć, że przez całe lata małżeństwa stałam z boku, o nic nie pytając. Gdybym krzyczała, straszyła policją i groziła odejściem, może Staszek i Jurek wciąż by żyli.

Jeden ze świadków zeznał, że obu mężczyzn skatowano, wrzucono do białego busa i wywieziono do masarni Kulawego. Oprawcy mieli kominiarki, kastety i wiertarki, których z upodobaniem używali do torturowania ofiar. Tamtego dnia zaopatrzyli się także w dwa worki wapna stosowanego do niszczenia śladów zbrodni.

– Nasz świat rozsypał się na kawałki – kontynuuje Lucyna. – Dzieci nie mogły pogodzić się ze śmiercią ojców, a my nie potrafiłyśmy im wytłumaczyć, dlaczego tak się stało. Wszyscy zamykaliśmy się w swoich pokojach i płakaliśmy do poduszki, żeby nikt nie widział. Córka Heni, Gabrysia, miała wtedy piętnaście lat. Do dziś przechowuję list, który napisała po zaginięciu ojca. Przeczytam wam fragment: „Moje życie legło w gruzach. Rozpacz rozdzierająca serce jest tak mocna, że miejscami doprowadza mnie do obłędu. Czy ktoś może sobie wyobrazić, co ja czuję i przeżywałam? Na pewno nikt. Jedynie Bóg widzi, jak wielkie jest moje cierpienie. Odebrano mi tatę. Z jego serca wydarto życie”. Moi synowie przeżywali to równie mocno. Młodszy w ogóle przestał się odzywać, a starszy, zrozpaczony i oburzony na świat, że sam nie może wymierzyć sprawiedliwości zabójcom ojca, wsiadł na motor, szukając śmierci. Był wściekły, gdy lekarze go odratowali. Pomyśleć, że kilka miesięcy wcześniej właśnie układał sobie życie. Miał dwadzieścia dwa lata, był zakochany i zaręczony, niedługo miało przyjść na świat jego dziecko. Ale śmierć ojca zniweczyła wszystko.

Po zakończeniu śledztwa pewien ważny prokurator powiedział na konferencji prasowej, że zanim mężowie Lucyny i Heni umarli, wiertarkami przewiercono im oczy i kolana.

– Tamtej nocy zabrakło mi łez – mówi Lucyna. – Tuliłam się do poduszki po pustej stronie łóżka, szukałam zapachu Staszka. Czas nie goi takich ran. Minęło tyle lat, a do mnie wciąż powraca w snach makabryczna wizja: widzę go skatowanego i mężczyzn w kominiarkach, z kastetami na dłoniach. Wbijają mu wiertła w ścięgna i kolana. Potem posypują ciało wapnem, żeby nie zostały nawet kości. Po przebudzeniu modlę się, aby to był tylko sen. Żeby w rzeczywistości tylko go zastrzelili.

Jana R. i bandę Kacprów oskarżono o podwójne zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Prokuratura zapowiedziała, że będzie się domagać dożywocia. Wtedy do lombardu Lucyny Biej przyszedł niczym niewyróżniający się mężczyzna. Nie był zainteresowany żadną transakcją. Stanął na wprost młodego pracownika i przenikliwie patrzył mu w oczy. Mierzył go wzrokiem dłuższą chwilę, po czym powiedział: „Przekaż Lucynie, że szukając męża, wielu ludziom poważnie zaszkodziła. Poszli przez nią siedzieć. My takich rzeczy nie zapominamy. Najpierw załatwimy jej dzieci, żeby cierpiała. Potem ją zabijemy. Na koniec zajmiemy się tą drugą kurwą”.

Henia przeniosła córkę do innej szkoły, nie spuszczała z niej oka. – Lucyna czuje dreszcze na samo wspomnienie tamtego zdarzenia. – Czy się bałyśmy? Oczywiście, ale ten strach nas nie paraliżował. Miałyśmy świadomość, że poszłyśmy na wojnę z mafią, więc niejedno nas jeszcze zaskoczy. Po przełomie z felgami czułyśmy jednak, że mamy opatrzność po swojej stronie.

 

 

 

Rozmowa z duchami

 

Przez lata śledztwa, a potem procesu sądowego policjanci i geolodzy przeszukiwali groble, stare cmentarze, mazurskie jeziora i lasy. Szukali zwłok. Bezskutecznie. Gra toczyła się o dożywocie, a bez ciał nie było gwarancji, że takie wyroki zapadną. Lucyna i Henia postanowiły osobiście poprosić o pomoc Krzysztofa Jackowskiego. „Może powtórzy wizję, zobaczy więcej szczegółów” – łudziły się. Znów wsiadły do samochodu i pojechały do Człuchowa. Zabrały fotografie mężów, ich szczoteczki do zębów, niewyprane koszulki i stary szlafrok. Towarzyszyliśmy im z kamerą.

Jasnowidz pobieżnie znał sprawę z mediów. Nie chciał słuchać szczegółów ze śledztwa. Twierdził, że go rozpraszają, przeszkadzają w wizji. Przyglądał się fotografiom, wziął reklamówki z rzeczami i zniknął za drzwiami gabinetu. Po powrocie oznajmił to samo, co niegdyś spisał na kartce: obaj nie żyją, zostali wciągnięci w pułapkę i zamordowani.

Lucyna kompletnie się rozkleiła.

– Nie płacz – powiedział stanowczo Jackowski. Twój mąż nie cierpiał, miał szybką śmierć. Denerwujesz go tylko tym płaczem, daj mu święty spokój.

Spłoszyła się, w pośpiechu otarła łzy.

– On tak zawsze, prosto z mostu? – zapytaliśmy Adriana, syna jasnowidza.

Chłopak siedział przed komputerem w tym samym pokoju, w którym ojciec rozmawiał z żonami zaginionych. Widać było, że przywykł do obecności obcych w domu.

– Ojciec jest dziwny – wymamrotał pod nosem, cały czas wpatrując się w ekran. – Chodzi po domu i gada do siebie.

– A co gada?

– Różnie, czasami się kłóci.

– Sam ze sobą?

– Słowo daję! Tłumaczy się potem, że rozmawiał z duchami.

– Mówi prawdę?

– Sam już nie wiem.

– Jesteś na ojca wkurzony?

– Kto by nie był?! – Chłopak po raz pierwszy oderwał wzrok od komputera. – Proszę spojrzeć: wszędzie walają się reklamówki z ciuchami trupów, on to wącha, przekłada z kąta w kąt. Nie ma chwili spokoju, ludzie wchodzą do ogrodu, zaglądają przez okna, stukają w szyby. Przecież tak się nie da żyć.

Jasnowidz ignorował obecność ekipy telewizyjnej. Był pochłonięty rozmową z drugą wdową. Sprawiał wrażenie speszonego, onieśmielonego, jakby coś przed nią ukrywał.

– Mąż tej kobiety był torturowany, długo umierał – wyznał, gdy opuszczaliśmy jego dom.

– Dlaczego nie powiedział jej pan tego?

– Nie chcę dodawać jej cierpienia. Zresztą nie mam czystego obrazu z wizji, nie mogę mówić o konkretach.

– Czy coś zakłóca wizję?

– Z doświadczenia wiem, że jeśli zabójców było kilku, to ich myśli, które odbieram telepatycznie, plączą i zaciemniają szczegóły zdarzeń.

– Może pan jakoś pomóc tym wdowom?

– Spróbuję jeszcze raz podejść do wizji. Jestem naprawdę poruszony niezwykłą odwagą tych kobiet. One nie spoczną, póki nie dotrą do prawdy. Chciałbym odszukać ciała ich mężów, ale nie mogę dać żadnych gwarancji, że mi się uda.

– Potrzebuje pan czegoś do tej wizji?

– Przywieźcie mi piasek z Jeziora Drwęckiego – odpowiedział po chwili zastanowienia.

Kości w środku lasu

 

Podróż z Człuchowa na Mazury to kilka godzin jazdy samochodem. Jechaliśmy w kompletnej ciszy. Lucyna chowała oczy za ciemnymi okularami. Henryka patrzyła przed siebie pustym wzrokiem. Był już wieczór, kiedy dotarliśmy na miejsce. Kobiety stanęły nad brzegiem jeziora i wpatrywały się w taflę wody. Tkwiły tak nieruchomo kilka długich minut. Potem kucnęły i nabrały do plastikowego worka trochę piasku z jeziora.

– Nawet jeśli nasi mężowie rzeczywiście są na dnie tego jeziora, to jak ich odnaleźć? – retorycznie spytała Lucyna. – Ilu nurków musiałoby szukać, żeby mieć pewność?

Powoli zaczęło do niej docierać, że szanse na odnalezienie ciał są znikome.

Do Człuchowa wróciliśmy w środku nocy. Krzysztof Jackowski zaprosił nas do środka. W kłębach papierosowego dymu nakreślił na mapie jakieś znaki i leśną drogę. Mówił o polanie z brzozami i jakimś gruzowisku. Zaznaczył je krzyżykami.

– Nie wiem, czy odnajdę ich w całości, ale coś na pewno tam będzie: głowa, jakaś kość, coś... Pokażcie mapę policji. Niech sprawdzą. Jeżeli moja wizja terenu pokryje się z rzeczywistością, to pojadę z wami.

Mapę z notatkami Jackowskiego przesłaliśmy policjantom CBŚ z Olsztyna, którzy wiele miesięcy wcześniej zatrzymali Kulawego i jego bandę.

– Sprowadźcie jasnowidza na Mazury – zdecydował jeden z nich. – A my dopilnujemy wszystkich procedur i przywieziemy psa do tropienia zwłok.

W innych okolicznościach mazurskie lasy zachwycałyby nas swoim dziewictwem. Tamtego dnia jednak głusza i chaszcze przerażały. Jak w tym gąszczu odnaleźć punkty narysowane przez jasnowidza? Nieprzespana noc dała się wdowom we znaki, denerwowały się, że policja będzie szukać po omacku. Policjantka z Centralnego Biura Śledczego uspokajała: „Byliśmy tu przed wami, zdążyliśmy sprawdzić teren. Jest polanka, jest też ukryte w lesie niewielkie wysypisko śmieci. Sam gruz… – dokładnie tak jak na mapie”.

Jasnowidz krążył swoimi ścieżkami. Palił jednego papierosa za drugim. Obecny ciałem – nieobecny duchem. Policjanci z przewodnikiem i ogromnym wodołazem wyszkolonym do tropienia zwłok zapuścili się na kilkadziesiąt metrów w las. Wdowy podążały za nimi krok w krok.

– Pojechałyśmy tam z wielką nadzieją, że wreszcie coś znajdą – wspomina Lucyna Biej. – Z samego rana zadzwoniła do nas policjantka i spytała, czy pan Jackowski był wczoraj w tych lasach na Mazurach. Zaprzeczyłyśmy, bo przecież mapę rysował w Człuchowie. Okazało się, że leśne ścieżki układają się tak jak na jego rysunku. To dało nam nadzieję.

Kilkanaście metrów za dzikim wysypiskiem zaczynała się polana z wysokimi brzozami.

– Na widok tej polany Henia zaczęła się trząść. Normalnie drżała jak osika, a przecież wcale nie było zimno. Rozpłakała się jak dziecko. Zapytałam, co się stało, ale ona nie mogła wymówić słowa. Jej twarz była przezroczysta, jakby cała krew z niej odpłynęła. W końcu wyszeptała: „Tutaj... właśnie pod tymi brzozami… widziałam Jurka”. „Jak to? Kiedy?” – wykrzyknęłam. A ona na to, że widziała go we śnie. „Stał na tej polanie. Miał z przodu związane ręce. Pokazywał mi jakieś miejsce i powiedział, że jutro umrze nasz papież. I że zaraz potem go odnajdziemy”. Aż mi ciarki po plecach przeszły. Papież rzeczywiście zmarł następnego dnia. Pomyślałam wtedy, że jeśli ten sen się sprawdzi, to zaraz znajdziemy Jurka, a potem Staszka…

Wszyscy patrzyli na przewodnika psa. Mężczyzna miał przy sobie długi pręt. Nakłuwał nim ziemię, aby ewentualny zapach zwłok wydostał się na powierzchnię. Pies był obojętny, nie podejmował tropu. „Tu niczego nie znajdziemy” – zawyrokował przewodnik i zawrócił do gruzowiska. Policjanci ogrodzili teren taśmą. Wdowy stanęły kilkanaście metrów dalej, obserwowały każdy szczegół. Kilku funkcjonariuszy w czarnych kombinezonach przerzucało łopatami gruz. Pies zachowywał się spokojnie, momentami nawet przysypiał. Kiedy policjanci naruszyli ziemię i zaczęli kopać, nagle się ożywił. Merdał ogonem, podskakiwał, trącał ziemię nosem i głośno szczekał. Zupełnie jakby rwał się do zabawy.

– Coś tu jest! Jakaś kość! – krzyknął funkcjonariusz CBŚ. – Chyba fragment miednicy... Trudno określić, czy ludzkiej – dodał po chwili.

Lucyna objęła Henię. Obie patrzyły w skupieniu, jak kość trafia do foliowego woreczka. Pies szczekał dalej.

– Mamy następną! To chyba szczątki kręgosłupa. Jest i trzecia, wygląda na kość udową. Dziwny zapach... Jakby ktoś polał to miejsce kwasem.

Zapanowała cisza. Wszyscy znieruchomieli. Tylko jasnowidz szeleścił paczką papierosów, sięgając po kolejne marlboro.

– Chodźcie ze mną, musimy coś sprawdzić – powiedział do policjantów. Podążał wąską ścieżką wzdłuż jeziora. Szukał wysokiej skarpy, którą zobaczył w wizji. Kręcił się pomiędzy drzewami, aż w końcu ją odnalazł. – Jeden z zabójców stał tam. – Wskazał palcem miejsce na górze. – Trzymał coś w rękach, jakąś paczkę, zawiniątko. Zrzucił to ze skarpy do jeziora. To była jakaś rzecz związana z zaginionymi, może zegarki albo odzież.

– Trzeba wezwać nurków, przeszukamy jezioro – zadecydował szef grupy.

W jeziorze niczego nie znaleziono, a kości przekazano do laboratorium kryminalistycznego. Głowili się nad nimi biegli sądowi, ale okazały się do tego stopnia zdegradowane, że nie można było przeprowadzić identyfikacji genetycznej.

Krzysztof Jackowski dostał wezwanie do sądu w charakterze świadka. Zeznawał w sprawie przeciwko Kulawemu i pozostałym. O przesłuchanie jasnowidza wnioskował jeden z oskarżonych. Sugerował, że złamano tajemnicę śledztwa i że tajne informacje przekazała do Człuchowa policjantka z Centralnego Biura Śledczego. Jasnowidz wyjaśnił sądowi, jak było naprawdę i w jakich okolicznościach poznał szczegóły związane ze zbrodnią.

– W sprawach takich jak ta skąd świadek wie, że poszukiwany przez rodzinę człowiek nie żyje? – dociekał sędzia.

– Ja to czuję. Kiedy mam do czynienia ze zmarłymi, odczuwam ład, spokój, nawet jeśli ta osoba zginęła makabryczną śmiercią. Osoba żywa to chaos, szereg często sprzecznych sygnałów, z których trudno cokolwiek odczytać.

– Pamięta świadek wizję w sprawie, która jest rozpatrywana przed tym sądem?

– Oczywiście. Wyraźnie czułem, że ci mężczyźni nie żyją. Pojechali po pieniądze, wciągnięto ich w pułapkę. Zabójców było kilku, przewozili tych mężczyzn białym busem...

– Czy świadek widział twarze zabójców?

Po tym pytaniu na sali zapanowała niemal grobowa cisza. Jasnowidz milczał dłuższą chwilę.

– Twarzy nie widziałem – odpowiedział w końcu.

– Jeśli obaj mężczyźni nie żyją, to co się stało z ciałami? – spytał sędzia.

– Wielokrotnie podchodziłem do kolejnych wizji, które by to wyjaśniły, ale jestem bezsilny. Nic się nie sprawdziło.

Na pierwszą rozprawę zabójców Staszka i Jerzego przed Sądem Okręgowym w Elblągu pojechały same. Dzieci w ostatniej chwili zrezygnowały.

– Tamte emocje są nie do opisania – mówi Lucyna. – Poprzedniego dnia mój młodszy syn włożył garnitur ojca. Stał tyłem, więc widziałam tylko jego sylwetkę, i aż zadrżałam, taki był do niego podobny. Zdjął ten garnitur i odwiesił, widać nie był jeszcze gotowy go nosić. Wciąż nie potrafię opróżnić szaf, w których są rzeczy Staszka, chociaż ubrania dawno straciły jego zapach.

Proces trwał wiele lat. Wdowy występowały w nim w charakterze oskarżycielek posiłkowych, u boku prokuratora. Walczyły o surowe wyroki równie zaciekle jak on.

– Nie było nam łatwo stać przed wysokim sądem i zachowywać spokój – przyznaje Lucyna. – Wymagano od nas, aby zabójców Staszka i Jurka nazywać oskarżonymi, aby szanować ich godność i prawa. To była dla nas najtrudniejsza rola w życiu. Żadna z nas nie oczekiwała, że usłyszymy od oskarżonych słowo „przepraszam”, że zobaczymy na ich twarzach skruchę. Nie spodziewałyśmy się jednak, że zamiast tego demonstrować będą butę, kpiące spojrzenia i pogardę. Nie tylko w stosunku do nas, ale całego wymiaru sprawiedliwości.

Uodporniły się na ich kpiące spojrzenia. Patrzyły mordercom prosto w oczy. Wyczytały w nich niepokój, gdy jeden ze świadków opowiadał o grobli pośród jezior na włościach Kulawego. Skojarzyły kilka faktów i złożyły wniosek o przeprowadzenie kompleksowych odwiertów w tym miejscu. „Ta grobla to prawdopodobnie mogiła naszych mężów” – uzasadniały.

– Trzy dni po zaginięciu Jurka i Staszka na polecenie Kulawego zwożono ciężarówkami tony ziemi – tłumaczy nam Lucyna Biej. – Zasypywano mokradła, poszerzając groblę. Świadek zeznał, że to były „gorączkowe prace” związane jego zdaniem z ukrywaniem zwłok. Grobla ma około siedemdziesięciu metrów długości i dziesięciu szerokości. Inny świadek zeznał, że po jej usypaniu Jan R. wynajął stróża, który rzekomo miał pilnować, by zwierzęta nie rozkopały świeżej ziemi. Wierzycie, że o to chodziło? My nie uwierzyłyśmy, stąd wniosek o powrót ekspertów na groblę.

„Odnosimy wrażenie, że sąd zlekceważył zeznania tych świadków, trudno bowiem inaczej wytłumaczyć odstąpienie od kompleksowego przekopania całej grobli” – napisały. – „Ograniczono się – podobno z przyczyn finansowych – jedynie do standardowych, ok. czterometrowych odwiertów, podczas których pies przez cały czas podejmował trop. Taka akcja poszukiwawcza, w opinii geologów, z którymi się kontaktowałyśmy, nie miała szans powodzenia. Nadto biegły geolog przyznał przed sądem, że »dokładne zbadanie grobli zajęłoby ok. 20 dni w terenie, a potem ok. 3 miesięcy opracowań na ekranie«. Tymczasem cała jego praca w Goryniu trwała zaledwie kilka godzin. Domagamy się dołożenia wszelkich starań, by ten błąd naprawić, w związku z czym wnioskujemy jak na wstępie”.

Groblę znów przekopano. Szczątków zaginionych mężczyzn nie znaleziono. Jeżeli rzeczywiście wrzucono tam ciała, torf wciągał je przez lata na taką głębokość, że prawdopodobnie nikt ich już nie odnajdzie. Ale nadzieja umiera ostatnia, a one wierzą, że nie ma zbrodni doskonałych. „Wnosimy o przekazanie do badań genetycznych dwóch próbek: włosa z cebulką oraz fragmentu czarnej folii zabezpieczonych przez policję podczas odwiertów” – napisały w kolejnym wniosku. – „Oba ślady, które znajdowały się w pobranych próbkach ziemi, mogą się okazać istotne dla rozwikłania sprawy ukrycia zwłok naszych mężów i dlatego powinny być potraktowane ze szczególną starannością. Wnioskujemy zatem o poddanie ich badaniu na obecność DNA”.

Sąd wniosek uwzględnił, ale policja nie przekazała próbek do badań, ponieważ… gdzieś zaginęły. Adwokaci Kacprów podnosili argument „nie ma ciał – nie ma zbrodni” i postarali się, by ich klienci zaczęli wychodzić na wolność jeszcze w trakcie procesu. Oskarżycielki posiłkowe krytykowały sąd za zbytnią pobłażliwość w uchylaniu aresztów. Chociaż nie korzystały z porad prawników, ich pisma procesowe robiły wrażenie. Oto fragment zażalenia na uchylenie aresztu jednemu z Kacprów:

„W swoich rozważaniach Sąd pomija to, iż oskarżony Marcin G. wciąż stoi pod zarzutem zabójstwa dwóch osób, co jest zagrożone karą dożywotniego pozbawienia wolności. Ma zatem silną motywację, by skutecznie ukryć się przed wykonaniem tak surowej kary; tym bardziej że oskarżony Marcin G. dysponuje kontaktami w świecie przestępczym, a świat przestępczy odpowiednimi środkami, które z pewnością mu to ułatwią. Przypomnieć należy, że w innej sprawie karnej oskarżony odpowiada za szereg poważnych przestępstw (m.in. przeciwko zdrowiu) popełnionych w ramach zorganizowanej grupy przestępczej. Oczywistym jest, że członkowie takich grup wspierają się w każdym miejscu i każdym czasie. Osoby na wolności pomagają osadzonym w zakładach karnych w różny sposób, szczególnie tym, którzy wykazali się lojalnością wobec grupy. Marcin G., podobnie jak pozostali oskarżeni o zabójstwo naszych mężów, na taką pomoc z pewnością zasłużył, chociażby ze względu na trwającą od lat zmowę milczenia dotyczącą tej zbrodni. Samą swoją obecnością na wolności będzie utrudniał postępowanie, demonstrując przewagę nad bezsilnym aparatem ścigania i wymiarem sprawiedliwości, a także zastraszając świadków, którzy zeznawali przeciwko grupie.

Z dowodów zebranych w tej sprawie wynika, że Marcin G. gotów jest np. podciąć człowiekowi gardło, by jego przełożony dobrze się bawił. To człowiek bez skrupułów, współczucia i wyrzutów sumienia. Zdemoralizowany i mocno osadzony w przestępczych strukturach. Szereg poszlak w tym procesie wskazuje na jego udział w podwójnej zbrodni. Mając na uwadze powyższe argumenty, prosimy, aby Sąd zmienił swoje stanowisko w przedmiotowej sprawie”.

 

 

 

Każdy powinien mieć swój grób

 

Prokuratura postawiła przed sądem policjantów, którzy przez lata chronili interesy capo di tutti z Mazur. Wśród nich znalazł się były komendant z Kisielic, blisko spokrewniony z Janem R. Obie wdowy są przekonane, że właśnie tacy ludzie jak on dali Kulawemu prawo do zabijania: najpierw przymykali oczy na pobicia, uprowadzenia i przemyt, potem liczone na miliony złotych wyłudzenia ze skarbu państwa, aż w końcu na zabijanie.

– Kiedyś weszłam do sklepu w Kisielicach nieświadoma, że za ladą stoi żona oskarżonego o konszachty z Kulawym policjanta – wspomina wdowa. – Zabijała mnie wzrokiem. Byłyśmy z Henią traktowane w tym mieście jak osoby trędowate albo wrogowie publiczni.

Przez pięć lat procesu w Elblągu obie wdowy pokonały tysiące kilometrów.

– Każda rozprawa to osiemset sześćdziesiąt kilometrów w dwie strony – podlicza Lucyna. – Wcześniej, gdy rozprawy toczyły się kilka razy w tygodniu, pokonywałyśmy ponad dwa i pół tysiąca kilometrów tygodniowo. Na własny koszt, bo przecież oskarżycielom posiłkowym nie przysługuje zwrot kosztów podróży. Gdyby nasi mężowie byli łajdakami, dawno ułożyłybyśmy sobie życie i nie zawracały sobie głowy tymi wyjazdami. Ale oni nie byli łajdakami. Każdego dnia są w naszych myślach. Ale to dręczące myśli, o tym, jak umierali. Każda z nas tysiące razy zadaje sobie te same pytania: Co wtedy czuli? Jak było naprawdę? Czy jeden patrzył na śmierć drugiego? Kto pierwszy umierał? I jak długo? Jeśli przyjąć, że ich telefony zamilkły o godzinie 18.15, a mordercy biegali z łopatami i wapnem około 21, to nasi mężowie byli w rękach oprawców niemal trzy godziny. Koszmar, który przeżywali przed śmiercią, do końca życia będzie także naszym koszmarem.

Oskarżycielki posiłkowe wywalczyły u boku prokuratora Andrzeja Litwińczuka dożywocie dla Kulawego, a dla Kacprów po piętnaście lat. Ale to jeszcze nie koniec ich misji. Sąd Apelacyjny w Gdańsku nakazał, aby sprawa zabójstw została rozpatrzona od nowa, a to oznacza, że przed nimi kolejne lata podróży świetnie znaną już trasą. Kobiety są dobrej myśli, bo przecież – jak twierdzą – opatrznoś? jest po ich stronie.

??ć jest po ich stronie.

– Zanim znów zaczniemy walczyć o sprawiedliwość, muszę pomalować ten wielki płot. – Pokazuje pędzlem okazałe ogrodzenie wokół domu. – Kiedyś był tu drewniany płot, ale Baca włożył swoją wielką łapę pomiędzy szczeble i utknęła w nich na dobre, więc Staszek powyrywał je, żeby ulżyć psu. Potem postawił nowy, z szerokimi metalowymi prętami, żeby łapa Bacy już nigdy nie ucierpiała. Ile to już lat minęło? Sporo, bo farba zdążyła odpaść. W tym czasie wszystkie nasze dzieci stały się dorosłe, urodziły nam się wnuki.

Lucyna Biej nie wierzy w zbrodnię doskonałą. Wiele czytała o pracy ekip śledczych z Archiwum X i wciąż śledzi programy o nowych metodach wyjaśniania spraw kryminalnych sprzed lat. Latem 2014 roku, czyli jedenaście lat po zaginięciu męża, z wypiekami na twarzy słuchała doniesień o odnalezieniu pod Warszawą mogiły trzech nieznanych mężczyzn. Przypuszczano, że zginęli w latach 90. w gangsterskiej egzekucji. Jeśli ich szczątki odkopano po dwóch dekadach, to poszukiwanie ciał Stanisława i Jerzego również może zakończyć się sukcesem.

– Wciąż wierzę, że odnajdziemy ich szczątki – kończy swoją opowieść Lucyna. – Oprawcy naszych mężów już nigdy nie będą spać spokojnie. Zmowa milczenia wokół zbrodni nie wytrzyma próby czasu, ktoś w końcu powie prawdę. Wtedy Staszek i Jurek spoczną w mogile, a nie w jakichś bagnach, lasach czy groblach. Wreszcie zapanuje spokój, a my zapalimy świeczki na mogiłach. Każdy człowiek powinien mieć swój grób

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: