Link do książki  Wszystkie świństwa świata

 

http://fraktalla.com/ksiazka/Mokrzynska-Jolanta/Wszystkie-swinstwa-swiata,70495702329KS

 

fragment

 

7

Aleksander Rawski nie był niezastąpiony, ale zrobiło się

już za późno, by znaleźć kogoś na jego miejsce.

– I co my teraz, kurwa, zrobimy?

Redaktor wydania spojrzał na realizatora, tak jakby

ten mógł mu pomóc. Zegar wyświetlony na jednym

z ekranów nieubłaganie wskazywał dwudziestą drugą piętnaście.

Studio naszykowane, reflektory włączone, reżyserka

w gotowości. Za kwadrans startował „Przegląd Dnia”

– flagowy serwis informacyjny wieczornego pasma. Podsumowanie

wydarzeń, rozmowa z gościem, dzień z bliska

i w detalach. Wszystko czekało – scenariusz napisany i zamknięty,

materiały zmontowane, nawet operatorzy kamer

w studiu stali grzecznie na swoich stanowiskach. Brakowało

tylko prezentera. Wydawca szalał w reżyserce.

– Ja pierdolę! Jak to jest w ogóle możliwe: nie przyjść

na program? Co on sobie, kurwa, myśli?!

Pewnie nie bez wpływu na tę wściekłość pozostawało

jego własne zaniedbanie. Był czas, kiedy dało się jeszcze

coś przedsięwziąć. Zwerbować kogoś w zastępstwie, zażądać

od poprzedniej zmiany, by została dłużej, skorzystać

z dość natrętnie oferowanych i zawsze aktualnych usług

ambitnego reportera działu zagranicznego, który za wszelką

cenę chciał zaistnieć jako prezenter. Tymczasem czujność

wydawcy – skądinąd zasłużonego i doświadczonego

na wielu medialnych frontach – zmyliło to, że „Przegląd”

8

był programem prowadzonym w parach. Współprowadząca

Rawskiego – jak zawsze obowiązkowa i skrupulatna

Izabela Kalicka – już po południu stawiła się na miejscu

i swoim zwyczajem grzecznie i cichutko pisała zapowiedzi

materiałów, czytała depesze, przygotowywała się do programu.

To właśnie stworzyło złudne wrażenie, że sytuacja

nie wymyka się spod kontroli. Tymczasem wymknęła się,

i to na tyle poważnie, że Jerzy Blajer zaczynał się zastanawiać,

czy nie przyjdzie mu za to zapłacić własną, pieczołowicie

pielęgnowaną karierą. Wydawca to człowiek, którego

nie widać podczas programu, ale który odpowiada

za jego całość – Blajer pracował w telewizji zbyt długo, by

nie wiedzieć, że to on może zostać rozliczony za zaniedbanie,

niefrasobliwość, a może kaprys Rawskiego.

Prowadzący wieczorny program powinien był pojawić

się w pracy najpóźniej o osiemnastej. Kiedy tego nie

zrobił, Blajer – podobnie jak cała reszta redakcji – zbagatelizował

sprawę. Rawskiego nie ma? No nie ma, ale

cóż… Bez stresu, jeszcze wcześnie, może się po prostu

spóźni. Nieobecność połowy duetu prezenterskiego nie

zatrzymywała prac nad programem; wszystko szło tak,

jak powinno – Blajer jako wydawca decydował o tym, co

jest godne wzmianki na antenie, a co można pominąć,

sprawdzał reporterom materiały, przekomarzał się z autorką

nagłówków do tematów.

– Jak tam po urodzinach, pani Joanno? Główka boli?

– Dziewczyna wprawdzie nie wyglądała na cierpiącą, ale

na niewyspaną na pewno.

– Nie jest tak źle – starała się, by uśmiech choć trochę

rozjaśnił sińce pod oczami, ale Blajer i tak wiedział

swoje. W kwestii nieobecności Rawskiego również. Kiedy

minęła dwudziesta, a jego nadal nie było, wciąż jeszcze

nie widział powodu do paniki. Ważniejsze było zaproszenie

do studia odpowiedniego gościa – takiego, który bę9

dzie umiał opowiedzieć o skutkach użycia sarinu, ale bez

nadmiernego epatowania nazbyt dokładnymi opisami;

widzowie mogą przecież właśnie jeść późną kolację przed

telewizorem. Użycie gazu bojowego na przedmieściach

Damaszku – to był temat dnia, a nie jakieś nieeleganckie

spóźnienie prowadzącego.

Poza tym Blajer był dobrym obserwatorem – przez

prawie półtora roku wspólnej pracy z Kalicką i Rawskim

zdołał się zorientować, jak między tym dwojgiem rozkłada

się podział obowiązków. Mimo późnej pory był spokojny;

wiedział, że Kalicka jak zwykle wykona całą robotę,

a jej kolega będzie mógł po prostu przyjść na gotowe;

wystarczy, że pojawi się o godzinie niezakrawającej na

nieprzyzwoitość. Dwudziesta pierwsza nadeszła szybko

w ferworze szykowania materiałów o Syrii. Rawskiego nie

ma? No nie ma, ale cóż… Przecież przyjdzie, to oczywiste.

To było oczywiste aż do momentu, w którym nieco

bardziej zaniepokojony kierownik produkcji postanowił

do spóźnionego zadzwonić. Niestety bez efektów. Pięć

sygnałów i „Tu Aleksander Rawski, zostaw wiadomość”.

I tak raz, drugi, trzeci.

– Nie chcę cię martwić, Jurek, ale telefon Aleksandra

nie odpowiada.

Kierownik produkcji w stacji informacyjnej to człowiek,

który musi radzić sobie z wieloma przeciwnościami

losu. Niestraszny mu leniwy montażysta, pomylone felietony,

reporter, który pojechał na zdjęcia nie tam, gdzie

trzeba. Tomasz Migota z całą pewnością nie chciał więc siać

paniki, ale jakoś tak wyszło, że zdenerwowanie w jego głosie

było słyszalne bardzo wyraźnie. Wtedy trudniej już było

powiedzieć: „Rawskiego nie ma? No nie ma, ale cóż…”,

lecz mimo to Blajer raz jeszcze spróbował. Zaniepokoił

się na serio dopiero, kiedy stało się jasne, że to absolutnie

ostatni moment, w którym niesolidny prezenter powinien

10

się odnaleźć. I tak całym jego przygotowaniem do programu

byłby już teraz tylko makijaż podczas szybkiej wizyty

w charakteryzatorni. Rzecz jasna lepiej, by pojawił się nieprzygotowany

– a nawet nieumalowany – niż by nie pojawił

się wcale. Dochodziła dwudziesta druga – pół godziny

do wejścia na antenę. Nie zdarzyło się jeszcze nigdy, by prezenter

tak po prostu się nie pojawił. Dwadzieścia lat pracy

w mediach nauczyło Blajera, że w każdej chwili może mu

grozić trzęsienie ziemi, katastrofa samolotu, upadek rządu

– ale nie to, że prezenter nie przyjdzie na program.

– Może coś mu się stało? – Migota powiedział na głos

to, o czym Blajer nawet nie pomyślał. Chociaż właściwie

powinien. I na pewno by to zrobił, gdyby tylko nie wsiąkł

w obrazy martwych ciał syryjskich kobiet i dzieci. Rzędy

zwłok okrytych białymi prześcieradłami i ułożonych

pokotem na gołej ziemi robiły wstrząsające wrażenie. Ile

można pokazać, nie narażając widzów na szok?

– Jurek, słyszysz mnie? – Migota nie dawał za wygraną.

– Jest już strasznie późno, musiało mu się coś stać.

Inaczej przecież by przyszedł.

– Ciągle liczę na to, że to zrobi – Blajer uważał, że

trzeba mieć naprawdę dobry powód, by zaryzykować wyrzucenie

z pracy. Nie podejrzewał Rawskiego ani o dobry

powód, ani tym bardziej o skłonność do ryzyka, więc spektakularne

entrée tuż przed programem wciąż wydawało mu

się najbardziej prawdopodobne. Aż do momentu, w którym

z końca newsroomu odezwał się jakiś nieśmiały głos.

– Słuchajcie, czyj to telefon? Bo wibruje tu i wibruje.

Tomasz Migota był sprawnym kierownikiem produkcji,

nie potrzebował dużo czasu, by rozeznać się

w sytuacji. Służbowy telefon, typowy model, jedenaście

nieodebranych połączeń, ostatnie od kogoś o imieniu

Justyna, a trzy poprzednie od rozmówcy wpisanego do

książki telefonicznej jako „firma”.

11

– Cholera, to telefon Rawskiego. – Godziny nieodebranych

połączeń zgadzały się idealnie; Migota dostrzegł

to od razu, sam przecież dzwonił.

– To bardzo dziwne. – Izabela Kalicka oderwała się

od poprawiania felietonu o możliwych reakcjach społeczności

międzynarodowej na atak gazowy w Syrii. Może

bezczynność ONZ skojarzyła jej się z postawą Jerzego?

– Zazwyczaj Aleksander ma telefon przy sobie. Musiał

zapomnieć. Ale od wczoraj? Zapomniałby go wczoraj po

dyżurze i nie wrócił po niego?

– Nie, to jakieś głupie. – Kierownik produkcji był

zadowolony, że znalazł kogoś, kto podziela jego niepokój.

– Nie zrobiłby tak.

Rawski pracował na wieczornych zmianach – to znaczy,

że wczoraj skończył dyżur o dwudziestej trzeciej. Nie

chciało się wierzyć, że od tamtej pory nie zauważyłby braku

telefonu i nie wróciłby po niego. Czy więc był tutaj

dzisiaj w ciągu dnia i zniknął gdzieś na terenie firmy?

– Znajdzie się, mówię wam. Tym bardziej że skoro

leży tu jego telefon, to on sam musi być gdzieś w budynku.

– Blajer nie tracił optymizmu nawet wtedy, gdy zrobiło

się na tyle późno, że musiał przejść z newsroomu na stanowisko

dowodzenia w reżyserce. A później został już tylko

zegar nieubłaganie odmierzający kolejne minuty i widok

z czterech kamer na wciąż pusty fotel prezentera w studiu.

– Kurwa mać, co za kretyn! – Jerzy Blajer zrozumiał,

że na jego dyżurze stało się coś, co teoretycznie nie miało

prawa się zdarzyć. Choć nie było jeszcze najgorzej. Miał

Izabelę; gdyby nie ona, musiałby pewnie sam podjąć desperacką

próbę debiutu w nowej roli albo zmusić prezentera

pogody, by odczytał kwestie z promptera. – Nie ma rady,

Izabela będzie musiała sama poprowadzić ten program.

I poprowadziła. Dzielnie i za dwoje. Tuż przed startem

obsługa planu wyniosła ze studia fotel przeznaczony

12

dla Rawskiego. Upchnięty gdzieś w kącie ciemnego korytarza

stał zbędny i niepotrzebny – pusty fotel prowadzącego

jak wyrzut sumienia.

*

– Piękna sukienka. Ale twoje nogi jeszcze piękniejsze. –

Usłyszałam, kiedy nasz nowy prezenter mijał mnie na

schodach.

To był pierwszy raz, kiedy się do mnie odezwał. Pracował

u nas już kilka tygodni, ale jak dotąd wymienialiśmy

tylko zdawkowe „dzień dobry” i „do widzenia”. Aleksander

Rawski – nasz najnowszy nabytek, znany dziennikarz

z Opola, dawna gwiazda powracająca po latach zesłania na

prowincję i wiarołomnym romansie z konkurencją. Spojrzałam

na niego – po raz pierwszy uważnie, po raz pierwszy

z tak bliska. Ostre kości policzkowe, idealna siateczka

zmarszczek w kącikach zimnych, niebieskich oczu, delikatny

cień zepsucia w linii ust nieskorych do uśmiechu i kapryśnych.

Nie musiałam patrzeć długo, by to dostrzec – ten

błysk w oku, to głodne spojrzenie poszukiwacza przygód, tę

iskrę, która aż nazbyt wyraźnie mówiła „chcę się zabawić”.

Istnieje taki gatunek mężczyzn, obok których kobieta

nie umie przejść obojętnie. Wcale nie muszą być wysocy,

nie zawsze są przystojni, rzadko kiedy bywają sympatyczni.

To specyficzny gatunek, którego nie można pomylić z żadnym

innym – starzy myśliwi spragnieni nowych zdobyczy,

niestrudzeni poławiacze pereł, którzy do perfekcji opanowali

sztukę gestu i spojrzenia, amatorzy niespiesznych

romansów i szybkiego seksu w windzie. To fascynowało

i ostrzegało jednocześnie, przyciągało i mówiło „uważaj”.

Aleksander Rawski był właśnie takim mężczyzną. Nie było

tego widać na ekranie – wtedy chłodny profesjonalizm

przykrywał płomień; nie zauważałam tego, gdy siedział za

13

biurkiem w redakcji i pilnie patrzył w monitor. Czasami

można było wyczuć ten prąd, gdy widziało się go w palarni.

Kiedy powoli zapalał papierosa, a potem mrużył oczy,

leniwie wydmuchując dym w kierunku sufitu, dało się wyczytać

w jego gestach zaproszenie do przygody, obietnicę

wrażeń, ledwie zarysowaną zapowiedź przyjemności.

Jednak w pełni dostrzegłam to wszystko, kiedy spojrzał

z całą mocą wprost na mnie – dopiero wtedy, gdy staliśmy

naprzeciw siebie na ciemnych schodach, wszystko

stało się jasne. Patrzył tak, jakby nie tyle rozbierał mnie

wzrokiem, co już rozkoszował się moją nagością. Miał

w oczach obietnicę wszystkich świństw świata, a to nie

jest obietnica, której dziewczyna potrafi się oprzeć.

*

– Nie pojawił się. I co teraz? – Migota czekał w newsroomie,

aż Blajer wróci z reżyserki po programie.

– Nie wiem, kurwa. Wiem za to, że będę musiał tłumaczyć

się przed dyrektorem.

Kalicka rzuciła mu zaskoczone spojrzenie.

– No tak, ale co się stało z Aleksandrem?

– Nie mam pojęcia. Może gdzieś pije – Blajer wcale nie

był o tym przekonany, ale to tłumaczenie wydawało mu się

najłatwiejsze. Poza tym był już bardzo zmęczony. – Mam

dość na dziś. Idę do domu. Zostawcie ten jego telefon u paskowego,

musi przecież prędzej czy później po niego przyjść.

Paskowy – niezgrabne określenie na bardzo użytecznego

pracownika. Tego, który czuwa nieustająco, pilnując

literek przesuwających się w dole ekranu, depesz i nowości.

Wszystkie najważniejsze informacje, wiecznie żywe

centrum redakcji. Nawet w nocy na stanowisku paskowego

musiał ktoś dyżurować. Ktoś, kto nie spał i w razie

czego oddałby Rawskiemu jego zapomniany telefon.

14

– No nie wiem, może powinniśmy to gdzieś zgłosić…

– Migota nie wydawał się przekonany.

– Pomyślimy o tym jutro. – Blajer nie miał w sobie

nic ze Scarlett O’Hary, ale tym razem postanowił być

wierny jej dewizie. Kiedy zamykały się za nim ciężkie,

szklane drzwi newsroomu, Kalicka i Migota wymienili ze

sobą spojrzenia.

– No dobra, niech będzie. – Migota pomyślał o tłumaczeniu

Blajera; ostatecznie wiadomo było przecież, że

Rawski nie należy do abstynentów. – Tak się składa, że

mam dyżur jutro od rana, jeśli Aleksander się nie znajdzie,

to zacznę coś robić.

To przekonało Kalicką; to, a może raczej fakt, że

w domu czekał na nią mąż z butelką naprawdę dobrego

wina – miał dziś imieniny i Izabela chciała spędzić z nim

chociaż tę resztkę wieczoru, jaka jej została.

– Waldek, to pilnuj tu interesu – powiedziała do

młodego reportera, który zostawał na noc jako władca

paska informacyjnego. – Rawski może się pojawić w każdej

chwili.

– Jasne, jasne.

Telefon bez właściciela poruszył kartki na biurku

wściekłą wibracją.

*

Kolejne dni nie przyniosły spełnienia obietnicy, którą

wyczytałam w oczach Aleksandra. Nie spotykałam go tak

często, jak bym chciała – pracowałam w reżyserce, oddzielona

od reszty redakcji rezydującej w newsroomie piętro

niżej. W mojej pracy byłam tylko ja i słowa – mozół łączenia

słów w zgrabne nagłówki, zdań w trafne cytaty, tysiąca

szczegółów w jeden zwarty opis. Oglądając telewizję,

ludzie rzadko zdają sobie sprawę, że za mniej lub bardziej

15

zgrabnymi napisami, które zajmują niekiedy pół ekranu,

jest żywy człowiek – ktoś, kto to wszystko obmyśla, tworzy,

pisze. Ktoś, kto filtruje informacje przez swój język

i styl, ktoś, kto wszystko, co rozwlekłe i niezrozumiałe,

przeistacza w zwięzłe i jasne. Kto krzyczy z ekranu pilnymi

informacjami albo wprost przeciwnie – łagodnym

kolorem napisów zapewnia, że spokojnie, dziś nic się nie

stało. Tym kimś byłam ja. Każdy efekt pracy widoczny od

razu, bezpośrednia łączność z widzami za pomocą słów

czytanych w jednej chwili w tysiącach domów na tysiącach

telewizorów. Wcześniej składanie słów cieszyło mnie,

bawiła przewrotna zabawa znaczeniem i rytmem frazy,

tempo – zawsze na żywo i zawsze pod presją – gwarantowało

dobre samopoczucie na adrenalinowym haju. Ale od

pamiętnego dnia na schodach to wszystko jakby zblakło.

Odtąd każdy dzień w pracy miał sens tylko wtedy,

jeśli spotkałam Aleksandra. Sukienki na wieczorne dyżury

wybierałam ze szczególną pieczołowitością, makijaż robiłam

z wyjątkową uwagą. Kiedy wymienialiśmy spojrzenia

albo gdy mówił „pięknie pachniesz”, mijając mnie na

korytarzu, za każdym razem żyłam tylko myślą o ciągu

dalszym. Jednak ciągu dalszego nie było. Nie było go aż

do pewnego styczniowego wieczoru, kiedy to śnieg przesłaniał

jasność widzenia, a wszechobecny lód pozwalał

bezkarnie tracić równowagę.

Wieczorny dyżur oznaczał koniec pracy o dwudziestej

trzeciej, tymczasem zanosiło się na to, że już w ogóle

nie opuścimy firmy. Zaczęło sypać po południu i nie przestawało

aż do nocy. Za oknami była tylko ciemność spowita

ciężkimi płatami mokrego śniegu. Śniegu, który nie

chciał przestać padać, tak jakby świat miał się skończyć

pod zaspami. Oblodzone i kompletnie białe drogi wyglądały

bardziej jak szlaki zaprzęgów psów husky niż jak ulice

centrum miasta z rekordową liczbą samochodów. Nie

16

byłam dobrym kierowcą, więc bałam się jazdy do domu

przez zaspy i ślizgawki. Liczyłam się z tym, że przyjdzie

mi porzucić samochód i wrócić z pracy pieszo. Nie mieszkałam

daleko, a wizja brnięcia przez śnieg po kolana i tak

wydawała się lepsza niż upiorna jazda przez biel i śliską

gładkość dróg zamienionych w lodowe tory przeszkód.

Kiedy wychodziłam z pracy, czyjś parasol osłonił

mnie od śniegu.

– Wracasz do domu samochodem? – zapytał Aleksander.

– Nie, boję się jechać w taką pogodę.

– Zamierzasz iść pieszo w taką zawieję? Daleko

mieszkasz? – Troska w jego głosie była dokładnie tym, co

chciałam słyszeć.

– Niedaleko, ale mimo wszystko boję się jechać.

– Daj spokój, odwiozę cię.

Propozycja kusząca nie tylko ze względu na trudne

warunki na drodze. Także – a może raczej przede wszystkim

– ze względu na możliwy ciąg dalszy. Choć uprzedzał,

że nie jest wytrawnym kierowcą, jechał pewnie, spokojnie,

płynnie. Dziwnie się czułam zamknięta z nim w ciasnej

przestrzeni samochodu. Był tak blisko mnie, a wciąż

nie mogłam go dotknąć. Ciepło naszych oddechów splatało

się gdzieś pod sufitem i powracało abstrakcyjnymi

wzorami na zaparowanych szybach. Jechaliśmy tak przez

noc – sami w klaustrofobicznie bezpiecznym i nieco nierzeczywistym

wnętrzu samochodu, oddzieleni od mrozu

i lodu, a jednocześnie tak doskonale wtopieni w zimowy

krajobraz. Puste drogi, biel za zmrożonymi szybami, płatki

śniegu wirujące w świetle samochodowych reflektorów.

Jakbyśmy na świecie byli tylko my, śnieg i mrok.

– Masz fajny samochód – odezwał się. Widać sportowe

czerwone auto może się podobać niezależnie od wieku

i rys. – Nogi też masz fajne.

17

To było wszystko, co powiedział przez całą drogę, ale

wystarczyło, bym nabrała apetytu na więcej. Kiedy przyjechaliśmy

pod mój dom, szarmancko otworzył przede

mną drzwi. Mokry śnieg uderzył mnie w twarz.

– Bardzo ci dziękuję. Nie wiem, jak wróciłabym do

domu bez ciebie. Jeśli mogę się jakoś odwdzięczyć… – ta

propozycja wydała mi się absolutnie oczywista. – Wejdziesz

na górę? Może jakieś wino?

– Nie, dziękuję. – Głos miał miękki i aksamitny, ale

to zabrzmiało naprawdę stanowczo. Śnieg na mojej twarzy

od razu stał się bardziej mokry i zimny. – Śpij dobrze –

życzył mi, rozkładając wielki czarny parasol, którego cień

padł również na mnie. Kiedy odchodził, stałam wciąż

jeszcze przy samochodzie. Sylwetka Aleksandra niknęła

wśród gęstniejących płatków śniegu.

Nie, to się nie może tak skończyć – pomyślałam, wybierając

numer na pasek. Pasek w stacji informacyjnej – nigdy

niezasypiające centrum, całodobowe ogniwo łączące wieczorne

serwisy z porankiem, wiecznie działający punkt dowodzenia.

Najświeższe informacje przesuwające się na pasku

w dole ekranu: niezależnie od pory dnia i nocy ktoś zawsze

pełnił tam dyżur. Tej nocy był to akurat mój dobry znajomy.

– Cześć, Robert, moje ty biedactwo skazane na pracę

nocną. Mam prośbę: podaj mi numer do Rawskiego.

To było naprawdę bardzo proste. Wystukanie esemesa

z podziękowaniem za rycerskie zachowanie i posłanie

go w tajemniczą przestrzeń cyfrowych sygnałów – jeszcze

prostsze. „Zawsze do usług” – odpisał. – „Teraz mam już

Twój numer telefonu i zamierzam zrobić z niego użytek”.

To było więcej, niż się spodziewałam. Skąd miałam wiedzieć,

że na spełnienie tej zapowiedzi przyjdzie mi czekać

tak nieznośnie długo?

*

18

– Halo? Aleksander? To ty? – Głos w słuchawce brzmiał

nieco niepewnie. A może była to mieszanina niepewności

i zdenerwowania?

– Przykro mi, ale nie. Ja… odebrałem ten telefon,

bo…

– Proszę pana, Rawska z tej strony. Od czwartku wieczorem

poszukuję mojego męża i od czwartku wieczorem

ten telefon nie odpowiada. Czy pan wie, gdzie on jest?

Tomasz Migota nie miał o tym pojęcia, tak samo teraz,

w sobotni poranek, jak i poprzedniego wieczoru. Ale

dziś już przynajmniej wiedział, kim jest „Justyna” z telefonu

Rawskiego.

– Niestety, nie wiem. I nikt z nas nie wie. My tutaj…

– Kim pan w ogóle jest? – W głosie Justyny Rawskiej

nie było już teraz niepewności; była tylko złość.

– Nazywam się Migota, jestem kierownikiem produkcji

Kanału Szóstego.

– Ach, więc pracuje pan z moim mężem? – usłyszał

w jej głosie coś na kształt ulgi. Kogo się w takim razie

spodziewała? Porywacza, który zażąda okupu?

– Tak, owszem. Tylko…

– Czy może mi pan powiedzieć, co się dzieje z moim

mężem? Nie było go wczoraj w programie, który powinien

był prowadzić.

Zabrzmiało to dość dziwnie. Migota spodziewał się

raczej usłyszeć „mąż nie wrócił do domu na noc”, ale po

chwili zdał sobie sprawę, że obecność na ekranie była

jedynym kryterium, którym mogła posłużyć się żona

Rawskiego. Mieszkali w Opolu, choć Rawski pracował

w Warszawie i spędzał tu całkiem dużo czasu. Bez żony.

– Ja… nie wiem, co się dzieje.

Migota nie był specjalistą od konwersacji z rozedrganymi

kobietami. Zwłaszcza z kobietami, które poszukiwały

zaginionych małżonków.

19

– Pani Justyno, proszę się uspokoić.

– Jestem spokojna, do cholery.

Migota wolałby nie brnąć dalej, ale już wiedział, że

to na niego – poniekąd na życzenie – spadł przykry obowiązek

poinformowania Rawskiej, że jej mąż zapadł się

pod ziemię. Albo pod kontuar w jakimś barze.

– Widzi pani, Aleksandra nie ma od wczoraj. A właściwie

od czwartku wieczorem. Nie przyszedł wczoraj do

pracy; nie wiemy, co się stało. Po prostu go nie ma.

– Jak to go nie ma? A ten telefon?

– Zostawił go, wychodząc w czwartek wieczorem.

Nie pojawił się po niego do tej pory. – Migota poczuł potrzebę

złagodzenia tych słów, które nawet w jego uszach

zabrzmiały trochę nazbyt złowróżbnie. – Niech się pani

nie martwi, na pewno wszystko będzie dobrze.

Chciał być miły, ale to nie był strzał w dziesiątkę.

– Mam się nie martwić?! Mojego męża nie ma drugi

dzień, a pan mi mówi, że mam się nie martwić!

– Pani Justyno…

– Jadę tam do was. – Musiała podjąć decyzję w tej

chwili; Migota nie sądził, by wcześniej w ogóle to rozważała.

– Dobrze, oczywiście. – Tego Rawska już nie usłyszała,

bo zdążyła odłożyć słuchawkę. Czekała ją długa droga

z Opola.

*

Zima powoli przechodziła w wiosnę, cała redakcja żyła

przygotowaniami do Euro 2012. Piłka, stadiony, kibice.

Szanse na wyjście z grupy, taktyka na rywali, polskie trio

z Borussii. Do tego rzecz jasna autostrady, lotniska i hotele

– sakramentalne i do znudzenia powtarzane pytanie

„Czy zdążymy?”. Wozy transmisyjne przemieszczały się

po całej Polsce, dokumentując kolejne fragmenty wyla20

nego asfaltu lub kolejne opóźnienia w dostawie kruszywa.

Niestrudzeni reporterzy relacjonowali przygotowania hoteli

do przyjęcia reprezentacji piłkarskich i ze straceńczym

optymizmem wyliczali ogromne, pewne już niemal, szanse

Polski na ćwierćfinał. Napisy „Stan przygotowań do

Euro” i „Wielkie odliczanie do piłkarskiego święta” były

już jak do cna zużyte klisze, ale wciąż jednak serwowałam

je widzom. Tamtej wiosny Euro przysłaniało nam wszystko.

Prawie wszystko.

Pewnego majowego wieczoru odżyły wszystkie moje

oczekiwania – wobec ewidentnego braku zainteresowania

ze strony Aleksandra odsunięte gdzieś na bok, przytłumione,

zepchnięte w sferę mało realnych nadziei.

– Może mnie podwieziesz? – zapytał, kiedy oboje

wyszliśmy z pracy po wieczornym dyżurze. To był czas,

kiedy po miesiącach tułania się po hotelowych pokojach

wynajął mieszkanie gdzieś na jednym z bezbarwnych, betonowych

osiedli na obrzeżach miasta. Nie miałam pojęcia,

jak tam dojechać, ani tym bardziej jak stamtąd później

wrócić, ale i tak byłam gotowa zaryzykować.

– Właściwie nie mogę ci odmówić, powinnam odwdzięczyć

się za twoją pomoc z czasów śniegu…

Na szczęście zmienił zdanie.

– Jeśli o to chodzi, to w rewanżu za tamto pozwól

się po prostu zaprosić na dobre wino. – Patrzył wprost na

mnie, a jego wzrok był mieszanką pewności siebie, obietnicy

i zainteresowania. Może było w nim też wyzwanie?

– Chętnie. Kiedy?

– Niestety najwcześniej dopiero w środę. I niestety

o tak samo późnej porze jak dziś. Za to z ogromną przyjemnością.

– Pora była doskonała, i to wcale nie tylko ze

względu na to, że cały tydzień pracowałam wieczorami.

– Świetnie. W takim razie do środy – powiedziałam,

zatrzaskując za sobą drzwi samochodu.

21

Noc była piękna i ciepła, a ja pełna emocji i na nowo

rozbudzonych nadziei. Zimne białe wino na balkonie

smakowało lepiej niż kiedykolwiek – wyczułam w nim zapowiedź

słodyczy i wyrazistości, które już niedługo miały

stać się moim udziałem.

Aleksander, jak się okazało, nie był pozbawiony zmysłu

praktycznego. „Co zrobisz z samochodem?” – przeczytałam

na ekranie telefonu. „Porzucę” – odpisałam. –

„Lubię swój samochód, ale nie jestem do niego przesadnie

przywiązana”. „Już Cię uwielbiam” – odpisał, a to, jak na

deklarację rozpoczynającą naszą znajomość, wydało mi

się nader obiecujące.

*

– Co tam, Tomek? – Szefowa podniosła głowę znad sterty

dokumentów. W jej przestronnym gabinecie zapach tytoniu

był równie wszechobecny jak jednostajny szmer kilku

telewizorów nastawionych na wszystkie kanały informacyjne.

Cóż, trzeba na bieżąco śledzić konkurencję, a to

bywa stresujące.

– Jest taka sprawa, że nie ma Rawskiego. – Jako

doświadczony kierownik produkcji Migota postanowił

przejść od razu do konkretów. Żadnego owijania w bawełnę,

trzeba działać.

– No wiem. Blajer się tłumaczył. Poza tym musiałam

przecież odebrać telefon od dyrektora i wysłuchać litanii

pretensji. To naprawdę skandal, że nie przyszedł wczoraj

do roboty.

– Skandal albo i coś gorszego.

W oczach Anny Ślęzak, szefowej Kanału Szóstego,

pojawił się cień obawy. Ale doprawiony małym błyskiem

zainteresowania.

– To znaczy? – Nie tylko Migota cenił konkret.

22

– Znaczy, że chyba zniknął. – To nie był chyba najtrafniejszy

dobór słów, zważywszy na minę, jaka pojawiła

się na twarzy jego rozmówczyni.

– Jak to zniknął? Co ty mi tu, Migota, opowiadasz?

UFO go porwało czy co? – Szefowa nie była kobietą, która

ma w swoim repertuarze niedopowiedzenia.

– No bo nie ma go do tej pory…

– Tak… właśnie się dziwiłam, że nie przyszedł przepraszać

– przerwała mu, ale tylko na chwilę.

– Nie ma go do tej pory, jest tylko jego telefon i właśnie

rozmawiałem z jego żoną…

– Żartujesz. Jego telefon był tu cały czas? – Opowieść

Migoty zaczynała chyba wreszcie wywierać na szefowej jakieś

wrażenie.

– No tak, od czwartku wieczorem. Dzwonił i dzwonił,

więc wreszcie odebrałem. To była jego żona. Ona też

nie ma pojęcia, gdzie on się podziewa. Zamierza przyjechać

tu do nas. – Był bardzo zadowolony, że udało mu się

podać wszystkie te szczegóły za jednym zamachem. I nawet

uniknąć przy tym spekulacji.

– Ha! Aż tak? Przyjechać do nas? No dobrze, skoro

musi… Chociaż spodziewałabym się, że jest bardziej

przyzwyczajona do takich numerów z jego strony.

Anna Ślęzak była jedną z nielicznych kobiet, którym

udało się posiąść wysokie stanowisko w Twoich Mediach

– kombinacie medialnym, do którego należał Kanał Szósty.

Na razie kierowała tylko redakcją, ale fotel dyrektorski

wydawał się być w jej dalszych planach. A także w jej

zasięgu, co stanowiło dobitny dowód na to, że znajomość

ludzkiej natury – i czynienie z tej znajomości odpowiedniego

użytku – nie było jej obce. Nie gardziła plotkami,

ale ufała przede wszystkim swojej własnej obserwacji. Intuicji,

jak mówili jej zwolennicy, albo uprzedzeniom, co

podkreślali jej wrogowie.

23

– No nie wiem… ja jej nie znam. Ale robiła wrażenie

naprawdę zaniepokojonej.

– I przyjeżdża?

– I przyjeżdża – potwierdził Migota.

– Cóż… miejmy nadzieję, że piękny pan prezenter

znajdzie się do tego czasu. – Ślęzak sięgnęła do paczki papierosów.

Nigdy nie uległa modzie nas delikatne slimy czy

łagodne mentole, na palenie kobiece, aromatyczne i oszukańcze.

Pełnowymiarowy, męski lucky strike wyglądał

w jej palcach jak właściwy przedmiot na właściwym miejscu.

– Nie chciałabym tu żadnej chryi. A już na pewno nie

z niewiernym, pijanym małżonkiem w roli głównej.

Migota nigdy nie sądził, że aż tak jednoznacznie

oceniała Rawskiego. A Anna Ślęzak była kobietą, z której

ocenami należało się liczyć.

– Tomek? – zawołała za nim, kiedy już prawie zamykał

drzwi z drugiej strony. – Poproś tu do mnie Koniuszek,

jak tylko się pojawi, dobrze?

*

W środę długo wybierałam sukienkę. Czerwona, niezawodnie

przyciągająca spojrzenia, czy może kusząco krótka

niebieska? Wreszcie zdecydowałam, że czarna ze sporym

dekoltem będzie w sam raz. Pończochy, szpilki, makijaż

– to było jak rytuał poprzedzający święto, jak tradycyjny

obrzęd, mający zapewnić pomyślność, jak magiczna formuła

przejścia od tego, co zwyczajne, do niecodziennych

doznań. Zestaw dobrze znanych, uspokajających gestów,

kobiecy ceremoniał kolorowania, wygładzania, cieniowania.

Tym razem z myślą o konkretnym adresacie przekazu

– absolutnie czytelnego przekazu czerwonych ust, krótkiej

sukienki, obcasów tak wysokich i cienkich, że aż nogi

drżą w kostkach.

24

Myślałam o nim, kiedy szłam do pracy, a głowy mężczyzn

odwracały się za mną na ulicy, myślałam o nim, kiedy

czułam na sobie dziesiątki spojrzeń, myślałam o nim,

kiedy odliczałam godziny pozostałe do końca dyżuru.

A te dłużyły się niemiłosiernie, zwłaszcza że oczekiwania

nie skracała mi żadna wiadomość od Aleksandra. Widziałam

go w firmie, choć nie prowadził tego dnia „Przeglądu”,

a tylko „Arenę” – wieczorny program publicystyczny.

Widziałam go na ekranie, kiedy przez godzinę cytowałam

przekrzykujących się gości zaproszonych do studia. Widziałam

go, gdy wychodził o dwudziestej pierwszej – po

to, by jak miałam nadzieję – wrócić po mnie za dwie godziny.

Mimo wszystko już wtedy czułam, że coś jednak

jest nie tak. Mocno nie tak. Zupełnie nie tak.

Kiedy skończył się „Przegląd Dnia” – ostatni program,

dziś nie z Aleksandrem, ale z jego zmiennikiem –

wiedziałam już, że nie będzie ani wina, ani spotkania, ani

żadnej z tych wszystkich rzeczy, na które miałam nadzieję.

Nie było ani Aleksandra, ani nawet wiadomości od niego

– żadnego wytłumaczenia, żadnych wymówek, żadnych

usprawiedliwień. Po prostu nie przyszedł na randkę, którą

sam zaproponował, i nawet nie był w stanie wcześniej

jej odwołać. Jakoś, jakkolwiek, byleby tylko nie zostawiać

mnie z tym nieznośnym poczuciem absolutnego lekceważenia.

Kiedy wyszłam w ciepłą, majową noc – w noc,

w której nikt na mnie nie czekał – czułam się tak zbędna

jak mój dzisiejszy makijaż, tak porzucona jak sukienka,

którą uznałam za niewystarczająco dobrą na dziś, tak

dalece nic nieznacząca jak zapomniana puderniczka. Po

dzisiejszym wieczorze spodziewałam się wszystkiego, ale

akurat nie tego. Nie goryczy tak bolesnego poczucia nieważności.

Byłam dla niego aż tak dalece nieistotna, że

zapomniał o umówionym spotkaniu? Czy może jeszcze

mniej znacząca – tak zupełnie nieważna, że mógł po pro25

stu nie przyjść, pamiętając, ale nie uważając za stosowne

tłumaczyć mi się ze zmiany swoich planów? Którakolwiek

z tych opcji była prawdziwa – obie bolały.

Zawsze wierzyłam w znaczenie słów, w ich moc

i potęgę. Skoro powiedział, stworzył rzeczywistość, a nie

można uznać za niebyłe czegoś, co zostało stworzone.

Stworzył moje nadzieje, emocje i iskry w moich oczach,

a teraz uważał, że po prostu zgasną, że rozwieją się z wiatrem

– tak jak jego słowa. Jeśli uważał, że tak można – był

w błędzie.

„Nigdy więcej” – powiedziałam sobie, gasząc papierosa

w popielniczce przed firmą i ruszając w samotny

spacer do domu. Niezależnie od tego, jak wiele obiecywałam

sobie po tej znajomości, czas o tym wszystkim zapomnieć.

Raz na zawsze zapomnieć o Aleksandrze Rawskim

i o fałszu jego słów.

– Joanna? Dopiero wracasz do domu? – usłyszałam

głos Hanki, mojej najbliższej koleżanki z pracy, która właśnie

wyłoniła się zza drzwi do firmy. Musiała trochę zamarudzić

po wieczornym dyżurze. Kiedy zobaczyła moją

twarz, nie czekała już na odpowiedź.

– Co się, kurwa, stało? – Rozczarowanie, które zobaczyła

w moich oczach, musiało być naprawdę wyraźne.

Porażająco wyraźne. – Ktoś ci coś zrobił?

– Tak. Obawiam się, że tak. – I opowiedziałam jej

wszystko o obróconych wniwecz wielkich nadziejach

i o bólu zawiedzionych oczekiwań. O słodyczy budzącego

się pożądania i o odrzuceniu gorzkim jak piołun. O słowach,

które miały być początkiem, a stały się końcem.

– To nic niewarty drań. Właściwie dobrze, że się tak

stało: od razu pokazał swoją prawdziwą twarz. – Hanka,

rodowita warszawianka z Pragi, była wcieleniem zdrowego

rozsądku i trzeźwego podejścia do życia. Nigdy się nie

zdarzyło, by Hanka Chaberek nie nazwała czegoś, lub ko26

goś, po imieniu. – Głupi chuj z niego, spójrz prawdzie

w oczy. Przynajmniej od razu to wiesz. Gdybyś dowiedziała

się o tym później, bolałoby jeszcze bardziej. – Jej

słowom nie sposób było odmówić logiki. – Po ostatnich

przejściach zasługujesz na kogoś porządnego. Albo chociaż

na porządną rozrywkę.

Hanka mówiła o mojej zeszłorocznej decyzji: nieprzespane

noce, zerwane zaręczyny, odwołany ślub. Zrobiłam

to w ostatnim możliwym momencie, który pozwalał

uniknąć tragifarsy w postaci ucieczki sprzed ołtarza

czy raczej, gwoli ścisłości, z urzędu stanu cywilnego. Nie

chodziło o to, że tamten mężczyzna był zły. Po prostu letniość

temperatury tego związku była nie do zniesienia już

w narzeczeństwie, jakież więc mogło być małżeństwo? Nigdy

nie żałowałam swojej decyzji, chociaż niewykluczone,

że wpłynęła ona na to, jacy mężczyźni – z Aleksandrem

Rawskim na czele – znaleźli się w kręgu moich zainteresowań.

Może płaciłam właśnie cenę za rezygnację z łagodnej

czułości, stuprocentowej przewidywalności i bezbrzeżnej

nudy? Porażająco konkretna konkluzja Hanki wyrwała

mnie z tych rozważań.

– Tak czy inaczej, zapomnij o tym całym Rawskim,

to jakaś pomyłka.

– Postaram się. Postaram się, obiecuję. – Zabrzmiało

to raczej niepewnie. Tak jakbym już wtedy wiedziała, jak

bardzo będzie to trudne.

*

Rawska do nas jedzie. Niosło się po firmie coraz głośniej

i śmielej. Mówiło się o tym w bufecie, szeptało w palarni,

słyszało się tę wieść na korytarzach. Rawska do nas jedzie

– prawie jak „jedzie do nas rewizor”. A może nawet

lepiej, bo nie o kontrolę, ale o zagadkę chodziło. Zagad27

kę z nieuchronnym posmakiem sensacji. Na prawie dwie

setki ludzi pracujących dla Kanału Szóstego ponad połowa

była dziennikarzami. A ci są jak posokowcy – gdy

zwietrzą sensację, nic ich nie zatrzyma. W tym przypadku

nie dało się już uspokoić fali plotek, lawiny ekscytacji,

bezmiaru poruszenia.

– Rawska do nas jedzie. No nieźle, naprawdę nieźle.

– Ciekawe, gdzie jest Aleksander.

– Może szlag go trafił.

– No co ty, diabli swego nie biorą. Pewnie gdzieś pije.

– Kurwa, ale się narobiło.

Wąskie i ciemne korytarze huczały od domniemań,

przypuszczeń, spekulacji. Kanał Szósty mieścił się na całości

pierwszego i połowie drugiego piętra w starym, ponurym

budynku w centrum miasta. Pozostałe z pięciu

kondygnacji zajmowały inne kanały i redakcje należące do

Twoich Mediów – potężnego telewizyjnego konglomeratu.

Wieści rozchodziły się więc lotem błyskawicy: zahaczały

o kolejne piętra, omiatały coraz to nowe redakcje, niosły

się po pokojach i pomieszczeniach technicznych. Zwłaszcza

że Tomasz Migota – jak na dobrego kierownika produkcji

przystało – nie zachowywał informacji dla siebie.

W sobotnie przedpołudnie cała stacja żyła już tylko zaginięciem

Rawskiego. Byli tacy, których przyjazd żony prezentera

frapował dużo bardziej niż sama jego nieobecność.

– Ktoś ją w ogóle kiedyś widział? – zapytała Emilia,

jedna z czołowych wydawców Kanału Szóstego. Stała

w zakładowej palarni z sekretarką szefowej. Szklane ściany

głuszyły ich rozmowę, a sinawy dym spowijał słowa.

– Zdaje się, że nikt nigdy. W ogóle nikt nic o niej nie

wie. – Żona Rawskiego spędzała życie w Opolu, z daleka

od telewizji, a jej mąż nie był typem, który trzyma zdjęcie

małżonki w portfelu. A tym bardziej opowiada o niej

współpracownikom.

28

– Nie ukrywam, że chętnie ją obejrzę. Chociaż na

pewno nie będzie w formie. Współczuję jej – dodała po

chwili, chociaż i tak wiedziała, która część jej wypowiedzi

jest tą istotną. Sekretarka szefowej też nie miała wątpliwości.

– Odwoziłaś go w czwartek po programie?

Oczy Emilii zrobiły się wielkie i okrągłe. Prawie takie,

jakie miała, gdy była młoda. Nie przypuszczała, że

nawet sekretarka spędzająca dnie w dusznym przedsionku

gabinetu wie tyle o jej zwyczajach. Niestety, były to

zwyczaje dające doskonały asumpt do plotek – zdarzało

się bowiem, że po zakończeniu wieczornego programu

Aleksander Rawski wsiadał do taksówki razem z Emilią

Miłkowską.

Ale nie tamtym razem.

– Żartujesz? Przecież ja miałam w czwartek wolne,

„Przegląd” wydawał Jerzy.

– Ach… – sekretarce nie udało się ukryć rozczarowania.

Słyszała wprawdzie coś niecoś, że wspólne odjazdy

Miłkowskiej i Rawskiego sprzed firmy służą tylko

odwożeniu tego ostatniego na dworzec autobusowy, skąd

podróżował do Opola, ale i tak była zawiedziona. Wyglądało

na to, że Rawski zapadł się pod ziemię i nikt nie wie,

w którym miejscu ta ziemia mogła się rozstąpić.

*

To był jeden z tych długich, zimowych wieczorów w pracy.

Serwisy ciągnące się daleko w noc, Aleksander Rawski

w studiu i Joanna Madecka tuż za moimi plecami. Nie

znałem jej, dopóki nie zaczęła przychodzić tu do nas, do

reżyserki. Redakcja oddelegowała ją do niewdzięcznego

i wymagającego zadania pisania nagłówków, sprawdzania

wizytówek, uważnego słuchania i redagowania cytatów.

29

To wymagało absolutnej koncentracji, a jej udawała się ta

sztuka mimo całego hałasu i rozedrgania reżyserki. Rzecz

jasna widywałem ją wcześniej na korytarzach – takiej kobiety

nie dało się przeoczyć, ale jakoś nigdy nie zdarzyła

się nam okazja do rozmowy. Może działała stara zasada,

która nam, pracownikom technicznym, kazała mimo

wszystkich uśmiechów i kurtuazyjnych „dzień dobry”

trzymać się z dala od dziennikarzy. A może nigdy nie miałem

śmiałości, by ją zaczepić? Albo po prostu nie interesowała

mnie, dopóki nie zacząłem codziennie jej widywać?

Dopóki nie zacząłem codziennie patrzeć na jej skupioną

twarz, na palce biegające po klawiaturze, na usta zawsze

pociągnięte czerwoną szminką.

Na początku łatwo można było popełnić błąd – wygodna

oczywistość tego, co powierzchowne, pozwalała automatycznie

zaklasyfikować ją do grupy laleczek. Zawsze

elegancko ubrana, zawsze na szpilkach, zawsze świadoma

urody swoich nóg. Jednak mimo całego tego entourage’u

czerwonych paznokci, krótkich sukienek i starannego makijażu

było w niej coś, co nie pozwalało na prostą redukcję.

Coś, co opierało się uproszczeniom i wychodziło poza

ramki. Coś, co nie dawało spokoju. Na początku niewiele

miałem z nią wspólnego. Mówiłem „zabierz napis” albo

„teraz możesz podpisać gościa”, czasem nawet nie odwracając

się do niej – nic nieznaczące, czysto profesjonalne

kwestie. Rzecz jasna, to wydawca był jej przełożonym,

ale ode mnie zależał ostateczny kształt obrazka, który widzowie

oglądali w swoich telewizorach, musiałem więc

czasem ograniczać ją w jej zapędach mnożenia napisów.

Wizualna czystość, harmonia obrazu, przemyślana całość,

którą czasami musiałem pozwolić jej psuć – telewizja informacyjna

ma przecież swoje wymogi; krzyczące napisy

są jednym z nich. Choć – muszę przyznać – akurat jej

napisy nie wszystkie krzyczały, a niektóre wręcz intrygo30

wały. Może nawet budziły ciekawość, ciekawość autorki.

Pewnego dnia zacząłem przyglądać się Joannie Madeckiej.

I dostrzegać coraz więcej szczegółów – zaszyfrowanych

w gestach, ukrytych w uśmiechach, schowanych gdzieś

pod rzęsami. Nawet jeśli była laleczką – jej porcelanowa

cera i drobne rozmiary czyniły takie porównanie uprawnionym

– to na pewno nie lalunią. Nie umiałem nazwać

tego, co czyniło ją interesującą. Może sposób, w jaki mówiła,

a może fakt, że nie mówiła wiele; nie była jedną

z tych kobiet, które szczebiocą, gaworzą i rzucają słowa

na wiatr. Była za to jedną z tych, których bardzo chce się

dotknąć; miała w sobie nieustające napięcie, tajemniczy

prąd, jakiś płomień, który tlił się cały czas i kusił nieodparcie.

Byłem pewien, że jeśli dotknę jej skóry, oparzę się,

a co najmniej poczuję gorąco. Im dłuższe były mroźne

wieczory, tym wyraźniej wyobrażałem sobie, jak to robię.

Któregoś dnia zacząłem z nią rozmawiać o pogodzie

i pracy, następnego poszedłem z nią na papierosa, jeszcze

innego odśnieżyłem jej samochód. Spojrzała wtedy na

mnie, jakbym zrobił coś naprawdę wielkiego. Wówczas

już coraz bardziej chciałem się przekonać, jaką temperaturę

ma w rzeczywistości jej skóra. Chciałem wyczuć źródło

jej napięcia, pogłaskać je palcami, złagodzić. Wyglądała,

jakby tego właśnie było jej trzeba, choć może sama nie do

końca zdawała sobie z tego sprawę. Nie wiedziałem o niej

wiele aż do pewnego wieczoru w środku stycznia. Wówczas

dowiedziałem się o tym, co najważniejsze. Dowiedziałem

się, jak kobieta może patrzeć na mężczyznę. Śnieg

uderzający w okna, dziesiątki światełek migoczących na

konsolecie i pełne skupienie podczas programu na żywo.

Zamiast pisać swoje bon moty i błyskotliwe nagłówki, Joanna

patrzyła na niego. Patrzyła na Aleksandra Rawskiego

prowadzącego z Izabelą Kalicką „Przegląd Dnia”, miała

go cyfrowego i zmultiplikowanego na dziesiątkach ekra31

nów w reżyserce. Patrzyła tak, że bolało. Mnie, ją, Bóg

wie kogo jeszcze. Napięcie nie było już częścią jej, ona

cała była napięciem. Mały płomień stał się ogniem; nie

takim, który ogrzewa, tylko takim, który spopiela. Była

jak struna naciągnięta do granic; jeden nieostrożny ruch

– i pęknie. Jestem mężczyzną, więc impuls pragnienia był

niekontrolowany, chciałem, aby to na mnie tak patrzyła.

Ale to był tylko moment, chwila słabości, jedno mgnienie.

Zbyt wiele ją to kosztowało, bym mógł chcieć czegoś

takiego dla siebie. Mnie chodziło o coś innego – chciałem

uspokoić jej puls niezdrowy i stanowczo za szybki,

chciałem wejść do środka i popłynąć z jej krwią wzburzoną

i gorącą. Chciałem ugasić, złagodzić, ukoić. To była

kobieta, którą mogłem się zaopiekować. Kobieta, która

źle wybiera mężczyzn i woła o ulgę w gorączce. Kobieta,

która mnie potrzebuje.

Odtąd to ja zacząłem patrzeć na nią. W przerwach

między serwisami, podczas serwisów, gdy tylko mogłem

oderwać się od konsolety, w każdej chwili. A później już

nie mogłem przestać. Niepostrzeżone momenty, które

przesądzają o wszystkim, decydujące chwile, które mijają

tak naturalnie, że nawet nie potrafimy ich wskazać. Sam

nie wiedziałem, jak to wszystko się stało. Jak stało się tak

bardzo i tak dalece. Jak stało się aż tak. Nie wiedziałem,

od kiedy nie mogłem skupić się na pracy, czekając tylko

na jej przyjście. Od kiedy zacząłem tropić tajemnice na

dnie jej oczu w kolorze gorzkiej czekolady. Od kiedy zaczęła

mi się śnić.

*

Lato minęło pod znakiem unikania Aleksandra. Ciepłe

wieczory, sukienki na ramiączkach, bose stopy w sandałach

na szpilce płynnie przeszły w chłodne zmierzchy, skó32

rzane kurtki i jesienne sweterki. Przeszły bez niego. Jakoś

udawało mi się nie zwracać na niego uwagi, nie interpretować

jego spojrzeń, nie mijać się z nim w ciemnym, wąskim

korytarzu. Czasem tylko, zupełnie bez ostrzeżenia,

nadpływał żal – jak fala, która unosiła ze sobą kolory i zabierała

blask. W takich chwilach widziałam to wszystko,

co mogło być, a nigdy nie było. To, co nigdy nie było,

choć mogło być wszystkim.

– Słyszałaś o najsłynniejszym ostatnio firmowym romansie?

– spytała mnie Hanka, gdy któregoś dnia kupowałyśmy

razem kawę w podziemnych czeluściach zakładowego

bufetu.

– Nie. A powinnam?

– Chyba tak. – Już wiedziałam, co usłyszę.

– Z kim? – Zapytałam tylko.

– Z kimś, kto jest dowodem na to, jak mało jest wybredny.

Z Paulinką.

Tego akurat się nie spodziewałam. Paulinka Koniuszek

– młoda, ładna, tandetna jak różowe boa z piór.

Wybuchowa mieszanka nadużywanych wulgaryzmów,

dużych piersi i skłonności do łatwych wzruszeń. Dziewczyna,

która intrygowała swoją urodą dopóty, dopóki nie

otworzyła ust. Frenetycznie rozedrgana histeryczka ze

skłonnością do ataków płaczu i nader szybkich pocieszeń

w męskich ramionach. Czyichkolwiek męskich ramionach.

To nie był wybór, którego spodziewałam się akurat

po Rawskim. Mimo to jednak od tamtej pory nie mogłam

już odegnać od siebie wizji Aleksandra i Paulinki.

Razem. Ich obraz przykleił się do mnie i nie chciał mnie

opuścić – jak jedna z tych uciążliwych melodyjek, które

raz zasłyszane lubią pozostać w głowie i prześladować

człowieka swoim opętańczym rytmem.

Myślałam, że to najgorsze, co spotkało mnie tamtego

chłodnego i deszczowego września. Tymczasem czekało

33

mnie coś jeszcze. Zawsze wiedziałam, że jestem słabym

kierowcą, ale nie sądziłam, że moja jazda samochodem

będzie miała aż tak nieszczęśliwy – a jednocześnie spektakularny

– finał. Wieczorny dyżur, deszcz zacinający od

kilku godzin, kałuże głębokie jak małe jeziorka. Wsiadłam

do samochodu – wszystko było zapłakane deszczem, strugi

wody płynęły po szybach, nic sobie nie robiąc z daremnych

wysiłków wycieraczek. Kątem oka, przez którąś

z kropli, dostrzegłam rozmazany obraz wychodzącego

z pracy Aleksandra. Chciałam odjechać jak najszybciej.

Kilka metrów na parkingu przed firmą, kawałek jazdy

pod prąd i ostry zakręt, tak by oszczędzić sobie uciążliwych

objazdów. A później już prosta droga do domu –

bylebym zdążyła odjechać, zanim do skrzyżowania zbliży

się Aleksander, bylebym nie musiała patrzeć, w którą

stronę idzie, bylebym nie musiała wiedzieć – wiedzieć na

pewno – że idzie do Paulinki.

Już kiedy ruszyłam, czułam, że robię to za szybko.

Zbyt ostry skręt kierownicy, za dużo gazu, rozbryzg wody

z kałuży i poślizg. Wiedziałam, że to się źle skończy, ale już

w żaden sposób nie mogłam temu zapobiec. Nie potrafiłam

zapanować nad autem, które zniosło nagle w zupełnie

odwrotną stronę niż ta, w którą chciałam jechać. Hamulec

nie działał, wszystko wydarzyło się zbyt szybko, zatrzymała

mnie dopiero solidna, betonowa ściana. Ściana firmy.

Huk oderwał nocnych montażystów od mozołu komputerowego

sklejania klatek filmowych i kazał im podejść

do okien. Czułam, jak moja głowa niepowstrzymanie leci

do przodu, a czoło uderza w kierownicę. Potem już cisza.

Przypominało to scenę z filmu, kiedy Aleksander

otworzył drzwi od mojej strony.

– Nic ci się nie stało? – zapytał.

– Nie, chyba nic – zapewniłam go, a po chwili wiedziałam

już, że było to mniej więcej zgodne z prawdą.

34

Rzecz jasna, o ile uznać, że szok i kompletna dezorientacja

to również nic.

Co za koszmarny pech sprawił, że musiałam zrobić

coś takiego akurat na jego oczach?! Cisza była nieznośna –

tym wyraźniej było w niej słychać złowrogie posykiwanie

pogiętych przewodów wyglądających spod roztłuczonej

maski mojego samochodu. Cały przód zamienił się w kłębowisko

pogiętej blachy i wystających części sterczących

pod mniej lub bardziej dziwnym kątem. Mimo to udało

mi się odpalić silnik i bardzo powoli, w towarzystwie

dziwnych charkotów i postukiwań, przetoczyć się na drugą

stronę chodnika – tam, gdzie mój nieszczęsny rozbity

samochód mógł czekać do rana na litościwe przybycie

mechanika.

Kiedy Aleksander otworzył drzwi mojego auta, przypominało

to scenę z filmu. Ale gdyby to był film, bohater

nie powinien podczas kulminacyjnego momentu pokrzykiwać

do telefonu:

– Ty wiesz, co się stało? Joanna wpierdoliła się na

ścianę firmy. Nie mam pojęcia, jak to zrobiła, ale rozpieprzyła

się kompletnie. Co? Nie, nic jej się nie stało.

Chyba. Tak, akurat wtedy, gdy szedłem. Mówię ci, miała

największe oczy, jakie w życiu widziałem.

Wzięłam trzy głębokie oddechy, zanim wysiadłam

z samochodu, a raczej z tego, co z niego zostało. Wydawało

mi się, że wszystko jest w porządku, że już dobrze, że

najgorsze minęło, ale mimo to ledwie stałam na nogach.

Ruchy miałam wolniejsze niż zawsze, kiedy chwiejnym

krokiem obchodziłam auto dookoła, by obejrzeć rozmiar

zniszczeń, zabrać torebkę, przekręcić kluczyk w drzwiach.

Pomyślałam, że droga do domu – w deszczu i na nogach

jak z waty – nie będzie łatwa. Miałam nadzieję, że Aleksander

zapyta, czy mnie odprowadzić. I nawet nie chodziło

o to, że to był on i ja, tylko po prostu o sytuację.

35

On tymczasem nie zapytał nawet, jak się czuję. Ani co zamierzam

teraz zrobić. Ani nawet czy chcę papierosa. Nie

zapytał o to – ani o żadną z setki innych rzeczy, o którą

mógłby w tamtej chwili zapytać – bo po prostu już go

tam nie było.

*

Ściszenie radia – to było pierwsza rzecz, jaką sekretarka

Anny Ślęzak zrobiła po powrocie z palarni. W gabinecie

szefowej siedziała Paulinka Koniuszek; wprawdzie ściany

były grube i niewiele można było przez nie usłyszeć,

ale kiedy stanęło się tuż przy drzwiach… Sekretarka nie

chciała uronić ani jednego słówka.

– Posłuchaj, Paulinka – głos szefowej brzmiał stanowczo

i zdecydowanie. Tak jakby doskonale wiedziała,

co chce powiedzieć młodej pracownicy. I że zamierza to

powiedzieć, niezależnie od protestów, uwag i oporu, jaki

jej słowa mogą napotkać. – Jak zapewne już słyszałaś,

przyjeżdża do nas żona Rawskiego. – Anna Ślęzak wiedziała

aż za dobrze, że zachować cokolwiek w sekrecie jest

w tej firmie prawie niemożliwe. – Pojawi się lada chwila,

jak sądzę. Ciebie ma tutaj wtedy nie być. Czy to jasne?

– Ale…

– Żadnego ale. Ma cię tu nie być i już.

– Ale ja jestem dziś asystentem wydawcy… – Asystent

wydawcy, choć brzmiał dość szumnie, zajmował się

najmniej twórczą bieżącą pracą: wycinaniem kilku zdań

z przydługich wypowiedzi polityków, montowaniem obrazków,

słuchaniem konferencji prasowych. – Jak mogę

tak po prostu wyjść z pracy?

– Tym to się akurat najmniej powinnaś martwić. Na

dyżurze jest was czwórka, wydawca da sobie radę bez ciebie,

ręczę ci. – Szefowa uśmiechnęła się na poły złośliwie,

36

a na poły pobłażliwie. Paulinka Koniuszek miała problem

z określeniem tych proporcji. Miała też problem ze słowami.

– Sama chyba rozumiesz, że spotkanie z Rawską to

nie jest coś, o co powinnaś w swojej sytuacji zabiegać.

Drugi raz ratowanie twojego tyłka może mi nie pójść tak

łatwo. Nie chcę cię tu widzieć, kiedy ona przyjedzie, jasne?

– Jasne. – Anna Ślęzak nie przyjmowała Paulinki Koniuszek

do pracy. Robił to poprzedni kierownik, z racji

płci, a może po prostu upodobań, dużo bardziej czuły na

walory jej dużych oczu i jeszcze większego biustu. Ale to

Ślęzak mogła ją zwolnić. I raz już mało brakowało, by to

uczyniła.

– Dobra, zabieraj się stąd. – Palce przebierające

w paczce papierosów na chwilę znieruchomiały. – I jeszcze

jedno. – Anna Ślęzak spojrzała wprost w rozbiegane

oczy swojej młodej rozmówczyni. – Jeśli wiesz, gdzie podziewa

się Rawski, to lepiej mi o tym powiedz.

– Nie wiem! Nie mam pojęcia! Od ponad miesiąca

zupełnie nic o nim nie wiem! – Koniuszek pochyliła się

cała do przodu, jej ręce zacisnęły się w pięści, w zieleni

oczu błysnęło coś bardzo wyraźnie. To mogło być oburzenie,

to mogła być wściekłość. A może nawet desperacja?

Ten wybuch sprawiał wrażenie autentycznego. Jednak nie

na tyle, by całkowicie przekonać kogoś tak doświadczonego

na różnych życiowych poletkach jak Ślęzak.

– Ty i Rawski dość już nawywijaliście. Jeśli siedzi

u ciebie w mieszkaniu i trzeźwieje, to lepiej, żeby się tu

pojawił, zanim przyjedzie jego żona. Lepiej dla wszystkich,

a w szczególności dla ciebie.

– Nie ma go u mnie w mieszkaniu. – Zniknęły zaciśnięte

pięści, zostały dłonie oparte całą powierzchnią na

poręczach krzesła. Niezbyt zadbane dłonie ze sterczący37

mi skórkami i pobielałymi paznokciami. – Może mi pani

wierzyć albo nie, ale to prawda.

Ślęzak była zaskoczona. Nie spodziewała się, że

w głosie Koniuszek usłyszy tyle godności. Niestety, nie

miała czasu głębiej się nad tym zastanowić, bo jej wzrok

przykuł jaskrawy kolor pilnej informacji u konkurencji.

„Makabryczne znalezisko – ludzka noga w stołecznym

Parku Skaryszewskim”.

– Kurwa, dlaczego my nic o tym nie wiemy? – Wycelowała

pilotem w telewizor, aby zrobić głośniej. – Ja się

tu zajmuję jakimiś pierdołami, a konkurencja ma takie

newsy!

Nieco pobladła prezenterka stacji rywalizującej z Kanałem

Szóstym starała się swoją beznamiętnością choć

trochę złagodzić sensacyjny wymiar wiadomości.

– Podczas spaceru w Parku Skaryszewskim pani Halina

zobaczyła wypchaną reklamówkę wystającą z kosza

na śmieci. Nieforemny pakunek zwrócił jej uwagę.

Jak zwykle jakaś nadgorliwa emerytka – pomyślała

Ślęzak, patrząc na babcię z trwałą a la baranek. Kobieta

wykrzykiwała właśnie na antenie konkurencji: „Pani, ale

żem się przestraszyła!”.

– Przeżyła szok, kiedy okazało się, że w plastikowej

torbie znajduje się zgięta w kolanie ludzka noga.

„Patrzę ja, otwieram tę siatkę, a tam stopa wystaje.

Normalnie jak żywa, z paznokciami takimi sinymi już

trochę!” – babcia przed kamerą była w swoim żywiole.

– Policja odmawia na razie komentarza w tej sprawie,

ale w dalszej części programu będziemy próbowali połączyć

się z komisarzem Baniakiem z biura prasowego stołecznej

policji. Informację o tym makabrycznym zdarzeniu otrzymaliśmy

na naszą platformę do kontaktu z widzami.

Nie dość, że nadgorliwa emerytka, to jeszcze wydzwania

do konkurencji – pomyślała Ślęzak. Zaraz, a może do

38

nas też zadzwoniła, a ktoś to zbagatelizował? I znów jesteśmy

w tyle za Network TV. Szlag by to trafił! Anna Ślęzak

wiedziała, że nic nie przyciąga ludzi przed telewizory tak

jak sensacja. Najlepiej z odrobiną makabreski. Podniosła

się zza biurka, by pójść do newsroomu i znaleźć tego, kto

odpowiadał dziś za odbieranie połączeń od widzów. Już

ja mu, kurwa, pokażę – pomyślała. Cała historia z Rawskim

była ostatnią rzeczą, o której w tej chwili pamiętała,

ale nagle zobaczyła, że Paulinka Koniuszek wciąż jeszcze

jest w jej gabinecie. Tuż przy drzwiach, z ręką na klamce,

w kolorze ściany.

– Paulinka, co z tobą? – Ślęzak przeraziła się nie na

żarty, kiedy biel twarzy dziewczyny zaczęła przechodzić

w zieleń, a zieleń w fiolet. – Dobrze się czujesz?

– Nie!

Sekretarka podsłuchująca po drugiej stronie zdołała

odskoczyć w ostatniej chwili. Impet, z jakim Paulinka

popchnęła drzwi i wypadła z gabinetu, podniósł kartki na

biurku i poruszył firanki. Kurczowo przyciskała dłoń do ust,

na wypadek gdyby jednak nie udało jej się zdążyć do toalety.

– Jezu, nie sądziłam, że jest aż tak wrażliwa. Ostatecznie

przecież nie pracuje tu od wczoraj – Ślęzak pokręciła

głową z niedowierzaniem. Sekretarka była wdzięczna

Paulince, że jej sensacyjne zachowanie odwróciło uwagę

szefowej od tego, kto stał pod drzwiami, choć wcale nie

powinien. Tymczasem Paulince Koniuszek udało się dobiec

do łazienki; wymiotowała jeszcze długo po tym, jak

szefowa znalazła redaktora odpowiedzialnego za kontakt

z widzami i potrąciła mu wynagrodzenie za to, że zlekceważył

telefon od pani Haliny.

– No dzwoniła, dzwoniła, ale… Noga w śmietniku,

w parku?! Litości, pomyślałem, że babcia coś pieprzy. Takie

rzeczy się przecież nie zdarzają. – Jego nieudolne tłumaczenia

tylko dodatkowo zdenerwowały szefową.

39

– Jak widzisz, się, kurwa, zdarzają. I mówi o tym

konkurencja, a nie my. Dzwoń na policję i coś od nich

wyduś, ale już!

Anna Ślęzak pracowała w Kanale Szóstym dopiero

od kilku miesięcy. Już miała dość.

*

Aleksander miał mój numer telefonu, ale ani w noc mojego

wypadku, ani następnego dnia, ani nigdy później nie

zrobił z niego użytku, by zapytać, jak sobie radzę. Nie

dość, że tak po prostu mnie tam zostawił – roztrzęsioną

i samą w środku deszczowej nocy – to na dodatek moje

samopoczucie nie interesowało go ani trochę. Chyba

że pytał o nie w pracy. Wtedy robił to głośno, wyraźnie

i wcale nie licząc na odpowiedź, ale za to tak, by wszyscy

słyszeli. Wieści o moim nieszczęsnym bliskim spotkaniu

ze ścianą firmy rozeszły się bowiem bardzo szybko. Przy

jego wydatnym udziale, jak sądzę.

– Przecież to paranoja. – Mówiła Hanka, a w jej głosie

tym razem pobrzmiewały tony autentycznej złości. –

Facet opowiedział wszystkim, co zrobiłaś, a to, czy nic

ci się nie stało, w ogóle go nie obchodzi. Za to gdy ma

wystarczające audytorium, o tak, wtedy go to interesuje.

Nawet bardzo. Ostatnio wpadł do gabinetu szefowej, by

spytać ją, jak się czujesz. Patrzcie go, jaki to on troskliwy!

Gdyby naprawdę chciał wiedzieć, pytałby ciebie, a nie

szefową, to jest przecież, kurwa, oczywiste.

Byłam w stanie dużo znieść, ale tym razem nawet ja

uważałam, że to przesada. Nie mogłam darować mu tej

lodowatej obojętności, jaką okazał mi tamtej, naprawdę

trudnej, nocy. I tych pytań o mnie, których cel – skądinąd

ewidentny – nie miał zupełnie nic wspólnego ze mną. Już

od wiosny wiedziałam, że Aleksander nie jest dla mnie – że

muszę zapomnieć, że nic z tego, że nie warto. Teraz jednak

moje przekonanie nabrało twardego waloru definitywności

– nie chciałam mieć nic wspólnego z Aleksandrem Rawskim.

Właściwie przestałam się do niego odzywać – nie było

już spojrzeń przechwytywanych w locie, nie było mniej lub

bardziej znaczących zerknięć, nie było dyskretnych uśmiechów.

Kilka razy próbował mówić coś do mnie – ładne

sukienki, piękne oczy, jakieś boleśnie typowe zaczepki, na

które przestałam reagować. Widziałam, że nie jest z tego

zadowolony, choć może nie chodziło wcale o mnie; to raczej

nagła utrata zainteresowania mogła go zaboleć. Należał

do specyficznego gatunku mężczyzn przyzwyczajonych

do tego, że to oni mogą przestać zwracać uwagę na kobietę

– nigdy zaś odwrotnie. Hanka przynosiła mi niespodziewane

wieści, które tylko potwierdzały moje podejrzenia.

– Mówią, że wypytuje o ciebie. Różnych ludzi, Paulinkę

też. Zobaczysz, niedługo będzie chciała się z tobą

zaprzyjaźnić. Skoro z nim nie chcesz rozmawiać, myśli, że

może przez nią uda mu się coś zdziałać.

Wiedziałam, że nie mogę na to pozwolić. Wierzyłam

nie tylko w słowa, wierzyłam też w znaki. W kwestii Aleksandra

bezsprzecznie dostałam ich wiele, wręcz zastanawiająco

wiele. Wszystkie mówiły to samo i składały się na

jeden, nader spójny przekaz, którego zadaniem było utrzymać

mnie od niego z daleka. Odczytanie znaków, które

dostawałam, było dziecinnie proste – tym gorzej dla mnie.

Nigdy później nie mogłam powiedzieć, że nie zostałam

ostrzeżona. Tym razem – naprawdę i solennie – postanowiłam

zrobić z tych ostrzeżeń użytek. Niestety, nie na zawsze.

*

 

 

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: