Do kupienia Księgarnia Fraktalla http://www.fraktalla.com

 

 

http://fraktalla.com/ksiazka/Darda-Stefan/Zabij-mnie-tato,75153802276KS

 

 

 

 

 

Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Ilustracja na okładce

Dariusz Kocurek

Redakcja techniczna, skład, łamanie i opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2015

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

 

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2015

Tekst © Stefan Darda

ISBN 978-83-7835-463-5

Nie wyobrażaliśmy sobie życia poza Polską.

Wróciliśmy ze stuprocentowym przekonaniem,

że tylko tutaj będziemy naprawdę szczęśliwi.

Kamil Szykowiak

Mieć w rękach sznurki

sterujące losami dziesiątków milionów ludzi

i nie umieć myśleć w perspektywie dalszej niż parę lat?

Przecież normalnemu człowiekowi to się w pale nie mieści.

Marian Majka

PRELUDIUM

12 marca 2015 (czwartek)

— Zauważyłeś, że każdy dom pachnie inaczej?

Spoglądam na zegarek.

Nie dlatego, że interesuje mnie, która jest godzina. Bardziej chodzi o próbę ukrycia własnego

zmieszania czy może — tak, to chyba bardziej precyzyjne — niepokoju i troski. Mimowolnie

spostrzegam, że po raz ostatni wymieniliśmy zdawkowo kilka słów ponad dziesięć minut temu.

Podnoszę głowę dopiero wtedy, gdy jestem pewien, że moja twarz nie wyraża żadnych emocji.

Przygląda mi się uważnie, właściwie świdruje mnie wzrokiem. Wytrzymuję jego spojrzenie, ale nie

odpowiadam w obawie, że moja reakcja będzie niewłaściwa.

Od poniedziałku jego rysy wyraźnie się wyostrzyły, co jeszcze bardziej podkreślają lekko

zapadnięte policzki i kilkudniowy zarost. Okrągła i szczera twarz dorosłego dziecka poszarzała, stała

się podejrzliwa, a wesołe wcześniej oczy jakby zapadły się w głąb czaszki, zmieniając go nie do

poznania. Patrzę w nie teraz i widzę ból zmieszany ze strachem. Są zmęczone, mocno przekrwione

z niewyspania, ale wciąż bystre.

O co mu, do cholery, może chodzić?

Siedzimy w przestronnym salonie powiększonym jeszcze o niewielki aneks kuchenny. Jest późne

popołudnie, przez firanki sączy się złotawy blask słońca, które właśnie zaczyna chylić się ku

zachodowi. Z zewnątrz docierają hałasy marcowego dnia — szum przejeżdżających samochodów,

wesoły ptasi świergot i głośne, sprawiające wrażenie beztroskich, rozmowy przechodniów. Dzięki

przyjemnym pastelowym barwom ścian, jasnobrązowej tonacji mebli oraz zestawowi

wypoczynkowemu obitemu skórą w kolorze écru salon powinien być równie pogodny, jak dzień, do

którego śmierci pozostało jeszcze co najmniej ładnych kilkadziesiąt minut.

Powinien być, ale nie jest.

Znajdujemy się w dusznej kapsule niepewności i obaw, w której śpiew ptaków wydaje się

nadmiernie wesoły, a rozmowy przechodniów jakby niestosownie beztroskie.

Nagle do tych przeciskających się przez zamknięte okno odgłosów dołącza dziecięcy śmiech.

Trudno określić, czy dziewczynki, czy małego chłopca. Po chwili wtóruje mu drugi, głośniejszy,

bardziej perlisty. Przez ułamek sekundy doświadczam czegoś w rodzaju déjà vu. To przez ten śmiech

z zewnątrz, podobny do tego z przedwczoraj, i fakt, że wtedy, po południu, siedzieliśmy dokładnie na

tych samych miejscach, co dziś. Zachowanie Kamila teraz jest jednak zupełnie inne, więc wrażenie

przeżywania tej samej chwili gaśnie równie nagle, jak się pojawiło.

Wtedy poderwał się na równe nogi i natychmiast znalazł przy oknie. Dziś tylko lekko prostuje

plecy, zaczyna nasłuchiwać i odruchowo spogląda w stronę zasłoniętych firanek. Zaraz potem jego

wzrok znów spoczywa na mojej twarzy. W tej chwili Kamil sprawia wrażenie, że nie wie, kim

jestem, skąd i po co się tu wziąłem. Mam nadzieję, że zanim mnie rozpozna, zdąży zapomnieć

o swoim dziwacznym pytaniu.

— Nie zauważyłeś, panie Zdzichu? — pyta. — Tak mówią i chyba to jest prawda. Przynajmniej tak

mi się wydaje. Wiesz, ludzie i ich zapachy, kosmetyki, meble, farby na ścianach, wszystko. I tak się

zastanawiam właśnie, czy…

Przenosi spojrzenie na jakieś miejsce gdzieś poza moimi plecami, usytuowane o wiele dalej niż

ograniczająca przestrzeń pokoju ściana, i przez moment milczy. Później znów patrzy w moje oczy,

lecz tym razem spoza wilgotnej zasłony łez.

— Tak się właśnie zastanawiam, czy tutaj też będzie pachniało inaczej, jeśli one nie wrócą.

Kamil

I.

Pamiętam dokładnie chwilę, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, w tamto ponure piątkowe

popołudnie. Był trzydziesty września dwa tysiące jedenastego roku, a ja siedziałem przy dużym oknie

pizzerii Isabella e Camillo.

Na zewnątrz nie działo się nic ciekawego, co było zresztą zupełnie naturalne. W niewielkich

powiatowych miastach rzadko kiedy dzieje się coś, na czym warto przez dłużej niż kilka sekund

zawiesić oko. Zwłaszcza jeśli spieszące gdzieś co tchu dziewczyny opatulone są w ciepłe ubrania

i skryte pod parasolkami przed wczesnojesiennym deszczem, niesionym porywami nieprzyjemnego

wiatru.

Byłem w tym lokalu po raz pierwszy i stanowił on o niebo ciekawszy obiekt do obserwacji niż

wszystko to, co działo się na dworze. Czekałem cierpliwie na pizzę i sączyłem drugie piwo,

podziwiając wnętrze. Czego w nim nie było! Na przeciwległej ścianie, drewnianej od podłogi aż po

sufit — dwa góralskie kapelusze wiszące pomiędzy zasuszonymi rozgwiazdami, a pod nimi sporej

wielkości kilim z nieforemnymi dzikami i jeleniem na rykowisku, przypominającym konia, któremu

ktoś dla hecy domalował rogi. W kącie po prawej stała migająca wszelkimi barwami tęczy maszyna

do gier, a obok niej, na parapecie, dwa radia lampowe, zapewne jeszcze z lat pięćdziesiątych

ubiegłego wieku. Nad moją głową wisiało ogromne poroże jelenia, które zauważyłem dopiero wtedy,

gdy również za sobą zacząłem szukać czegoś ciekawego. Nie zawiodłem się więc, zwłaszcza że obok

rogów wisiały dwie skrzyżowane ciupagi i olejny obraz przedstawiający nagą, choć wstydliwie

zakrywającą się prześcieradłem i zupełnie bez talentu namalowaną kobietę.

Zdążyłem jeszcze omieść wzrokiem toporne drewniane, pokryte grubą warstwą lakieru stoły wraz

z pasującymi do nich krzesłami, gdy właśnie brzdąknął dzwoneczek zamontowany przy drzwiach i do

knajpy wkroczył mniej więcej trzydziesto-, może trzydziestopięcioletni mężczyzna. Drzwi musiał

otworzyć sobie barkiem, ponieważ obie ręce miał zajęte hurtowymi ilościami keczupu i na pierwszy

rzut oka nieciekawie wyglądającymi, zapakowanymi próżniowo wędlinami. Zmierzając do baru,

spojrzał w moją stronę i przywitał zdawkowym: „Dzień dobry”. Odpowiedziałem tym samym,

zastanawiając się jednocześnie, jak bardzo głupio wyglądam z wiszącym tuż nade mną wielkim

porożem, ale uspokoiłem się, gdy wyjrzałem przez okno. Na ulicy, dokładnie przed wejściem do

pizzerii, stał biały citroen berlingo z włączonymi światłami awaryjnymi, opatrzony logiem Isabella

e Camillo. Zapewne taki rogaty klient nie był dla pracownika lokalu czymś niezwykłym, jednak dla

własnego komfortu postanowiłem nigdy więcej nie siadać w tym miejscu.

„O ile w ogóle będzie jeszcze jakiś następny raz” — pomyślałem.

Piwo było dobrze schłodzone i świeże, ale byłem pełen obaw odnośnie do pizzy, na którą

czekałem. Przyniesione przez tego faceta produkty prezentowały się naprawdę bardzo nieatrakcyjnie.

Położył wszystko, co niósł, na kontuarze, obok sporej wielkości srebrnego ruskiego samowara,

a następnie pchnął kowbojskie drzwi i zniknął w kuchennej części knajpy, z której już od dłuższego

czasu dochodził całkiem smakowity, przyprawiający mnie o lekki ślinotok zapach.

Spodziewałem się, że nie przyjdzie mi już długo czekać i faktycznie, po jakichś trzech minutach

dostawca znów pojawił się w polu mojego widzenia, tym razem niosąc przed sobą spory talerz

z dymiącą pizzą. Postawił ją przede mną i wtedy mogłem się bliżej przyjrzeć człowiekowi, który

teraz dla odmiany wcielił się w rolę kelnera. Miał ociekające wodą, lekko przerzedzone

ciemnoblond włosy i okrągłą, pucułowatą twarz lekko otyłego, liczącego na pewno ponad metr

osiemdziesiąt dzieciaka, ozdobioną ufnym, przyjacielskim uśmiechem. Szare oczy również się do

mnie śmiały.

— Pan, zdaje się, pierwszy raz u nas? — zapytał.

— Owszem. I nie mogę się nadziwić wystrojowi wnętrza. Mam nadzieję, że smak pizzy będzie

równie spektakularny — pozwoliłem sobie na zawoalowany żart, ciekaw, czy zostanie on w jakiś

sposób pociągnięty przez mojego nowego znajomego.

Wyszczerzył zęby, więc chciałem dodać jakąś złośliwą uwagę, ale nie zdążyłem, bo z kuchni

dobiegło:

— Kamil, zamówienie!

Rozłożył dłonie w geście bezradności świadczącym o tym, że chętnie by sobie jeszcze ze mną

pogawędził, ale obowiązki wzywają, a następnie życzył mi smacznego i prawie biegiem pognał po

dwa pudełka, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiły się na kontuarze, zastępując

przyniesione przed chwilą hurtowe zakupy.

Obserwując, jak odjeżdża, zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jest właścicielem lub

współwłaścicielem tego przybytku, na co wskazywałby drugi człon nazwy, dumnie wymalowany na

drzwiach białego auta. No i ta wszechstronność, której trudno byłoby się spodziewać po zwykłym

pracowniku… Wzruszyłem ramionami, będąc pewnym, że za jakiś czas z pewnością moje

wątpliwości w tej kwestii zostaną rozstrzygnięte, po czym zabrałem się za jedzenie.

Pierwsze obiekcje związane z pizzerią Isabella e Camillo zostały rozwiane niemal natychmiast. Nie

przypuszczałem, że w tym obskurnym przybytku uda mi się dostać tak wyśmienitą pizzę.

II.

Mamaj często mawia, że Ryków to dziura w dupie świata. Zwykle mu wtedy odpowiadam, że

wcale niekoniecznie, choć, obiektywnie rzecz biorąc, faktycznie nie sposób się czymkolwiek w tym

miasteczku zachwycić. Trudno się spodziewać, żeby licząca niecałe dwadzieścia tysięcy

mieszkańców aglomeracja jakoś nadzwyczajnie tętniła życiem, ale jeśli ktoś jednak ma co do tego

chociażby resztki złudzeń, to ledwie kwadrans spędzony w centrum Rykowa pozwoli mu się ich

z powodzeniem pozbyć. Jest tu trochę jak w polskim filmie — nic się nie dzieje, nuda i dłużyzny.

Dialogi pomiędzy mieszkańcami też przeważnie są niedobre. Inżynier Mamoń i sierżant sztabowy

Mamaj z pewnością mogliby znaleźć wspólny język, gdyby los skrzyżował kiedyś ich drogi.

— Niekoniecznie? — odpowiada zazwyczaj z niedowierzaniem i kręci tą swoją wielką głową,

która Bóg wie jakim cudem trzyma się na długiej, przeraźliwie cienkiej szyi.

— To dlaczego stąd nie wyjedziesz, skoro tak ci źle? — pytam.

— Wrosłem tutaj — mówi stanowczo i aby potwierdzić swoje słowa, przytakuje skinieniem

łepetyny tak energicznie, że aż siwiejąca grzywka opada mu na wysokie czoło. — Zresztą, wiesz,

Elżbieta pewno nie znalazłaby gdzie indziej roboty, no i dzieci nie chciałyby…

Przez niecałe trzy i pół roku znajomości odbyliśmy podobną rozmowę wielokrotnie. Prawie za

każdym razem Mamaj zawieszał się po wspomnieniu o dzieciach, jakby właśnie ich zdanie było

argumentem koronnym i kończącym wszelkie dywagacje odnośnie do ewentualnej przeprowadzki

w inne — lepsze i bardziej interesujące — miejsce. I prawie za każdym razem po rytualnej chwili

milczenia odzywałem się, pytając:

— W takim razie po co narzekać, skoro nie zamierzasz nic z tym zrobić? Widocznie nie jest ci aż

tak źle, skoro nie próbujesz się stąd wyrwać.

— Może i tak… — kwitował takim tonem, jak gdyby właśnie ktoś przed sekundą doradzał mu, że

powinien się udać z wizytą do ginekologa.

Często łapię się na nadmiernej skłonności do pouczania i dawania tak zwanych dobrych rad innym,

zwłaszcza tym, których lubię i na których przynajmniej trochę mi zależy. Co ciekawe, nie potrafię się

przed tym powstrzymać, ale zawsze gryzę się w język dokładnie wtedy, gdy już jest za późno, gdy

właśnie przed sekundą błysnąłem jakąś swoją złotą myślą. Wielokrotnie więc doradzałem Mamajowi

rozważenie przeprowadzki i tyle samo razy chwilę potem się za to na siebie wściekałem.

Łatwo doradzać wywrócenie życia o sto osiemdziesiąt stopni, gdy się ma czterdzieści parę lat i jest

się samotnym, niezależnym facetem bez zobowiązań. Z drugiej strony, w takiej sytuacji warto być

przynajmniej na tyle rozsądnym, żeby zdawać sobie sprawę, do kogo się coś takiego mówi. To, że ja

zdecydowałem się na taki krok, nie znaczy, że wszystkim byłoby równie łatwo.

Kiedy po raz pierwszy jadłem pizzę w dziwacznej knajpie o jeszcze dziwniejszej nazwie, nie

znałem jeszcze Mamaja, ale dużo myślałem o tym, gdzie i po co się znalazłem. Byłem pewien, że

takiego właśnie zapyziałego miasteczka mi potrzeba. Trochę już mu się zdążyłem przyjrzeć przez ten

miesiąc, od kiedy udało mi się znaleźć robotę w miejscowej fabryce okien (określając początek

zatrudnienia na początek października) i jego brzydota wydawała mi się wręcz porażająco piękna.

Niewielki rynek, w ładne dni pełen wygrzewających się w słońcu emerytów, dziurawe drogi, po

których miejscowi szpanerzy nie mogli pędzić z wyciem podrasowanych silników, świeże powietrze

przesycone wonią otaczających Ryków sosnowych lasów. Do tego dochodził brak znajomych,

z którymi nie wypada się nie spotykać od czasu do czasu, i śmiesznie niski koszt mieszkania, którego

metr wyceniano mniej więcej o połowę taniej niż w Mieście Wojewódzkim, więc po sprzedaniu

starego mogłem sobie pozwolić na bardziej przestronne cztery kąty, a i tak zostało jeszcze sporo na

bankowym rachunku.

Kończąc pizzę, która była tak duża, że ledwie udało mi się ją w siebie wcisnąć, solennie

przyrzekłem w duchu, że będę robił wszystko, by prowadzić tutaj życie samotnika i odludka, że będę

stronił od ludzi, ich problemów, dzieci, kłopotów ze zdrowiem, kochanek, teściowych i czort wie

czego jeszcze. Chciałem po prostu spokojnego i nudnego życia, dokładnie takiego samego jak

miejscowość, do której przeprowadziłem się kilka dni temu.

Plan był doskonały, więc postanowiłem go oblać kolejnym i ostatnim już tego popołudnia kuflem

piwa. Nazajutrz czekał mnie pierwszy dzień w nowej pracy i nie wypadało pojawić się na kacu, bo

prywatny właściciel nigdy nie jest tak wyrozumiały, jak państwowy pracodawca.

Właśnie w tej chwili do knajpy ponownie wszedł mężczyzna, którego widziałem już wcześniej.

Spostrzegł, że mój talerz jest pusty, więc podszedł, by go zabrać.

— I jak, proszę pana, smakowała pizza? — zapytał.

— Muszę przyznać, że dawno nie jadłem tak dobrej.

— Cieszę się. Recepturę zdobyłem we Włoszech, gdy pojechałem tam po maturze, żeby trochę

zarobić i przed studiami liznąć prawdziwego życia. Do woja mnie nie chcieli, więc pomyślałem, że

może przynajmniej do kuchni się nadam. — Patrzył na mnie pogodnymi oczyma z tym swoim

rozbrajającym uśmiechem. Być może z Włoch przywiózł nie tylko przepis na ciasto, ale też tak

otwarty, nieskrępowany sposób bycia, chociaż bardziej skłaniałem się do opinii, że po prostu taki się

już urodził. — Ale z włoskiej pizzy właściwie zostało tylko ciasto, bo Polacy jednak wolą inaczej

podane składniki, prawda?

— Nie mam pojęcia, nigdy nie byłem we Włoszech — odparłem zgodnie z prawdą.

Powinienem być wtedy nieprzystępny i nieprzyjemny, wszak nie dalej niż kilka minut wcześniej

sobie to obiecywałem. Ale nie potrafiłem.

Mój rozmówca wziął talerz, a następnie wskazał na pusty kufel.

— Może jeszcze jedno?

Dziś sobie myślę, że zrobiłem wielki błąd, nie odmawiając. Gdybym podziękował, zapłacił

i wyszedł, wszystko byłoby przecież inaczej. Być może nie doszłoby do tego, że kilka lat później

będziemy siedzieć w jego mieszkaniu i zastanawiać się, czy „tutaj będzie pachniało inaczej, jeśli one

nie wrócą”, bo przecież każde nasze spotkanie miało wpływ na dalsze losy jego i jego najbliższej

rodziny.

III.

Sam nalał mi piwo do czystego kufla i przyniósł do stolika.

— Skoro pizza da się zjeść, to może zajrzy pan do nas jeszcze kiedyś? — spytał. — Chyba że jest

pan w Rykowie tylko przejazdem… — Zawiesił głos.

Uśmiechnąłem się do niego i pociągnąłem łyk. Nie bardzo miałem ochotę spowiadać się z moich

planów, ale też musiałem się liczyć z tym, że w tym miasteczku zbyt długo nie uda mi się być

anonimowym.

— Jeśli jest pan przejazdem, to zapraszam, kiedy znów się pan pojawi w okolicy — zakończył

i zrobił krok do tyłu, dając w ten sposób sygnał, że nie zamierza mi już zawracać głowy.

— Nie, nie jestem przejazdem, panie Kamilu. Tak ma pan na imię, prawda?

Odpowiedział skinieniem głowy, a ja ciągnąłem:

— Od kilku dni jestem nowym mieszkańcem tego uroczego miasteczka i zamierzam się tu zatrzymać

przynajmniej przez parę lat. Wcześniej nie było okazji wpaść do… — Spojrzałem przez okno na

stojący w deszczu samochód. — …Isabella e Camillo, ponieważ miałem sporo na głowie w związku

z kupnem mieszkania i przeprowadzką, ale teraz z pewnością będę zaglądał od czasu do czasu.

— To świetna wiadomość — rzekł, wciąż nie przestając się uśmiechać. — Niedawno zaczęliśmy

i każdy nowy klient jest na wagę złota. — Znów zbliżył się do stolika i wyciągnął do mnie rękę.

— Nazywam się Kamil Szykowiak, współwłaściciel lokalu, a jednocześnie barman, kierowca,

sprzątacz, zaopatrzeniowiec i kelner w jednym.

— Zdzisław Mokryna — również się przedstawiłem i uścisnąłem jego dłoń.

— Usatysfakcjonowany klient.

— Cieszę się i mam nadzieję, że takim pan już pozostanie.

— Ja również.

W tej chwili do pizzerii weszła para nastolatków i skierowała się do stolika usytuowanego obok

wiekowych radioodbiorników. Szykowiak nie zwracał na nich uwagi, tylko przyglądał mi się jak

jakiemuś rzadkiemu okazowi w muzeum.

— A wie pan…? — zagaił po chwili. — Wszyscy stąd wyjeżdżają, zostają prawie sami emeryci,

renciści i zatrudnieni na państwowych albo samorządowych etatach. Tak się właśnie zastanawiam,

czy do tej pory zdarzyło mi się poznać kogoś, kto się tutaj sprowadził i zamieszkał na stałe…

— Pan, zdaje się, nie należy do żadnej z wymienionych grup?

— Fakt, jest jeszcze handel i usługi, ale od kiedy otworzyli to centrum handlowe przy wylotówce,

to wszystko zaczyna powoli padać na łeb. Czasem ma się wrażenie, że Ryków to miasto trup, a ci,

którzy jeszcze się tu pałętają, są jak robaki, żywiące się resztkami padliny.

Roześmiałem się.

— Zaczynam się cieszyć, że nie spotkałem pana przed przeprowadzką, bo jeszcze bym zmienił

zdanie.

Zreflektował się i palnął otwartą ręką w czoło.

— Faktycznie, nie ma co, potrafię umilić czas i tchnąć w nowego klienta nieco optymizmu na

powitanie.

Zaraz potem przeprosił mnie i poszedł odebrać zamówienie od dwójki dzieciaków. Obserwowałem

go bacznie, zastanawiając się, czy uprzejmość, którą mi okazywał, była efektem wyrachowania

związanego z chęcią zdobycia nowego stałego bywalca, ale już po chwili wiedziałem, że nie.

Rozmawiał z nastolatkami jak ze swoimi rówieśnikami, żartował i śmiał się razem z nimi w sposób

zupełnie naturalny. Coś mi mówiło, że jeśli tego nie zmieni, to nawet na takim nieboszczyku, jakim

miał być rzekomo Ryków, uda mu się ukręcić niezły interes. Dobra kuchnia, przyjemna obsługa

i sympatyczne wnętrze potrafią zdziałać cuda. Dwa pierwsze elementy prezentowały się nienagannie,

gorzej z trzecim, ale skoro biznes funkcjonował od niedawna, to istniała szansa, że lokal urządzał

poprzedni właściciel, a Szykowiak nie zdążył jeszcze zmienić wystroju pizzerii.

* * *

Obserwując mojego nowego znajomego przy pracy, trochę zastanawiałem się nad swoją najbliższą

przyszłością, a trochę nad tym, co zostawiłem za sobą. Nie obawiałem się nadchodzącego czasu,

bardziej byłem go ciekaw. Trzy miesiące wcześniej stałem się emerytem, zajęć mi od wtedy nie

brakowało, ale nie potrafiłem sobie wyobrazić, że już teraz zaniecham zupełnie jakiejkolwiek pracy.

Było na to za wcześnie, a poza tym, gdyby okazało się, że nowe zatrudnienie nie będzie mnie

satysfakcjonowało, to przecież drzwi do skromnego, ale w miarę wygodnego życia w każdej chwili

mogły stanąć przede mną otworem.

Kilku kolegów z byłej roboty zdecydowało się na odejście mniej więcej w moim wieku i potem,

zwykle po upływie kilku miesięcy, próbowali dostać jakąś fuchę, choćby i na pół etatu. Nie tylko ze

względu na wymagania finansowe ich rodzin, ale, zdaje się, że przede wszystkim nie potrafili

odnaleźć się wśród czterech ścian własnych mieszkań, które nagle zaczynały być niebezpiecznie

duszne.

Czy wyobrażałem sobie wtedy, że resztę życia spędzę w Rykowie? Chyba nie, ale też, o ile dobrze

pamiętam, w tych pierwszych dniach zapoznawania się z moim nowym miejscem na ziemi w ogóle

nie starałem się planować czegoś w dalszej perspektywie. Było dobrze, jak było i życzyłem sobie,

aby ten stan się nie zmieniał tak długo, jak tylko będzie to możliwe.

* * *

Rozprawiłem się z ostatnim, jak sądziłem, tego dnia piwem i podszedłem do kontuaru, żeby

zapłacić. Szykowiak akurat zniknął gdzieś na zapleczu, więc o rachunek poprosiłem szczupłą,

niebrzydką brunetkę średniego wzrostu, która przyjmowała moje pierwsze zamówienie.

— Mąż mówił, że właśnie przeprowadził się pan do Rykowa — zagadnęła, nabijając na kasę

fiskalną i spoglądając na mnie z zainteresowaniem.

— Skoro pan Kamil jest pani mężem, to pani ma zapewne na imię Izabella?

— Prawie pan zgadł, tyle że mam w imieniu tylko jedno „el”. On uparł się na dwa, żeby było

bardziej po włosku. — Komicznie zmarszczyła brwi i pokręciła głową z udawaną irytacją, a potem

podała mi paragon. — Ta nazwa pasuje do Rykowa jak wół do karety, prawda?

— Wszystko słyszałem! — dobiegło z części kuchennej. — Panie Zdzichu, niech pan jej powie, że

ta nazwa wcale nie jest taka zła!

— Pani Izabelo, ta nazwa wcale nie jest taka zła — powiedziałem, dbając, żeby w moim głosie

zabrzmiało możliwie najmniej entuzjazmu.

Z kuchni dobiegł wesoły rechot, a zaraz potem w prowadzących do niej drzwiach pojawił się mój

nowy znajomy. Podszedł do żony, objął ją lewym ramieniem, czule pocałował w czoło, po czym

zwrócił się w moją stronę i rzekł:

— Najgorsze jest to, że była między mną i Izą taka umowa: jedno wybiera nazwę knajpy, a drugie

decyduje o wystroju wnętrza. Poszedłem na to, bo byłem pewien, że małżonka nie zechce zmienić tu

nawet najdrobniejszego szczegółu. No i niech pan sobie wyobrazi, panie Zdzichu, że ona zamierza

przeprowadzić tu absolutną rewolucję, wszystko powyrzucać, nawet ściany z drewna odrzeć —

lamentował, markując oburzenie i żywo gestykulując wolną ręką. — Może pan, jako, jak sądzę,

obiektywny i zapewne znający się na rzeczy światowy człowiek, będzie potrafił ją przekonać?

Pomimo rozbawienia całą sytuacją, wynikającą również z moich wcześniejszych spostrzeżeń

w kwestii urządzenia lokalu, popatrzyłem na niego z całkowitą powagą i po chwili dramatycznego

milczenia odparłem:

— Przykro mi, panie Kamilu, ale nawet gdybym chciał wykazać się teraz męską solidarnością, to

dla pańskiego dobra nie mogę tego zrobić. Pańska żona ma w sprawie remontu całkowitą rację.

Ona klasnęła z zadowoleniem, a on przewrócił dramatycznie oczyma i z niedowierzaniem pokręcił

głową, nie próbując już teraz hamować uśmiechu.

— Ustaliliście to, zanim przyszedłem, prawda? — spytał. — Człowiek nawet na moment nie może

opuścić stanowiska pracy, bo gdy wróci, to od razu odkryje, że spiskują za jego plecami.

Wyjąłem portfel i wyjąłem z niego pieniądze, a następnie położyłem je obok paragonu.

— Szczerze i z ręką na sercu mogę stwierdzić: kiedyś nam pan jeszcze za te spiski podziękuje.

Zadzwonił telefon. Kobieta wyswobodziła się z objęć męża i podniosła słuchawkę, a ja raz jeszcze

stwierdziłem, że pizza była doskonała, po czym pożegnałem się z nimi skinieniem głowy i ruszyłem

w stronę wieszaka, na którym czekała na mnie polarowa bluza. Ledwie zdążyłem ją założyć, a tuż

obok ponownie wyrósł Szykowiak.

— Przepraszam, mam do pana jeszcze pytanie… — zaczął. — Mógłby mi pan powiedzieć, gdzie

pan mieszka?

Po momencie zaskoczenia spojrzałem na niego wzrokiem wyraźnie sugerującym, że są granice,

których nie powinien przekraczać, nawet pomimo przyjaznej atmosfery, jaka towarzyszyła naszym

wcześniejszym rozmowom. W lot pojął niezręczność swojego pytania, bo natychmiast

z zakłopotaniem dodał:

— Pada coraz bardziej, a pan, jak widzę, nie ma nic od deszczu, więc pomyślałem, że chętnie

podwiozę. Mam właśnie zamówienie, za kilkanaście minut będę je dostarczał do klienta, więc przy

okazji mógłby się pan ze mną zabrać.

Tym razem mnie zrobiło się łyso. Spojrzałem za okno, za którym świat tonął w strugach ulewnego

deszczu.

— Bardzo to miłe z pana strony — powiedziałem. — Z przyjemnością bym skorzystał, gdyby jechał

pan gdzieś w stronę Osiedla Solidarności.

Jego twarz pojaśniała.

— Świetnie, to prawie po drodze. Może w takim razie jeszcze piwo, zanim pizza będzie gotowa?

Tym razem na koszt firmy Isabella e Camillo.

Z ociąganiem wyraziłem zgodę na małe, sprzeciwiając się jednocześnie temu, by było gratis.

— Skoro ma pan ochotę tylko na małe, to tym chętniej firma je zasponsoruje — w ten sposób uciął

ze śmiechem moje protesty i poszedł za bar, by napełnić szklankę.

IV.

— Wybrał pan chyba najbardziej atrakcyjne osiedle w naszej mieścinie — powiedział, gdy

zatrzasnęliśmy za sobą drzwi jego firmowego auta. — Ładne, przestronne mieszkania, niedawno

wybudowane bloki z dala od większej drogi… Cicho tam jest, prawda?

— Tak, wprawdzie dzieci trochę hałasują popołudniami na placu zabaw, ale da się wytrzymać.

— To kawałek od centrum, ale za to las pod nosem i powietrze jak balsam — ciągnął, jakby

w ogóle nie usłyszał, że się odezwałem. — Nie miałby pan nic przeciw temu, bym najpierw

dostarczył pizzę? Klienci lubią, gdy przyjeżdża gorąca.

— Absolutnie nic.

Wycieraczki z trudem nadążały z usuwaniem deszczu z przedniej szyby. Musiałbym być niespełna

rozumu, gdyby w tej sytuacji robiło mi różnicę kilka minut zwłoki. Byłem naprawdę wdzięczny

Szykowiakowi, że pomyślał o podwiezieniu mnie do domu.

— Do dzieci można się przyzwyczaić, nie tylko do tych hałasujących na podwórku — jak gdyby

nigdy nic nawiązał do tego, co powiedziałem wcześniej. — Kiedyś sądziłem, że to niemożliwe,

wnerwiała mnie gówniarzeria, jak nie wiem co… Wszystko się zmieniło, gdy urodziła mi się

pierwsza córa. Jakoś wtedy człowiek inaczej zaczął patrzeć na maluchy. Pan pewnie nie ma dzieci,

panie Zdzichu?

Potwierdziłem jego przypuszczenie dopiero po chwili milczenia. Dziwnie się czułem, gdy dopiero

co poznany facet zadawał mi osobiste pytania, ale z drugiej strony nie potrafiłem mieć mu tego za złe.

Po części ze względu na jego bezpośredni sposób bycia, a po części dlatego, że w pewien sposób

było to ujmujące. Być może przez dziesięciolecia spędzone w dużym mieście odzwyczaiłem się od

naturalnych, nieskrępowanych rozmów, które mogą prowadzić ze sobą nawet prawie obcy sobie

ludzie.

Pizzeria Isabella e Camillo położona jest jakieś pięćdziesiąt metrów od rykowskiego ryneczku,

przy ulicy Parkowej, prowadzącej do niego od południowego wschodu. Jechaliśmy nią do samego

końca, po czym skręciliśmy pod skosem w lewo, w stronę Osiedla Solidarności, by zaraz potem

odbić ku północy, zagłębiając się w długą na jakieś dwa kilometry ulicę Łokietka. Widoczne

w oddali bloki, w tym mój, zostawiając po prawej.

— To zabawne, jak człowiekowi zmieniają się priorytety i punkt widzenia — odezwał się

ponownie Szykowiak. — Wspomniałem panu wcześniej, że wyjechałem po ogólniaku do Włoch.

To było w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym roku. Miałem tam zostać najwyżej przez

dwa, może trzy miesiące, ale wróciłem dopiero po czterech latach. Dokładnie rzecz ujmując,

wróciliśmy, bo w dziewięćdziesiątym siódmym dołączyła do mnie Iza. Jesteśmy ze sobą, od kiedy

ona zaczęła naukę w liceum. Ja byłem klasę wyżej, wpadła mi w oko i już w październiku ze sobą

chodziliśmy. No i chodzimy aż do teraz, da pan wiarę? — Spojrzał w moją stronę i się roześmiał.

— Dam — odparłem, starając się, by moja odpowiedź zabrzmiała jak najbardziej pogodnie.

Uwierzenie w taki związek przyszło mi bez najmniejszego problemu. Sam w takim kiedyś byłem

przez wiele lat.

— Przyjechała do mnie, do Neapolu, zaraz po maturze. Ja od roku już wydeptywałem ścieżki

w jednej z tamtejszych knajp, zaczynając od zmywaka, poprzez kelnerowanie, na pomocy kucharskiej

kończąc. Jak na rok niezła kariera, no nie? Chyba właściciel mnie polubił. Zresztą starałem się za

dwóch, więc nawet jakby nie darzył mnie sympatią, to nie za bardzo miałby się do czego przyczepić.

Przez kilka miesięcy Iza nie mogła znaleźć żadnej pracy, ale wreszcie szczęśliwie zwolnił się etat

kelnerki, więc szef dał jej szansę. Kokosów nie zarabialiśmy, ale to i tak było o niebo więcej niż

w Polsce, tym bardziej że z czasem właściciel miał do nas coraz więcej zaufania. Pod koniec to

nawet pełniłem funkcję w podobie kierownika lokalu. Nie na papierze, ale w portfelu dało się to

wyraźnie odczuć.

Szykowiak zatrzymał samochód na prawym poboczu, obok eleganckiego, prawdopodobnie

niedawno postawionego bliźniaka.

— Poczeka pan chwilę? Zaraz jestem z powrotem.

— No jasne, że poczekam. Zdaje się, że teraz mam do siebie dalej niż z pańskiej pizzerii —

powiedziałem z udawanym wyrzutem.

— Gdybym był złośliwy, to odparłbym, że do tej pory nie byłby pan nawet w połowie drogi, ale

z pewnością już przemoknięty do suchej nitki. — Mrugnął do mnie. — Ale nie jestem, więc zmykam

i za minutę jedziemy dalej.

— Mogłem wziąć taksówkę albo pojechać miejskim autobusem.

— Też prawda — odparł, cicho zarechotał, zabrał pizzę z tylnego siedzenia i już go nie było.

Taksówek w Rykowie jest dokładnie tyle samo, co miejskich autobusów, więc tak naprawdę

w przypadku konieczności powrotu w deszczu człowiek może liczyć jedynie na własne nogi

i porządną parasolkę lub nieprzemakalne ubranie. O ile, rzecz jasna, nie zainspirował go wcześniej

tańczący w deszczu Gene Kelly.

Rozejrzałem się po wnętrzu samochodu. Już w trakcie jazdy, gdy jednym uchem słuchałem

Szykowiaka, zwróciłem uwagę na to, że zawieszenie niebezpiecznie skrzeczy i stuka, a kierownica

drży przy prędkości większej niż czterdzieści kilometrów na godzinę. Ten konkretny egzemplarz

citroena berlingo miał, jak na moje oko, jakieś dziesięć lat. Widać było, że nie jest to zbyt zadbane

auto. Na podłodze za przednimi siedzeniami walały się jakieś papierki po cukierkach i gumach do

żucia, a tapicerka była mocno sfatygowana i niezbyt czysta. Trzy siedzenia w tylnym rzędzie mogły

zostać wyjęte w razie potrzeby powiększenia pakowności, a jednocześnie można było na nich dość

komfortowo przewozić pasażerów, którym przesuwne drzwi ułatwiały wsiadanie i wysiadanie.

Gdybym miał pięcioosobową rodzinę i firmę, a jednocześnie nie stać byłoby mnie na dwa

samochody, to pewnie rozważyłbym zakup czegoś podobnego.

Drzwi po stronie kierowcy otworzyły się.

— Widzę, że ogląda pan moją bestię? — zapytał Szykowiak, moszcząc się za kierownicą. — Szału

nie ma, duży przebieg i dziewięć lat dość ostrej eksploatacji, no ale wszystko, co mieliśmy,

niedawno władowaliśmy w zakup lokalu i mieszkania, więc i poszaleć nie bardzo było można.

— Ważne, że w miarę wygodne i jeździ.

— Mam nadzieję, że do pana jakoś się doturlamy — rzekł, przekręcając kluczyk w stacyjce

i włączając lewy kierunkowskaz.

— Co do tego nie mam wątpliwości, ale mam za to wyrzuty sumienia, że pana fatygowałem.

Osiedle Solidarności nie było raczej po drodze.

Zawrócił, a później machnął lekceważąco ręką.

— Żaden problem. Poza tym skąd miał pan to wiedzieć?

— Fakt. No i co? Nie lepiej było zostać?

Spojrzał na mnie zdziwiony.

— Ale gdzie?

— Mówił pan wcześniej o Włoszech, że wszystko się układało, lepsze zarobki, praca chyba

w miarę pewna dla was obojga…

— Ach, tak, rzeczywiście. — Przez moment zastanawiał się nad odpowiedzią. — Wie pan, niby to

racja, ale to jednak obca ziemia. Zawsze bylibyśmy tam tymi z zewnątrz, napływowymi, imigrantami,

czy jak to jeszcze inaczej można nazwać. Nigdy nie bylibyśmy u siebie, tęskniliśmy. Pieniądze to

przecież nie wszystko. Nie wyobrażaliśmy sobie życia poza Polską. Wróciliśmy ze stuprocentowym

przekonaniem, że tylko tutaj będziemy naprawdę szczęśliwi. No i jak na razie, odpukać

w niemalowane, tak faktycznie jest.

Skręciliśmy w lewo, ku mojemu osiedlu.

— We Włoszech żyliśmy bardzo skromnie — ciągnął. — Odkładaliśmy każdego lira, którego tylko

mogliśmy zaoszczędzić… Wtedy jeszcze we Włoszech zarabiało się w lirach — uściślił, na wszelki

wypadek. — Wszystko po to, żeby po powrocie tu jako tako się urządzić, założyć biznes, najchętniej

właśnie pizzerię. To, na czym oboje najlepiej się znaliśmy, było prowadzenie lokalu

gastronomicznego.

Zatrzymał citroena na parkingu przed moim blokiem, pozostawiając uruchomiony silnik.

— Ależ pana chyba zanudziłem tą moją gadaniną, prawda? — zapytał.

— A wie pan, panie Kamilu, że nawet nie. Bardzo interesująco pan opowiada. Jednego nie

rozumiem… Mówił pan, że wróciliście po czterech latach od pana wyjazdu, czyli w roku

dwutysięcznym, a we wcześniejszej rozmowie na temat wystroju wspomniał pan, że Isabella

e Camillo działa od niedawna.

— Tak, rzeczywiście, otworzyliśmy z początkiem września. — Spojrzał na mnie, a na jego twarzy

ponownie zagościł uśmiech. — A więc i my, i pan równocześnie zaczynamy w pewien sposób nowe

życie.

— Na to wygląda, panie Kamilu.

— Więc mam nadzieję, że i panu się wszystko dobrze poukłada, czego serdecznie życzę.

— Wyciągnął dłoń i przybiliśmy piątkę.

— Dziękuję — odrzekłem.

— Faktycznie, wróciliśmy już dość dawno, zaraz po wakacjach jedenaście lat temu, dwa lata przed

wyprodukowaniem tego naszego grata — zauważył, nie kryjąc w głosie zaskoczenia własnym

odkryciem, i uderzył w kierownicę otwartymi dłońmi. — No ale to wszystko nie było takie proste.

Harowaliśmy we Włoszech, cały czas obiecując sobie, że po powrocie jakąś niewielką część

zarobionej kwoty przeznaczymy na podróż po Europie. Na pewno pana nie nudzę?

— Bynajmniej — powiedziałem, całkowicie zgodnie z prawdą. Przyjemnie było słuchać kogoś,

komu się ułożyło w życiu.

Kiwnął głową i wyłączył silnik.

— No i tak też się stało. Wyjechaliśmy dwa razy — najpierw jesienią w dwutysięcznym, a później

wczesną wiosną dwa tysiące pierwszego. Miesiąc w Hiszpanii, potem miesiąc we Francji.

Zamierzaliśmy zobaczyć trochę świata przed założeniem rodziny i próbą ułożenia życia na nowo.

Te dwa wyjazdy były fantastyczne. Był pan może kiedyś w Hiszpanii?

Pokręciłem przecząco głową, a potem, zapewne uprzedzając jego pytanie, powiedziałem:

— We Francji też nie.

Spojrzał na mnie z ukosa, chyba z lekkim niedowierzaniem, ale nie pokusił się o jakikolwiek

komentarz. Zamiast tego kontynuował swoją opowieść:

— W czerwcu dwa tysiące pierwszego roku wzięliśmy ślub. Już wtedy rozglądaliśmy się za

lokalem, w którym moglibyśmy umiejscowić naszą pizzerię, ale znalezienie czegoś odpowiedniego

na naszą kieszeń nie było proste. Nawet w niewielkim i dość tanim mieście. Wiadomo, że jeśli

chodzi o knajpę, najważniejsza jest lokalizacja. Udało mi się znaleźć pracę w lokalnej hurtowni

spożywczej, żeby były pieniądze na bieżące wydatki. No a potem, dziewiątego marca dwa tysiące

drugiego roku, urodziła nam się pierwsza córka, więc trzeba było pozmieniać plany. Iza nie

wyobrażała sobie wychowywania dziecka bez poświęcania mu możliwie największej ilości czasu,

więc ja pracowałem, a ona zajmowała się Wiktorią. Oboje uznaliśmy, że takie rozwiązanie będzie

dla nas wszystkich najlepsze…

W tym momencie zadzwoniła jego komórka. Spojrzał na wyświetlacz.

— Przepraszam, to żona — powiedział i odebrał, by chwilę później poinformować mnie, że

w pizzerii zostało złożone kolejne zamówienie z dostawą do domu.

— Dziękuję za podwiezienie — rzekłem, otwierając drzwi.

— Nie ma sprawy, panie Zdzichu. Chyba dobrze się stało, że muszę jechać. Czasem tak mam, że jak

zacznę gadać, to się zapominam i plotę jak nakręcony.

— Sam pana ciągnąłem za język, więc ewentualne pretensje mogę mieć tylko do siebie. A tak serio,

to bardzo mi było miło pana poznać. Do zobaczenia.

Ponieważ deszcz wciąż mocno padał, nie czekałem, aż Szykowiak odjedzie, tylko lekkim truchtem

pobiegłem do swojej klatki.

Wspinając się po schodach, z niedowierzaniem pokręciłem głową. Nie lubię swojego imienia, a już

wręcz alergicznie reaguję, gdy ktoś zwraca się do mnie per Zdzichu. Mój nowy znajomy

z upodobaniem i kilkakrotnie nazwał mnie „panem Zdzichem”, a ja wcześniej zupełnie nie zwróciłem

na to uwagi. Wtedy pomyślałem sobie, że następnym razem nie omieszkam poprosić go delikatnie, by

mówił do mnie jakoś inaczej, na przykład „panie Zdzisławie” albo „panie Zdziszku”.

Do dziś nie udało mi się go do tego przekonać, zresztą tak po prawdzie, to nigdy tego nawet nie

próbowałem. Choć nazajutrz przeszliśmy na ty, ja i tak na zawsze już zostałem dla niego „panem

Zdzichem”.

 

 

 

 

Newsletter

Newsletter
Zapisz Wypisz

Płatności

Kanały płatności

Księgarnia Internetowa Fraktalla akceptuje płatności: